2 / 15 / 2022

WALENTY czyli 
PODKOZIOŁEK

Podkoziołek  |  źródło

   
Wczorajsza poczta elektroniczna przyniosła mi sporą garść życzeń, takich oto i podobnych:

Św. Walenty - źródło

Happy Valentine’s Day – kobieta, przyjaciółka rodziny
You are my main squeeze – dentysta 
Happy Valentine’s Day – inny dentysta
Happy Valentine’s Day – mechanik samochodowy, 
Happy Valentine's day, love. Ha...Ha.. – M, przyjaciel rodziny
Walentynka dla Ciebie – miś od powinowatej kobiety






Życzenia walentynkowe...
No fajnie, pomyślałem, tylko jak ja się teraz z tej ambarasującej sytuacji wykaraskam?
Tak ambarasującej, proszę nie kwestionować!

No bo sięgając do źródeł historii romansu w imię świętego Walentego, powiedzmy sobie szczerze, że jest to prawdopodobnie chrześcijańska przykrywka starorzymskich pogańskich Luperkaliów, czyli święta przepojonego seksualnością, składaniem ofiar ze zwierząt, losowego kojarzenia par i oddawania się prasiłom życia w nadziei odparcia złych duchów i bezpłodności. W dodatku z tym Walentym, a raczej z tymi Walentymi, to mamy całkiem solidny galimatias. Ilu ich było, trudno powiedzieć. Historia rozpisuje się zasadniczo acz enigmatycznie o trzech, ale tak mgliście, że może było ich tylko dwóch, a nawet zaledwie jeden, za to trójpostaciowy. 

Jakby tam nie było, cysorz (taki facet co ma klawe życie) Klaudiusz II Gocki kazał Walentemu ściąć głowę 14 lutego, 269 roku. Tylko komu? Chrześcijańskiemu duchownemu z Rzymu, biskupowi Terni w Umbrii, czy pewnemu nieszczęśnikowi z Arfyki Prokonsularnej – bo tego też nie wiadomo. Chociaż wątek afrykański jest o tyle istotny, iż pochodzący z tego kontynentu papież Gelazjusz I, dwieście lat z okładem po egzekucji, wpisał Walentego w poczet świętych. Konfuzji walentyńskiej ciąg dalszy nastąpił w 1969 roku, kiedy papież Paweł VI usunął jego imię z ogólnego kalendarza rzymskiego, pozostawiając celebrację liturgiczną kalendarzom lokalnym i wymieniając go jako świętego we wpisie na dzień 14 lutego w Martyrologium Romanum. Taki zapis pozwala honorować go liturgicznie 14 lutego tam gdzie tego dnia nie jest odprawiana jakaś inna msza, dedykowana dowolnemu świętemu wymienionemu na ten dzień w Martyrologium. A tak na marginesie, dokument ten wymienia ośmiu świętych Walentych, a posoborowa (SWII) Encyklopedia Świętych aż piętnastu. Przyznaj Czytelniku, toż to istny zawrót głowy ze świętym, którego najważniejszym miejscem kultu jest bazylika jego imienia w Terni, gdzie na relikwiarzu widnieje inskrypcja "Święty Walenty patron miłości". 

No właśnie, „patron miłości”, tyle że prawo do tego patronażu Walenty nabył piórem Geoffrey’a Chaucera dopiero przeszło 1 100 lat po śmierci i do tego z pomocą ptaków. A tak, ptaków. W dziele zatytułowanym Parliament of Fowls („Sejm ptasi”) Chaucer pisze “Było to bowiem w dzień Świętego Walentego, kiedy każdy ptak przylatuje tam, aby wybrać sobie partnera (”For this was on Seynt Valentynes day, Whan every foul cometh ther to chese his make”. 

Ale w połowie lutego, w Anglii? Ano w Anglii. Po pierwsze wciąż jeszcze trwa wczesnośredniowieczne optimum klimatyczne – innymi słowy, jest po prostu cieplej, szczególnie, że dzień 14 lutego w połowie lat 70 XIV wieku jest już de facto kalendarzowym końcem tego miesiąca, o czym przyjdzie się ludziom przekonać dopiero za 200 lat, po wprowadzeniu kalendarza gregoriańskiego (zapraszam na
kilka słów o kalendarzu). Ale, zapytasz Czytelniku, co z tymi ptakami? No więc, chaucerowski narrator śni, że przechodzi najpierw jakimś przepięknym terenem, potem przez ciemną świątynię Wenus i wchodzi w obszar światła słonecznego. Pani Natury obserwuje duże stado ptaków, które zbierają się, aby wybrać sobie partnerów. Toczą przy tym debatę parlamentarną, podczas gdy trzy samce orłów próbują uwieść samicę. W debacie dominują dwa elementy, to jest przemówienia i obelgi. Ostatecznie żaden z trzech orłów nie zdobywa orlej samicy, a sen kończy się powitaniem nadchodzącej wiosny - koniec dygresji.

Wracam zatem do pytania o ambaras.

Skoro Walenty patronuje zakochanym, to zastanawiam się, jakie ma wobec mnie zamiary na przykład dentysta, pisząc do mnie o uścisku (squeeze). Rozumiem nawet, że istnieje między między nami pewna intymność – przecież gmera mi w zębach z pasją, ale przyznajmy, że z miłością akt ten niewiele ma do czynienia, nieprawdaż?

A mechanik samochodowy? Widziałem u niego nie raz, nie dwa maślane oczy, ale zawsze tylko na widok gaźnika lub zawieszenia w moim samochodzie. Niech może zatem życzy mojej hondzie, jednej czy drugiej, do wyboru, s'il vous plait.
Co do przyjaciół, powinowatych, wujostwa, kuzynostwa, etc., miło ich mieć, a jakże, ale treści romantyczne w tych relacjach jakoś parami nie chodzą.

To co ja mam zrobić?
Odpisywać wedle oferty w necie, coś takiego?:

W Dniu Świętego Walentego
masz życzenia z serca mego!
Od początku znajomości
w moim sercu stale gościsz.
I zostaniesz tam do końca,
bo to rzecz nieustająca!


Eee, raczej nie..., szczególnie, że Walenty patronuje także epileptykom...
A poza tym mamy przecież w Polsce od wieków naszego rodzimego Podkoziołka, symbolizującego witalność i seksualność, naszą słowiańską, znad Warty. Idea ta sama, obrzędowość kompatybilna po trosze z Luperkaliami, a i czas świętowania zbliżony, bo we wtorek zapusty.

Innymi słowy, "Cudze chwalicie, swego nie znacie".

No to chyba się wykaraskałem. Ambarasu nie będzie.

„Od Twojego Walentego” – mojej Żonie
_____________________________________________
* - co dzisiaj brzmi tak: “For this was on Saint Valentine’s Day, when every bird comes there to choose his mate.”)

NA  POCZĄTKU
BYŁA PRZYSZŁOŚĆ


Homo Erectus - czaszka jednego z naszych ewolucyjnych przodków


Zaczynam cytatem z 24 maja 2015 roku w The Guardian Magazine :
„Jeśli ktoś z Czytelników jest w jakimś stopniu europejskiego pochodzenia, to jest również potomkiem Karola Wielkiego, władcy, który spłodził co najmniej 18 dzieci w zestawie licznych żon i konkubin. Masz dwoje rodziców, czworo dziadków, ośmioro pradziadków i tak dalej. Ale ta ekspansja przodków nie przenosi się nieustannie w przeszłość. Gdyby tak było Czytelniku, twoje drzewo genealogiczne, kiedy Karol Wielki był Le Grand Fromage (najważniejszą osobą), zawierałoby ponad miliard przodków - więcej ludzi niż wtedy żyło. Oznacza to, że rodowody zaczynają składać się w sobie kilka pokoleń wstecz i stają się mniej rozgałęzione, a bardziej podobne do sieci. W 2013 roku genetycy Peter Ralph i Graham Coop wykazali, że wszyscy Europejczycy pochodzą od dokładnie tych samych ludzi. Zasadniczo każdy żyjący w IX wieku, który zostawił potomków, jest przodkiem każdego żyjącego dziś Europejczyka.”
I dalej:
„Pochodzenie jest chaotyczne. Genetyka jest pogmatwana, ale potężna. Ludzie mają wady. Życie jest złożone. Każdy, kto mówi inaczej, coś sprzedaje. W mozaikach naszych genomów ukryta jest tajemna historia, ale pamiętaj o pustce. Jeśli chcesz wydać pieniądze na kogoś w białym fartuchu, który mówi ci, że jesteś potomkiem Wikingów, Saksonów lub Karola Wielkiego, pomóż sobie - ja, lub setki genetyków na całym świecie, wzruszymy ramionami i zrobimy to za darmo, a ty nie musisz nawet pluć do probówki.”

Cóż, w kontekście tego wszystkiego dodam, że jeśli wszyscy myślicie, że jesteście potomkami rodów królewskich, to nie ma w tym nic niezwykłego, bowiem wasi przyjaciele i wrogowie oraz wielu ludzi, o których nic nie wiecie, łącznie ze mną, też są. Należymy do wspólnego zestawu osobników, których przodkowie nosili na głowach korony – w zasadzie wszyscy, jak leci. Innymi słowy, urawniłowka, ale zapewniam was drodzy „równi pośród równych”, że jako podzbiór błękitnokrwistych czytelników tego blogu, jesteście jednak absolutnie wyjątkowi – gwarantuję!

Skoro tyle mamy już ustalone to spróbujmy jeszcze pogrzebać w nieco głębszej przeszłości rodzaju ludzkiego. Pomoże nam w tym Scotty Hendricks w artykule* opublikowanym na łamach portalu BIG THING:

DNA POCHODZĄCE OD NIEZNANEGO PRZODKA
ZNALEZIONO  U  WSPÓŁCZESNYCH  LUDZI
Nasze drzewo genealogiczne jest skomplikowane,
a niektóre gałęzie są nadal nieoznaczone.

Współcześni ludzie są ostatnimi przedstawicielami rodzaju Homo. Chociaż udało nam się przetrwać jako jedynym z długiej listy kuzynów i genetycznych przodków, to ich dziedzictwo genetyczne żyje dzięki nam nadal. Badania wykazały, że wielu współczesnych ludzi może wywodzić swoje pochodzenie od neandertalczyków i denisowian.

Nowe badania sugerują, że DNA jeszcze starszego przodka żyje w nas i ma pewne zaskakujące implikacje dla życia seksualnego naszych starożytnych przodków.

Artykuł zatytułowany „Mapowanie przepływu genów między starożytnymi homininami poprzez wnioskowanie z uwzględnieniem demografii grafu rekombinacji przodków” został opublikowany w PLOS Genetics. Jego autorzy wykorzystali nową metodę statystyczną do analizy genomów dwóch neandertalczyków, denisowiana i dwóch współczesnych ludzi.

Metoda ta pozwoliła naukowcom określić, kiedy segmenty DNA osobnika X są wprowadzane do chromosomów osobnika Y. Zdarzenia te nazywane są „zdarzeniami rekombinacji” i można je użyć do ustalenia, kiedy określone geny znalazły się w naszym genomie, dostarczając dowodów na to, skąd pochodzą. Można byłoby to wykorzystać do ustalenia czy neandertalskie DNA zawierało geny pochodzące od innego przedludzkiego przodka, który następnie został nam przekazany. Ta metoda pozwoliłaby tego przodka zidentyfikować.

Analiza potwierdziła wcześniejsze badania, które wykazały, że współcześni ludzie krzyżowali się z neandertalczykami i denisowianami. Jednak analiza ta sugeruje, że część tych zdarzeń miała miejsce między 200 000 a 300 000 lat temu, czyli na długo przed tym, co sugerowały poprzednie prace. Wskazano również, że miało miejsce więcej przypadków krzyżowania się niż wcześniej przypuszczano.

Co najciekawsze, badacze zauważyli, że jeden procent DNA denisowian pochodzi od naszego jeszcze bardziej starożytnego przodka, a w genomie współczesnego człowieka nadal istnieje piętnaście procent genów, które ten przodek przekazał denisowianom.

Nie wiadomo dokładnie, kim on był, ale istnieją pewne wskazówki. Fakt, że oddzielił się około 1 000 000 lat temu od linii, która prowadziła do powstania współczesnych ludzi, jest obecnie najbardziej prawdopodobny. To skłoniło naukowców do zasugerowania, że potencjalnym kandydatem może być Homo erectus.

Pierwszym ludzkim przodkiem, który opuścił Afrykę był Homo Erectus - zmora wszystkich wykładowców, skupiających się na ewolucji człowieka i pierwotnym „brakującym ogniwie.” Homo erectus rozprzestrzenił się szeroko po całym starym świecie, a ich szczątki znaleziono od Hiszpanii po Jawę. Przypominali współczesnych ludzi, choć byli ciut niżsi. Jako pierwsi kontrolowali ogień, wytwarzali narzędzia, kreowali dzieła sztuki i prawdopodobnie komunikowali się prymitywnym językiem.

Należy powtórzyć, że chociaż Homo erectus jest prawdopodobnym źródłem tego starożytnego DNA, ostateczny werdykt wciąż nie istnieje. Aby mieć pewność, naukowcy musieliby zsekwencjonować jego genom.

Badanie ewolucji człowieka prowadzi nas bardzo dziwnymi drogami. Jest dla nas coraz bardziej jasne, że wszędzie tam, gdzie następowało współistnienie gatunków ludzkich, dochodziło do krzyżowania, i że przetrwała w nas do dziś znaczna część genetycznych pozostałości tych gatunków. Chociaż może to przeszkadzać tradycyjnemu poglądowi na ewolucję jako powolną wspinaczkę ku człowieczeństwu, będącego szczytowym osiągnięciem biologicznym, to dostarcza nam to bogatszego obrazu tego, kim jesteśmy, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy.

--------------

"Dokąd zmierzamy" brzmią ostatnie słowa artykułu Scotty Hendricksa...
Hmm, jak myślicie, dokąd?
Kto wie, niech cicho siedzi, a zaintrygowanych tym pytaniem zapraszam do transkryptu wypowiedzi  Michelle Thaller, zastępcy dyrektora ds. komunikacji naukowej NASA w Centrum Lotów Kosmicznych imienia Roberta H. Goddarda.

Dr Thaller, w wideo wypowiedzi*, uzupełniającej artykuł Hendricksa, zadaje sobie pytanie:

JAKI JEST NASTĘPNY ETAP LUDZKIEJ EWOLUCJI?

Jedno z najstarszych pytań, jakie ludzkość sobie zadaje, brzmi: jeśli we wszechświecie istnieje inne życie, to czy jest ono bardzo, bardzo różne od nas, czy też bardzo podobne? Badamy obecnie Układ Słoneczny w poszukiwaniu dowodów na istnienie życia na Marsie lub na lodowych księżycach Jowisza i Saturna, na poziomie drobnoustrojów, nawet jak bardzo małych jak bakterie. Pod lodami znajdują się oceany i nawet jeśli znaleźlibyśmy mikroba, myślę, że jedno z pierwszych pytań brzmiałoby: czy ma on coś w rodzaju DNA? Czy jest podobnie zbudowany tak, jak my, czy też jest to coś zupełnie innego, nawet na poziomie mikrobiologicznym? A potem bierzesz to pytanie i idziesz jeszcze dalej. Pytasz, jak wyglądaliby ci bardziej rozwinięci kosmici, ci obcy, z zaawansowanej cywilizacji? I to jest jedna z tych rzeczy, co do których doskonale zdaję sobie sprawę z ograniczeń ludzkiej wyobraźni. Einstein** powiedział, że „Wszechświat jest nie tylko dziwniejszy, niż sobie wyobrażamy, jest dziwniejszy, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.” Ludzie często mówią, no cóż, mamy jeden dowód na to, jak życie się zaczęło i jak życie może istnieć. Całkiem sensowny jest pogląd, że być może coś podobnego zaistniało też na innych planetach. Sądzę, że kiedy myślimy o cywilizacjach, o kosmitach, którzy są bardziej zaawansowani, to zakładamy że mogą mieć bardziej zaawansowane cywilizacje niż my. Rzeczą, której naprawdę nie mogę przestać rozważać, jest to, że wydaje mi się iż, definicja bycia człowiekiem bardzo się zmieni w następnym stuleciu. Myślę, że ludzie, sztuczna inteligencja i komputery zaczną się łączyć i faktycznie staną się nieco nie do odróżnienia od siebie. To nie jest scenariusz Terminatora, w którym SI przejmuje i niszczy wszystko. Na przykład mam znajomego, który ma implanty ślimakowe. Był całkowicie głuchy, a potem wszczepiono mu implanty ślimakowe. Chodziłam z nim na koncerty muzyki klasycznej. Pamiętam, że poszliśmy zobaczyć "Carmen" i łzy spływały mu po twarzy, kiedy słuchał "Carmen". Wie, że nie słyszy tak, jak słyszy człowiek. Do jego mózgu są wszczepione bezpośrednio przewody, które stymulują sekcję słuchową; dźwięk nigdy nie przechodzi przez ucho. Znajomy od czasu do czasu aktualizuje swoje oprogramowanie, a potem słyszy inaczej. Nagle dźwięki są inne i faktycznie słyszy różne zakresy w zależności od tego, jak zaktualizowano jego oprogramowanie. Ale zawsze przypomina mi, że tym co technologia uczyniła dla niego, to poczucie lepszego połączenia ze światem, i doznawania go bardziej emocjonalnie. Pamiętam, że ktoś miał ślepotę barw, ale w rzeczywistości miał słuchową wskazówkę dotyczącą koloru, co zmieniło w istotny sposób, w jak mózg tej osoby reagował. Iż implanty nadchodzą i będą tutaj wkrótce, to pewne. Skoro można wszczepiać ludziom sztuczne uszy, to po co słyszeć w zasięgu typowym dla człowieka, prawda? Dlaczego nie słyszeć w zasięgu słuchu psa, wieloryba lub ptaka, które mogą słyszeć znacznie wyższe i niżej stonowane częstotliwości niż my? To nadejdzie wkrótce. A następnie, skoro możemy poszerzyć zakres naszego widzenia, to po co ograniczać się do światła widzialnego? Dlaczego nie widzieć w zakresie promieniowania rentgenowskiego, światła ultrafioletowego i podczerwonego i wszystkiego, co tam jest? Myślę, że nie da się tego uniknąć. Obcy, których spotkamy, jeśli są od nas na wiele stuleci technologii bardziej zaawansowani, będą nie do odróżnienia od SI. Nie sądzę, żebyśmy szukali życia biologicznego. Myślę, że powinniśmy poświęcić więcej czasu na myślenie o tym, w jakim kierunku naprawdę będzie ewoluować życie. Być może, że biologiczna istota, którą jestem, była tylko pierwszym etapem ewolucji. Koniecznym, a może nawet pięknym, następnym krokiem w ewolucji będzie to, żebyśmy się ulepszyli i być może pewnego dnia całkowicie zaprojektowali nasze sztuczne ciała. Kiedy projektujesz własne ciało, aby pasowało do dowolnego otoczenia, to po co wyglądać jak człowiek? Może chcesz być kawałkiem folii, który rozciąga się na kilometry kwadratowe, aby faktycznie unosić się przy pomocy wiatru słonecznego i przemieszczać się po układach słonecznych. Może nie będziesz wyglądać jak człowiek. Może nie będziesz mieć nic takiego jak ludzkie życie. Nie jest to jednak straszny scenariusz science-fiction. Nie mówię, że zostaniemy opanowani i zniszczeni przez SI, ale nie wiem, jak poradzisz sobie z bardzo zaawansowanymi cywilizacjami, które przeszły na wyższy etap rozwoju. Myślę, że następnym etapem naszej ewolucji będzie najprawdopodobniej właśnie to. Raczej nie powinniśmy szukać w środowiskach takich jak Ziemia, w których być może zaczęło się życie, ale które prawdziwie rozwinięte cywilizacje dawno temu pozostawiły za sobą jako biologiczną konieczność. To bardzo interesujące, ale tak jak powiedziałam, jest ten facet z implantami ślimakowymi, nazywa się Michael. I on pyta: dlaczego zakładamy, że technologia będzie nas oddzielać od siebie i sprawi, że staniemy się mniej ludzcy? Przecież to może uczynić nas jeszcze bardziej ludzkimi.

No właśnie, może?
A jeśli tak, to KIM, CZYM albo KIMCZYM/CZYMKIM?
Oto jest pytanie!
Jeśli scenariusz naszkicowany w kilku słowach przez Michelle Thaller ma się spełnić, to na szczęście dla mnie dobiegnę końca dni moich w tym biologicznym tyglu, jaki służył mi od od kiedym zaistniał. I dobrze, bo przyzwyczaiłem się do tuptania po betonie bez hydraulicznego wspomagania, choć uległem poddając się monitorowaniu ilości kroków, rytmu serca, pomiaru pokonanego dystansu, spalonych kalorii, i ustalania reżimu wydatkowania energii na następny tydzień czy miesiąc. I to wszystko nawet nie tyle dzięki implantowi, co luźno obejmującemu mój nadgarstek urządzeniu dobrowolnie zakładanemu codziennie rano na rękę. W chwili szczerości wyznam wszakże, iż moje biologiczne jestestwo wspomagają także dwa różne, autentyczne implanty - jeden nawet o znaczeniu krytycznym; na szczęście oba bez możliwości zdalnego sterowania, które jak wiemy, i jak doktor Thaller dowodzi, zaczyna kwitnąć.
Zatem pytam, gdzie jest próg, za którym wiatr słoneczny stanie się demiurgiem istnienia i czy kilkukilometrowa płachta folii będzie miała zależne wyłącznie od własnej woli kosmiczne doznania orgazmiczne? Więcej pytań na razie nie ośmielę się zadać...
____________________________________________
* - tłumaczenie artykułu i transkrypt wypowiedzi wideo z tłumaczeniem: Krzysztof Onzol

** - nie jestem pewien, czy rzeczywiście jest to cytat z Einsteina, bowiem słowa te przypisywane są rzadziej jemu niż kilku innym tuzom intelektu i wiedzy; zachęcam do przeszukania zasobów Googl'a albo udanie się w poszukiwaniu prawdy do jakiejś przepastnej biblioteki uniwersyteckiej.

 CHLEB 2.0

Cmentarz Świętych Niewiniątek w Paryżu, około 1550 roku.* Domena publiczna

O chlebie już było na tych stronach. Wracam jednak do tematu bowiem lubię dobry, świeży, aromatyczny chlebuś z „pancerną” skórką i smakiem, dla którego opisania musiałbym posiadać szekspirowską zdolność słowotwórczą. Niestety, nie posiadam. Zatem, zamiast tego, oferuję makabrę pseudochlebną. Wszakże ostrzegam wrażliwych, a szczególnie ultra wrażliwych: rzecz dotyczy historii sprzed 400+ lat, ale może wywołać torsje i/lub zaniechanie spożywania chleba naszego powszedniego, co najmniej na jakiś czas. Mówię poważnie i oświadczam, że skarg nie przyjmuję.
Odważnych zapraszam do artykułu Emily Monaco z 29 października 2018 roku, opublikowanego na portalu Atlas Obscura < link do tekstu oryginalnego/link to original text. Tłumaczenie moje.




W 1590 roku głodujący paryżanie mielili
ludzkie kości na mąkę

Podczas oblężenia desperacja zmuszała ludzi do
wygrzebywania szkieletów na cmentarzach.

W dniach poprzedzających Rewolucję Francuską Paryż głodował. Kolejne lata słabych zbiorów doprowadziły do powszechnego głodu i zamieszek chlebowych. Królowa Maria Antonina rzekomo miała wówczas powiedzieć: „Cóż, jeśli mieszkańców Paryża nie stać na chleb, niech jedzą ciasto!” Nie powiedziała tego. Byłej królowej przypisuje się, żę powiedziała „ Qu'ils mangent de la brioche ” czyli „Niech jedzą brioszki”. Ale de facto tego też nie powiedziała. Było to popularne zdanie przypisywane arystokracji w XVIII wieku, o którym dość często wspominał szwajcarski filozof Jean-Jacques Rousseau. Taki zgryźliwe zdanie nigdy nie zostało wypowiedziane przez królową. Wskazuje jednak, jak ważny dla Francuzów był chleb.

W XV i XVI wieku przeciętna osoba we Francji zjadała od 1,5 do 2,5 funta chleba dziennie. Ludzie zamożni cieszyli się również mięsem popijanym każdego dnia dwoma litrami wina. Ale dla biednych chleb stanowił większość ich diety. Kiedy więc brakowało pszenicy, Francuzi grozili głodem.

W Paryżu ryzyko głodu było najbardziej dotkliwe podczas oblężenia miasta.

Paryż w swojej długiej historii przetrwał liczne oblężenia. Wikingowie oblegali miasto w 845. W 1429 byli to Karol VII i Joanna d'Arc, a w 1870 Prusacy. W tych czasach oszczędności Paryżanie uciekali się do jedzenia wszystkiego, od koni wojskowych po szczury uliczne i zwierzęta z ogrodów zoologicznych. A podczas jednego szczególnie kłopotliwego oblężenia jedli nawet chleb pieczony z ludzkich kości.

Droga do tego makabrycznego aktu pieczenia została wybrukowana po śmierci króla Henryka III, w 1589 roku. Jego daleki kuzyn, Henryk III z Nawarry, był następcą tronu francuskiego. Mimo że został ochrzczony jako katolik, król Nawarry został wychowany jako protestant. W tym czasie we Francji toczyła się wojna wyznaniowa. Trwający 36 lat okres konfliktu między protestantami a katolikami pochłonął około trzech milionów istnień ludzkich. Nic więc dziwnego, że sukcesja Henryka była daleka od łatwej, prostej i przyjemnej. Zanim Henryk mógł objąć tron, musiała przetoczyć się jeszcze czteroletnia wojna domowa z potężną Ligą Katolicką, antyprotestancką grupą sprzymierzoną z Koroną Hiszpańską.

Po zwycięstwie nad Ligą w bitwie pod Ivry, Henryk ruszył w kierunku Paryża. Zagrożeni zbliżającymi się armiami chłopi opuścili w pośpiechu swoje włości i schronili się w mieście. Z czasem będą jednak mogli zacząć żałować tej decyzji.

Henryk przejął kontrolę nad kilkoma pobliskimi miastami, w tym Nogent-sur-Seine i Provins, zagrażając paryskim dostawom żywności. Rozkazał także spalić przy okazji wszystkie wiatraki, co w zasadzie uniemożliwiło paryżanom produkcję chleba.

Nadchodził maj – paryżanie zaczęli głodować. Miejscowi zaczęli zjadać konie i muły, a następnie także psy i koty. Następnie przeszli do spożywania trawy w parkach, aż wreszcie, w sierpniu, paryżanie zaczęli zadawalać się „chlebem Madame de Montpensier”. Według zapisu paryskiego pamiętnikarza, Pierre'a L'Estoile, z 25 sierpnia 1590 r., chleb został wykonany z „kości naszych przodków” i nazwany tak, ponieważ Madame de Montpensier, potężna członkini Ligi Katolickiej, „wysławiała ten nowo opracowany wypiek, oczywiście nie mając nawet zamiaru by go spróbować.”

Kaplica na cmentarzu Świętych Niewiniątek w Paryżu (skład kości zmarłych). Domena publiczna

Jak robi się chleb ze swoich przodków? Większość relacji wyjaśnia, że zdesperowani biedacy wykopywali kości z masowych grobów na Cmentarzu Świętych Niewiniątek. Następnie mielili kości na mąkę i piekli z tej mąki chleb. Henrico Davilia, włoski historyk i naoczny świadek, opisał to jako „podłe i makabryczne”, „wstrętne jedzenie tak zaraźliwe, że substancja pochodząca ze zmarłych tylko pomnożyła ich liczbę o wielu następnych”.

Ta mąka kostna nie była oczywiście idealnym zamiennikiem pszenicy. Na przykład, brak glutenu wywoływał brak kleistości ciasta na kostny chleb. A poza tym wygrzebane kości zdecydowanie nie są super żywnością. Gabriel Venel, w swoim Précis de matière médicale napisał: „Pomysł zredukowania ludzkich kości do proszku […] mógł pochodzić tylko z umysłu zasadniczo ignoranckiego i opanowanego przez głód i rozpacz. Kości nie są mączne, a po długim przebywaniu w wilgotnej glebie nie zawierają żadnych składników odżywczych”.

Ale nawet podczas oblężenia te praktyczne trudności były mniej niepokojące niż wyobrażenie o ekshumowaniu zmarłych, by nakarmić żywych. „Ten chleb”, pisze Madeleine Ferrières w swoich Nourritures Canailles, „jest zły z jednego prostego powodu: ma posmak świętokradztwa i antropofagii. Dla wielu to ohyda spustoszenia wewnętrznego”.

Uważa się, że powszechny głód i wynikające z niego 40 000 do 50 000 zgonów były decydującym czynnikiem dla króla Henryka, aby zauważyć błąd swojego postępowania. Pozwolił więc swojej armii na zaopatrywanie Paryżan w żywność. Wkrótce potem całkowicie zniósł oblężenie i przeszedł na katolicyzm i, jak na ironię, przyjął wiarę Kościoła w przeistoczenie.

O swoim nawróceniu rzekomo powiedział „Paryż jest wart mszy”.

____________________________________
* - Ilustracje pochodzą z oryginalnego artykułu

 WSZAWE

OPOWIEŚCI
Zmumifikowany dorosły mężczyzna z kultury Ansilta, z Andów San Juan w Argentynie, sprzed około 2000 lat Universidad Nacional de San Juan

For English version, please scroll down 

Zgadzam się w pełni z astrofizykiem Hawkingiem: „Jesteśmy tylko bardziej zaawansowaną rasą małp na małej planecie orbitującej wokół bardzo przeciętnej gwiazdy, ale rozumiemy Wszechświat, co czyni nas wyjątkowymi.”

Moim zdaniem, wyjątkowość ta wynika również z faktu, że wśród naczelnych jako jedyni jesteśmy obdarzeni przywilejem współistnienia z dwoma gatunkami wszy, ba, jesteśmy ich gospodarzami. Na głowach gościmy wesz głowową, wysoce spokrewnioną z wszą rezydującą na szympansach. W okolicach łonowych zdarza nam się pasać mendoweszkę, której krewne hasają radośnie na gorylim gospodarzu. Ale to nie wszystko. Wesz głowowa była wyraźnie mniej głupia niż to się jej przypisuje. Bo oto, kiedy dziesiątki tysięcy lat temu człowiek współczesny ruszył z Afryki na obszary Eurazji, z wszy głowowej wyodrębnił się podgatunek weszki odzieżowej, wielkiej miłośnicy fałd i zakamarków odzienia, jakie trzeba było zacząć nosić w zimnej Europie i innych regionach świata. Od tamtych czasów na pewno, ale nie wykluczone, że nawet przez grube setki tysięcy lat, gdy neandertalczycy i denisowianie zamieszkiwali zimne stepowe obszary Eurazji, wszawwe paskudztwo wygrzewało się w cieple tych osobników i żłopiąc krew kolejnych pokoleń, dotrwało do dnia dzisiejszego, mając się dobrze. Tak dobrze, iż w trzeciej dekadzie naszego dwudziestopierwszowiecznego, ultra-cywilizowanego świata, nawet wysokiej klasy hotele nierzadko przegrywają z pasożytem. Jednakże zmierzam z tym wszawym tematem do czego innego – bo oto właśnie okazało się, że oprócz dokuczliwości, wesz jest wysoce naukowo-pomocna. Tak, wiem, wszawo to brzmi, ale zapewniam, że wesz na prawdę jest scjentyczna.

Ufających mi, jak i niedowiarków zapraszam do artykułu, 
który dowiedzie tę wysoce nieprawdopodobną tezę.


Swędzący skalp głowy pomaga sklecić kawałki starożytnej przeszłości 

Naukowcy znajdują na głowach południowoamerykańskich
mumii
 ludzkie DNA zachowane w wydzielinie kitowej wszy.


 
W fikcyjnym Parku Jurajskim naukowcy zasłynęli z ekstrakcji DNA dinozaura z komara przechowywanego w bursztynie przez miliony lat. W nowej pracy, opublikowanej 28 grudnia 2021 roku w Molecular Biology and Evolution, naukowcy donoszą o podobnym osiągnięciu w prawdziwym życiu, aczkolwiek dotyczy ono znacznie młodszego materiału genetycznego, mianowicie ludzkiego DNA, zachowanego w klejopodobnym cemencie przytwierdzającym jaja wszy do głów mumii.

Wydzielina kitowa jest lepką substancją wytwarzana przez wszy głowowe, aby przyczepić jaja do uwłosienia ludzi lub zwierząt, co utrudnia ich usunięcie. W trakcie badań zespół naukowców z Wielkiej Brytanii, Argentyny i Danii odkrył, że kit wszy znalezionych na ośmiu mumiach argentyńskich sprzed niemal 2000 lat zawiera komórki ludzkiej skóry głowy z zachowanym DNA mumii. Dzięki sekwencjonowaniu DNA zespół był w stanie określić płeć mumii, oraz ustalić dowody genetyczne wskazujące, że populacja, do której należały mumie, przybyła w argentyńskie Andy z zachodniej Amazonii – prawdopodobnie z południowych rejonów lasów deszczowych dzisiejszej Wenezueli i Kolumbii.

Zespół przeanalizował również mitochondrialne DNA gnid (jaj wszy) i wykazał, że one też pochodzą z amazońskich lasów deszczowych, potwierdzając kierunek migracji ustalonej w badaniach ludzkiego DNA. Co więcej, lokalizacja gnid – tuż przy skórze mumii – wskazywała, że gospodarze byli prawdopodobnie poddawani ekstremalnie niskim temperaturom w czasie ich śmierci. Współautorka badania, Alejandra Perotti, biolożka z University of Reading badająca bezkręgowce, mówi magazynowi  Smithsonian: „Piękno zbierania informacji z gnid polega na tym, że są one przechowywane przez tysiące lat, przyczepione do włosów lub odzieży.”


Ludzki włos z gnidą przyczepioną „kitem” - Reading University

Kit wszy z głów mumii zachował również DNA środowiska, które nie należało ani do ludzi, ani do wszy, w tym ślady kilku szczepów bakterii i poliomawirusa komórek Merkla , który powoduje agresywnego raka skóry. Autorzy piszą w swoim badaniu, że jest to „najwcześniejszy bezpośredni dowód na ten ludzki patogen wirusowy”, oraz że praca ta zwraca uwagę na możliwość, iż wszy są wektorem rozprzestrzeniania się wirusa.

„Badania te po raz pierwszy wykazują, że starożytne powłoki gnidowe stanowią niezawodne źródło genomowego DNA zarówno żywiciela jak i nie-żywiciela” – pisze zespół w swojej pracy. Naukowcy sugerują, że powłoki te mogą być alternatywą dla analizy DNA wyekstrahowanego ze starożytnych zębów i kości, ponieważ te konwencjonalne metody często uszkadzają ludzkie szczątki, mające znaczną wartość kulturową. Używanie kitu wszy, który powszechnie znajduje się na starożytnych szczątkach ludzkich i odzieży, pozwoliłoby uniknąć takich uszkodzeń.

„Dzięki genetycznemu charakteryzowaniu ludzkiego żywiciela przy użyciu zaledwie garstki gnid zapobiegamy destrukcyjnemu pobieraniu próbek kości i zębów, które uszkadzają lub niszczą unikalne starożytne próbki. Zapobiega to również konfliktom z pokrewna im ludnością rodzimą, ponieważ mumie lub szkielet pozostają nienaruszone; wystarczy zaledwie kilka włosów zawierających gnidy”, wyjaśnia Perotti dla The Guardian.

W oświadczeniu na temat badań, ich współautor, Mikkel Pedersen z Uniwersytetu Kopenhaskiego, badacz starożytnego DNA środowiskowego, wyraża zaskoczenie ilością ludzkiego DNA znalezionego w kleistym kicie pasożyta. W wywiadzie dla The Guardian wyjaśnia, że zachowane w gnidowym kicie DNA wydaje się lepiej chronione przed uszkodzeniami chemicznymi niż w zębach lub kościach. Niemniej jednak Pedersen utrzymuje, że potrzebne są dalsze badania, aby ocenić potencjał gnidowego kitu jako alternatywnego źródła dla pozyskiwania starożytnego ludzkiego DNA. David Reed, biolog z Muzeum Historii Naturalnej na Florydzie, który nie brał udziału w tych badaniach, w komentarzu dla Smithsoniana nazywa tę pracę „niezwykłą.” „Po pierwsze, autorzy byli w stanie zsekwencjonować genom z tak małego i pozornie nieistotnego materiału wyjściowego, a po drugie wszy na tych głowach przyczyniły się do naszego zrozumienia migracji ludzi” i dodaje: „Wygląda na to, że wszy mają coś jeszcze więcej do powiedzenia o naszej historii.”

____________________________________________________

English version

Lice Stories

I fully agree with the astrophysicist Hawking: “We are just an advanced breed of monkeys on a minor planet of a very average star. But we can understand the Universe. That makes us something very special.”

In my opinion, this uniqueness results also from the fact that we are the only primates with the privilege of coexisting with two species of lice, moreover, we are their hosts. On our heads we host a head louse, closely related to the chimpanzee louse. In the pubic area, we sometimes feed a crab louse whose relatives play happily on gorillas. But that’s not all. The head louse was clearly less stupid than we thought it to be. When Homo Sapiens moved from Africa to the areas of Eurasia tens of thousands of years ago, a subspecies of body lice emerged from the head lice; lovers of folds and recesses of clothing that had to be worn in cold Europe and other regions of the world. However, it is not impossible that the nasty louse has survived to this day for hundreds of thousands of years, enjoying the warmth of Neanderthals and Denisovans and gobbling up the blood of their subsequent generations after they inhabited the cold steppe areas of Eurasia. When Homo Sapiens arrived and cohabited with the older cousins, the louse tasted their blood and it turned out to be very good. So good that in the third decade of twenty-first century of our ultra-civilized world, even some high-end hotels manage to lose to the parasite. I know this is kind of second-rate subject, therefore I am going to move now a step up. It turns out that in addition to being annoying, the louse is highly scientifically helpful. Yes, I know, it sounds quite nonsensical, but I can assure you that this parasite is highly scientistic.

I invite both those who trust me and those
who do not believe me to read the article,
which will prove this highly improbable thesis.

Chloe Tenn


 TYTOŃ

Zdjęcie zapożyczone z https://polski-tyton.pl/tyton-online


Nie pamiętam jakie papierosy paliła moja matka przeszło 65 lat temu, ale pamiętam, że świsnąłem jej jednego i schowałem za pewnym szarym misiem, z przykazaniem żeby pilnował go jak oka w głowie. Miał tam leżeć i czekać na chwilę gdy nikogo nie będzie w domu. Minęło kilka dni, sytuacja wciąż nie była klarowna na tyle, żeby zapalić, ale oto na biurku w tak zwanym „niebieskim pokoju” znalazłem odkorkowaną butelkę z czymś co podobno było do picia tylko dla starych. Nie wiedziałem wtedy nic o tym napoju, z wyjątkiem tego, że czynił ludzi jakoś bardzo skorych do chichotów i obdarzania mnie łakociami w ilościach niespotykanych kiedy indziej. Mamy i ojca nie było, a niania pichciła coś w kuchni, przyprawiając to swoją ulubioną melodią z Podola. Nie miałem pojęcia co to „Podole”, ale wiedziałem, że teraz albo nigdy... Pobrałem butelkę i nie roniąc ani kropli,  udałem się chyłkiem do dziecinnego pokoju, a potem wprost do wnętrza wielkiej szafy, której drzwi zawarłem od wewnątrz. Łyk, łyk, troszkę poleciało na koszulkę i spodenki, ale kto by się przejmował... sen łyknął mnie w takim samym tempie jak ja łykałem to ojcowe wino z głogu... Mama wróciła, mnie nie było. Dramatyczne poszukiwania trwały pół godziny, MO zostało zawiadomione o zaginięciu, ale zanim przyjechali zacząłem chrapać... i tym odgłosem wydałem się. Nie chciałem jednak wydać butelki. „Dobry soczek”, powiedziałem, patrząc w załzawione oczy matki i uśmiechając się szelmowsko na dowód odbytej inicjacji trunkowej. Na tytoniową czekałem zaledwie 24 godziny. Szary miś się sprawdził. Nie wydał, a ukryty papieros zachował wszystkie swoje walory. Mama wyszła, niania paliła sporta w ogrodzie, więc i ja zapaliłem. Pech mój polegał na tym, że mama wróciła do domu po coś czego zapomniała. Usłyszałem ją i natychmiast wrzuciłem pod szafę palącego się papierosa. Kroki mamy zdawały się oddalać w stronę schodów, co mnie uspokoiło na sekundę. Niestety, tylko na sekundę, bowiem w następnej stało się najgorsze – mama weszła do pokoju i zaciągnęła się głęboko powietrzem nasyconym dymem papierosowym. Wydarzenia następnych kilku minut sprawiły, że kolejnego papierosa zapaliłem wiele, wiele lat później. W tym, że ciągnęło mnie do dymka już od najmłodszych lat, upatruję wystąpienie u mnie skłonności typowej dla moich odległych przodków – jakiejś cechy regresywnej w postaci nieprzydatnego mojemu organizmowi instynktu. Oto bowiem, jak donosi Tosin Thompson na łamach magazynu Nature, tytoń używano już 12 000 lat temu, w związku z czym wcale nie zdziwiłbym się gdyby nawet ówczesne oseski sztachały się dymkiem, oczywiście chcąc nie chcąc. Per analogiam, przypomnieć nie wadzi o usypianiu niemowlaków makiem zawiniętym w szmatkę nasyconą alkoholem... ale, czekajcie no! To może i tę butelkę ojcowego wina tak jakoś atawistycznie pociągnąłem?  Eeeee, chyba nie.....
Ale, jakkolwiek by było, lepiej wracajmy do tytoniu...!


Spalone nasiona dowodzą,
że ludzie używali tytoniu
ju
ż 12 000 lat temu


Najwcześniejsze dowody na to, że łowcy-zbieracze z epoki kamienia żuli lub palili tę roślinę, zostały odkryte wśród pozostałości po prahistorycznym ognisku.

Oznacza to, że społeczeństwa zbieracko-łowieckie Ameryki Północnej używały tytoniu około 12
300 lat temu – 9 000 lat wcześniej niż wskazywały na to poprzednio udokumentowane źródła.

Używanie tytoniu rozprzestrzeniło się na całym świecie 
od końca XV wieku, po kontakcie w między europejskimi odkrywcami a rdzenną ludnością Ameryki Północnej. Ale badacze zagadnienia podjęli próby ustalenia precyzyjnie, jak i kiedy rośliny tytoniowe (Nicotiana spp.) zostały po raz pierwszy udomowione.

Daron Duke i jego wspólpracownicy z Far Western Anthropological Research Group w Davis w Kalifornii, odkryli najstarsze bezpośrednie dowody używania tytoniu w obozie łowców-zbieraczy na terenie Wielkiej Pustyni Słonej w stanie Utah. Wyniki opublikowali 11 października, 2021 roku w miesięczniku Nature Human Behaviour.

Miejsce to leży wzdłuż wyschniętego już koryta prehistorycznej rzeki, zwanej Old River Bed, gdzie ludzie obozowali między 13
000 i 9 500 lat temu. Podczas wykopalisk na terenie historycznego poligonu testowo-treningowego Sił Powietrznych USA w Utah, zespół badawczy odkrył palenisko zawierające między innymi cztery spalone nasiona tytoniu.

Badacze wykorzystali datowanie radiowęglowe od ustalenia wieku paleniska i jego zawartości. Same nasiona tytoniu były zbyt małe i kruche, aby można je było datować, ale ustalono, że inny spalony tam materiał drzewny miał około 12
300 lat. Założono więc, że zwęglone nasiona tytoniu były równie stare.

Chociaż nie można powiedzieć z całą pewnością, w jaki sposób tytoń był używany, fakt że pozostały tylko nasiona, sugeruje, że liście i łodygi tytoniu – części o działaniu odurzającym – zostały skonsumowane. Nasiona, które są małe i łatwo przylegają do lepkich włosków rośliny, mogły zostać zebrane wtedy, gdy zrywano części kwitnące. „Ludzie w plejstocenie prawdopodobnie palili lub żuli tytoń w podobny sposób, jak używa się go dzisiaj”, mówi Jaime Kennedy, archeolożka z Uniwersytetu Stanowego w w Eugene, 
Oregon .

Kości z kaczki

Artefakty znalezione w palenisku i wokół niego uzupełniają kontekst znaleziska. Należą do nich fragmenty grota typu Haskett, powszechnie używanego przez łowców-zbieraczy w Ameryce Północnej w plejstocenie. W tym przypadku, jak sądzą naukowcy, był używany do polowania na różne gatunki kaczek, bowiem na miejscu odkryto dużą liczbę kości ptactwa wodnego.

Zespół Duke'a znalazł również zwęglone nasiona innych roślin tradycyjnie spożywanych przez społeczności rdzennych Amerykanów: komosy (Chenopodium spp.), kalandrynii (Calandrina spp.) i traw śmiałek (Deschampsia spp.).

Naukowcy sądzą, że nasiona tytoniu prawdopodobnie nie trafiły do paleniska w sposób naturalny. Natomiast mogły one pochodzić z żołądków upolowanych kaczek lub z roślin rosnących w pobliżu paleniska. Tytoń rośnie jednak na wyżynach — z dala od mokradeł i typowych pokarmów dla ptactwa wodnego. Zatem „ptaki musiałyby być z dala od swojego naturalnego środowiska i jeść coś, co jest w zasadzie toksyczne i niesmaczne” – mówi Duke. Zbadał następnie ze swoim zespołem profil glebowy z tych okolic, z czasów zasiedlania ich przez człowieka. „Znaleźliśmy tylko pospolite rośliny bagienne, nie tytoń”, mówi.

Szczególnie interesujące jest to, że tytoń znaleziono wraz z nasionami roślin jadalnych, takich jak komosa, mówi Kennedy, i dodaje: „To odkrycie podkreśla starożytną symbiotyczną relację między ludźmi a roślinami, takimi jak tytoń, które adaptują się doskonale w glebach przekształconych antropogenicznie”.



 BEGUM SAMRU


Begun Samru (1750-1836) Źródło/Source


Nie wiem co to jest, przypadek czy jakaś wewnętrzna potrzeba, ale w ostatnim czasie babki mi się kręcą po blogu coraz częściej. Niedawno była Ebu Gogo, potem Paleolitki, a teraz wpadła mi w oko Kaszmirka o imieniu Begum Samru, urodzona jako Farzana Zeb un-Nissa, ale po przejściu na chrześcijaństwo znana Joanna Nobilis Sombre. Dlaczego „Joanna” wyjaśni się w tekście. Kobitka, przyznam, urody raczej nie na zabój, mimo to, jak wieść niesie, nawijała sobie facetów na pęczki, a oficerów ich królewskich mości przede wszystkim, choć nie tylko... Widocznie ta wątłej natury osóbka miała coś niezwykle gorącego i magnetycznego w sobie, coś co zdecydowanie górowało nad brakiem walorów estetycznych jej fizjonomii. Bez wątpienia były tym, jej wojowniczy charakter i niebotyczna figlarność - cechy wysysające szybko siły witalne człowieka, ale nie Begum. Jej zejście z tego padołu nastąpiło po 80-ce jako majętnej staruszki, tak majętnej, że zajęłaby 29-tą pozycję wśród najbogatszych ludzi świata AD 2021.
O tej kobiecie, zapomnianej nawet w Indiach, opowiada Priyanka Borpujari, niezależna dziennikarka, która publikuje obszerne relacje z Indii, Indonezji, Salwadoru oraz Bośni i Hercegowiny.
Artykuł opublikowany został oryginalnie w lipcu 2019 roku w National Geographic. Tłumaczenie moje.

I don't know what it is, a coincidence or some internal need, but lately the ladies are hanging around the blog more and more often. Recently, there was Ebu Gogo, then Paleolithic women, and now my eye caught a Kashmiri named Begum Samru, born as Farzana Zeb un-Nissa, who after converting to Catholicism assumed the name Joanna Nobilis Sombre. Why "Joanna" will be explained in the text. This petite woman, with a beauty rather not to die for, attracted men in bunches, mainly their royal majesty's officers, but not only. Apparently, this fragile person had something extremely hot and magnetic about her, something that outweighed the lack of aesthetic qualities of her physiognomy. They were undoubtedly both, her belligerent nature and sky-high playfulness - traits that quickly drain a person's vitality, but not Begum. She left this world in her 80s as a wealthy old woman, so wealthy that she would rank 29th among the richest people in the world in 2021..
The story of this woman, forgotten even in India, is told by Priyanka Borpujari, a freelance journalist who has reported extensively from India, Indonesia, El Salvador, and Bosnia and Herzegovina.


Zawadiacka Begum Samru
dowodziła armiami, miała litanię kochanków i 
po Joannie d'Arc
nazywała siebie, Joanna.
Priyanka Borpujari

Budynek z białego kamienia w centralnej dzielnicy targowej starego Delhi, z wyjątkiem małej tablicy na froncie nie różni się zbytnio od innych zaniedbanych budynków przy ulicy zatłoczonej sklepami elektronicznymi sprzedającymi wtyczki do prądu, drut miedziany, filmy rentgenowskie, czy żele do elektrokardiogramu. Pałac Bhagirath, jak informuje przechodniów tablica, był niegdyś okazałą rezydencją jednej z najpotężniejszych kobiet w Indiach: kurtyzany, która została najemniczką, następnie dyplomatką, a potem nawet królową.

W północnych Indiach, w XVIII wieku, Begum Samru była najwyższym rangą dowódcą wojsk w sile 3000, łącznie z co najmniej setką europejskich najemników. Utrzymywała dwór, nosiła turban, paliła hookah (fajkę wodną), jeździła konno, przeszła z islamu na katolicyzm i nazwała się Joanna, po Joannie d'Arc. Jednak dzisiaj jest w dużej mierze zapomniana, a Pałac Bhagirath jest jednym z zaledwie dwóch fizycznych świadków jej istnienia w opowieściach historycznych jej kraju.

Pałac Bhagirath - źródło/source (edited)

„Kobiety nie są uważane za uprawnione do bezpośredniego sprawowania władzy” – mówi Uma Chakravarti, znana historyczka i feministka. Nawiązuje do kobiet, które zajmują 78 z 543 miejsc w indyjskim parlamencie. Kobiety na potężnych stanowiskach muszą dziś pracować w cieniu mężczyzn będących na czele partii politycznych. Ale Chakravarti kontynuuje: „Begum Samru była w stanie wykorzystać moment politycznej przemiany, by wkroczyć w kuluary władzy i wynegocjować dla siebie przestrzeń”.

Ta przemiana polityczna była okresem wstrząsów i chaosu w XVIII wieku, gdy imperium Mogołów, które rządziło ogromnym subkontynentem indyjskim, stanęło w obliczu powstań ze strony lokalnych wodzów, oraz inwazji i kolonizacji brytyjskiej.

Begum Samru urodziła się w 1750 roku pod nadano jej imię Farzana. Niektórzy historycy twierdzą, że była córką muzułmańskiego szlachcica; inni twierdzą, że była sierotą wychowaną w kotha – tradycyjnym indyjskim domu przyjemności i rozpusty, gdzie kobiety tańczyły dla bogatych mężczyzn.

Aby stłumić lokalnych buntowników, królowie Mogołów wynajęli europejskich najemników – w tym Waltera Reinhardta z Austrii, który zyskał przydomek Rzeźnik z Patny po tym, jak w 1763 r. zabił tam 150 Anglików.

Żonaty, 45-letni Reinhardt został oczarowany przez 14-letnią Farzanę, którą zauważył w kotha (rodzaj domu publicznego). Połączywszy siły, utworzyli tandem mocy: parę najemników do wynajęcia.

Farzana oczarowała władców Mogołów na ich dworach. Namaścili ją pełnym czci tytułem Begum czyli królową. Ze względu na ponury charakter Reinhardta, zmodyfikowana wersja jego przydomka,  mianowicie, Le Sombre (Ponura), stała się źródłem jej nowego nazwiska: Samru. Gdyby była żoną Reinhardta, zauważa historyk Aditi Dasgupta, Begum Samru nie miałaby dostępu do wewnętrznych mechanizmów polityki władców i ich dworów. Małżeństwo umieściłoby kurtyzanę za kratami purdah, (kurtyna lub krata służąca segregacji płci).

Dom Begum Samru i jej ludzie (około1830) - źródło/source

„Nie trzymała się tradycyjnego postrzegania kobiet jako samo-ofiarny; zamiast tego zrobiła wszystko, co było konieczne, aby przetrwać jako władczyni” – mówi Archana Garodia-Gupta, autorka najnowszej książki „Kobiety, które rządziły Indiami: przywódcy, wojownicy, ikony”.

Po śmierci Reinhardta, Begum Samru — wszystkie jej 142 centymetry wzrostu — dowodziła armią i rządziła przez pięć dekad królestwem Sardhana, twierdzą Mogołów, 137 kilometrów na północny wschód od Delhi. Królowie Mogołów wzywali ją, gdy zostawali zaatakowani przez rywali. Begum miała zawsze gotową armię i talent do zawierania paktów z każdym, kto zaatakował Mogołów. Jeden z mogolskich monarchów nadał jej tytuł Zeb-un-nissa (Ornament wśród kobiet).

Begum Samru, według słów jednej z jej biografek, Julii Keay, była „jedyną wyemancypowaną hinduską kobietą, jaką większość z jej zagranicznych sympatyków kiedykolwiek spotkała. Wsłuchiwali się w każde jej słowo, jak opowiadała o czasach, które niewielu pamiętało, o armiach i okrucieństwach, galanterii i zdradzie.

Jej przygody wykraczały poza dwór. Wybierała jednego europejskiego kochanka po drugim, zawierając nawet pakt samobójczy z sekretnym francuskim kochasiem. Kiedy oboje uciekali przed atakiem, Begum Samru dźgnęła się sztyletem. Francuz, gdy zobaczył jej przesiąknięte krwią ubranie, zastrzelił się. On umarł, ale ona przeżyła. Uratował ją odtrącony irlandzki kochanek – robotnik portowy, który stał się najemnikiem. Po jego śmierci Begum Samru zaopiekowała się jego żoną i dziećmi.

Książka Garodii-Gupty opisuje życie 20 kobiet, które w dużej mierze zostały pominięte w tekstach historii Indii. Książka omawia dyplomację Begum Samru z Mogołami i Brytyjczykami. Po śmierci Reinhardta przeszła na katolicyzm i zbudowała bazylikę Matki Bożej Łaskawej w mieście Sardhana, której architektem był włoski oficer w jej armii.

Bazylika w Sardhana - źródło/source

„Wiedziała, że w przyszłości władcami będą Brytyjczycy i można było przypuszczać, że jej nawrócenie religijne miało ich zadowolić. A może naprawdę odnalazła swoją drogę w katolicyzmie” – mówi Garodia-Gupta.

„Nigdy nie jadła w obecności swoich gości, ale relacje różnią się co do tego, czy kiedykolwiek dotknęła wina… ale kiedy memsahibowie (Europejki) wyszły, dawała znak służącemu, aby przyniósł jej fajkę wodną, a następnie siadła wśród mężczyzn i aromatycznym dymie ich cygar” – napisała Julia Keay.

Begum Samru zmarła w styczniu 1836 roku. Kompania Wschodnioindyjska, brytyjska imperialna agencja w Indiach, odziedziczyła jej fortunę — około 55,5 miliona marek w złocie, jedną z największych indyjskich fortun tamtych czasów, co odpowiada niewyobrażalnym dziś 40 miliardom dolarów. Została pochowana pod bazyliką w Sardhana. W pobliżu ołtarza wznosi się wysoka na 18 stóp marmurowa rzeźba Begum Samru — jej tors owinięty szalem.

Po powrocie do starego Delhi, w rozpadającym się, wybrudzonym sadzami Pałacu Bhagirath, z jego wysokimi greckimi kolumnami, gdzie kupcy płci męskiej dominują na scenie handlowej, samotna starsza kobieta podtrzymuje ogień pamięci i buntu Begum Samru – choć tylko w swoim mayłm sklepiku z artykułami medycznymi, a nie na siedząc wysoko na tronie.

"Czego chcesz?" warknęła na mnie. „Nie mam dla ciebie czasu”.

 12 / 8 / 2026 POLSZCZYZNA Język polski jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Najdobitniejszym dowodem na to wydaje mi si...