V I N

MARIANI


For English version, please scroll down.


Wpadłem na moment do Gastro Obscura – takiej sobie sekcji podkastu Atlas Obskura, który oferuje „krótkie, codzienne świętowanie dziwnych i cudownych miejsc świata.” Czytam pierwsze zdanie i natychmiast łykam temat: wino w towarzystwie rządców dusz i świata, artystycznej ferajny, koronowanych głów, i jajogłowych. Chwytam szkło i nalewam C2H5OH, aromatyczne bordowe w kolorze. Apelacja, rocznik, winnica, winiarz, rodzaj grona – wszystko niezwykle ważne, ale golnę tylko troszeczkę, bowiem nadmiar gwarantuje wahania nastroju, stany lękowe, drażliwość, obojętność uczuciową, wybuchowość, apatię i brak energii, niezdolność do odczuwania przyjemności, zaburzenia koncentracji, zaburzenia pamięci, trudności w myśleniu abstrakcyjnym, zaburzenia w poczuciu odpowiedzialności i nieracjonalne postrzeganie rzeczywistości. To wszakże zaledwie podstawowe objawy psychiczne, do których przylega zestaw objawów fizycznych, takich jak drżenie mięśni, nadciśnienie tętnicze, nudności, wymioty, tachykardia, bezsenność lub zaburzenia snu, rozszerzenie źrenic, wzmożona potliwość, wysuszenie śluzówek, ból głowy, ogólne osłabienie i złe samopoczucie. Ale to nie wszystko, gdyż te objawy wymuszają na alkoholiku dostarczenie do organizmu kolejnej dawki alkoholu, który je złagodzi. 
OK, powiadam sobie, omineło mnie – umiar rządcą mego jestestwa! 
Czytam więc dalej, bowiem autor nęci inną używką, taką której potencji nie zaznałem -  dopowiadam, żeby nie było wątpliwości.

C17H21NO4 – kokaina
Jako substancja psychoaktywna wywołuje euforię, radość, zadowolenie, ustąpienie zmęczenia fizycznego i psychicznego, wyostrzenie percepcji, otwartości umysłu, wzmożoną samoocenę i pewność siebie, zwiększoną sprawność fizyczną i intelektualną, potrzebę kontaktu emocjonalnego z ludźmi, redukcję lęku społecznego i ogólny wzrost aktywności oraz podniecenie seksualne – pozytywne łał! - może jednak trzeba zacząć ćpać? Martwi jednak, że po wciągnięciu kreski pojawia się zahamowanie perystaltyki jelit i żołądka, rozszerzenie źrenic i wytrzeszcz gałek ocznych, przyspieszenie akcji serca i czynności oddechowych oraz wzrost ciśnienia krwi, zahamowanie wydzielania śliny, bezsenność i napady drgawkowe, a nawet sterotypie ruchowe. Oooo, to ostatnie poraża samym swoim brzmieniem, a co dopiero zaznać takiego sterotypia - zdecydowanie negatywne łał! Ejjjj, ta kokaina to taki dobry i zły glina – muszę znowu obejrzeć kika odcinków „Porucznika Columbo”. Wiem wiem, nie ma to nic wspólnego z tym o czym mowa – ot takie sobie asocjacyjne meandry spod kapelusza, ale przysięgam, nic nie tknąłem – cross my heart and hope to die . A jakby tak połączyć moce C2H5OH i C17H21NO4?
No i stało się! W 1863 roku, Korsykanin Mariani, po kilku latach kombinowania wypuścił na rynek wino wzmocnione kokainą.

C18H23NO4 – kokaetanol
Ubzdryngolonemu mocą dwóch używek – takie dwa w jednym – wątroba produkuje in vivo kokaetanol, substancję, której działanie euforyczne jest dłuższe niż kokainy i może ona pozostawać w organizmie przez kilka dni, a we włosach nawet przez szereg miesięcy.
Historię powstania i zastosowanie kokainowego wina pobrałem stąd i z przyjemnością ciskam nią w wasze strony, gdziekolwiek jesteście. Tak ciskam, bowiem nieco wypiłem, ale nienasycanego kokainą wina z Doliny Napa.


Prezydenci i papieże uwielbiali wino z kokainą.

Co łączy Ulyssesa Granta, Thomasa Edisona, królową Wiktorię, Henrika Ibsena, Julesa Verne'a i papieża Leona XIII? Wszyscy publicznie chwalili wino Vin Mariani z domieszką kokainy.

W 1859 roku włoski naukowiec, Paolo Mantegazza, opublikował artykuł na temat potencjalnych korzyści z mało zbadanej rośliny południowoamerykańskiej zwanej koka. Zainspirowany jego odkryciami, francuski chemik Angelo Mariani wynalazł silny tonik, czyli wino Bordeaux z dodatkiem dwudziestu jeden miligramów liści koki na 100 ml napitku. Zachwalał swój napój jako środek na poprawę trawienia, a także jako apertif, wzmacniacz energii i ogólną kurację, bezpieczną nawet dla dzieci (wystarczyło zmniejszyć o połowę standardową dzienną dawkę dwóch lub trzech szklanek).

Vin Mariani stało się rewelacją w Paryżu, a następnie rozeszło się po Europie i Stanach Zjednoczonych. Było to częściowo spowodowane agresywną kampanią marketingową Marianiego, która polegała na zleceniu zaprojektowania reklam słynnym artystom. Poparcie ze strony papieża również nie zaszkodziło: papież wręcz pochwalał skutki wzmacniania się winem tonikowym, „gdy modlitwa nie wystarczała”. Vin Mariani wychwalały tłumy celebrytów, a także prezydenci i lekarze. Magazyn Medical News z 1890 roku potwierdzał, że „żaden uznany preparat medyczny nie otrzymał silniejszego poparcia ze strony lekarzy”.

Nic dziwnego, że Vin Mariani miało swoich fanów. Chociaż spożycie doustne jest znacznie mniej uzależniające niż inne formy zażywania kokainy, to działanie napoju było bardzo silnie. Etanol w winie działał jako rozpuszczalnik, ekstrahując kokainę z liści koki. Kiedy kokaina i alkohol są wchłaniane razem, środki odurzające są metabolizowane w wątrobie i tworzy się trzeci związek chemiczny, zwany kokatylenem. Ta intensywnie psychoaktywna substancja jest bardziej euforyczna, silniejsza i bardziej toksyczna niż sama kokaina czy alkohol.

Ale imprezowanie musi się kiedyś skończyć. W 1906 roku Stany Zjednoczone poprzez ustawę Pure Food and Drug Act zaczęły egzekwować przepisy dotyczące etykietowania produktów. Ruchy na rzecz zakazu spożywania alkoholu zyskały na popularności, a niebezpieczeństwa związane z kokainą stały się powszechnie znane. Wszystko to ograniczyło podaż wina z koką na rynek. Na sprzedaż w Stanach Zjednoczonych została przygotowana wersja Vin Mariani bez koki, ale nie oferowała ona takiego samego pobudzającego działania jak konkurencyjny napój, który również był pierwotnie oparty na kokainie, czyli Coca-Cola.

Mariani walczył ze zmianami prawnymi prawie aż do swojej śmierci w 1914 roku - tego samego roku, w którym wojna przeciwko opiatom i koce oficjalnie rozpoczęła się wraz z ustawą Harrisona o podatku od narkotyków. Vin Mariani zniknęło z półek. W międzyczasie Coca-Cola nadal się rozwijała, oczywiście bez koki, aż stała się jedną z firm odnoszących największe sukcesy na świecie w produkcji napojów bezalkoholowych.

Wino przetrwało okres prohibicji; kokaina nie miała tyle szczęścia. Dobre Bordeaux możesz kupić w lokalnym sklepie z winami, ale Vin Mariani nie ma już w sprzedaży.

*********

P.S. 1.
Jak już popełniłem to co powyżej, podłubałem nieco w sieci i znalazłem dwie perełki na ten sam temat, o których nigdy pewnie nie dowiedziałbym się gdyby nie Gastro Obscura. 
Zachecam do lektury - nie przegrzewa bo czytanie krótkie ale treściwe.

1. Beatka                     2. Rekowski 

P.S. 2
Koka i kokaina to dwa byty ze wspólnym mianownikiem, ale dość odległe od siebie w w skutkach użycia.
Liście koki - świętej rośliny Inków, zawierają w 100 gramach 20 razy więcej wapnia niż mleko i więcej fosforu niż ryby, ułatwiąją pobieranie tlenu, wspomagają trawienie i pomagają pokonać chorobę wysokościową. Niestety, problemem tej wspaniałej rośliny jest jednoprocentowa zawartość kokainy w jej liściach. Dla Indian Ameryki Południowej były one darem bogów.
Krasnodrzew pospolity, koka, krzew kokainowy (Erythroxylum coca) wyrósł ponoć z ciała pewnej zabawowej dziewki, którą zabili kochankowie, ale sa i tacy, którzy twierdzą, że roślina była darem Matki Boskiej dla biednych Indian. Nie wiem co wy na to, ale ja nie umiem się zdecydować, która wersja jest prawdziwa. Wolę pierwszą, ale drugiej nie wykluczam, ot tak na wszelki wypadek...

_______________
Ilustracja: źródło



VIN  MARIANI

INTRO:
I dropped by the Gastro Obscura for a moment - a section of the Atlas Obscura podcast that offers a "short, daily celebration of strange and wonderful places in the world." After reading the first sentence I immediately swallowed the topic: wine in the company of the stewards of both the souls and the world, and artistic gangs, crowned heads, and eggheads. I grabbed the glass and poured C2H5OH, very aromatic, burgundy in color. Appeal, vintage, vineyard, winemaker, type of grapes - everything is extremely important, but I sip only a little, since the excess guarantees mood swings, anxiety, irritability, emotional indifference, explosiveness, apathy and lack of energy, inability to feel pleasure, impaired concentration, memory disturbances, difficulties in abstract thinking, disturbed sense of responsibility and irrational perception of reality. However, these are only the basic mental symptoms to which a set of physical symptoms adhere, such as muscle tremors, hypertension, nausea, vomiting, tachycardia, insomnia or sleep disturbances, pupil dilation, increased sweating, dry mucous membranes, headache, general weakness and malaise. But it is not everything, because these symptoms force the alcoholic to deliver another dose of alcohol to the body to alleviate them.

OK, I tell myself, I missed all that - moderation is the steward of my being! 

So, I read on, because the author tempts with a different stimulant, one whose potency I have not known.

C17H21NO4 - cocaine

As a psychoactive substance, which causes euphoria, joy, satisfaction, sharpening of perception, open-mindedness, increased physical and intellectual fitness, self-esteem, self-confidence, need for emotional contact with people, as well as the reduction of social anxiety and overall increase in activity including sexual arousal - wow, quite a positive WOW! - perhaps it is time to start "drawing the line"? However, what’s worrying, is that afterwards occurs inhibition of intestinal and gastric peristalsis, dilation of the pupils, and eyes bulging; later comes acceleration of heart rate and respiratory function as well as increased blood pressure, inhibition of salivation, insomnia and seizures, and even motor stereotypies appear. Ooh, the latter is shocking just with the way it sounds, let alone to experience such stereotypies - definitely negative wow! On a closer look, this cocaine acts like a good cop and a bad cop, isn't it – perhaps it's time to watch a few episodes of Lieutenant Columbo again. I know, I know, it has nothing to do with what we're talking about - just such associative meandering from under the hat..., and I swear, I didn't touch anything - cross my heart and hope to die . 

But, what if we combine the powers of C2H5OH and C17H21NO4?

And it happened! In 1863, the Corsican Mariani, after several years of trials, launched a wine fortified with cocaine.

C18H23NO4 – cocaethylene

Drunk as a skunk thanks to the power of two stimulants (sort of two-in-one), the liver produces cocaethylene in vivo, a substance whose euphoric effect lasts longer than that of cocaine, and it can remain in the body for several days, or even for several months in the hair.

I have downloaded the story of the origin and use of cocaine wine from here and I am happy to throw it at your side wherever you are. I admit, I drank a little; however, not any cocaine-infused wine, but a great zinfandel from the famous Mokelumne River Appellation near Lodi, California. 


PS 1.
As I have written the above, I searched a bit on the web and found two gems on the same topic that I would never have known if it weren't for the Gastro Obscura. 
I encourage you to read these texts - they will not overheat you thanks to being rather short; however, vey informative.

1.  Beatka                      2. Rekowski   For those two articles, please use the automatic translator.

 

PS 2
Coca and cocaine are two entities with a common denominator, but quite distant from each other in the sense of effects.
Coca leaves, an Inca sacred plant, contain 20 times more calcium per 100 grams than milk and more phosphorus than fish, facilitate oxygen uptake, aid digestion and help to overcome altitude sickness. Unfortunately, the problem with this wonderful plant is the 1% cocaine content in its leaves. For the South American Indians, they were a gift from the gods.
Dwarf wood, in another words coca or coca bush (Erythroxylum coca) grew supposedly from the body of a playful girl who was killed by her lovers, but there are also those who claim that the plant was a gift from the Mother of God to poor Indians. I don't know what you think, but I can't decide which version is true. I prefer the first, but I don't exclude the second, just in case ...


HOMO
PLASTICUS

Creator: Sablin Credit: Getty Images/iStockphoto


Wymyśliliśmy plastic!

Tak, MY wymyśliliśmy, bowiem jak 57 lat temu powiedział syn angielskich misjonarzy, kenijski archeolog i paleoantroplog Louis Seymour Bazett Leakey, "człowiek jest zręczny", innymi słowy Homo habilis. Wcześniej i później mieliśmy w rodzinie człowiekowatych do czynienia z wieloma rodzajami Homo, takimi choćby jak H. erectus, który onegdaj zamieszkiwał w okolicach Trzebnicy, w Kończycach Wielkich na Śląsku, czy też w pewnej jaskini koło wsi Smoleń na Wyżynie Częstochowskiej. Było to jednak tak dawno temu, że nie pamietał o tym poprzednim nawet nasz genetyczny(a) brat/siostra, Homo neanderthalensis, który bawił na południu dzisiejszej Polski przez dobre kilkadziesiąt tysięcy lat. Nie marszcz czoła H. sapiens(ie)! Neandertalczycy to nasze rodzeństwo – jak komuś ta relacja doskwiera, to po wyjaśnienia zapraszam tutaj.
No, ale revenons à nos moutons!
Ostatnie lata obfitują w zagęszczanie odnóg na ludzkiej gałęzi ssaków – mamy oto znaleziska zaginionych braci, sióstr i kuzynostwa: Homo naledi, Homo denisova, Homo luzonenzis, Homo floresiensis, ot żeby wymienić najważniejszych, bo to nie koniec, a jestem pewien, że będą też następni. Jeden z tych nowych wyłonił się nawet już jakiś czas temu, ale z identyfikacją były małe problemy, tym nie mniej jest, mamy go. To ten, który 159 lat temu, na wystawie w Londynie zaprezentował "parkesinę", kilka lat później dołaczył do niego osobnik z celuloidem, no i tak jak to w Ogrodzie Rozkoszy, posypało się: sztuczny jedwab, bakelit, polistyren, PCV, polietylen, teflon, żywice epoksydowe, poliamidy, aż wreszcie mamy 9 miliardów ton plastikowych śmieci – wielkie dzięki ci Homo plastikus!

O podstawach wyodrębniania się tego nowego osobnika w rodzinie H. sapiens opowiedział w skrócie Matt Simon w artykule opublikowanym na portalu WIRED.


Plastik spada z nieba. Ale skąd się tam bierze?

W dowolnym momencie nad zachodnimi Stanami Zjednoczonymi unosi się 1100 ton mikroplastiku. Nowe modelowanie pokazuje zaskakujące źródła nikczemnego zanieczyszczenia.

Jak znajdziesz się w jakimś ustronnym miejscu na amerykańskim Zachodzie - może w Yellowstone, na pustyniach Utah lub w lasach Oregonu - weź głęboki oddech i zaczerpnij świeżego powietrza wraz z mikroplastikiem. Zgodnie z nowymi danymi, 1100 ton jego unosi się obecnie nad zachodnimi Stanami Zjednoczonymi. Materiał spada z nieba, zanieczyszczając najbardziej odległe zakątki Ameryki Północnej i świata. Jak już kiedyś powiedziałem, plastikowy deszcz to nowy kwaśny deszcz.

Ale skąd to wszystko się bierze? Można by pomyśleć, że popochodzi z pobliskich miast - zachodnich metropolii, takich jak Denver czy Salt Lake City.Jednak nowe modele opublikowane wczoraj w Proceedings of the National Academy of Sciences pokazuje, że 84 procent mikroplastiku unoszącego się w powietrzu na Zachodzie Ameryki pochodzi z dróg między dużymi miastami. Kolejne 11 procent jest nawiewiane od strony oceanu. (Naukowcy, którzy opracowali ten nowy model, szacują, że cząsteczki mikroplastiku unoszą się w powietrzu przez prawie tydzień, a to więcej czasu niż porzeba, aby przemierzyły kontynenty i oceany).

Mikroplastik - cząstki mniejsze niż 5 milimetrów - pochodzą z wielu źródeł. Plastikowe torby i butelki uwalniane do środowiska rozpadają się na coraz mniejsze kawałki. Innym ważnym źródłem jest pralka: podczas prania odzieży syntetycznej maleńkie mikrowłókna wypłukują się i trafiają do oczyszczalni ścieków. Tam część mikrowłókien zostaje odfiltrowana, przez zatrzymanie ich w „szlamie”, czyli oczyszczonych odpadkach ludzkiego pochodzenia, które są następnie wyrzucane na pola uprawne jako nawóz. Tak mikroplastik zostaje zdeponowany w glebę. Następnie oczyszczalnia ścieków wypłucze pozostałe mikrowłókna do morza w już oczyszczonej wodzie. Dzieje się tak od dziesięcioleci, a ponieważ tworzywa sztuczne rozpadają się, ale tak naprawdę nigdy nie znikają, to ich ilość ich w oceanie gwałtownie rośnie.

W rzeczywistości te nowe badania pokazują, że w danym momencie z oceanu może pochodzić więcej mikroplastiku, niż do niego dostaje się. Innymi słowy: w oceanie nagromadziło się go tak dużo, że ląd może być teraz importerem netto mikroplastiku pochodzącego z morza. „To naprawdę uwydatnia rolę tradycyjnych zanieczyszczeń” - mówi Janice Brahney, badaczka zajmująca się środowiskiem na Uniwersytecie Stanowym Utah i współautorka nowego artykułu PNAS. „Ilość tworzyw sztucznych w naszych oceanach jest po prostu przytłaczająca w porównaniu do wszystkiego, co produkujemy w danym roku w środowisku lądowym”

Te mikrodrobiny plastiku nie tylko wyrzucane są na brzeg i gromadzą się na plażach. Kiedy wiatry popychając fale rozbijają się o brzegi, wyrzucają w powietrze kropelki wody morskiej, zawierające sól, materię organiczną i mikrocząstki plastiku. „Następnie woda w wiekszości wyparowuje i zostają tylko aerozole” inaczej mówiąc, unosząca się w powietrzu mgła z cząsteczkami materii - mówi Natalie Mahowald, badaczka z Cornell University, która współprowadziła prace z J. Brahney. „Klasycznie, my, naukowcy zajmujący się atmosferą, zawsze wiedzieliśmy, że w ten sposób depozytowane są sole morskie” - kontynuuje. Ale w zeszłym roku inna grupa badaczy zademonstrowała to zjawisko również jeśli chodzi o mikroplastik, wykazując, że pojawia się on w bryzie morskiej.

Tym razem Mahowald i Brahney, używając modeli atmosferycznych, poszły dalej aby pokazać, jak daleko może podróżować morski mikroplastik po uniesieniu się w powietrze. Przyjrzały się także innym źródłom emisji mikroplastików, takim jak drogi, miasta i pola uprawne. Ustaliły na przykład, ile pyłu unosi się z pól i ile mikroplastiku może znajdować się w tym pyle.

Następnie badaczki połączyły modelowanie atmosfery z danymi ze świata rzeczywistego. Brahney użyła próbników powietrza rozrzuconych w odległych miejscach na Zachodzie Ameryki, żeby móc powiedzieć ile cząstek plastiku spadło z nieba w danym momencie. Modelowanie zastosowane przez Mahowald uwzględniało warunki atmosferyczne i klimatyczne w tym samym czasie, umożliwiając naukowcom prześledzenie, skąd prawdopodobnie przywiane zostały cząstki plastiku.

Okazało się, że pył rolniczy dostarcza tylko 5% mikroplastików atmosferycznych na Zachodzie USA. A, co zaskakujące, miasta dostarczyły tylko 0,4 procenta. „Gdyby zapytano kogoś, w jaki sposób tworzywa sztuczne dostają się do atmosfery, odpowiedziałby, że pochodzą z ośrodków miejskich” - mówi Brahney. „Ja jednak jestem zdania, że najważniejsze są drogi, które wychodzą z miast”.

Kiedy samochód toczy się po drodze, drobinki opon uwalniaja się w ramach normalnego zużycia. Ten materiał nie jest czystą gumą; zawiera dodane syntetyczne tworzywa i mnóstwo innych chemikaliów. Cząsteczki opon są zatem technicznie mikroplastikami i znajduja się wszędzie. W jednym z badań przeprowadzonych w 2019 r.wyliczono, że każdego roku do Zatoki San Francisco spłukiwanych jest 7 bilionów cząstek mikroplastików, w większości z opon.

Miasta faktycznie wytwarzają zdumiewające ilości mikroplastiku poprzez ruch uliczny i rozpadające się śmieci, ale nie wydaje się, aby przedostawał się on wysoko w atmosferę. Brahney i Mahowald myślą, że to z dwóch powodów, mianowicie budynki blokują wiatr przed zbieraniem z powierzchni miasta i przesyłaniem tych fragmentów dalej, a ponadto ludzie jeżdżą samochodami wolniej w obszarach miejskich. To wolniejsze ścieranie opon sprawia, że ich cząsteczki trafiają na jezdnie w znacznie mniejszych ilościach. Ale wyjedźcie na autostradę międzystanową gdzie jest dużo więcej otwartej przestrzeni - tam wiatry mogą łatwo porywać i przenosić odpadki. Poza tym, mówi Mahowald, „samochody poruszają się z prędkością 100 i wiecej kilometrów na godzinę. To dużo energii, a z tą energią do atmosfery łatwo mogą dostawać się maleńkie cząsteczki opon”.

Ale dlaczego zadawać sobie trud modelowania ekstremalnej złożoności atmosfery, zamiast przyjrzenia się charakterystyce mikroplastików, które wylądowały w pojemnikach pułapkach, aby dowiedzieć się, skąd się wzięły? Smutną rzeczywistością jest to, że te tworzywa sztuczne tak dokładnie nasyciły środowisko, iż w pewnym sensie ujednoliciły się. Cząsteczki z syntetycznej odzieży oraz degradujących się butelek i opakowań wydają się przemieszczać w powietrzu między lądem i morzem z taką regularnością - i dostatecznym wymieszaniem - że trudno jest wskazać źródło konkretnego polimeru.

„To nie to, że idwntyfikacja jest trudna - to własciwie jest niemożliwe” - mówi Deonie Allen, badaczka mikroplastików z University of Strathclyde, która nie była zaangażowana w te nowe badania. (Jest współautorką zeszłorocznego badania, które udokumentowało mikrodrobiny plastiku w bryzie morskiej). „Jeśli zastosujesz model, jestes w stanie dowiedzieć się, skąd może pochodzić [plastic]. Ale jeśli spojrzysz tylko na chemiczną sygnaturę rodzajów tworzyw sztucznych, które masz w swoim wiadrze lub w filtrze, nie ma sposobu, abyś mógł stwierdzić, skąd one pochodzą ”. Jeśli potrafisz zidentyfikować kawałek gumy, istnieje duża szansa, że pochodzi on z opony. „Ale reszta z nich”, dodaje Allen, „mogą pochodzić z dowolnego miejsca”.

Dlatego modelowanie atmosfery ma kluczowe znaczenie dla lepszego zrozumienia, w jaki sposób mikrodrobiny plastiku przemieszczają się między środowiskami. Naukowcy dopiero zaczynają to robić - jak dotąd ukazało się zaledwie kilkadziesiąt artykułów. Jednak naukowcy potrzebują znacznie więcej danych na temat tego, ile plastiku spada z nieba i gdzie. Na przykład te nowe badania koncentrowały się na amerykańskim Zachodzie, ale generowanie i dystrybucja cząstek może przebiegać inaczej w innych miejscach. Zachodnie stany są dość suche, więc być może samochodom łatwiej jest tam rozrzucać mikroplastik niż na mokrym Południu. Również w Europie odpady z tworzyw sztucznych są często wprowadzane do dróg jako materiał konstrukcyjny, co jest szlachetnym pomysłem, ale może oznaczać, że te drogi emitują jeszcze więcej tworzyw sztucznych, mieszając się z tymi z opon.

Jednak krok po kroku naukowcy opracowują jaśniejszy obraz tego, jak te cząstki krążą po całej planecie. Wydaje się, że głównym motorem jest transport atmosferyczny wyszczególniony w tych nowych badaniach. „Żyjemy na kuli wewnątrz bańki” - mówi Steve Allen, badacz mikroplastików z University of Strathclyde, który nie był zaangażowany w badania. (On i Deonie Allen są małżeństwem.) „Nie ma granic, nie ma krawędzi. A to wyraźnie pokazuje, że mikroplastik trafia do morza i wychodzi z morza. Pada na lądzie, a potem znowu zostaje wyrzucony w powietrze, by przenieść się w inne miejsce. Nie da się go zatrzymać, gdy już się wydostanie ”.

„Może po prostu bez końca poruszać się po powierzchni Ziemi” - zgadza się J. Brahney. „Uświadomienie sobie tego jest naprawdę przerażające”.

Post scriptum

Może jednak poradzimy sobie z pomocą grzybków?
Podobno w lasach Amazonii na plastiku żeruje pestalotiopsis microspora, konsumujac poliuretany i robi to nawet szybciej niż pospolity na całym świecie aspergillus niger (kropidlak czarny), kojarzony chetnie z klątwą Tutanchamona. Trzeci do kompletu, aspergillus tubingensis, lubi wysypiska śmieci w Pakistanie - tam przyuważono go kilka lat temu jak opychał się plastikami.
Czyż po H. plastikusie nie mogłaby nadejść epoka Homo fungusiensis?

WYKAŁACZKA

NEANDERTALCZYKA


Cyfrowy model D3 trzonowca S5000 z Jaskini Stajnia © Stefano Benazzi


Neandertalczycy używali wykałaczek i higieny
jamy ustnej już 46 000 lat temu!!!

Jak się 
kiedyś okaże, iż stosowali cynamon do higieny osobietej, to zapytam: gdzie jesteś ludu znad Wisły wieku dwudziestego pierwszego ze swoją dbałością o zęby, pachy, pachwiny, pięty i inne ukochane partie swego cielska?
a
Póki co, jak donoszą dentyści ze swoich sterylnych gabinetów z rozkładanymi fotelami, szybkoobrotowymi wiertłami, schładzanymi bezpośrednim natryskiem i z podręcznym zestawem wszelkich środków znieczulajacych, prawie wszyscy Polacy boją się dentysty, a 15 procent krajan deklaruje paniczny lęk przed stomatologiem. Ale to nie wszystko, gdyż 800 tysięcy Polaków nie ma szczoteczki do zębów, a 4 miliony nigdy zębów nie myje. Nie sądzę żeby taki stan rzeczy był dzisiaj 
wciąż jeszcze pokłosiem ascezy zalecanej przez wczesne chrzescijaństwo. Czasy nigdy niemyjącej się świętej Agnieszki, to bardzo dawne czasy, tak jak i świetego Bernarda z Clairvaux, który zwykł mawiać, że „tam, gdzie śmierdzą wszyscy, nie czuć nikogo.” Bliższa naszym czasom królowa Elżbieta I myła się raz w miesiącu, będąc jedną z najczystszych osób w Anglii. Nie chcę przesądzać sprawy, ale być może postępowała tak z obawy przed dżumą, która wedle ówczesnej wiedzy, z łatwościa wnikała w pory ciała otwarte ciepłą kąpielą. Między Bugiem a Odrą jest wszakże zdecydowanie lepiej, oczywiście obecnie. Wiemy o tym z najnowszego  badania opinii publicznej, z którego wynika, iż co czwarty Polak po 45. roku życia myje się nawet raz w tygodniu(!) - na szczęście Polki ponoć wolą częstsze kąpiele.

Żeby nie wdawać się za wiele w historię brudu (a można o tym na prawdę dłuuugo mówić), przypomnę artykuł o praktykach higieny w latrynach starożytnego Rzymu, jaki zamieściłem na tym blogu pewien czas temu, ot choćby dla porównania z dekretem Ludwika XIV z początków osiemnastego wieku(!), w którym zaleca on żeby we francuskich pałacach i zamkach uprzatano odchody z pokoi i korytarzy przynajmniej raz w tygodniu – tak z korytarzy, bo WC-tów nie było nawet w Wersalu, a przecież smród kału przeplatał się tam pysznie z zapachem moczu, krwi, potu, nasienia i rzygów.

Ludzie, toż ten nasz „polski” neandertalczyk z przedgórza sudecko-karpackiego, to na prawdę miał łatwo. Wystarczyło przecież w odległym kącie jaskini zasypać urobek piachem lub/i przywalić rumoszem skalnym, podczas gdy resztę załatwiała naturalna klima. Ponadto, biorąc pod uwagę porównanie kubatury jaskiń i pałaców w stosunku do populacji z potrzebami, a także fakt, iż w jaskini zawsze można było jeszcze jakimś stalaktytem wszystko odsunąć dalej, to nic nie pobije higienicznych praktyk naszego kuzyna N. Przecież do niedawna neandertalczyk robił za przykład wypaczenia w naturze rodzaju ludzkiego. Był synonimem brutalności, przy jakiej Wandal powinien się rumienić ze wstydu jak panienka, której na powitanie księcia wysmyknął się z emocji bącal. Tymczasem, dzisiaj już nie tylko wiemy, że ów kuzyn, a może nawet brat nasz, uprawiał sztukę i praktyki magiczno-religijne, chował swoich zmarłych i opiekował się rannymi. Teraz doszły do tego także zabiegi pielęgnacyjne jamy ustnej.


Przeczytajcie...
Na podstawie artykułu "Nowe badania ujawniają, że neandertalczycy używali wykałaczek" opublikowanego na portalu HERITAGEDAILY   ...  Tłumaczenie moje.




Międzynarodowy zespół naukowców odkrył, że neandertalczycy przed około 46 000 lat używali „wykałaczek i higieny jamy ustnej”.

Zespół pod kierownictwem dr Wioletty Nowaczewskiej z Katedry Biologii Człowieka Uniwersytetu Wrocławskiego, badając dwa zęby wydobyte z plejstoceńskich warstw Jaskini Stajnia (Wyżyna Krakowsko-Częstochowska), znalazł ślady pozostawione przez wykałaczkę.

„Wygląda na to, że właściciel zęba stosował higienę jamy ustnej, powiedziała badaczka „Prawdopodobnie między dwoma ostatnimi zębami były resztki jedzenia, które należało usunąć. Nie wiemy, z czego zrobił wykałaczkę - z kawałka gałązki, kości lub ości rybiej. Musiał to być dość sztywny, cylindryczny przedmiot, którego osobnik używał wystarczająco często, aby zostawić wyraźny ślad”.

To drugi znany przykład takich zabiegów higienicznych praktykowanych przez neandertalczyków z Jaskini Stajnia. Podobne ślady zachowały się na innym zębie znalezionym wcześniej w tej jaskini.

Naukowcy uważają również, że zęby, ząb mądrości (trzeci dolny trzonowiec) i górny przedtrzonowiec należały do osoby powyżej 30 roku życia, a drugi do nieco młodszego dwudziestokilkuletniego mężczyzny.

Jednak nie znaleziono patologicznych zmian wskazujących na zaburzenia wzrostu szkliwa, hipoplazję lub próchnicę. Badacze zauważają, że ząb mądrości wykazuje oznaki silnego zużycia, które może być związane ze spożywaniem twardych pokarmów.

Aby określić, czy ząb należał do naszego bezpośredniego przodka (Homo sapiens), czy do archaicznego krewnego (Homo neanderthalensis), naukowcy przebadali strukturę korony zęba, grubość szkliwa, kontur powierzchni zębiny i mikrourazy powierzchni korony.

Porównali dane z innymi danymi dotyczącymi zębów neandertalczyków, a także starożytnych oraz współczesnych przedstawicieli naszego gatunku.

Dr Nowaczewska mówi: „Zespół cech, takich jak występowanie określonej kombinacji parametrów charakterystycznych dla neandertalczyków wskazuje, że należały do nich też kolejne zęby z Jaskini Stajnia. W przypadku dolnego trzonowca widać skomplikowaną budowę z dużą liczbą guzków. W przedniej części korony znajdowało się również charakterystyczne zagłębienie i sposób sformowania emalii.

„Dobry stan przedtrzonowca pozwolił nam na wykonanie dwu- i trójwymiarowej analizy grubości szkliwa, cyfrowej rekonstrukcji, wirtualnego ‘wyciągania’ czapeczki szkliwa oraz oceny grubości szkliwa, które u neandertalczyków jest cieńsze niż u H. sapiens. Wszystkie te cechy razem wzięte wskazują na neandertalczyków”.

Zęby odkryto oryginalnie w 2010 roku wraz z licznymi szczątkami fauny podczas prac wykopaliskowych prowadzonych pod kierunkiem dr. Mikołaja Urbanowskiego.

Ale dopiero niedawno zostały one przeanalizowane przy użyciu mitochondrialnego DNA. Dr Mateja Hajdinjak z Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maxa Plancka przeprowadził testy wraz z dodatkowymi analizami, aby potwierdzić, że zęby należały do neandertalczyków.

Szczątki kości neandertalczyka są rzadkimi znaleziskami w Europie Środkowej i Wschodniej (natomiast jest nieco więcej stanowisk związanych z narzędziami neandertalczyków). W dzisiejszej Polsce takie znaleziska koncentrują się na południu. Północna Polska długo pozostawała w zasięgu lodowca, gdzie warunki do przetrwania były trudne.

Oficjalnie potwierdzone odkrycia są nieliczne i z niewielką ilościa materiału: cztery zęby. Trzy z nich odkryto w Jaskini Stajnia, a jeden w Jaskini Ciemnej (także na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej).

Dr Nowaczewska uważa, że to nie koniec odkryć na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej. Mówi: „Kiedy patrzę na te tereny jako paleoantropolog, mam wrażenie, że czas tam stoi w miejscu… Jeśli nadal pozostały do znalezienia jakieś kości neandertalczyka, poszukiwania powinny skupić się na Wyżynie i innych miejscach południowej Polski. Ze względu na ówczesne warunki klimatyczne był to obszar o najlepszych warunkach bytowych [na terenie naszego kraju]”.

Badania przeprowadzili naukowcy z Uniwersytetu Wrocławskiego i Uniwersytetu Śląskiego, Instytutu Systematyki i Ewolucji Zwierząt PAN, Państwowego Instytutu Geologicznego, Uniwersytetu Bolońskiego (Włochy), Muzeum Historii Naturalnej w Londynie (Wielka Brytania), Max Planck Institute for Evolutionary Anthropology (Niemcy). Wyniki zostały przedstawione w Journal of Human Evolution.

Wirtualne modele zębów przygotował dr Marcin Binkowski z Uniwersytetu Śląskiego przy wsparciu technicznym Michała Walczaka i Martyny Czaji oraz prof. Stefano Benazzi i Antonino Vazzana z Uniwersytetu Bolońskiego.

PAP - Nauka w Polsce, Anna Ślązak

________________
P.S. -- kilka słów wiecej o znalezieniu szczątków najstarszego neandertalczyka w Europie Środkowej polecam do przeczytania w Przeglądzie Uniwersyteckim On-Line Uniwersytetu Wrocławskiego  

EBU  GOGO
Model Homo floresiensis w D. H. Koch Hall of Human Origins w Smithsonian National Museum of Natural History.
Zdjęcie: Ryan Somma / Flickr


W rolach głównych: Ebu Gogo i Homo floresiensis
Czas akcji: późny Homo erectus do +/- dzisiaj
Miejsce akcji: górzyste partie wyspy Flores
Gatunek: legenda vs nauka

Rzekł Bóg:
„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi.” Wyglądało na to, że spisaliśmy się nie najgorzej i wypełniając bożą dyrektywę, wygasiliśmy plejstocen żeby rozkwitnąć i popanoszyć się w epoce antropocenu. Nie tylko rozmnożyliśmy się, ale i sami zaczęliśmy latać, pływać pod woda i pełzać z warkotem po ziemi.
 
Ale oto między późnym Trumpem i wczesnym Bidenem nastąpiła faza covidova i udupione zostały latajła, podwodne i nawodne ekskursje oraz ograniczona do minimum radość pełzania z warkotem.
 
Pycha z poddania sobie ziemi przygasła.
Czyżby zatem Pan Bóg zapomniał o jakimś elemencie istnienia w swoim zaleceniu? Może nie zapomniał, ale po prostu zignorował wirusa, który nie będąc organizmem, omsknął się Stwórcy w wyliczance.
 
No cóż, tak bywa.

Wirus, przepraszam, koronawirus – niewidzialny, wszechobecny, żarłoczny, lubujący ujeżdżać jaskiniowy zwierzostan zaczął rządzić światem. Pomnożywszy się błyskawicznie, zawładnął Ziemią i uczynił ją sobie poddaną, a my staliśmy się jego pożywką..., i to właśnie wtedy gdy planowałem polecieć na Flores na spotkanie z Ebu Gogo. Oczywiście, zakładając, że znalazłbym jędzulę.
 
Małe to-to, włochate, żarłoczne i od dawna nie widziane. 
Ebu – czyli prababka oraz Gogo – a więc ta, która je wszystko.
 
Przed 400 laty, pierwsi kupcy portugalscy raportowali widywanie Ebu Gogo wielokrotne, w tym także grupowe wcielenia tej istoty. Sto lat później zanotowano w kronikach następujące wydarzenie: lokalni wieśniacy, wkurzeni porwaniami dzieci, zebrali sporą ilość palmowych włókien i zanieśli je w podarunku dla Ebu Goo, żeby ci mogli sobie utkać przyodziewki. Podziękowawszy, Ebu Gogo zabrali prezenty do jednej ze swoich jaskiń, a kiedy byli już w środku, podstępni wieśniacy wrzucili za nimi żagwie, od których zajęły się ogniem palmowe włókna, a wraz z nimi zgorzała cała grupa Ebu Gogo.

No może nie cała, bowiem jednej parze podobno udało się wydostać z jaskini i umknąć wyżej, w góry. Byłoby to zgodne z prawdą o tyle, że ponoć widzenia Ebu Gogo zdarzały się przez następne dwieście lat, ale później ustały i przez długi czas było o nich cicho. Aż w 1977 roku jakby odżyły i dały znowu znać o sobie. A potem, na poczatku dwudziestego pierwszego wieku stało się coś, co zdumiało na dłużej nawet najtęższe paleoantropologiczne mózgi.

O tym wszakże, czy Ebu Gogo rzeczywiście stanowi element historii wyspy Flores, a przy okazji jest naszym kuzynem na drzewie życia, wspaniale opowiedziała Paige Madison, doktorantka w Instytucie Pochodzenia Człowieka Uniwersytetu Stanowego w Arizonie. Jej artykuł ukazał się w cyfrowym magazynie pomysłów, filozofii i kultury, Aeon. Tłumaczenie moje.







ROZWAŻANIA O HOMO FLORESIENSIS
I  LEGENDZIE  EBU GOGO
Paige Madison

Legenda z indonezyjskiej wyspy Flores mówi o tajemniczej, dzikiej babce z lasu, która zjada wszystko: czyli „Ebu Gogo”. Według ludowych podań, tacy drobni, włochaci ludzie jak ona żyli kiedyś obok współczesnych ludzi w tamtejszych tropikalnych lasach, jedząc ich plony, a czasem nawet ludzkie mięso. Przez dziesięciolecia etnografowie dokumentowali opowieść, zapisując szczegóły mowy Ebu Gogo, mamroczacej bełkotliwie w swoje obwisłe piersi, a wszystko to przy założeniu, że jest to po prostu mit. Jednakże, kiedy głęboko w jednej z jaskiń na tej samej wyspie odkryto kości równie małego, wcześniej nieznanego krewniaka człowieka, legenda stała się nagle postrzegana w zupełnie nowym świetle.

Ogłoszenie w 2004 o znalezieniu nowej gałęzi na drzewie ewolucyjnym człowieka było, delikatnie mówiąc, zaskakujące. Mierzący nieco ponad metr hominin nazwany Homo floresiensis miał mały mózg, oczywistą zdolność do pełnych trudu przepraw przez wody i bez wątpliwości doskonałe umiejętności produkowania kamiennych narzędzi. Większość anatomii tego naszego krewniaka wyglądała na prymitywną, ale zebrane dowody, dotyczące ich zachowań, wskazywały na zaawansowaną, ludzką istotę. Ten hominin był z pozoru tak dalece mityczny, że zespół badawczy sięgnął po jego przydomek do źródeł fikcyjnego świata JRR Tolkiena i nazwano go hobbitem.

Prawdopodobnie najdziwniejszym aspektem historii maleńkich homininów była sugestia, że przetrwali oni do czasów nieodległej przeszłości, żyjąc w lasach tropikalnych i na stokach starych wulkanów jeszcze 12 000 lat temu. Datowanie takie było zaskakujące nie tylko z powodu naukowego przekonania, że Homo sapiens był w tym czasie jedynym przedstawicielem gatunku Homo na planecie, ale także dlatego, że żyliby oni tam jeszcze długo po przybyciu współczesnych ludzi na ten obszar - w rzeczywistości przez dziesiątki tysięcy lat. Czy zatem przez cały ten czas hobbici po prostu żyli obok nas?

Skojarzenia między Ebu Gogo i H. floresiensis pojawiły się natychmiast po wybuchu medialnego szaleństwa hobbitowego. Od nagłówków wiadomości po spotkania naukowe, ludzie zastanawiali się: czy te dwa stworzenia mogą być jednym i tym samym? Czyżby miejscowi [H. sapiens] tylko wyobrażali sobie mitycznych, dzikich ludzi z lasu - czy może po prostu o nich informowali? Być może pozornie fikcyjna legenda od początku miała podstawy empiryczne. Media podchwyciły ten tok myślenia w pełni, ale i niektórzy naukowcy rozważali to także jako możliwe - podsycając nadzieję, że legenda mogłaby wskazywać, iż żywego, oddychającego H. floresiensis udałoby się znaleźć w jakiejś odległej części wyspy.

Proponowany związek między szczątkami kostnymi a mitem wywołał interesujące pytanie, zadawane przez antropologów w innych częściach świata: mianowicie, jak daleko w przeszłość tradycje ustne mogą precyzyjnie opisywać jakieś wydarzenia? Niektórzy badacze studiujący pamięć tubylczą sugerują, że tradycje ustne zawierają niezwykle wiarygodne zapisy prawdziwych wydarzeń, które miały miejsce tysiące lat temu. Gdzie są więc granice między legendą, pamięcią, mitem i nauką? Czyżby mieszkańcy wyspy Flores zachowali do dzisiaj ustny przekaz o Homo floresiensis?

Etnograf, który pierwotnie udokumentował opowieść o Ebu Gogo, Gregory Forth z Uniwersytetu Prowincji Alberta w Kanadzie, argumentuje, że antropolodzy są zbyt skłonni do odrzucania przekazów ludowych jako wytworów wyobraźni, podczas gdy inni wskazują na liczne podobieństwa istniejące między opisami Ebu Gogo i H. floresiensis. Na przykład obie postacie były opisywano jako mające długie ramiona i niewielki wzrost. Wielu badaczy było zaintrygowanych ekstremalnymi szczegółami legendy; z pewnością żywy opis „obwisłych piersi”, które Ebu Gogo rzekomo zarzucała na ramiona, musiał być zniewalająco przekonujący. Forth nawet ubolewał, że „rozmiary kobiecych piersi są niestety jedną z wielu rzeczy, których nie można ocenić na podstawie dowodów paleontologicznych”.

Od początku istniały jednak słabsze ogniwa w proponowanym związku między prehistorycznymi kośćmi a mityczną legendą. Po pierwsze, te dwa byty związane są z zupełnie innymi regionami wyspy Flores. Mityczna postać Ebu Gogo należy do ludu Nage, który mieszka za zdradliwymi górami i w gęstej dżungli, ponad 100 kilometrów od miejsca odkrycia H. floresiensis w Liang Bua. Ponadto, rejon jaskini hobbitów jest środowiskiem odmiennej kulturowo i językowo grupy ludzi, znanych jako Manggarai. Chociaż jest wysoce prwdopodobne, że H. floresiensis mógł eksplorować także i te tereny, to całkiem zastanawiajacy wydaje sie być fakt, iż Ebu Gogo nie jest wymysłem ludu Manggarai. Szybkie spojrzenie na archipelag ujawnia również, że historie o małych leśnych stworzeniach nie są unikalne tylko dla wyspy Flores, co wcale nie musi być zaskakujące, biorąc pod uwagę, że obszar ten jest pełen jest żyjących tam człekopodobnych naczelnych. Na przykład powszechnie znane orang-pendek (w miejscowym języku: niscy ludzie) z pobliskiej Sumatry są uważane za opisy orangutanów. Co prawda, Flores nie ma orangutanów, ale jest tam mnóstwo makaków.

Te niedostatki nie zapobiegają jednak powracaniu opowieści i dyskusji o Ebu Gogo. Ekspedycje badawcze starały się znaleźć żyjących wciąż dzikich ludzi, mając nadzieję spojrzeć w ich zwierzęce oczy. Miejscowi mieszkańcy zaczęli również zgłaszać, że niektórych z nich zabili. Pseudo-dokumentalny film „zainspirowany prawdziwym odkryciem naukowym” - Kanibal w dżungli (2015) - opowiada o ludożerczym morderstwie w lesie, za które obwiniono zagranicznego badacza, który został uniewiniony dopiero po odkryciu H. floresiensis i uznaniu, że zbrodnia została popełniona przez Ebu Gogo. Bawiąc się faktami i fikcją, film łączy autentyczny materiał z wykopalisk hobbitów z ekscentrycznymi aktorami i fałszywymi nagłówkami gazet. Film zawiera nawet wywiady z prawdziwymi naukowcami i ekspertami, których komentarze na temat „wyjątkowego” odkrycia skamieniałości zostały wplecione w fikcyjną narrację.

Mit trwał nadal, nawet gdy prawdziwi naukowcy kpili sobie z niego. Ale ostatecznie oczka w tkance legendy kojarzącej Ebu Gogo z H. floresiensis stały się zbyt duże, aby można je było zignorować. Każda wyprawa badawcza, po doniesieniach o zaobserwaniu tej tajemniczej istoty, ujawniała pustą jaskinię lub makaka. Nowe dowody naukowe również sprawiły, że powiązanie to stawało się coraz bardziej nieprawdopodobne, zwłaszcza po korekcie datowania, które przesunęło zniknięcie hobbitów na czasy prawie 50 000 lat temu. Dla ekspertów Ebu Gogo była tak samo realna jak legendarna Wróżka Zębuszka.

Więc co mamy zrobić z mitem o Ebu Gogo? Dlaczego tak urzekła nas idea pradawnych dzikich ludzi z lasu?

Pewna wina leży w samych kościach. W ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci, przy gwałtownych postępach w paleoantropologii, odkrycia takie jak H. floresiensis obaliły podstawowe założenia dotyczące naszej przeszłości. Jednym z przykładów jest zmieniająca się świadomość, że zagadnienie różnorodności homininów w czasach istnienia Homo sapiens na tej planecie przedstawia obraz znacznie bardziej zatłoczony i zagmatwany, niż wcześniej sądzono – obraz, który w dużej mierze został „przemalowany” przez H. floresiensis, a następnie jeszcze udoskonalony przez dodatkowe odkrycia.

Być może więc znaczenie splecionych ze sobą historii H. floresiensis i Ebu Gogo polega na uświadomieniu sobie, że odkrycia naukowe - zwłaszcza te nieoczekiwane - mają moc zmiany sposobu myślenia. Stawiając naukowców wobec czegoś tak nieprzewidywalnego, te małe szczątki kostne otworzyły drzwi do wielkich spekulacji.

Odkrycie H. floresiensis ujawniło nam, że przeszłość była bardziej dziwaczna, niż sobie wyobrażaliśmy, pełna ewolucyjnych zygzaków, nieoczekiwanych migracji i życia w zaskakujących miejscach. I chociaż legenda o Ebu Gogo nie znalazła odniesienia do rzeczywistości paleoantropologicznej, to takie nieudane powiązania nie muszą być czymś niewłaściwym. Badacze, od geologii po paleontologię, zwracają się ku folklorowi, a wydarzenia, od erupcji wulkanów po odkrycia skamieniałości, pokazały że nauka może zyskać na obcowaniu z legendami. Nawet baśniowa postać z ciałem lwa i orlim dziobem, przedstawiana greckim podróżnikom jako gryf, była prawdopodobnie pochodną natkniecia się na kośći dinozaurów. Współzależność między nauką a mitem staje się coraz bardziej złożona i bardziej interesująca. W końcu, skoro hobbici mieszkali swego czasu na odległej indonezyjskiej wyspie, to należy zapytć, co jeszcze innego było kiedyś możliwe?

HIBERNATUS

Source: Ronald Carlson on Business Insider


For the original text in English, please go here.

Przykład niezwykłej konsumpcji opisałem na tym blogu już niemal dwa lata temu. Rzecz była o grzechotniku zjedzonym przez pewnego mieszkańca Jaskini Conejo w dolinie Rio Grande jakieś 1500 lat temu (kliknij tutaj). Ba, rzecz była tak dalece dziwaczna, że nie wyobrażałem sobie absolutnie, iż w niedalekiej przyszłości dowiem się z prasy o paleoantropologicznym odkryciu w Jaskini Ciemnej na terenie Ojcowskiego Parku Narodowego, przy którym historia pra-teksańskiego koprolitu stanie się igraszką zarówno w sensie pożywki jak i datowania. Element kuriozalny polega tutaj na tym, że według analizy materiału dowodowego, kości kilkuletniego dziecka znalezione w jaskini noszą ślady trawienia w przewodzie pokarmowym wielkiego ptaszydła. Dziecię niekoniecznie musiało być zjedzone na żywca i w całości, jak to miało miejsce w przypadku grzechotnika znad Rio Grande, ale stało się to jakieś 115 tysiecy lat temu, i tego już możemy być pewni. Datowanie wskazuje zatem na neandertalczyka, a jak skądinnąd wiadomo niezmiernie młodego, może wręcz jednego z pierwszych mieszkańców urodzonych w krainie, przez którą płynie Rio Vistula. Wiedząc już gdzie i kiedy, zapytajmy jak mogło dojć do tego, że tak marny los spotkał naszego genetycznego kuzyna, a może nawet brata? Datowanie znaleziska wskazuje na wczesny vistulian (zlodowacenie północnopolskie). Zapewne więc latem i jesienią mieszkańcy Jaskini Ciemnej polowali, jedli i odkładali na swoich biodrach i gdzie popadło duże pokłady tłuszczu, żeby w czasie mrozów móc zapaść w sen zimowy, tak jak zwierzęta, u których utrzymanie stałej temperatury ciała przy jednoczesnym niedoborze pokarmu jest zbyt kosztowne energetycznie.

Zatem, czy dramat Rio Vistula Neanderthlensis polegał na tym, iż rodzina - mama, tata, dziecię, może też babka i wujek z ciotką – właśnie sobie całkiem niewinnie hibernowali zimową porą w swojej przytulnej jaskini i nikt nie zauważył nienażartego ptaszydła? Tego nie dowiemy się nigdy, ale za to wstępnych dowodów na hibernowanie neandertalczyków lub Homo heidelbergensis, ich poprzedników, dostarcza artykuł Robina McKie z 20 grudnia, 2020 roku, opublikowany w amerykańskim wydaniu magazynu The Guardian. 



PIERWOTNI LUDZIE MOGLI PRZETRWAĆ

SUROWE  ZIMY  DZIĘKI  HIBERNACJI 

Robin McKie 


Sezonowe uszkodzenia skamieniałości kości z Hiszpanii
sugerują, że neandertalczycy i ich poprzednicy
stosowali tę samą strategię, co niedźwiedzie jaskiniowe 

Niedźwiedzie to robią. Nietoperze to robią. Robią to nawet europejskie jeże. A teraz okazuje się, że mogli się tym zajmować również wcześni ludzie. Zdaniem paleoantropologów oni po prostu hibernowali.

Dowody znajdowane na kościach znalezionych w jednym z najważniejszych miejsc występowania ich na świecie sugerują, że nasi poprzednicy w linii rozwojowej hominidów, mogli radzić sobie z ekstremalnym zimnem setki tysięcy lat temu, śpiąc przez zimę.

Naukowcy argumentują, że zmiany chorobowe i inne oznaki uszkodzeń znajdowane w skamieniałych kościach wczesnych ludzi są takie same, jak te pozostawione i zauważane na kościach zwierząt w stanie hibernacji. Sugeruje to, że nasi poprzednicy radzili sobie z okrutnymi zimnem w tym czasie, spowalniając metabolizm i śpiąc przez zimowe miesiące.

Wnioski opierają się na wykopaliskach w jaskini Sima de los Huesos (Jamie Kości) - w Atapuerca, niedaleko Burgos w północnej Hiszpanii.

W ciągu ostatnich trzech dekad skamieniałe szczątki kilkudziesięciu ludzi zostały zeskrobane z osadów znalezionych na dnie zawrotnego, 50-metrowego szybu, który tworzy centralną część dołu w Atapuerca. Jaskinia jest w rzeczywistości masowym grobem, twierdzą naukowcy, którzy znaleźli tysiące zębów i kawałków kości, które wydają się być tam celowo zrzucane. Te skamieniałości datowane są na ponad 400 000 lat i prawdopodobnie pochodziły od wczesnych neandertalczyków lub ich poprzedników.

Miejsce to jest jednym z najważniejszych skarbów paleontologicznych na naszej planecie i dostarczyło kluczowych informacji na temat postępu ewolucji człowieka w Europie. Ale teraz dzięki badaczom powstał nieoczekiwany zwrot w tej opowieści.

W artykule opublikowanym w czasopiśmie L'Anthropologie, Juan-Luis Arsuaga, kierujący zespołem, który jako pierwszy prowadził wykopaliska w tym miejscu i Antonis Bartsiokas z Uniwersytetu Demokryta w Tracji w Grecji argumentują, że znalezione tam skamieniałości wykazują sezonowe zmiany sugerujące, iż wzrost kości był zakłócany przez kilka miesięcy każdego roku.

Sugerują, że ci pierwsi ludzie znaleźli się „w stanach metabolicznych, które pomogły im przetrwać przez długi czas w chłodnych warunkach przy ograniczonych zapasach żywności i wystarczających zapasach tłuszczu”. Hibernowali, co jest zauważalne w postaci zakłóceń w rozwoju kości.

Naukowcy przyznają, iż to „może brzmieć jak science fiction”, ale zwracają uwagę, że robi to wiele ssaków, w tym naczelne, takie jak galagowate i lemury. „Sugeruje to, że podstawy genetyczne i fizjologia takiego hipometabolizmu mogą zostać zachowane u wielu gatunków ssaków, w tym u ludzi” - stwierdzają Arsuaga i Bartsiokas.

Wzór uszkodzeń stwierdzanych na ludzkich kościach w jaskini Sima jest zgodny ze zmianami występującymi w kościach hibernujących ssaków, w tym niedźwiedzi jaskiniowych. „Strategia hibernacji byłaby jedynym rozwiązaniem pozwalającym im przetrwać spędzenie miesięcy w jaskini z powodu mroźnych warunków” - stwierdzają autorzy.

Wskazują również na fakt, że szczątki hibernującego niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus deningeri) zostały również znalezione w jamie Sima, co sprawia, że tym bardziej wiarygodne jest sugerowanie, iż ludzie robili to samo, „aby przetrwać mroźne warunki i niedobór pożywienia tak jak niedźwiedzie jaskiniowe ”.

Autorzy analizują też kilka kontrargumentów. Współcześni Eskimosi i Lapończycy - choć żyją w równie surowych, zimnych warunkach - nie zapadają w sen zimowy. Dlaczego więc robili to ludzie w jaskini Sima?

Arsuaga i Bartsiokas twierdzą, że tłuste ryby i tłuszcz z reniferów dostarczają Eskimosom i Lapończykom pożywienia w okresie zimowym, a zatem wykluczają potrzebę hibernacji. Dla kontrastu, obszar wokół stanowiska Sima pół miliona lat temu nie zapewniłby wystarczającej ilości pożywienia. Jak twierdzą: „Wysuszenie Iberii nie mogło wówczas zapewnić mieszkańcom Simy wystarczającej ilości pożywienia bogatego w tłuszcz podczas srogiej zimy - co spowodowało, że uciekali się do hibernacji w jaskiniach”.

„To bardzo interesujący argument i na pewno pobudzi debatę” - powiedział antropolog sądowy Patrick Randolph-Quinney z Northumbria University w Newcastle. „Istnieją jednak inne wyjaśnienia dotyczące zmian obserwowanych na kościach z Sima de los Huesos i trzeba się nimi zająć, zanim będziemy mogli dojść do ostatecznych wniosków. Myślę, że to jeszcze jest przed nami do zrobienia”.

Chris Stringer z Muzeum Historii Naturalnej w Londynie zwrócił uwagę, że duże ssaki, takie jak niedźwiedzie, nie zapadają w stan hibernacji, ponieważ ich duże ciała nie mogą wystarczająco obniżyć temperatury wewnętrznej. Zamiast tego zapadają w mniej głęboki sen znany jako torpor. W takim stanie zapotrzebowanie energetyczne wielkiego mózgu człowieka z tej jaskini pozostałoby bardzo duże, stwarzając dodatkowy problem z przetrwaniem podczas letargu.

„Niemniej jednak pomysł jest fascynujący. Możnaby to przetestować, badając genomy mieszkanców Sima de los Huesos, neandertalczków i denisovańczyków pod kątem oznak zmian genetycznych związanych z fizjologią letargu” - dodał.
___________________________________________________

WYCHODEK

From the original article/Z oryginalnego artykułu

For the original text in English, please go here.

Tak się dziwnie składa, że produkt końcowy układu trawiennego gościł tematycznie na stronach tego blogu już razy kilka. Nie mam bzika na tym punkcie, ale o dziwo, gdy przystępowałem do składania pierwszych zdań tekstu o najświeższych wydarzeniach w polityce amerykańskiej, jedynym desygnatem wrażeń jakie mną trzepały było ŁAJNO. Zachęcam mimo wszystko do przeczytania artykułu Ostatni bastion Trumpa, Israela Shamira z 9 stycznia, 2021 roku, opublikowanego w The Unz Review. Będzie o wirtualnym i realnym szambie, które w postaci pewnej statystyki rozlewa się kompletnie około połowy tekstu – zatem co najmniej tam trzeba dotrzeć... Koniecznie!!!



OSTATNI BASTION TRUMPA

ISRAEL SHAMIR

Prezydent Trump został zdecydowanie pobity, nawet jeśli nie sprawiedliwie i uczciwie. Nadzieje milionów amerykańskich wyborców zostały zgniecione i ugaszone. Saga Pomarańczowego Człowieka dobiegła końca. Zwycięzcy zastosowali gambit: poświęcili świętość i bezpieczeństwo Kapitolu, wpuścili intruzów, pozwolili im robić selfie w gabinecie Przewodniczącej Izby Reprezentantów, a następnie udawali przerażenie i oburzenie. Próby wzywania do klarownej jednoznaczności systemu elektorskiego zostały pozbawione tejże klarowności w czasie rzeczywistym, czyli kiedy ogromne tłumy rozproszono, elektorzy zostały zatwierdzeni, a wygrana Bidena została zapewniona, gdy jednoczesnie zwolenników Trumpa nazwano „krajowymi terrorystami”.

Donald Trump potępił ludzi, których osobiście wezwał do protestu. Jego bliscy sojusznicy polityczni wycofali swoje poparcie. W ciągu kilku godzin, a nawet minut ten podziwiany przez miliony władca świata stał się bezosobową postacią. I tak jak chłopiec, który opublikował nieprzyzwoite treści, został zbanowany przez Twittera i Facebooka. Czas pokaże, czy pójdzie do więzienia, o co modli się tak wielu Demokratów, ale wydaje się, że jego życie polityczne skończyło się, nawet jeśli jego idea będzie żyć.

Gra przeciwko prezydentowi Trumpowi została ustawiona od pierwszego dnia. Jego polecenia były ignorowane. Sądy, sędziowie, policja, cały system egzekwowania prawa byłi przeciwko niemu; jego decyzje były blokowane lub obalane, podczas gdy media wyśmiewały go, a opozycja nieustannie delegitymizowała. Został zablokowany nawet przez Fox News. Stany rządzone przez demokratów dostosowały swoje prawa tak, aby zapewnić wynik wyborów. Trump był postrzegany jako niekompetentny od samego początku swojej prezydentury do jej gorzkiego końca. Był trzymany na krótkiej smyczy przez wszechmocny Deep State, a kiedy próbował się uwolnić, pociągnęli za smycz.

6 stycznia w Waszyngtonie zebrała się masowa demonstracja poparcia dla Trumpa. Setki tysięcy Amerykanów przybyło do stolicy, aby domagać się sprawiedliwości, gdy oszustwo wyborcze stało się oczywiste. Mieli nadzieję, że republikanie odmówią zaświadczenia o oszustwie i powołają komisję, która sprawdzi i przeliczy głosy. Niektórym z protestujących udało się włamać do Kapitolu albo nawet zostali wpuszczen tam przez policję. Ta pokojowa akcja Occupy Capitol, skorzystanie z naturalnego prawa do protestu, spotkała się ze śmiertelnym ogniem, którego ofiarą padła a młoda protestująca kobieta z San Diego, Ashli Babbitt, zamordowana przez policję w cywilu. Republikańscy kongresmani zostali zastraszeni i się poddali. Potwierdzono zwycięstwo Bidena w walce o prezydencki fotel.

Przerażenie i oburzenie demokratycznych polityków oraz mediów były równie udawane, jak ich wiadomości. W ubiegłym roku wiele budynków rządowych zostało przejętych przez działaczy BLM sponsorowanych przez demokratów, ale w żadnym przypadku policja nie użyła śmiercionośnej broni, ani nawet nie wypędziła protestujących z budynków.

„Krótko po 20:00 w środę setki protestujących zebrało się przed zamkniętym wejściem do Kapitolu przy King Street, skandując:„ Wyważ drzwi! ” i „Strajk generalny! ”Chwilę później policja poddała kontrolę nad drzwiami od strony ulicy Stanowej (State Street) i pozwoliła tłumowi wejść do środka, dołączając do tysięcy, którzy już zgromadzili się na Kapitolu, by zaprotestować przeciwko głosowaniu. Strefa poza Salą Zgromadzeń Reprezentantów, którzy mmieli przyjąć uchwałę dzisiaj o 11 rano, był zatłoczony protestującymi skandującymi: „Nie wyjdziemy. Nie tym razem."…

Rzecznik Departamentu Administracji, Tim Donovan, powiedział, że chociaż protestujących zachęca się do opuszczenia budynku, nikt nie zostanie siłą usunięty… Burmistrz Dave Cieslewicz powiedział, że poinstruował… Szefa policji, Noble Wray’a, aby nie pozwalał swoim funkcjonariuszom brać udziału w usuwaniu demonstrantów z budynku.”

Tak stało się w Madison w stanie Wisconsin w marcu 2011 roku, jak przypomniał nam Steve Sailer. Rzeczywiście, to było to tego oczekiwali protestujący. Niektórzy byli ubrani w ekstrawaganckie stroje, jak na paradę. Zachowywali się dobrze i spokojnie, w akceptowalnych granicach. To nie było powstanie – nawet nie próbowali przejąć Kongresu w jakimkolwiek sensie. Dla nich był to uczciwy i zabawny sposób na wyrażenie swojego oburzenia. Ale zagranie prawdziwych spiskowców miało na celu aby ich wrobić. Zamordowali nawet czterech protestujących, mając nadzieję, że protestanci odpowiedzą przemocą, ale na próżno.

Biali protestujący w Ameryce są wyjątkowo pokojowymi grupami; tak jak kilka lat temu Occupy Wall Street, protestujący na Kapitolu 6 stycznia byli nieśmiali i posłuszni jak owce. Z tego powodu wynaleziono BLM, ponieważ Murzyni są zdolni do gwałtownych zamieszek, w przeciwieństwie do zachowujacych się w dozwolonych ramach białych obywateli. To nie jest sprawa rasy: biali jak lilie Francuzi w żółtych kamizelkach i ukraińscy nacjonaliści ostro walczyli z policją. Ale biali z USA nie są skłonni do zamieszek, i tak jest od czasów wojny secesyjnej. Będąc obcokrajowcem, nie rozumiem, dlaczego Amerykanie chcą mieć broń, skoro nigdy jej nie używają, ale tak właśnie jest.

Zresztą na braku przemocy nic nie zyskali. Prezydent elekt Biden odmówił nawet nazywania ich protestantami: „Nie waż się nazywać ich protestującymi. Byli szalejącym tłumem, powstańcami, krajowymi terrorystami”. W rzeczywistości ta ostatnia nazwa powinna zostać zarezerwowana dla szabrowników autoryzowanych przez Deep State i ich braci na całym świecie, czy to w Hongkongu czy Mińsku, w Seattle czy w Portland.

Rosyjskie portale społecznościowe porównywały wydarzenia w Waszyngtonie z tymi majacymi miejsce bliżej domu i narzekały na „podwójne standardy”. Amerykańskie media nie wyraziły oburzenia, kiedy ich nominat Borys Jelcyn ostrzelał rosyjski parlament w 1993 roku. The New York Times i Departament Stanu zachęcali nacjonalistyczne hordy do szturmu na ukraińskie biura w 2014 roku. Wiwatowali opozycji w Mińsku, która przejęła parlament po nieudanych wyborach. Białoruscy protestujący twierdzili, że wyniki wyborów w ich kraju zostały sfałszowane, podobnie jak zwolennicy Trumpa w wyborach w USA, ale Biden nie nazwał ich „krajowymi terrorystami”. Właściwie prezydent Łukaszenko też tego nie zrobił: nazwał ich „protestującymi”, a ich brutalne demonstracje zostały rozproszone bez jednego wystrzału. W takich przypadkach Żydzi pytają „Jak można to porównać ?!”

Rosjanie porównali „próbę zamachu stanu” na Kapitolu z własnym, na w pół zainscenizowanym „zamachem stanu” z 1991 r., tą częściowo zaplanowaną prowokacją. W 1991 r. słabi organizatorzy zamachu stanu nie mogli zatrzymać Jelcyna i poddali się jak na zawołanie; fala oburzenia odsunęła od władzy Gorbaczowa i partię komunistyczną. Również na Kapitolu, jak widać na tym filmie przesłanym przez BBC, policja machała zachęcajaco „najeźdźcom”. Więcej filmów sugerujących udział policji Kapitolu w rzekomej prowokacji przedstawiono tutaj. Zaaranżowane oburzenie pozwoliło zwycięzcom ocenzurować i dokonać czystki wobec pokonanego Trumpa i jego zwolenników. Tak jak upadł ZSRR w sierpniu 1991 r., Ameryka Trumpa upadła w styczniu 2021 r., a do władzy doszły liberalne elity reprezentujące wielkie korporacje. Dokonano tego przez prowokację, ale zwykli ludzie popierający Trumpa byli naprawdę wściekli za kradzież wyborczą. Podobnie rok 1991 był prowokacją, ale zwykli obywatele Rosji byli wściekli na pierestrojkę Gorbaczowa, podczas gdy liberalne elity wykorzystały ją do rozbicia państwa radzieckiego i przekazania całego majątku swoim oligarchom.

Osoby dobrze znające historię odwołują się do pożaru Reichstagu z lutego 1933 r., czyli podpalenia wymyślonego przez sam nowo utworzony nazistowski rząd, aby zwrócić opinię publiczną przeciwko swoim przeciwnikom i móc przyjąć nadzwyczajne uprawnienia. Alternatywnie, inni badacze utrzymują, że nie ma dowodów na współudział nazistów w zbrodni, a Hitler po prostu wykorzystał niezależny czyn holenderskiego komunisty van der Lubbe. Pożar jest przedmiotem ciągłej debaty i badań, mówi Encycopaedia Britannica. Prawdopodobnie to samo zostanie powiedziane o „inwazji” Kapitolu, a badacze będą się spierać, czy zorganizowali ją dwulicowi sługusy Bidena, czy po prostu wykorzystali szczery protest Trumpowców.

Nie ma wątpliwości, że dla obiektywnego obserwatora wybory w 2020 r. były głęboko niesprawiedliwe. Nie będę czytelników niepokoić zbyt wieloma opublikowanymi szczegółami dotyczącymi wyników niemożliwych do uzyskania statystycznie, ale oto jeden przykład tego oszustwa. Miasto Detroit oddało 95% swoich głosów tandemowi Biden/Harris, liczba na którą Kim Jong-un spojrzałby z lekką zazdrością, podczas gdy Łukaszenko mruknąłby: „Jak to zrobić?” Jest wysoce prawdopodobne, że ten zadziwiający wynik został osiągnięty w następujący sposób.

Nota -- autor podaje w tym miejscu stosunkowo słabo czytelną tabelę z wynikami listopadowych wyborów w Detroit. Zatem, zamiast wizerunku tabeli podaję link do źródła, z którego korzystał autor. Jest to plik PDF przedstawiający komplet zatwierdzonych przez Radę Miasta Detroit wyników wyborów prezydenckich, stanowych i miejskich z 3 listopada, 2020 roku. Zachęcam gorąco do spojrzenia na ten oficjalny dokument. Cyfry są cyframi, niezależnie od języka, natomiast kategorie na jakie głosowano w dużym stopniu czytelne nawet dla nieznających języka angielskiego. Proszę zwrócić uwagę na przynależność partyjną i uzyskany wynik procentowy > 
DEM = Demokrata  oraz  REP = Republikanin.
Po stronie trzynastej są tylko kategorie, w których prznależność partyjna nie jest wykazywana.
Natomiast na tych pierwszych 13 stronach zwycięzcami w wyborach są osobnicy o niezwykłej popularności, kochani przez obywateli miasta Detroit na miarę 93-99% - wszyscy bez wyjątku są członkami PARTII DEMOKRATYCZNEJ.  
Pytanie --  jakie jest prawdopodobieństwo odniesienia we wszystkich 31 kategoriach zwycięstwa jednej partii nad konkurencją w stosunku 90grube+ procent do mizernych 2-3 procent? Są kategorie gdzie dwóch reprezentantów Partii Demokratycznej uzyskało po 45-46 procent głosów każdy... hmmm.
Cofnę się na moment do roku 1969 - jako student Wydziału Ekonomicznego Politechniki Szczecińskiej i członek Koła Naukowego Satystyków, byłem skierowany do Głównego Komitetu Wyborczego żeby pomagać przy zbieraniu danych napływających z Rejonów. Pamietam, że jak przyszedł wynik około 85% , to polecenie służbowe było żeby zweryfikować info i niezależnie od rezultatu weryfikacji , wpisać w protrokół jakieś 97,3 % albo i lepiej... Tak było, przysiegam... Z tych samych wyborów dane oficjalne, na poziomie państwowym były nastepujące:
Przykładowe wyniki na poszczególnych kandydatów
Władysław Gomułka w okręgu wyborczym nr 3 Warszawa-Praga – 99,44%
Józef Cyrankiewicz w okręgu wyborczym nr 4 w Krakowie – 94,00%
Ignacy Loga-Sowiński w okręgu wyborczym nr 6 w Łodzi – 96,86%
Marian Spychalski w okręgu wyborczym nr 7 w Poznaniu – 95,63%
Jerzy Hagmajer w okręgu wyborczym nr 10 w Ełku – 92,24%
Edward Gierek w okręgu wyborczym nr 27 w Sosnowcu – 99,78% 
Zatem, czyż nie jest szokująca zbieżność?

Jednocześnie autor przytacza postanowienie Rady Miasta Detroit, które determinuje kto może ubiegać się o licencję dystrybutora marihuany, mianowicie:

Certyfikowany kandydat z Detroit Legacy: 
Departament Praw Obywatelskich, Włączenia i Szans (CRIO) miasta Detroit rozpocznie certyfikację kandydatów z Detroit Legacy począwszy od 19 stycznia 2021 roku. Aby zakwalifikować się jako kandydat Detroit Legacy, osoba muszi obecnie mieszkać w Detroit i być w stanie udokumentować, że : 
Mieszkał w Detroit przez 15 z ostatnich 30 lat lub 
Mieszkał w Detroit przez 13 z ostatnich 30 lat i mają niskie dochody lub 
Mieszkał w Detroit przez 10 z ostatnich 30 lat i ma skazanie za marihuanę lub ma rodzica z wyrokiem marihuanę. 

Wracajmy do oryginalnego tekstu....

W Detroit Demokraci zlecili zbieranie kart do głosowania lokalnym handlarzom narkotyków, oferując im jako nagrodę - licencje biznesowe na rekreacyjną marihuanę. Posiadanie takich licencji jest jak posiadanie własnego bankomatu. Tutaj możesz przeczytać o ich dochodowości oraz o tym, jak bardzo przestępcy będą dążyć do ich zdobycia. Demokraci z Detroit zmienili lokalne przepisy zezwalające na sprzedaż marihuany w ich pięknym mieście (było to zabronione do listopada 2020 r.). Zmienili lokalne przepisy nakazujące wydawanie zezwoleń na marihuanę handlarzom narkotyków z wcześniejszymi wyrokami skazującymi za handel narkotykami. Pozwalniali baronów narkotykowych z więzień. Zmienili lokalne przepisy, aby umożliwić zbieranie kart do głosowania; to znaczy zbieranie głosów korespondencyjnych i pomoc przy wypełnianiu kart do głosowania. Następnie handlarze narkotyków chodzili po okolicy, zbierając pocztowe karty do głosowania i wypełniając je natychmiast, jeśli byli sumienni, lub po prostu wypełniali je w wolnym czasie, jeśli czuli się leniwi. Mieli do dyspozycji sędzinę, Cynthię Stephens , która samodzielnie zmieniła prawo wyborcze w Michigan, a następnie odrzuciła zarzuty Trumpa o oszustwie.

Tak, Virginia (stan), w wielu stanach amerykańskich doszło do oszustw wyborczych. Są przyzwyczajeni do hazardu; nie są zaskoczeni piękną ręką czterech asów, jak sugerował Mark Twain. Zwykle obie strony układają się po kolei i oszukują na zmianę. Tylko tym razem Trump przekonał wielu ludzi, że jest inaczej; że to ich ostatnia szansa.

Problem w tym, że Trump był kiepskim organizatorem. Mógłby wygrać wybory, gdyby udało mu się zapobiec takim formom ustawodawstwa jakie uprawia Cynthia Stephens, zakazać głosowania pocztowego, wymusić obowiązkowe legitymowanie się przy głosowaniu, zmobilizować swoich ludzi do kontroli wyborów. Ogromne zadanie, ale nie niemożliwe, kiedy walczy się z przeciwnikiem, który ma skłonność do oszukiwania. Mógłby nawet dokonać rewolucji 6 stycznia, wyznaczając odpowiednich ludzi do działania, tworząc rewolucyjną kwaterę główną, planując strategię przejęcia włądzy, ale nic takiego nie zrobił. Prawdopodobnie myślał, że Kongres dostrzeże ogromne tłumy i pozwoli na sprawdzenie wyników wyborów.

Zatem był tak naiwny, że wierzył, iż rewolucje po prostu dzieją się same, jak w filmach. No nie, to nie tak. Za każdą udaną rewolucją stoi wiele planów, sił zbrojnych gotowych do użycia broni, linii zaopatrzenia, logistyki, wsparcia medialnego i komunikacji. Trump nic z tego nie miał. Wystarczyło wyłączyć mu Twittera, aby stał się wygłupiony i głuchy.

Nie było próby zamachu stanu, jak słusznie stwierdził Tyler Durden : ”Trump nigdy nie miał koncentracji, bystrości organizacyjnej ani spójności ideologicznej, aby przeprowadzić bona fide "zamach stanu", więc wtargnięcie tłumu, które zostało szybko rozproszone przez uzbrojonych agentów państwa nie zmienia tego. Wkrótce po włamaniu na kapitol opublikował film instruujący swoich zwolenników, aby nie brali senatorów jako zakładników ani nie więzili Mike'a Pence'a, ale „wracali do domu”. Żadne frakcje rządu federalnego nie przyłączyły się do tłumu na rozkaz Trumpa, ponieważ nie zawracał sobie głowy wydaniem żadnego rozkazu. Cały ten epizod nigdy nie miał najmniejszej szansy na zapobieżenie certyfikacji Joe Bidena, a tym bardziej na obalenie rządu. To była tylko kolejna głupkowata szarada i w tym sensie, stosowny koniec prezydentury Trumpa ”.

Teorie spiskowe odegrały swoją rozczarowującą rolę w tej klęsce. Wielu trumpistów wierzyło w spiski QAnon i Kayfabe; opublikowali raporty o aresztowaniach złoczyńców, serwerach porwanych przez FBI, o Clintonowej i Bidenie czekających na surową sprawiedliwość za kratkami. Ta wiara rozbroiła ludzi, którzy w przeciwnym razie walczyliby o osiągnięcie tego właśnie rezultatu. Na tym polega problem ze spiskami: wyimaginowane spiski uniemożliwiają prawdziwe działanie.

Nie chcę jednak kończyć tego tekstu tak smutną i rozczarowującą nutą. Prezydent Trump był wspaniałym liderem. Udało mu się poprawić los amerykańskich robotników wbrew ogromnym szansom: po raz pierwszy od lat 70. ich dochody wzrosły w porównaniu z innymi klasami. Zatrzymał masową migrację do USA: legalna imigracja spadła do strużki. Unikał nowych wojen; próbował zawrzeć pokój z Rosją. Odmówił zbombardowania Iranu nawet w ostatnich dniach swojej prezydentury, chociaż niektórzy proizraelscy zwolennicy obiecali mu drugą kadencję, jeśli to zrobi.

Jego wielkim osiągnięciem była walka z szaleństwem dotyczącym koronawrusa. Był przeciwny blokadom, które mogą zniszczyć nasz świat do tego stopnia, że niewiele rzeczy przetrwa. Ostatni wielki władca Stanów Zjednoczonych, który nie nosił tchórzliwej maski, zostanie zapamiętany. Nie mógł pokonać potężnego kompleksu medycznego, FAGMA czy Mistrzów Dyskursu, ale próbował.

Dzień jego klęski, 6 stycznia, był Objawieniem Pańskim, czyli Pokłonem Trzech Króli, Trzech Mędrców, którzy przybyli, aby oddać cześć Jezusowi w jego jaskini. Była to również wigilia dla Kościoła wschodniego. To najciemniejsza pora roku; ale od teraz dzień będzie się zwiększał, a wraz z nim nasze nadzieje.

Z Israelem Shamirem można skontaktować się pod adresem adam@israelshamir.net

 12 / 8 / 2026 POLSZCZYZNA Język polski jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Najdobitniejszym dowodem na to wydaje mi si...