WYKAŁACZKA

NEANDERTALCZYKA


Cyfrowy model D3 trzonowca S5000 z Jaskini Stajnia © Stefano Benazzi


Neandertalczycy używali wykałaczek i higieny
jamy ustnej już 46 000 lat temu!!!

Jak się 
kiedyś okaże, iż stosowali cynamon do higieny osobietej, to zapytam: gdzie jesteś ludu znad Wisły wieku dwudziestego pierwszego ze swoją dbałością o zęby, pachy, pachwiny, pięty i inne ukochane partie swego cielska?
a
Póki co, jak donoszą dentyści ze swoich sterylnych gabinetów z rozkładanymi fotelami, szybkoobrotowymi wiertłami, schładzanymi bezpośrednim natryskiem i z podręcznym zestawem wszelkich środków znieczulajacych, prawie wszyscy Polacy boją się dentysty, a 15 procent krajan deklaruje paniczny lęk przed stomatologiem. Ale to nie wszystko, gdyż 800 tysięcy Polaków nie ma szczoteczki do zębów, a 4 miliony nigdy zębów nie myje. Nie sądzę żeby taki stan rzeczy był dzisiaj 
wciąż jeszcze pokłosiem ascezy zalecanej przez wczesne chrzescijaństwo. Czasy nigdy niemyjącej się świętej Agnieszki, to bardzo dawne czasy, tak jak i świetego Bernarda z Clairvaux, który zwykł mawiać, że „tam, gdzie śmierdzą wszyscy, nie czuć nikogo.” Bliższa naszym czasom królowa Elżbieta I myła się raz w miesiącu, będąc jedną z najczystszych osób w Anglii. Nie chcę przesądzać sprawy, ale być może postępowała tak z obawy przed dżumą, która wedle ówczesnej wiedzy, z łatwościa wnikała w pory ciała otwarte ciepłą kąpielą. Między Bugiem a Odrą jest wszakże zdecydowanie lepiej, oczywiście obecnie. Wiemy o tym z najnowszego  badania opinii publicznej, z którego wynika, iż co czwarty Polak po 45. roku życia myje się nawet raz w tygodniu(!) - na szczęście Polki ponoć wolą częstsze kąpiele.

Żeby nie wdawać się za wiele w historię brudu (a można o tym na prawdę dłuuugo mówić), przypomnę artykuł o praktykach higieny w latrynach starożytnego Rzymu, jaki zamieściłem na tym blogu pewien czas temu, ot choćby dla porównania z dekretem Ludwika XIV z początków osiemnastego wieku(!), w którym zaleca on żeby we francuskich pałacach i zamkach uprzatano odchody z pokoi i korytarzy przynajmniej raz w tygodniu – tak z korytarzy, bo WC-tów nie było nawet w Wersalu, a przecież smród kału przeplatał się tam pysznie z zapachem moczu, krwi, potu, nasienia i rzygów.

Ludzie, toż ten nasz „polski” neandertalczyk z przedgórza sudecko-karpackiego, to na prawdę miał łatwo. Wystarczyło przecież w odległym kącie jaskini zasypać urobek piachem lub/i przywalić rumoszem skalnym, podczas gdy resztę załatwiała naturalna klima. Ponadto, biorąc pod uwagę porównanie kubatury jaskiń i pałaców w stosunku do populacji z potrzebami, a także fakt, iż w jaskini zawsze można było jeszcze jakimś stalaktytem wszystko odsunąć dalej, to nic nie pobije higienicznych praktyk naszego kuzyna N. Przecież do niedawna neandertalczyk robił za przykład wypaczenia w naturze rodzaju ludzkiego. Był synonimem brutalności, przy jakiej Wandal powinien się rumienić ze wstydu jak panienka, której na powitanie księcia wysmyknął się z emocji bącal. Tymczasem, dzisiaj już nie tylko wiemy, że ów kuzyn, a może nawet brat nasz, uprawiał sztukę i praktyki magiczno-religijne, chował swoich zmarłych i opiekował się rannymi. Teraz doszły do tego także zabiegi pielęgnacyjne jamy ustnej.


Przeczytajcie...
Na podstawie artykułu "Nowe badania ujawniają, że neandertalczycy używali wykałaczek" opublikowanego na portalu HERITAGEDAILY   ...  Tłumaczenie moje.




Międzynarodowy zespół naukowców odkrył, że neandertalczycy przed około 46 000 lat używali „wykałaczek i higieny jamy ustnej”.

Zespół pod kierownictwem dr Wioletty Nowaczewskiej z Katedry Biologii Człowieka Uniwersytetu Wrocławskiego, badając dwa zęby wydobyte z plejstoceńskich warstw Jaskini Stajnia (Wyżyna Krakowsko-Częstochowska), znalazł ślady pozostawione przez wykałaczkę.

„Wygląda na to, że właściciel zęba stosował higienę jamy ustnej, powiedziała badaczka „Prawdopodobnie między dwoma ostatnimi zębami były resztki jedzenia, które należało usunąć. Nie wiemy, z czego zrobił wykałaczkę - z kawałka gałązki, kości lub ości rybiej. Musiał to być dość sztywny, cylindryczny przedmiot, którego osobnik używał wystarczająco często, aby zostawić wyraźny ślad”.

To drugi znany przykład takich zabiegów higienicznych praktykowanych przez neandertalczyków z Jaskini Stajnia. Podobne ślady zachowały się na innym zębie znalezionym wcześniej w tej jaskini.

Naukowcy uważają również, że zęby, ząb mądrości (trzeci dolny trzonowiec) i górny przedtrzonowiec należały do osoby powyżej 30 roku życia, a drugi do nieco młodszego dwudziestokilkuletniego mężczyzny.

Jednak nie znaleziono patologicznych zmian wskazujących na zaburzenia wzrostu szkliwa, hipoplazję lub próchnicę. Badacze zauważają, że ząb mądrości wykazuje oznaki silnego zużycia, które może być związane ze spożywaniem twardych pokarmów.

Aby określić, czy ząb należał do naszego bezpośredniego przodka (Homo sapiens), czy do archaicznego krewnego (Homo neanderthalensis), naukowcy przebadali strukturę korony zęba, grubość szkliwa, kontur powierzchni zębiny i mikrourazy powierzchni korony.

Porównali dane z innymi danymi dotyczącymi zębów neandertalczyków, a także starożytnych oraz współczesnych przedstawicieli naszego gatunku.

Dr Nowaczewska mówi: „Zespół cech, takich jak występowanie określonej kombinacji parametrów charakterystycznych dla neandertalczyków wskazuje, że należały do nich też kolejne zęby z Jaskini Stajnia. W przypadku dolnego trzonowca widać skomplikowaną budowę z dużą liczbą guzków. W przedniej części korony znajdowało się również charakterystyczne zagłębienie i sposób sformowania emalii.

„Dobry stan przedtrzonowca pozwolił nam na wykonanie dwu- i trójwymiarowej analizy grubości szkliwa, cyfrowej rekonstrukcji, wirtualnego ‘wyciągania’ czapeczki szkliwa oraz oceny grubości szkliwa, które u neandertalczyków jest cieńsze niż u H. sapiens. Wszystkie te cechy razem wzięte wskazują na neandertalczyków”.

Zęby odkryto oryginalnie w 2010 roku wraz z licznymi szczątkami fauny podczas prac wykopaliskowych prowadzonych pod kierunkiem dr. Mikołaja Urbanowskiego.

Ale dopiero niedawno zostały one przeanalizowane przy użyciu mitochondrialnego DNA. Dr Mateja Hajdinjak z Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maxa Plancka przeprowadził testy wraz z dodatkowymi analizami, aby potwierdzić, że zęby należały do neandertalczyków.

Szczątki kości neandertalczyka są rzadkimi znaleziskami w Europie Środkowej i Wschodniej (natomiast jest nieco więcej stanowisk związanych z narzędziami neandertalczyków). W dzisiejszej Polsce takie znaleziska koncentrują się na południu. Północna Polska długo pozostawała w zasięgu lodowca, gdzie warunki do przetrwania były trudne.

Oficjalnie potwierdzone odkrycia są nieliczne i z niewielką ilościa materiału: cztery zęby. Trzy z nich odkryto w Jaskini Stajnia, a jeden w Jaskini Ciemnej (także na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej).

Dr Nowaczewska uważa, że to nie koniec odkryć na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej. Mówi: „Kiedy patrzę na te tereny jako paleoantropolog, mam wrażenie, że czas tam stoi w miejscu… Jeśli nadal pozostały do znalezienia jakieś kości neandertalczyka, poszukiwania powinny skupić się na Wyżynie i innych miejscach południowej Polski. Ze względu na ówczesne warunki klimatyczne był to obszar o najlepszych warunkach bytowych [na terenie naszego kraju]”.

Badania przeprowadzili naukowcy z Uniwersytetu Wrocławskiego i Uniwersytetu Śląskiego, Instytutu Systematyki i Ewolucji Zwierząt PAN, Państwowego Instytutu Geologicznego, Uniwersytetu Bolońskiego (Włochy), Muzeum Historii Naturalnej w Londynie (Wielka Brytania), Max Planck Institute for Evolutionary Anthropology (Niemcy). Wyniki zostały przedstawione w Journal of Human Evolution.

Wirtualne modele zębów przygotował dr Marcin Binkowski z Uniwersytetu Śląskiego przy wsparciu technicznym Michała Walczaka i Martyny Czaji oraz prof. Stefano Benazzi i Antonino Vazzana z Uniwersytetu Bolońskiego.

PAP - Nauka w Polsce, Anna Ślązak

________________
P.S. -- kilka słów wiecej o znalezieniu szczątków najstarszego neandertalczyka w Europie Środkowej polecam do przeczytania w Przeglądzie Uniwersyteckim On-Line Uniwersytetu Wrocławskiego  

EBU  GOGO
Model Homo floresiensis w D. H. Koch Hall of Human Origins w Smithsonian National Museum of Natural History.
Zdjęcie: Ryan Somma / Flickr


W rolach głównych: Ebu Gogo i Homo floresiensis
Czas akcji: późny Homo erectus do +/- dzisiaj
Miejsce akcji: górzyste partie wyspy Flores
Gatunek: legenda vs nauka

Rzekł Bóg:
„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi.” Wyglądało na to, że spisaliśmy się nie najgorzej i wypełniając bożą dyrektywę, wygasiliśmy plejstocen żeby rozkwitnąć i popanoszyć się w epoce antropocenu. Nie tylko rozmnożyliśmy się, ale i sami zaczęliśmy latać, pływać pod woda i pełzać z warkotem po ziemi.
 
Ale oto między późnym Trumpem i wczesnym Bidenem nastąpiła faza covidova i udupione zostały latajła, podwodne i nawodne ekskursje oraz ograniczona do minimum radość pełzania z warkotem.
 
Pycha z poddania sobie ziemi przygasła.
Czyżby zatem Pan Bóg zapomniał o jakimś elemencie istnienia w swoim zaleceniu? Może nie zapomniał, ale po prostu zignorował wirusa, który nie będąc organizmem, omsknął się Stwórcy w wyliczance.
 
No cóż, tak bywa.

Wirus, przepraszam, koronawirus – niewidzialny, wszechobecny, żarłoczny, lubujący ujeżdżać jaskiniowy zwierzostan zaczął rządzić światem. Pomnożywszy się błyskawicznie, zawładnął Ziemią i uczynił ją sobie poddaną, a my staliśmy się jego pożywką..., i to właśnie wtedy gdy planowałem polecieć na Flores na spotkanie z Ebu Gogo. Oczywiście, zakładając, że znalazłbym jędzulę.
 
Małe to-to, włochate, żarłoczne i od dawna nie widziane. 
Ebu – czyli prababka oraz Gogo – a więc ta, która je wszystko.
 
Przed 400 laty, pierwsi kupcy portugalscy raportowali widywanie Ebu Gogo wielokrotne, w tym także grupowe wcielenia tej istoty. Sto lat później zanotowano w kronikach następujące wydarzenie: lokalni wieśniacy, wkurzeni porwaniami dzieci, zebrali sporą ilość palmowych włókien i zanieśli je w podarunku dla Ebu Goo, żeby ci mogli sobie utkać przyodziewki. Podziękowawszy, Ebu Gogo zabrali prezenty do jednej ze swoich jaskiń, a kiedy byli już w środku, podstępni wieśniacy wrzucili za nimi żagwie, od których zajęły się ogniem palmowe włókna, a wraz z nimi zgorzała cała grupa Ebu Gogo.

No może nie cała, bowiem jednej parze podobno udało się wydostać z jaskini i umknąć wyżej, w góry. Byłoby to zgodne z prawdą o tyle, że ponoć widzenia Ebu Gogo zdarzały się przez następne dwieście lat, ale później ustały i przez długi czas było o nich cicho. Aż w 1977 roku jakby odżyły i dały znowu znać o sobie. A potem, na poczatku dwudziestego pierwszego wieku stało się coś, co zdumiało na dłużej nawet najtęższe paleoantropologiczne mózgi.

O tym wszakże, czy Ebu Gogo rzeczywiście stanowi element historii wyspy Flores, a przy okazji jest naszym kuzynem na drzewie życia, wspaniale opowiedziała Paige Madison, doktorantka w Instytucie Pochodzenia Człowieka Uniwersytetu Stanowego w Arizonie. Jej artykuł ukazał się w cyfrowym magazynie pomysłów, filozofii i kultury, Aeon. Tłumaczenie moje.







ROZWAŻANIA O HOMO FLORESIENSIS
I  LEGENDZIE  EBU GOGO
Paige Madison

Legenda z indonezyjskiej wyspy Flores mówi o tajemniczej, dzikiej babce z lasu, która zjada wszystko: czyli „Ebu Gogo”. Według ludowych podań, tacy drobni, włochaci ludzie jak ona żyli kiedyś obok współczesnych ludzi w tamtejszych tropikalnych lasach, jedząc ich plony, a czasem nawet ludzkie mięso. Przez dziesięciolecia etnografowie dokumentowali opowieść, zapisując szczegóły mowy Ebu Gogo, mamroczacej bełkotliwie w swoje obwisłe piersi, a wszystko to przy założeniu, że jest to po prostu mit. Jednakże, kiedy głęboko w jednej z jaskiń na tej samej wyspie odkryto kości równie małego, wcześniej nieznanego krewniaka człowieka, legenda stała się nagle postrzegana w zupełnie nowym świetle.

Ogłoszenie w 2004 o znalezieniu nowej gałęzi na drzewie ewolucyjnym człowieka było, delikatnie mówiąc, zaskakujące. Mierzący nieco ponad metr hominin nazwany Homo floresiensis miał mały mózg, oczywistą zdolność do pełnych trudu przepraw przez wody i bez wątpliwości doskonałe umiejętności produkowania kamiennych narzędzi. Większość anatomii tego naszego krewniaka wyglądała na prymitywną, ale zebrane dowody, dotyczące ich zachowań, wskazywały na zaawansowaną, ludzką istotę. Ten hominin był z pozoru tak dalece mityczny, że zespół badawczy sięgnął po jego przydomek do źródeł fikcyjnego świata JRR Tolkiena i nazwano go hobbitem.

Prawdopodobnie najdziwniejszym aspektem historii maleńkich homininów była sugestia, że przetrwali oni do czasów nieodległej przeszłości, żyjąc w lasach tropikalnych i na stokach starych wulkanów jeszcze 12 000 lat temu. Datowanie takie było zaskakujące nie tylko z powodu naukowego przekonania, że Homo sapiens był w tym czasie jedynym przedstawicielem gatunku Homo na planecie, ale także dlatego, że żyliby oni tam jeszcze długo po przybyciu współczesnych ludzi na ten obszar - w rzeczywistości przez dziesiątki tysięcy lat. Czy zatem przez cały ten czas hobbici po prostu żyli obok nas?

Skojarzenia między Ebu Gogo i H. floresiensis pojawiły się natychmiast po wybuchu medialnego szaleństwa hobbitowego. Od nagłówków wiadomości po spotkania naukowe, ludzie zastanawiali się: czy te dwa stworzenia mogą być jednym i tym samym? Czyżby miejscowi [H. sapiens] tylko wyobrażali sobie mitycznych, dzikich ludzi z lasu - czy może po prostu o nich informowali? Być może pozornie fikcyjna legenda od początku miała podstawy empiryczne. Media podchwyciły ten tok myślenia w pełni, ale i niektórzy naukowcy rozważali to także jako możliwe - podsycając nadzieję, że legenda mogłaby wskazywać, iż żywego, oddychającego H. floresiensis udałoby się znaleźć w jakiejś odległej części wyspy.

Proponowany związek między szczątkami kostnymi a mitem wywołał interesujące pytanie, zadawane przez antropologów w innych częściach świata: mianowicie, jak daleko w przeszłość tradycje ustne mogą precyzyjnie opisywać jakieś wydarzenia? Niektórzy badacze studiujący pamięć tubylczą sugerują, że tradycje ustne zawierają niezwykle wiarygodne zapisy prawdziwych wydarzeń, które miały miejsce tysiące lat temu. Gdzie są więc granice między legendą, pamięcią, mitem i nauką? Czyżby mieszkańcy wyspy Flores zachowali do dzisiaj ustny przekaz o Homo floresiensis?

Etnograf, który pierwotnie udokumentował opowieść o Ebu Gogo, Gregory Forth z Uniwersytetu Prowincji Alberta w Kanadzie, argumentuje, że antropolodzy są zbyt skłonni do odrzucania przekazów ludowych jako wytworów wyobraźni, podczas gdy inni wskazują na liczne podobieństwa istniejące między opisami Ebu Gogo i H. floresiensis. Na przykład obie postacie były opisywano jako mające długie ramiona i niewielki wzrost. Wielu badaczy było zaintrygowanych ekstremalnymi szczegółami legendy; z pewnością żywy opis „obwisłych piersi”, które Ebu Gogo rzekomo zarzucała na ramiona, musiał być zniewalająco przekonujący. Forth nawet ubolewał, że „rozmiary kobiecych piersi są niestety jedną z wielu rzeczy, których nie można ocenić na podstawie dowodów paleontologicznych”.

Od początku istniały jednak słabsze ogniwa w proponowanym związku między prehistorycznymi kośćmi a mityczną legendą. Po pierwsze, te dwa byty związane są z zupełnie innymi regionami wyspy Flores. Mityczna postać Ebu Gogo należy do ludu Nage, który mieszka za zdradliwymi górami i w gęstej dżungli, ponad 100 kilometrów od miejsca odkrycia H. floresiensis w Liang Bua. Ponadto, rejon jaskini hobbitów jest środowiskiem odmiennej kulturowo i językowo grupy ludzi, znanych jako Manggarai. Chociaż jest wysoce prwdopodobne, że H. floresiensis mógł eksplorować także i te tereny, to całkiem zastanawiajacy wydaje sie być fakt, iż Ebu Gogo nie jest wymysłem ludu Manggarai. Szybkie spojrzenie na archipelag ujawnia również, że historie o małych leśnych stworzeniach nie są unikalne tylko dla wyspy Flores, co wcale nie musi być zaskakujące, biorąc pod uwagę, że obszar ten jest pełen jest żyjących tam człekopodobnych naczelnych. Na przykład powszechnie znane orang-pendek (w miejscowym języku: niscy ludzie) z pobliskiej Sumatry są uważane za opisy orangutanów. Co prawda, Flores nie ma orangutanów, ale jest tam mnóstwo makaków.

Te niedostatki nie zapobiegają jednak powracaniu opowieści i dyskusji o Ebu Gogo. Ekspedycje badawcze starały się znaleźć żyjących wciąż dzikich ludzi, mając nadzieję spojrzeć w ich zwierzęce oczy. Miejscowi mieszkańcy zaczęli również zgłaszać, że niektórych z nich zabili. Pseudo-dokumentalny film „zainspirowany prawdziwym odkryciem naukowym” - Kanibal w dżungli (2015) - opowiada o ludożerczym morderstwie w lesie, za które obwiniono zagranicznego badacza, który został uniewiniony dopiero po odkryciu H. floresiensis i uznaniu, że zbrodnia została popełniona przez Ebu Gogo. Bawiąc się faktami i fikcją, film łączy autentyczny materiał z wykopalisk hobbitów z ekscentrycznymi aktorami i fałszywymi nagłówkami gazet. Film zawiera nawet wywiady z prawdziwymi naukowcami i ekspertami, których komentarze na temat „wyjątkowego” odkrycia skamieniałości zostały wplecione w fikcyjną narrację.

Mit trwał nadal, nawet gdy prawdziwi naukowcy kpili sobie z niego. Ale ostatecznie oczka w tkance legendy kojarzącej Ebu Gogo z H. floresiensis stały się zbyt duże, aby można je było zignorować. Każda wyprawa badawcza, po doniesieniach o zaobserwaniu tej tajemniczej istoty, ujawniała pustą jaskinię lub makaka. Nowe dowody naukowe również sprawiły, że powiązanie to stawało się coraz bardziej nieprawdopodobne, zwłaszcza po korekcie datowania, które przesunęło zniknięcie hobbitów na czasy prawie 50 000 lat temu. Dla ekspertów Ebu Gogo była tak samo realna jak legendarna Wróżka Zębuszka.

Więc co mamy zrobić z mitem o Ebu Gogo? Dlaczego tak urzekła nas idea pradawnych dzikich ludzi z lasu?

Pewna wina leży w samych kościach. W ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci, przy gwałtownych postępach w paleoantropologii, odkrycia takie jak H. floresiensis obaliły podstawowe założenia dotyczące naszej przeszłości. Jednym z przykładów jest zmieniająca się świadomość, że zagadnienie różnorodności homininów w czasach istnienia Homo sapiens na tej planecie przedstawia obraz znacznie bardziej zatłoczony i zagmatwany, niż wcześniej sądzono – obraz, który w dużej mierze został „przemalowany” przez H. floresiensis, a następnie jeszcze udoskonalony przez dodatkowe odkrycia.

Być może więc znaczenie splecionych ze sobą historii H. floresiensis i Ebu Gogo polega na uświadomieniu sobie, że odkrycia naukowe - zwłaszcza te nieoczekiwane - mają moc zmiany sposobu myślenia. Stawiając naukowców wobec czegoś tak nieprzewidywalnego, te małe szczątki kostne otworzyły drzwi do wielkich spekulacji.

Odkrycie H. floresiensis ujawniło nam, że przeszłość była bardziej dziwaczna, niż sobie wyobrażaliśmy, pełna ewolucyjnych zygzaków, nieoczekiwanych migracji i życia w zaskakujących miejscach. I chociaż legenda o Ebu Gogo nie znalazła odniesienia do rzeczywistości paleoantropologicznej, to takie nieudane powiązania nie muszą być czymś niewłaściwym. Badacze, od geologii po paleontologię, zwracają się ku folklorowi, a wydarzenia, od erupcji wulkanów po odkrycia skamieniałości, pokazały że nauka może zyskać na obcowaniu z legendami. Nawet baśniowa postać z ciałem lwa i orlim dziobem, przedstawiana greckim podróżnikom jako gryf, była prawdopodobnie pochodną natkniecia się na kośći dinozaurów. Współzależność między nauką a mitem staje się coraz bardziej złożona i bardziej interesująca. W końcu, skoro hobbici mieszkali swego czasu na odległej indonezyjskiej wyspie, to należy zapytć, co jeszcze innego było kiedyś możliwe?

HIBERNATUS

Source: Ronald Carlson on Business Insider


For the original text in English, please go here.

Przykład niezwykłej konsumpcji opisałem na tym blogu już niemal dwa lata temu. Rzecz była o grzechotniku zjedzonym przez pewnego mieszkańca Jaskini Conejo w dolinie Rio Grande jakieś 1500 lat temu (kliknij tutaj). Ba, rzecz była tak dalece dziwaczna, że nie wyobrażałem sobie absolutnie, iż w niedalekiej przyszłości dowiem się z prasy o paleoantropologicznym odkryciu w Jaskini Ciemnej na terenie Ojcowskiego Parku Narodowego, przy którym historia pra-teksańskiego koprolitu stanie się igraszką zarówno w sensie pożywki jak i datowania. Element kuriozalny polega tutaj na tym, że według analizy materiału dowodowego, kości kilkuletniego dziecka znalezione w jaskini noszą ślady trawienia w przewodzie pokarmowym wielkiego ptaszydła. Dziecię niekoniecznie musiało być zjedzone na żywca i w całości, jak to miało miejsce w przypadku grzechotnika znad Rio Grande, ale stało się to jakieś 115 tysiecy lat temu, i tego już możemy być pewni. Datowanie wskazuje zatem na neandertalczyka, a jak skądinnąd wiadomo niezmiernie młodego, może wręcz jednego z pierwszych mieszkańców urodzonych w krainie, przez którą płynie Rio Vistula. Wiedząc już gdzie i kiedy, zapytajmy jak mogło dojć do tego, że tak marny los spotkał naszego genetycznego kuzyna, a może nawet brata? Datowanie znaleziska wskazuje na wczesny vistulian (zlodowacenie północnopolskie). Zapewne więc latem i jesienią mieszkańcy Jaskini Ciemnej polowali, jedli i odkładali na swoich biodrach i gdzie popadło duże pokłady tłuszczu, żeby w czasie mrozów móc zapaść w sen zimowy, tak jak zwierzęta, u których utrzymanie stałej temperatury ciała przy jednoczesnym niedoborze pokarmu jest zbyt kosztowne energetycznie.

Zatem, czy dramat Rio Vistula Neanderthlensis polegał na tym, iż rodzina - mama, tata, dziecię, może też babka i wujek z ciotką – właśnie sobie całkiem niewinnie hibernowali zimową porą w swojej przytulnej jaskini i nikt nie zauważył nienażartego ptaszydła? Tego nie dowiemy się nigdy, ale za to wstępnych dowodów na hibernowanie neandertalczyków lub Homo heidelbergensis, ich poprzedników, dostarcza artykuł Robina McKie z 20 grudnia, 2020 roku, opublikowany w amerykańskim wydaniu magazynu The Guardian. 



PIERWOTNI LUDZIE MOGLI PRZETRWAĆ

SUROWE  ZIMY  DZIĘKI  HIBERNACJI 

Robin McKie 


Sezonowe uszkodzenia skamieniałości kości z Hiszpanii
sugerują, że neandertalczycy i ich poprzednicy
stosowali tę samą strategię, co niedźwiedzie jaskiniowe 

Niedźwiedzie to robią. Nietoperze to robią. Robią to nawet europejskie jeże. A teraz okazuje się, że mogli się tym zajmować również wcześni ludzie. Zdaniem paleoantropologów oni po prostu hibernowali.

Dowody znajdowane na kościach znalezionych w jednym z najważniejszych miejsc występowania ich na świecie sugerują, że nasi poprzednicy w linii rozwojowej hominidów, mogli radzić sobie z ekstremalnym zimnem setki tysięcy lat temu, śpiąc przez zimę.

Naukowcy argumentują, że zmiany chorobowe i inne oznaki uszkodzeń znajdowane w skamieniałych kościach wczesnych ludzi są takie same, jak te pozostawione i zauważane na kościach zwierząt w stanie hibernacji. Sugeruje to, że nasi poprzednicy radzili sobie z okrutnymi zimnem w tym czasie, spowalniając metabolizm i śpiąc przez zimowe miesiące.

Wnioski opierają się na wykopaliskach w jaskini Sima de los Huesos (Jamie Kości) - w Atapuerca, niedaleko Burgos w północnej Hiszpanii.

W ciągu ostatnich trzech dekad skamieniałe szczątki kilkudziesięciu ludzi zostały zeskrobane z osadów znalezionych na dnie zawrotnego, 50-metrowego szybu, który tworzy centralną część dołu w Atapuerca. Jaskinia jest w rzeczywistości masowym grobem, twierdzą naukowcy, którzy znaleźli tysiące zębów i kawałków kości, które wydają się być tam celowo zrzucane. Te skamieniałości datowane są na ponad 400 000 lat i prawdopodobnie pochodziły od wczesnych neandertalczyków lub ich poprzedników.

Miejsce to jest jednym z najważniejszych skarbów paleontologicznych na naszej planecie i dostarczyło kluczowych informacji na temat postępu ewolucji człowieka w Europie. Ale teraz dzięki badaczom powstał nieoczekiwany zwrot w tej opowieści.

W artykule opublikowanym w czasopiśmie L'Anthropologie, Juan-Luis Arsuaga, kierujący zespołem, który jako pierwszy prowadził wykopaliska w tym miejscu i Antonis Bartsiokas z Uniwersytetu Demokryta w Tracji w Grecji argumentują, że znalezione tam skamieniałości wykazują sezonowe zmiany sugerujące, iż wzrost kości był zakłócany przez kilka miesięcy każdego roku.

Sugerują, że ci pierwsi ludzie znaleźli się „w stanach metabolicznych, które pomogły im przetrwać przez długi czas w chłodnych warunkach przy ograniczonych zapasach żywności i wystarczających zapasach tłuszczu”. Hibernowali, co jest zauważalne w postaci zakłóceń w rozwoju kości.

Naukowcy przyznają, iż to „może brzmieć jak science fiction”, ale zwracają uwagę, że robi to wiele ssaków, w tym naczelne, takie jak galagowate i lemury. „Sugeruje to, że podstawy genetyczne i fizjologia takiego hipometabolizmu mogą zostać zachowane u wielu gatunków ssaków, w tym u ludzi” - stwierdzają Arsuaga i Bartsiokas.

Wzór uszkodzeń stwierdzanych na ludzkich kościach w jaskini Sima jest zgodny ze zmianami występującymi w kościach hibernujących ssaków, w tym niedźwiedzi jaskiniowych. „Strategia hibernacji byłaby jedynym rozwiązaniem pozwalającym im przetrwać spędzenie miesięcy w jaskini z powodu mroźnych warunków” - stwierdzają autorzy.

Wskazują również na fakt, że szczątki hibernującego niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus deningeri) zostały również znalezione w jamie Sima, co sprawia, że tym bardziej wiarygodne jest sugerowanie, iż ludzie robili to samo, „aby przetrwać mroźne warunki i niedobór pożywienia tak jak niedźwiedzie jaskiniowe ”.

Autorzy analizują też kilka kontrargumentów. Współcześni Eskimosi i Lapończycy - choć żyją w równie surowych, zimnych warunkach - nie zapadają w sen zimowy. Dlaczego więc robili to ludzie w jaskini Sima?

Arsuaga i Bartsiokas twierdzą, że tłuste ryby i tłuszcz z reniferów dostarczają Eskimosom i Lapończykom pożywienia w okresie zimowym, a zatem wykluczają potrzebę hibernacji. Dla kontrastu, obszar wokół stanowiska Sima pół miliona lat temu nie zapewniłby wystarczającej ilości pożywienia. Jak twierdzą: „Wysuszenie Iberii nie mogło wówczas zapewnić mieszkańcom Simy wystarczającej ilości pożywienia bogatego w tłuszcz podczas srogiej zimy - co spowodowało, że uciekali się do hibernacji w jaskiniach”.

„To bardzo interesujący argument i na pewno pobudzi debatę” - powiedział antropolog sądowy Patrick Randolph-Quinney z Northumbria University w Newcastle. „Istnieją jednak inne wyjaśnienia dotyczące zmian obserwowanych na kościach z Sima de los Huesos i trzeba się nimi zająć, zanim będziemy mogli dojść do ostatecznych wniosków. Myślę, że to jeszcze jest przed nami do zrobienia”.

Chris Stringer z Muzeum Historii Naturalnej w Londynie zwrócił uwagę, że duże ssaki, takie jak niedźwiedzie, nie zapadają w stan hibernacji, ponieważ ich duże ciała nie mogą wystarczająco obniżyć temperatury wewnętrznej. Zamiast tego zapadają w mniej głęboki sen znany jako torpor. W takim stanie zapotrzebowanie energetyczne wielkiego mózgu człowieka z tej jaskini pozostałoby bardzo duże, stwarzając dodatkowy problem z przetrwaniem podczas letargu.

„Niemniej jednak pomysł jest fascynujący. Możnaby to przetestować, badając genomy mieszkanców Sima de los Huesos, neandertalczków i denisovańczyków pod kątem oznak zmian genetycznych związanych z fizjologią letargu” - dodał.
___________________________________________________

WYCHODEK

From the original article/Z oryginalnego artykułu

For the original text in English, please go here.

Tak się dziwnie składa, że produkt końcowy układu trawiennego gościł tematycznie na stronach tego blogu już razy kilka. Nie mam bzika na tym punkcie, ale o dziwo, gdy przystępowałem do składania pierwszych zdań tekstu o najświeższych wydarzeniach w polityce amerykańskiej, jedynym desygnatem wrażeń jakie mną trzepały było ŁAJNO. Zachęcam mimo wszystko do przeczytania artykułu Ostatni bastion Trumpa, Israela Shamira z 9 stycznia, 2021 roku, opublikowanego w The Unz Review. Będzie o wirtualnym i realnym szambie, które w postaci pewnej statystyki rozlewa się kompletnie około połowy tekstu – zatem co najmniej tam trzeba dotrzeć... Koniecznie!!!



OSTATNI BASTION TRUMPA

ISRAEL SHAMIR

Prezydent Trump został zdecydowanie pobity, nawet jeśli nie sprawiedliwie i uczciwie. Nadzieje milionów amerykańskich wyborców zostały zgniecione i ugaszone. Saga Pomarańczowego Człowieka dobiegła końca. Zwycięzcy zastosowali gambit: poświęcili świętość i bezpieczeństwo Kapitolu, wpuścili intruzów, pozwolili im robić selfie w gabinecie Przewodniczącej Izby Reprezentantów, a następnie udawali przerażenie i oburzenie. Próby wzywania do klarownej jednoznaczności systemu elektorskiego zostały pozbawione tejże klarowności w czasie rzeczywistym, czyli kiedy ogromne tłumy rozproszono, elektorzy zostały zatwierdzeni, a wygrana Bidena została zapewniona, gdy jednoczesnie zwolenników Trumpa nazwano „krajowymi terrorystami”.

Donald Trump potępił ludzi, których osobiście wezwał do protestu. Jego bliscy sojusznicy polityczni wycofali swoje poparcie. W ciągu kilku godzin, a nawet minut ten podziwiany przez miliony władca świata stał się bezosobową postacią. I tak jak chłopiec, który opublikował nieprzyzwoite treści, został zbanowany przez Twittera i Facebooka. Czas pokaże, czy pójdzie do więzienia, o co modli się tak wielu Demokratów, ale wydaje się, że jego życie polityczne skończyło się, nawet jeśli jego idea będzie żyć.

Gra przeciwko prezydentowi Trumpowi została ustawiona od pierwszego dnia. Jego polecenia były ignorowane. Sądy, sędziowie, policja, cały system egzekwowania prawa byłi przeciwko niemu; jego decyzje były blokowane lub obalane, podczas gdy media wyśmiewały go, a opozycja nieustannie delegitymizowała. Został zablokowany nawet przez Fox News. Stany rządzone przez demokratów dostosowały swoje prawa tak, aby zapewnić wynik wyborów. Trump był postrzegany jako niekompetentny od samego początku swojej prezydentury do jej gorzkiego końca. Był trzymany na krótkiej smyczy przez wszechmocny Deep State, a kiedy próbował się uwolnić, pociągnęli za smycz.

6 stycznia w Waszyngtonie zebrała się masowa demonstracja poparcia dla Trumpa. Setki tysięcy Amerykanów przybyło do stolicy, aby domagać się sprawiedliwości, gdy oszustwo wyborcze stało się oczywiste. Mieli nadzieję, że republikanie odmówią zaświadczenia o oszustwie i powołają komisję, która sprawdzi i przeliczy głosy. Niektórym z protestujących udało się włamać do Kapitolu albo nawet zostali wpuszczen tam przez policję. Ta pokojowa akcja Occupy Capitol, skorzystanie z naturalnego prawa do protestu, spotkała się ze śmiertelnym ogniem, którego ofiarą padła a młoda protestująca kobieta z San Diego, Ashli Babbitt, zamordowana przez policję w cywilu. Republikańscy kongresmani zostali zastraszeni i się poddali. Potwierdzono zwycięstwo Bidena w walce o prezydencki fotel.

Przerażenie i oburzenie demokratycznych polityków oraz mediów były równie udawane, jak ich wiadomości. W ubiegłym roku wiele budynków rządowych zostało przejętych przez działaczy BLM sponsorowanych przez demokratów, ale w żadnym przypadku policja nie użyła śmiercionośnej broni, ani nawet nie wypędziła protestujących z budynków.

„Krótko po 20:00 w środę setki protestujących zebrało się przed zamkniętym wejściem do Kapitolu przy King Street, skandując:„ Wyważ drzwi! ” i „Strajk generalny! ”Chwilę później policja poddała kontrolę nad drzwiami od strony ulicy Stanowej (State Street) i pozwoliła tłumowi wejść do środka, dołączając do tysięcy, którzy już zgromadzili się na Kapitolu, by zaprotestować przeciwko głosowaniu. Strefa poza Salą Zgromadzeń Reprezentantów, którzy mmieli przyjąć uchwałę dzisiaj o 11 rano, był zatłoczony protestującymi skandującymi: „Nie wyjdziemy. Nie tym razem."…

Rzecznik Departamentu Administracji, Tim Donovan, powiedział, że chociaż protestujących zachęca się do opuszczenia budynku, nikt nie zostanie siłą usunięty… Burmistrz Dave Cieslewicz powiedział, że poinstruował… Szefa policji, Noble Wray’a, aby nie pozwalał swoim funkcjonariuszom brać udziału w usuwaniu demonstrantów z budynku.”

Tak stało się w Madison w stanie Wisconsin w marcu 2011 roku, jak przypomniał nam Steve Sailer. Rzeczywiście, to było to tego oczekiwali protestujący. Niektórzy byli ubrani w ekstrawaganckie stroje, jak na paradę. Zachowywali się dobrze i spokojnie, w akceptowalnych granicach. To nie było powstanie – nawet nie próbowali przejąć Kongresu w jakimkolwiek sensie. Dla nich był to uczciwy i zabawny sposób na wyrażenie swojego oburzenia. Ale zagranie prawdziwych spiskowców miało na celu aby ich wrobić. Zamordowali nawet czterech protestujących, mając nadzieję, że protestanci odpowiedzą przemocą, ale na próżno.

Biali protestujący w Ameryce są wyjątkowo pokojowymi grupami; tak jak kilka lat temu Occupy Wall Street, protestujący na Kapitolu 6 stycznia byli nieśmiali i posłuszni jak owce. Z tego powodu wynaleziono BLM, ponieważ Murzyni są zdolni do gwałtownych zamieszek, w przeciwieństwie do zachowujacych się w dozwolonych ramach białych obywateli. To nie jest sprawa rasy: biali jak lilie Francuzi w żółtych kamizelkach i ukraińscy nacjonaliści ostro walczyli z policją. Ale biali z USA nie są skłonni do zamieszek, i tak jest od czasów wojny secesyjnej. Będąc obcokrajowcem, nie rozumiem, dlaczego Amerykanie chcą mieć broń, skoro nigdy jej nie używają, ale tak właśnie jest.

Zresztą na braku przemocy nic nie zyskali. Prezydent elekt Biden odmówił nawet nazywania ich protestantami: „Nie waż się nazywać ich protestującymi. Byli szalejącym tłumem, powstańcami, krajowymi terrorystami”. W rzeczywistości ta ostatnia nazwa powinna zostać zarezerwowana dla szabrowników autoryzowanych przez Deep State i ich braci na całym świecie, czy to w Hongkongu czy Mińsku, w Seattle czy w Portland.

Rosyjskie portale społecznościowe porównywały wydarzenia w Waszyngtonie z tymi majacymi miejsce bliżej domu i narzekały na „podwójne standardy”. Amerykańskie media nie wyraziły oburzenia, kiedy ich nominat Borys Jelcyn ostrzelał rosyjski parlament w 1993 roku. The New York Times i Departament Stanu zachęcali nacjonalistyczne hordy do szturmu na ukraińskie biura w 2014 roku. Wiwatowali opozycji w Mińsku, która przejęła parlament po nieudanych wyborach. Białoruscy protestujący twierdzili, że wyniki wyborów w ich kraju zostały sfałszowane, podobnie jak zwolennicy Trumpa w wyborach w USA, ale Biden nie nazwał ich „krajowymi terrorystami”. Właściwie prezydent Łukaszenko też tego nie zrobił: nazwał ich „protestującymi”, a ich brutalne demonstracje zostały rozproszone bez jednego wystrzału. W takich przypadkach Żydzi pytają „Jak można to porównać ?!”

Rosjanie porównali „próbę zamachu stanu” na Kapitolu z własnym, na w pół zainscenizowanym „zamachem stanu” z 1991 r., tą częściowo zaplanowaną prowokacją. W 1991 r. słabi organizatorzy zamachu stanu nie mogli zatrzymać Jelcyna i poddali się jak na zawołanie; fala oburzenia odsunęła od władzy Gorbaczowa i partię komunistyczną. Również na Kapitolu, jak widać na tym filmie przesłanym przez BBC, policja machała zachęcajaco „najeźdźcom”. Więcej filmów sugerujących udział policji Kapitolu w rzekomej prowokacji przedstawiono tutaj. Zaaranżowane oburzenie pozwoliło zwycięzcom ocenzurować i dokonać czystki wobec pokonanego Trumpa i jego zwolenników. Tak jak upadł ZSRR w sierpniu 1991 r., Ameryka Trumpa upadła w styczniu 2021 r., a do władzy doszły liberalne elity reprezentujące wielkie korporacje. Dokonano tego przez prowokację, ale zwykli ludzie popierający Trumpa byli naprawdę wściekli za kradzież wyborczą. Podobnie rok 1991 był prowokacją, ale zwykli obywatele Rosji byli wściekli na pierestrojkę Gorbaczowa, podczas gdy liberalne elity wykorzystały ją do rozbicia państwa radzieckiego i przekazania całego majątku swoim oligarchom.

Osoby dobrze znające historię odwołują się do pożaru Reichstagu z lutego 1933 r., czyli podpalenia wymyślonego przez sam nowo utworzony nazistowski rząd, aby zwrócić opinię publiczną przeciwko swoim przeciwnikom i móc przyjąć nadzwyczajne uprawnienia. Alternatywnie, inni badacze utrzymują, że nie ma dowodów na współudział nazistów w zbrodni, a Hitler po prostu wykorzystał niezależny czyn holenderskiego komunisty van der Lubbe. Pożar jest przedmiotem ciągłej debaty i badań, mówi Encycopaedia Britannica. Prawdopodobnie to samo zostanie powiedziane o „inwazji” Kapitolu, a badacze będą się spierać, czy zorganizowali ją dwulicowi sługusy Bidena, czy po prostu wykorzystali szczery protest Trumpowców.

Nie ma wątpliwości, że dla obiektywnego obserwatora wybory w 2020 r. były głęboko niesprawiedliwe. Nie będę czytelników niepokoić zbyt wieloma opublikowanymi szczegółami dotyczącymi wyników niemożliwych do uzyskania statystycznie, ale oto jeden przykład tego oszustwa. Miasto Detroit oddało 95% swoich głosów tandemowi Biden/Harris, liczba na którą Kim Jong-un spojrzałby z lekką zazdrością, podczas gdy Łukaszenko mruknąłby: „Jak to zrobić?” Jest wysoce prawdopodobne, że ten zadziwiający wynik został osiągnięty w następujący sposób.

Nota -- autor podaje w tym miejscu stosunkowo słabo czytelną tabelę z wynikami listopadowych wyborów w Detroit. Zatem, zamiast wizerunku tabeli podaję link do źródła, z którego korzystał autor. Jest to plik PDF przedstawiający komplet zatwierdzonych przez Radę Miasta Detroit wyników wyborów prezydenckich, stanowych i miejskich z 3 listopada, 2020 roku. Zachęcam gorąco do spojrzenia na ten oficjalny dokument. Cyfry są cyframi, niezależnie od języka, natomiast kategorie na jakie głosowano w dużym stopniu czytelne nawet dla nieznających języka angielskiego. Proszę zwrócić uwagę na przynależność partyjną i uzyskany wynik procentowy > 
DEM = Demokrata  oraz  REP = Republikanin.
Po stronie trzynastej są tylko kategorie, w których prznależność partyjna nie jest wykazywana.
Natomiast na tych pierwszych 13 stronach zwycięzcami w wyborach są osobnicy o niezwykłej popularności, kochani przez obywateli miasta Detroit na miarę 93-99% - wszyscy bez wyjątku są członkami PARTII DEMOKRATYCZNEJ.  
Pytanie --  jakie jest prawdopodobieństwo odniesienia we wszystkich 31 kategoriach zwycięstwa jednej partii nad konkurencją w stosunku 90grube+ procent do mizernych 2-3 procent? Są kategorie gdzie dwóch reprezentantów Partii Demokratycznej uzyskało po 45-46 procent głosów każdy... hmmm.
Cofnę się na moment do roku 1969 - jako student Wydziału Ekonomicznego Politechniki Szczecińskiej i członek Koła Naukowego Satystyków, byłem skierowany do Głównego Komitetu Wyborczego żeby pomagać przy zbieraniu danych napływających z Rejonów. Pamietam, że jak przyszedł wynik około 85% , to polecenie służbowe było żeby zweryfikować info i niezależnie od rezultatu weryfikacji , wpisać w protrokół jakieś 97,3 % albo i lepiej... Tak było, przysiegam... Z tych samych wyborów dane oficjalne, na poziomie państwowym były nastepujące:
Przykładowe wyniki na poszczególnych kandydatów
Władysław Gomułka w okręgu wyborczym nr 3 Warszawa-Praga – 99,44%
Józef Cyrankiewicz w okręgu wyborczym nr 4 w Krakowie – 94,00%
Ignacy Loga-Sowiński w okręgu wyborczym nr 6 w Łodzi – 96,86%
Marian Spychalski w okręgu wyborczym nr 7 w Poznaniu – 95,63%
Jerzy Hagmajer w okręgu wyborczym nr 10 w Ełku – 92,24%
Edward Gierek w okręgu wyborczym nr 27 w Sosnowcu – 99,78% 
Zatem, czyż nie jest szokująca zbieżność?

Jednocześnie autor przytacza postanowienie Rady Miasta Detroit, które determinuje kto może ubiegać się o licencję dystrybutora marihuany, mianowicie:

Certyfikowany kandydat z Detroit Legacy: 
Departament Praw Obywatelskich, Włączenia i Szans (CRIO) miasta Detroit rozpocznie certyfikację kandydatów z Detroit Legacy począwszy od 19 stycznia 2021 roku. Aby zakwalifikować się jako kandydat Detroit Legacy, osoba muszi obecnie mieszkać w Detroit i być w stanie udokumentować, że : 
Mieszkał w Detroit przez 15 z ostatnich 30 lat lub 
Mieszkał w Detroit przez 13 z ostatnich 30 lat i mają niskie dochody lub 
Mieszkał w Detroit przez 10 z ostatnich 30 lat i ma skazanie za marihuanę lub ma rodzica z wyrokiem marihuanę. 

Wracajmy do oryginalnego tekstu....

W Detroit Demokraci zlecili zbieranie kart do głosowania lokalnym handlarzom narkotyków, oferując im jako nagrodę - licencje biznesowe na rekreacyjną marihuanę. Posiadanie takich licencji jest jak posiadanie własnego bankomatu. Tutaj możesz przeczytać o ich dochodowości oraz o tym, jak bardzo przestępcy będą dążyć do ich zdobycia. Demokraci z Detroit zmienili lokalne przepisy zezwalające na sprzedaż marihuany w ich pięknym mieście (było to zabronione do listopada 2020 r.). Zmienili lokalne przepisy nakazujące wydawanie zezwoleń na marihuanę handlarzom narkotyków z wcześniejszymi wyrokami skazującymi za handel narkotykami. Pozwalniali baronów narkotykowych z więzień. Zmienili lokalne przepisy, aby umożliwić zbieranie kart do głosowania; to znaczy zbieranie głosów korespondencyjnych i pomoc przy wypełnianiu kart do głosowania. Następnie handlarze narkotyków chodzili po okolicy, zbierając pocztowe karty do głosowania i wypełniając je natychmiast, jeśli byli sumienni, lub po prostu wypełniali je w wolnym czasie, jeśli czuli się leniwi. Mieli do dyspozycji sędzinę, Cynthię Stephens , która samodzielnie zmieniła prawo wyborcze w Michigan, a następnie odrzuciła zarzuty Trumpa o oszustwie.

Tak, Virginia (stan), w wielu stanach amerykańskich doszło do oszustw wyborczych. Są przyzwyczajeni do hazardu; nie są zaskoczeni piękną ręką czterech asów, jak sugerował Mark Twain. Zwykle obie strony układają się po kolei i oszukują na zmianę. Tylko tym razem Trump przekonał wielu ludzi, że jest inaczej; że to ich ostatnia szansa.

Problem w tym, że Trump był kiepskim organizatorem. Mógłby wygrać wybory, gdyby udało mu się zapobiec takim formom ustawodawstwa jakie uprawia Cynthia Stephens, zakazać głosowania pocztowego, wymusić obowiązkowe legitymowanie się przy głosowaniu, zmobilizować swoich ludzi do kontroli wyborów. Ogromne zadanie, ale nie niemożliwe, kiedy walczy się z przeciwnikiem, który ma skłonność do oszukiwania. Mógłby nawet dokonać rewolucji 6 stycznia, wyznaczając odpowiednich ludzi do działania, tworząc rewolucyjną kwaterę główną, planując strategię przejęcia włądzy, ale nic takiego nie zrobił. Prawdopodobnie myślał, że Kongres dostrzeże ogromne tłumy i pozwoli na sprawdzenie wyników wyborów.

Zatem był tak naiwny, że wierzył, iż rewolucje po prostu dzieją się same, jak w filmach. No nie, to nie tak. Za każdą udaną rewolucją stoi wiele planów, sił zbrojnych gotowych do użycia broni, linii zaopatrzenia, logistyki, wsparcia medialnego i komunikacji. Trump nic z tego nie miał. Wystarczyło wyłączyć mu Twittera, aby stał się wygłupiony i głuchy.

Nie było próby zamachu stanu, jak słusznie stwierdził Tyler Durden : ”Trump nigdy nie miał koncentracji, bystrości organizacyjnej ani spójności ideologicznej, aby przeprowadzić bona fide "zamach stanu", więc wtargnięcie tłumu, które zostało szybko rozproszone przez uzbrojonych agentów państwa nie zmienia tego. Wkrótce po włamaniu na kapitol opublikował film instruujący swoich zwolenników, aby nie brali senatorów jako zakładników ani nie więzili Mike'a Pence'a, ale „wracali do domu”. Żadne frakcje rządu federalnego nie przyłączyły się do tłumu na rozkaz Trumpa, ponieważ nie zawracał sobie głowy wydaniem żadnego rozkazu. Cały ten epizod nigdy nie miał najmniejszej szansy na zapobieżenie certyfikacji Joe Bidena, a tym bardziej na obalenie rządu. To była tylko kolejna głupkowata szarada i w tym sensie, stosowny koniec prezydentury Trumpa ”.

Teorie spiskowe odegrały swoją rozczarowującą rolę w tej klęsce. Wielu trumpistów wierzyło w spiski QAnon i Kayfabe; opublikowali raporty o aresztowaniach złoczyńców, serwerach porwanych przez FBI, o Clintonowej i Bidenie czekających na surową sprawiedliwość za kratkami. Ta wiara rozbroiła ludzi, którzy w przeciwnym razie walczyliby o osiągnięcie tego właśnie rezultatu. Na tym polega problem ze spiskami: wyimaginowane spiski uniemożliwiają prawdziwe działanie.

Nie chcę jednak kończyć tego tekstu tak smutną i rozczarowującą nutą. Prezydent Trump był wspaniałym liderem. Udało mu się poprawić los amerykańskich robotników wbrew ogromnym szansom: po raz pierwszy od lat 70. ich dochody wzrosły w porównaniu z innymi klasami. Zatrzymał masową migrację do USA: legalna imigracja spadła do strużki. Unikał nowych wojen; próbował zawrzeć pokój z Rosją. Odmówił zbombardowania Iranu nawet w ostatnich dniach swojej prezydentury, chociaż niektórzy proizraelscy zwolennicy obiecali mu drugą kadencję, jeśli to zrobi.

Jego wielkim osiągnięciem była walka z szaleństwem dotyczącym koronawrusa. Był przeciwny blokadom, które mogą zniszczyć nasz świat do tego stopnia, że niewiele rzeczy przetrwa. Ostatni wielki władca Stanów Zjednoczonych, który nie nosił tchórzliwej maski, zostanie zapamiętany. Nie mógł pokonać potężnego kompleksu medycznego, FAGMA czy Mistrzów Dyskursu, ale próbował.

Dzień jego klęski, 6 stycznia, był Objawieniem Pańskim, czyli Pokłonem Trzech Króli, Trzech Mędrców, którzy przybyli, aby oddać cześć Jezusowi w jego jaskini. Była to również wigilia dla Kościoła wschodniego. To najciemniejsza pora roku; ale od teraz dzień będzie się zwiększał, a wraz z nim nasze nadzieje.

Z Israelem Shamirem można skontaktować się pod adresem adam@israelshamir.net

 ŁONO

11 / 17 / 2020
Spojrzenie od wewnatrz | Źródło/Source


Mój przyjaciel z miasta położonego nad Brdą, dowiedziawszy się onegdaj o moich zmaganiach archeologiczno-matematycznych, zauważył rezolutnie: „umiesz liczyć; licz na archeologię”.  Geniusz, po prostu geniusz, pomyślałem, bo o ile wiem, z matematyką daleko poza słupki nie wyjechał, a z archeologią skończył jeszcze w poprzednim tysiącleciu. No, a mimo to, popatrzcie raz jeszcze jak on to zgrabnie poskładał: „umiesz liczyć; licz na archeologię”. Jakiś czas później wysłałem do moich przyjaciół po fachu pewien artykuł omawiający znalezisko gadżetu erotycznego sprzed 250 lat, wydobytego z latryny przy 18-wiecznej szkole fechtunku w Gdańsku. Skórzany był, wypełniony włosiem, z drewnianą główką, dwudziestocentymetrowy, ten gadżet oczywiście. Mój przyjaciej znad Brdy, archeolog z poprzedniego tysiąclecia, tak się napalił po tym artykule, że napisał do mnie co następuje: „umiesz pie...lić; pie...l archeologię). Co jest, wszystko Ci się kojarzy z archeologią?!”  Uff, zagrzałem się nieco takim podejściem do umiłowania staroci. Postanowiłem więc odpowiedzieć na zadane pytanie tak: nie, nie wszystko, ale wiele, bardzo wiele i dlatego zamierzam uzupełnić gdańskie znalezisko penisa, tracką cipką z Rodopów. Rzecz jest monumentalna i w sposób absolutnie przekonywujący dowodzi co tak na prawdę rządzi światem w każdym momencie jego istnienia. Otóż, we wschodnich Rodopach, w okolicy uścia Borovitsy do rzeki Arda, na wysokości siedmiuset metrów nad poziomem morza natura umieściła, wedle nomenklatury amerykańskiej feministki, Eve Ensler, „splot mocy”, czyli waginę z detalami.  Zapraszam w okolice i do środka.

Źródło/Source

Penetracja jaskiń jest marzeniem każdego archeologa, zapewniam. Ta, o której opowiadam, zwana Utroba, po naszemu Łono, od tysięcy lat zachęcała do wejścia w jej 22 metrowy kanał, na końcu którego już 3000 lat temu Trakowie zbudowali ołtarz w miejscu przypominającym szyjkę macicy bogini płodności. Metrowej szerokości i 30-centymetrowej wysokości ołtarz ma na środku mały otwór, do którego raz w roku, na przełomie lutego i marca, dokładnie w południe, przez „okno” w sklepieniu jaskini wpada promień słoneczny, kreując falliczny cień, jaki dociera do domniemanego otworu szyjki macicy na ołtarzu, zapładniając symbolicznie macicę bogini przed wiosennymi siewami.

Biorę głęboki wdech i zastanawiam się czy mój przyjaciel znad Brdy, ten archeolog z poprzedniego tysiąclecia, mijajac srom Jaskini Łono sromałby się, truchtając dnem jakoby pochwy ku swojemu spełnieniu na onym trackim ołtarzu? Nie wiem i nie zamierzam dopytywać, ale że seksi figle były mu w głowie, wiem z autopsji. Byłem świadkiem jak przekonywał koleżanki z roku iż na mezolitycznym stanowisku archeologicznym, wśród drapaczy, skrobaczy odłupków i wiórów krzemiennych, odkopały mezolityczny kondom. Faktycznie odkopały, tylko że dzień wcześniej on go tam zakopał – mówił, że nieużywany, ale szczegóły to tylko on znał...no i do dzisiaj mówi to samo.

1. Dygresja lingwistyczna w nawiazaniu do detali zewnetrznych: pojecie „srom” w językach słowiańskich oznacza wstyd, hańbę i niesławę... Pytanie: dlaczego? aa
2. Pytanie z nadzieją na odpowiedź w komentarzach: o czym świadczą zwarte uda Wenus z Willendorfu? a
3. Droga czytelniczko, jeśli dobrnęłaś tutaj, to czy patrząc na ten liczący 28 tysięcy lat gadżet znaleziony w jaskini Hohle Fels, w pobliżu niemieckiego Ulm (poniżej, po lewej): 
a. strachasz się; 
b. radujesz się;
c. szukasz słów żeby wyrazić oburzenie;
d. w ramach równouprawnienia domagasz się wstawienia zdjęcia kompatybilnego urządzenia, na przykład takiego jakie eksponuje niemal 40-tysięcy lat licząca piękność z tejże samej jaskini Hohle Fels?

 

Ale to jeszcze nie wszystko, bowiem dodatkowy smaczek łona trackiej bogini - matki zawiera się w zestawie szarapanów wyrzeźbionych w litej skale, nieopodal jaskini. Szarapany, z tureckiego sharap – wino, to niecki skalne do produkcji napoju bogów, które spijano w trakcie obrzędów inicjacyjnych i pewnie przy wszelkich innych okazjach, szczególnie tych związanych z płodnością. Nota bene, do dzisiaj wiele par mających problem z poczęciem dziecka, udaje się tam z błagalnymi modlitwami. Foreplay trwa zazwyczaj 40-60 minut, o tak, tyle bowiem zajmuje dojście do momentu, kiedy można rozpocząć penatrację. Czas wewnatrz to rzecz barczo osobista, jedni się śpieszą, inni przedłużają pobyt z nadzieją na rewelacyjny finał, a rezultat często potwierdza niezwykłą moc trackiej bogini matki.

No to co? Zanurzamy się?

Akt - klik, potem najazd na prawą ikonkę na wideo, otwórz ściągnięty plik, ale uważaj bo może Ci się zakręcić w głowie....😏




 WIARYGODNOŚĆ

 czyli słów kilka o uczciwości i prawdomówności,

albo bajdy Bidena

11 / 20 /2020

Źródło


Zacznijmy od definicji pojęcia „plagiat” >>>>>>>>>>>
Według Słownika Języka Polskiego jest to „wykorzystanie bezprawnie cudzego dzieła, pomysłu pod własnym nazwiskiem; także taki przywłaszczony pomysł, dzieło lub zapożyczenie”. Obszerność znaczeniowa pojecia „plagiat” każe mi odesłać czytelnika do wyjaśnień dostępnych w kilku językach tutaj, co w krótkim komentarzu można streścić następująco: polityk, naukowiec, biznesmen lub osoba publiczna po udowodnieniu popełnienia plagiatu, z reguły zostają zwolnieni z zajmowanego stanowiska. Zostaje stygma, trudności w znalezieniu pracy, zrujnowana kariera, kara finansowa, a nawet więzienie.



W 1987 roku Joe Biden szykował się do walki o fotel prezydencki (cytuję za Wikipedią – tłumaczenie moje).

Kinnock - kontrowersje 
"""Kandydatura Bidena wywołała poważne kontrowersje, które rozpoczęły się 12 września 1987 r. głośnymi artykułami w The New York Times i The Des Moines Register. Biden został oskarżony o plagiat przemówienia Neila Kinnocka, przywódcy Brytyjskiej Partii Pracy. Przemówienie Kinnocka, wygłoszone 15 maja 1987 r. na konferencji Walijskiej Partii Pracy , a następnie re-emitowane podczas wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii w 1987 r. odnosiło się zarówno do pochodzenia jego osoby, jak i osoby jego żony, Glenys. Mówił on: 

Dlaczego jestem pierwszym Kinnockiem od tysiąca pokoleń, który poszedł na uniwersytet? [Wskazując na swoją żonę na widowni zapytał:] Dlaczego Glenys jest pierwszą kobietą w swojej rodzinie od tysiąca pokoleń, która mogła dostać się na uniwersytet? Czy to dlatego, że wszyscy nasi poprzednicy byli głupkamii?

Przemówienie Bidena odnosiło się do niego i jego żony Jill i brzmiało następująco:

Przyjeżdżając tutaj, zacząłem się zastanawiać, dlaczego Joe Biden jest pierwszym z rodziny, który poszedł na uniwersytet? [Wskazując na swoją żonę na widowni zapytał:] Dlaczego moja żona, która jest tutaj obecna, jest pierwszą w swojej rodzinie, która poszła na studia? Czy to dlatego, że nasi ojcowie i matki nie byli bystrzy? Cz y to dlatego, że jestem pierwszym Bidenem od tysiąca pokoleń, który poszedł na studia i zdobył i stopień magistra, bo byłem mądrzejszy od reszty?

Biden następnie powtarzał inne części przemówienia Kinnocka, odnoszące się do umiejętności czytania i pisania poezji przez jego przodków, do ich siły do pracy całymi godzinami pod ziemią w kopalni, po której szli jeszcze grać w piłkę nożną, a także do limitacji wynikających z braku „platformy”, na której można byłoby się oprzeć.

Biden faktycznie cytował Kinnocka jako źródło wypowiedzi przy poprzednich okazjach, jednak ani 23 sierpnia, podczas debaty Partii Demokratycznej w trakcie odbywającego się Festynu Stanu Iowa, o czym donoszono, ani w wywiadzie z 26 sierpnia dla National Education Association nie odniósł się do oryginalnego źródła. Co więcej, podczas gdy w przemówieniach politycznych pewne idee i język są często zapożyczane z innych przemówień bez zgody mówcy, to wypowiedź Bidena została poddana uważnej kontroli, ponieważ sfabrykował pewne aspekty pochodzenia swojej rodziny tak, aby zachować styl wypowiedzi Kinnocka. 

Idąc dalej za plagiatem z Kinnocka, w San Jose Mercury News pojawiły się doniesienia o przemówieniu Bidena, wygłoszonym 3 lutego 1987 r. do przedstawicieli Partii Demokratycznej Stanów Zjednoczonych stanu Kalifornia, w którym zostały ponownie wykorzystane bez cytowania fragmenty z przemówienia Roberta F. Kennedy'ego z 1967 r. oraz o wygłoszeniu przez Bidena w 1985 i 1986 roku przemówień, które zawierały fragmenty przemówienia Huberta H. Humphreya z 1976 roku. W sprawie Kennedy'ego, która przyciągnęła większą uwagę, ponieważ istniały materiały filmowe z obu wersji, które telewizyjne programy informacyjne mogły odtwarzać równolegle, Pat Caddell stwierdził, że ponowne wykorzystanie bez podania kredytu było jego własną winą, i że nigdy nie poinformował Bidena o źródle materiału. Poinformowano również, że przemówienie w Kalifornii zawierało krótkie zdanie z inauguracyjnego przemówienia Johna F. Kennedy'ego wygłoszonego w 1961 roku.

Po tym, jak Biden wycofał się z wyborczej walki, wyszło na jaw, że przy innych okazjach prawidłowo cytował Kinnocka, jednak nie zrobił tego w przemówieniu w stanie Iowa, które zostało nagrane i przekazane reporterom przez doradców finalnego kandydata, Michaela Dukakisa.  Zaprzeczył on jakiejkolwiek wiedzy na temat wideo Kinnocka, zwolnił Johna Sasso, swojego menedżera kampanii i wieloletniego szefa sztabu, ale kampania Bidena nie była w stanie już odzyskać straconej pozycji.

Rewelacje naukowe
Podczas kontrowersji z plagiatem z Kinnocka dyskutowano o incydencie jaki miał miejsce w czasie pierwszego roku studiów Bidena w Syracuse University School of Law w 1965 roku. Biden otrzymał ocenę „F” (dwója - dopisek mój: KO) na zajęciach wprowadzających do metodologii prawnej za napisanie artykułu opierającego się niemal wyłącznie na jednym artykule z Fordham Law Review, z zaledwie jednym cytatem.  Później Biden dostał pozwolenie na powtórzenie tego kursu, zdając go z dobrą oceną. Mimo, iż ówczesny dziekan wydziału prawa oraz były profesor Bidena wykazali, że Biden zaczerpnął „fragmenty ciężkiej prawniczej prozy bezpośrednio” z omawianego artykułu, to incydent został zbagatelizowany. Biden powiedział, że było to nieumyślne, ponieważ nie znał prawidłowych zasad cytowania (wow, podziwiam szczerość studenta – KO). Po zakończeniu kampanii prezydenckiej Biden zwrócił się do Rady d/s Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego stanu Delaware o ponowne rozpatrzenie sprawy. 21 grudnia 1987 r., po wycofaniu się Bidena, zarząd uznał, że senator nie naruszył żadnych zasad, chociaż Biden ujawnił to orzeczenie dopiero w maju 1989 r. (jasne, swój swego kryje – KO) 

Zapytany przez jednego z mieszkańców stanu New Hampshire o jego stopnie podczas studiów prawniczych, Biden odpowiedział: „Myślę, że prawdopodobnie mam znacznie wyższe IQ niż ty, tak podejrzewam” a następnie mijając się z prawdą powiedział, że ukończył studia w „górnej połowie studentów swojego roku, że studiował prawo mając pełne stypendium, i że otrzymał dyplomy koledżu w trzech dziedzinach. W rzeczywistości otrzymał tylko jeden dyplom licencjata z podwójnym specjalizacją z historii i nauk politycznych oraz połowę stypendium w oparciu o potrzeby finansowe z dodatkową pomocą bazujacą częściowo na wynikach w nauce. Studia faktycznie ukończył jako 76-ty na 85 studentów na jego roku. Biden opublikował również swoje stopnie licencjackie, które nie były nadzwyczajne. 

Aktywizm młodzieżowy
Przed i w trakcie kampanii Biden miał tendencję do wymyślania swojej przeszłości jako uczestnik marszu zorganizowanego przez ruch praw obywatelskich. W przemówieniu w New Hampshire w lutym 1987 roku powiedział: „kiedy maszerowałem z ruchem praw obywatelskich, nie szedłem z 12-punktowym programem. Maszerowałem z dziesiątkami tysięcy innych, aby zmienić nastawienie [odnośnie praw obywatelskich -KO]. I zmieniliśmy to nastawienie”. Oświadczenia tego rodzaju były składane przez Bidena co najmniej od 1983 r.  Niepokoiły one doradców kampanii wyborczej, którzy wiedzieli, że nie reprezentują one prawdziwego wspomnienia przeszłości Bidena. Ten ostatecznie przyjął do wiadomości uwagę, ale nadal historię swoja przedstawiał tak samo. (de facto, nigdy osobiście nie uczestniczył w takich marszach o czym pisze Richard Ben Cramer w swojej książce “What It Takes”, wydanej w 1993 roku – KO).

W następstwie ujawnienia rewelacji dotyczących plagiatu Kinnocka i kłamstw dotyczących studiów, reporterzy przycisnęli Bidena co do tych spraw. Wtedy przyznał, że jego działalność była w rzeczywistości ograniczona do jednego incydentu w trakcie letniej pracy, kiedy dorabiając jako ratownik na basenie, dowiedział się o problemach z nierównościami rasowymi i dołączył do czarnych ratowników tworzących pikietę wokół lokalnego kina, które stosowało politykę segregacji rasowej. Biden powiedział: „ruch na rzecz praw obywatelskich był dla mnie przebudzeniem, nie w wyniku mojego udziału, ale w konsekwencji uświadomienia mi tego, co się dzieje”. Rozmawiając z reporterami, sprzeciwił się całości ich linii pytań, mówiąc: „widzę, że wszyscy wracacie i pytacie:„ no cóż, powiedz gdzie byłeś wtedy, senatorze Biden? ” Wiecie, myślę, że to kuriozalne. ... Inni maszerowali. Ja walczyłem o urząd."

Rezygnacja
W dniu 17 września 1987 r. Biden zorganizował konferencję prasową na Kapitolu Stanów Zjednoczonych, próbując odpowiedzieć na niewygodne pytania i pozostawić problemy za sobą. Przyznał, „zrobiłem kilka głupich rzeczy i znowu zrobię głupie rzeczy”, ale obiecał pozostać w wyścigu mimo wszystko. Kilku kolegów Bidena z senatu wsparło go w sprawie kontrowersji, w tym wieloletni reprezentant Demokratów Robert C. Byrd i republikanin Alan Simpson , którzy zacytowali przemówienie Theodore'a Roosevelta „ The Man in the Arena”.

Kiedy większość opinii publicznej nie zwracała jeszcze uwagi na żadną z kampanii, rewelacje dotyczące sprawy Kinnocka i akademickich nieścisłości nabrzmiały jednak i nabrały znaczenia z powodu małej ilości innych wiadomości dotyczących wyścigu do partyjnej nominacji. W ten sposób Biden wpadł w to, co dziennikarz Washington Post, Paul Taylor, określił jako trend tamtego czasu, mianowicie „test medialnej męki”. Jak powiedziała później Valerie Biden Owens: „To było tsunami”. Bidenowi brakowało silnej grupy społecznej lub politycznej, która pomogłaby mu przetrwać kryzys. Kontrowersje uderzyły również Bidena w jego najbardziej czułe miejsce, poprzez wytyknięcie mu braku mentalnej i werbalnej dyscypliny."""

Konkluzja
W tej sytuacji ambarasujacy wydaje się być fakt, że w kwestii poruszonej w ostatnim zdaniu, nic się nie zmieniło - ba - jest chyba gorzej. Pytanie narzuca się samo: jeśli "brak mentalnej i werbalnej dyscypliny" obserwowano u 44-latka, to czego można się spodziewać od gościa trzydzieści kilka lat później? Jasności umysłu, neskazitelnej logiki bazujacej na mentalnej i werbalnej dyscyplinie oraz efektywnej wielozadaniowości? Nie sądzę, ale po niby-kartezjańsku, jeśli mylę się, to tylko dlatego, że jestem - erro, quia ego sum.
I druga myśl - za plagiat lecą ze stanowisk profesorowie uczelni, doktoranci dostają wilcze bilety, artyści płaca horrendalne kary pieniężne, a senator amerykański w poczuciu bezkarności obnosi swoje mizerne IQ latami po izbach najwyższego organu przedstawicielskiego i zasadniczego organu władzy ustawodawczej w Stanach Zjednoczonych, potem zostaje wiceprezydentem na osiem lat, a dzisiaj szykuje się na fotel prezydencki. 


Wniosek nasuwa się iście orwellowski:
"wszystkie zwierzęta są równe,
ale niektóre są równiejsze".

Wobec powyższego
ogłaszam koniec demokracji w Ameryce! 



Witajcie w PUSA!

(PEOPLE'S UNITED STATES OF AMERICA)





11 /  3 / 2020


Przed pięciu laty napisałem artykuł (1), który chciałbym przypomnieć dzisiaj ponownie, a przy okazji zaproponować także przywołanie innych moich tekstów poświęconych Ignacemu Paderewskiemu. Uważam, że ponad pół wieku zaniedbań w docenianiu zasług współtwórcy porozbiorowej, odrodzonej Polski trzeba naprawić jak najszybciej. Od pewnego czasu dzieje się wokół osoby Ignacego Paderewskiego sporo dobrego, ale moim zdaniem wciąż nie na skalę jego wkładu w dzieło wskrzeszenia państwa. Animatorów działań odrodzeniowych było sporo i wielu poświęciło tej sprawie wszystko co posiadali, łącznie z ofiarą krwi, poniewierki, utraty majątku oraz życia. 

Sterników mieliśmy trzech – Piłsudskiego, Dmowskiego i Paderewskiego. Wszyscy trzej pracowali przez lata na rzecz restytuowania Polski i odegrali kluczowe role w nadawaniu Ojczyźnie kształtu. Na niwie politycznej wszakże, Paderewski „zdublował” współtowarzyszy, którzy wizerunkowo wypadali blado w oczach mocodawców nowego ładu narodów po wojnie, jaka miała zakończyć wszystkie wojny na świecie. Dla wersalskiego zgromadzenia strategów myśli politycznej, ustawiających w 1919 roku parówóz dziejowny na nowych torach, Paderewski, jako olimpijskiego kalibru artysta, emanujący wielką kulturą salonową i dziesiątki lat liczącymi przyjaźniami w pałacach, na dworach i w kuluarach politycznego establishmentu w Europie i Ameryce, był postacią wiarygodną. 

To jemu Konferencja zaufała w największym stopniu. To jemu Herbert Hoover dedykował pomoc rządu USA dla Polski w postaci 16 tysięcy wagonów i 550 barek rzecznych z towarami przywiezionymi do Gdańska już w lutym 1919 roku, a potem objęcie akcją pomocową ponad 300 tysięcy polskich dzieci oraz wspomaganie przez następne lata odbudowy życia gospodarczego państwa polskiego. Niech zatem ta 160 rocznica urodzin IJP przyniesie nowe, głębsze spojrzenie na wielowymiarowy walor działań Paderewskiego także w kontekście nadchodzącego w tym samym okresie Święta Niepodległości. 

Zapraszam do wspomnianych tekstów:











 12 / 8 / 2026 POLSZCZYZNA Język polski jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Najdobitniejszym dowodem na to wydaje mi si...