ANGELA MERKEL WRESZCIE MÓWI:

NIEMCY


Reichstag 1933

Zawsze mówiłem o niemieckości hitlerowskiego okresu w historii zachodniego sąsiada Polski. Z upływem lat, coraz częściej i dobitniej bywałem jednak poprawiany przez wielu moich dyskutantów, którzy dzięki systematyczym wysiłkom niemieckiej polityki historycznej, chętnie zdejmowali odium barbarzyństwa z narodu i przenosili je na pojęcie zastępcze, jakim stał sie nazizm. Kiedy pytałem co to precyzyjnie oznacza, dostawałem najczęściej odpowiedzi wymijające, a czasami spojrzenie wyrażające pogardę dla mojej niewiedzy.

Dygresyjnie wyjaśnię zatem, że w języku angielskim, kraj o nazwie Niemcy z okresu lat 1933-1945, nosi pospolicie nazwę Nazi Germany. Nie ma w tym nic niewłaściwego, oprócz tego, że ta typowa w języku angielskim tendencja upraszczania, skracania i konsolidowania pojęć sprawiła, iż z powszechnego użycia wywalony został człon „Germany”. Zostało tylko „nazi”, często pisane z dużej litery. Mineły lata. Dzisiaj, to są już dziesiątki lat wdrażania pojęcia „nazi/Nazi/NAZI/”, w związku z czym mamy głęboką dysocjację tegoż terminu od kwestii narodowych. W konsekwencji tych zabiegów, wiedza na amerykańskiej ulicy, a coraz częściej także w pozostałych rejonach świata, jest obecnie taka mianowicie, że wojnę wywołali jacyś naziści bez narodowości (NAZI), oraz że zbrodniczą eksterminację wielkich grup ludności przeprowadzili naziści, organizując polskie obozy śmierci. 

Zadaję więc sobie pytanie, czy amerykański korespondent, Julien Bryan, dokumentując zbrodnie pierwszych dni wojny w okolicach Warszawy, przeklinał pod nosem powietrzne watahy NAZIs i czy wiedział, że w swoim reporterskim instyncie narażał się na nazistowskie kule i bomby? Nie, on wiedział doskonale kto, jaki naród, zgotował ludziom ten los.
Piszę o tym, bo oto wczoraj, 6 grudnia, 2019 roku, padły wreszcie z ust niemieckiej kanclerz, Angeli Merkel, słowa które powinny trafić do szkolnych podręczników, oraz do biur wszelkiego rodzaju mediów informacyjnych – do tych ostatnich, w postaci nieusuwalnych banerów; niech nikomu już się od tej chwili nie mąci w głowie!

Czternaście kanclerskich lat zajęło pani Merkel żeby wybrać się do jądra zła i w Oświęcimiu/Auschwitz ogłosić światu:

"Głęboko wstydzę się barbarzyńskich zbrodni popełnionych tutaj przez NIEMCÓW - zbrodni, które przekraczają granice wszystkich rzeczy.” [...]   „Oficjalnie miejsce to wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO nosi dziś nazwę „Auschwitz-Birkenau - NIEMIECKI narodowosocjalistyczny obóz koncentracyjny i eksterminacyjny (1940–1945)”. Ta nazwa jako pełna nazwa jest ważna. Oświęcim znajduje się w Polsce, ale w październiku 1939 r. Auschwitz zostało włączone do Rzeszy Niemieckiej. Auschwitz to NIEMIECKI obóz zagłady prowadzony przez NIEMCÓW. Ważne jest dla mnie podkreślenie tego faktu. Ważne jest, aby wyraźnie wymienić sprawców. My, NIEMCY, jesteśmy to winni ofiarom i nam samym.“

oryginale brzmiały te zdania nastepująco:
"Ich empfinde tiefe Scham angesichts der barbarischen Verbrechen, die hier von DEUTSCHEN verübt wurden ‑ Verbrechen, die die Grenzen alles Fassbaren überschreiten.“ [...]   „Offiziell trägt dieser Ort als Teil des UNESCO-Welterbes heute den Namen „Auschwitz-Birkenau ‑ DEUTSCHES nationalsozialistisches Konzentrations- und Vernichtungslager (1940–1945)“. Dieser Name als voller Name ist wichtig. Oświęcim liegt in Polen, aber im Oktober 1939 wurde Auschwitz als Teil des DEUTSCHEN Reichs annektiert. Auschwitz war ein DEUTSCHES, von DEUTSCHEN betriebenes Vernichtungslager. Es ist mir wichtig, diese Tatsache zu betonen. Es ist wichtig, die Täter deutlich zu benennen. Das sind wir DEUTSCHEN den Opfern schuldig und uns selbst.“

Mimo ociągania się przez owe czternaście lat, jestem wdzięczny pani Kanclerz Angeli Merkel za  postawienie w końcu sprawy jednoznacznie. Uważam za niezbędne przytoczenie jej słów w jeszcze kilku innych językach – to powinno iść przez świat niczym fala przypływu, powtarzająca się bez końca. Czas nadszedł żeby polskie media wreszcie forsowały te treści z jeszcze większym zaangażowaniem i determinacją niż szerzona dotąd legenda plemienia NAZI.  A moi oponęci niech może posypią się popiołem i z pokorą wrócą do naszych dyskusji, nawet ci, którzy w zacietrzewieniu zbanowali mnie na swoich forach społecznościowych. Powtórne zaproszenie zaaprobuję, ten jeden raz.

Angielski/English
“I am deeply ashamed in the face of the barbaric crimes perpetrated here by GERMANS - crimes that transcend the limits of everything that can be grasped.” […]   "Officially, as part of UNESCO World Heritage, this place today bears the name "Auschwitz-Birkenau - GERMAN National Socialist Concentration and Extermination Camp (1940-1945)". This name as a full name is important. Oświęcim is located in Poland, but in October 1939 Auschwitz was annexed as part of the GERMAN Reich. Auschwitz was a GERMAN extermination camp run by GERMANS. It is important to me to emphasize this fact. It is important to clearly name the perpetrators. That's what we GERMANS owe to the victims and to ourselves.

“Francuski/ Français
“J'ai profondément honte des crimes barbares perpétrés ici par les ALLEMANDS - des crimes qui transcendent les limites de toutes choses.”[…]   “Officiellement, faisant partie du patrimonie mondial de l'UNESCO, ce lieu porte aujourd'hui le nom de" Auschwitz-Birkenau - Camp national socialiste et de concentration d'ALLEMAGNE (1940-1945) ". Ce nom en tant que nom complet est important. Oświęcim est situé en Pologne, mais en octobre 1939, Auschwitz a été annexé au Reich ALLEMAND. Auschwitz était un camp d'extermination ALLEMAND dirigé par des ALLEMANDS. Il est important pour moi de souligner ce fait. Il est important de nommer clairement les auteurs. C'est ce que nous, les ALLEMANDS, devons aux victimes et à nous-mêmes.”

Hiszpański/ Español
“Estoy profundamente avergonzado frente a los crímenes bárbaros perpetrados aquí por los ALEMANES, crímenes que trascienden los límites de todo lo que se puede comprender.” […]   “Oficialmente, este lugar como parte del Patrimonio Mundial de la UNESCO lleva hoy el nombre de "Auschwitz-Birkenau - Campo de concentración y exterminio nacionalsocialista ALEMÁN (1940-1945)". Este nombre como nombre completo es importante. Oświęcim se encuentra en Polonia, pero en octubre de 1939 Auschwitz fue anexado como parte del Reich ALEMÁN. Auschwitz era un campo de exterminio ALEMÁN dirigido por ALEMANES. Es importante para mí enfatizar este hecho. Es importante nombrar claramente a los autores. Eso es lo que los ALEMANES debemos a las víctimas y a nosotros mismos.”

Włoski/Italiano
“Mi vergogno profondamente di fronte ai crimini barbari perpetrati qui dai TEDESCHI, crimini che trascendono i limiti di tutto ciò che può essere compreso.” […]  Ufficialmente, questo luogo come parte del patrimonio mondiale dell'UNESCO oggi porta il nome "Auschwitz-Birkenau - Campo di concentramento e di sterminio nazionalsocialista TEDESCO (1940-1945)". Questo nome come nome completo è importante. Oświęcim si trova in Polonia, ma nell'ottobre del 1939 Auschwitz fu annesso come parte del Reich TEDESCO. Auschwitz era un campo di sterminio TEDESCO gestito da TEDESCHI. Per me è importante sottolineare questo fatto. È importante nominare chiaramente gli autori. Questo è ciò che noi TEDESCHI dobbiamo alle vittime ea noi stessi.“

Rosyjski/ Pусский
„Мне очень стыдно за варварские преступления, совершенные здесь НЕМЦАМИ - преступления, которые выходят за пределы всех вещей.” [...]   „Официально это место, являющееся частью всемирного наследия ЮНЕСКО, в настоящее время носит название «Освенцим-Биркенау - НЕМЕЦКИЙ национал-социалистический концентрационный и истребительный лагерь (1940-1945)». Это имя как полное имя важно. Освенцим находится в Польше, но в октябре 1939 года Освенцим был аннексирован как часть НЕМЕЦКОГО рейха. Освенцим был НЕМЕЦКИМ лагерем смерти, управляемым НЕМЦАМИ. Для меня важно подчеркнуть этот факт. Важно четко назвать виновных. Вот что мы, НЕМЦЫ, обязаны жертвам и самим себе.“
 NUMER 1 

I  NUMER 2  PO


f

 STARORZYMSKU



Dla starożytnych Rzymian zwyczaj siedzenia na wspólnej toalecie
w otwartym pomieszczeniu, pełnym ludzi, był całkowicie zwyczajny.


Historia szkolna mówi nam:
byli sobie król, królowa, królewicze i królewny,
byli także paź z hetmanem, stolnik, podkomorzy,
i rycerze i rabusie, damy, łotry, kaci i pobożni mnisi.
Była jazda i piechota, i włócznicy z łucznikami i procarze,
oraz zbóje, pokutnicy i handlarze odpustami.
Kronikarze byli i poeci, skrybów pełno, dzwonnik, karczmarz,
kupców zgraja i gajowy, oraz kowal, medyk, bednarz, ceklarz i folusznik.
Były dwórki i dworzanie, a za nimi jaśnie państwo, płatnerz, gręplarz, trefniś dworski i jadownik oraz wszyscy inni,  których dopisz sobie czytelniku i zastanów się przez chwilkę nad biologią tejże zgraji.
Wszyscy jedli, wszyscy pili, zatem wszyscy na bok też latali, co historia szkolna jednak tai.
 Ja uważam, nie latanie wszakże najważniejsze, lecz higiena osobista,
przecież chodzi o to żeby pupka była czysta.

O tym jak to drzewiej z tym elementem kulturowym bywało, opowiada na przykładzie najbardziej cywilizowanego miasta antyku, historyk nauki i archeolog z Denver Museum of Nature & Science, doktor Stephen E. Nash.
Tytuł oryginału: What Did Ancient Romans Do Without Toilet Paper?,  opublikowany na portalu Sapiens – Anthropology / Everything Human.   
Polski tekst, w moim tłumaczeniu, poniżej.

1500 lat po upadku Cesarstwa Rzymskiego, Benito Mussolini, przywódca narodu spadkobierców eleganckiej spuścizny Antoniusza, Cesara, Petroniusza i Cicero, rzekł:

"Krew sama porusza koła historii."

Il Duce miał wysoki współczynnik IQ, ale moim zdaniem to nie krew, rusza kołami historii, tylko "kaka"...





Jak Rzymianie radzili sobie bez papieru toaletowego?


Zdarzyło się to rodzinie Nash kilka miesięcy temu. Zbliżaliśmy się do końca naszej długiej podróży samochodem, kiedy jadąc w nocy drugorzędną drogą przez słabo zaludniony teren Kolorado, jeden z moich 9-letnich synów bliźniaków musiał skorzystać z toalety. Pomimo moich błagań, powiedział że nie będzie w stanie doczekać do następnego miasta. (Musiał się wykupkać.) Zatem zatrzymaliśmy się i biegiem w kierunku krzaków. Po tym, jak wykonał robotę, zdaliśmy sobie sprawę, że nie mamy przy sobie papieru toaletowego.

Ten, tak dramatyczny epizod, skłonił mnie do myślenia i przez następne kilka godzin zastanawiałem się nad rolą papieru toaletowego i kulturowym charakterem praktyk łazienkowych. (Pozwólcie mi na odrobinę luzu. To była długa jazda.)

Papier toaletowy jest obecnie tak rutynową częścią naszego życia, że raczej ​​rzadko myślimy o nim. Ta nudna rzeczywistość powinna nas jednak zastanowić, ponieważ papier toaletowy jest głęboko zakorzenionym naszej w kulturze artykułem, wraz z całą niezbedną dlań technologią.

Po pwrócie do Denver, gdy moja żona i dzieci były już błogo śpiące, zobaczyłem na horyzoncie pięknie oświetlony gmach Kapitolu stanu Kolorado. Wtedy to zacząłem myśleć o starożytnych Rzymianach. Z wysokimi kolumnami, kolumnadą i wysoką, złotą kopułą, Kapitol jest niczym innym jak rzymską świątynią obywatelską.

Współczesne społeczeństwo amerykańskie, a bardziej ogólnie, społeczeństwa zachodnie, mają tendencję do patrzenia na starożytny Rzym jako na szczyt cywilizacji zachodniej. Naśladujemy ich instytucje i praktyki kulturowe. Dlaczego? Czy są tego warte?

Kiedy zastanawiałem się nad ich codziennymi nawykami, zdałem sobie sprawę, że pomimo wszystkich swoich osiągnięć, starożytni Rzymianie angażowali się w pewne praktyki, które większość ludzi uznałaby dzisiaj za wręcz odrażające. Poświęćmy zatem chwilę na rozważenie, na przykład, tego co wielu z tych skąd innąd „cywilizowanych” ludzi robiło, kiedy musieli odwiedzić ubikację.

Kiedy Wezuwiusz wybuchł 24 sierpnia w 79-tym roku naszej ery, Pompeje, Herkulanum, a także inne pobliskie osiedla zostały "zalakowane" jako kapsuły czasu. Po raz pierwszy eksplorowano je w XVIII wieku i od tego czasu miejsca te dały nam doskonały wgląd w życie codzienne starożytnego społeczeństwa rzymskiego.

Wiele ubikacji odkrytych w Pompejach i innych miejscach miało charakter komunalny. Sporo z nich było wręcz pięknych, z freskami na ścianach, rzeźbami w narożnikach i rzędami otworów wykutych w zimnych płytach z włoskich marmurów.

Rzymskie toalety nie miały spłuczek. Niektóre z nich natomiast posiadały wewnętrzny systemem kanalizacyjny, którym pod płytami sedesowymi płynął nieprzerwanie mały strumień wody.

Roman Period tersorium
W taki sam sposób, w jaki korzystamy z toalety w stylu amerykańskim, rzymski użytkownik siadał, wykonał robotę, i mógł obejrzeć numer dwa, odpływający z wdziękiem kanłem ściekowym. Z tym, że zamiast sięgać po rolkę papieru toaletowego, starożytny Rzymianin często chwytał w rękę tersorium (w moim ujęciu technicznym, „szczotkę do tyłka”). Było to pomysłowe małe urządzenie składające się z naturalnej gąbki (oczywiście z Morza Śródziemnego), przymocowanej do końca drewnianego pałąka. Nasz starożytny Rzymianin po prostu podtarłby się tersorium, po czym wypłukałby je w czymkolwiek, co było dostępne (bieżąca woda i/lub wiadro z octem albo słoną wodą), i pozostawił do użycia następnej osobie. Po prostu, to był komunalny środek do podcierania tyłka. (Oczywiście były też inne sposoby podcierania się, takie choćby jak używanie szorstkich dysków ceramicznych o nazwie pessoi.)

No dobra, starożytne rzymskie zwyczaje dotyczące kupkania wydają się dziwne, ale co z ich zwyczajami co do sikania?



Otóż, to co możemy powiedzieć na podstawie danych historycznych i archeologicznych, to tyle, że starożytni Rzymianie w swoich domach, biurach i sklepach sikali do małych naczyń. Kiedy te małe garnki zapełniły się, wrzucali je do dużych garów na ulicy. Było to tak jak z naszymi śmieciami, raz w tygodniu przyjeżdżał serwis i zabriał te potężne gary pełne siusiu do pralni(!). Dlaczego do pralni? Ponieważ starożytni Rzymianie prali togi i tuniki właśnie w siusiu!

Ludzki mocz jest pełen amoniaku i innych substancji chemicznych, które są doskonałymi naturalnymi detergentami. Jeśli pracowałeś w rzymskiej pralni, twoim zadaniem było stąpanie po ubraniach przez cały dzień - boso i po kostki głęboko w kolosalnych kadziach pełnych ludzkich sików.

Szczerze mówiąc, zastanawiam się, dlaczego nie naśladujemy tego aspektu kultury rzymskiej w naszych ekologicznych, przyjaznych dla środowiska czasach zrównoważonych przedsiębiorstw. Myślę o otwarciu łańcucha pralniczego o nazwie „W Pełni Naturalna Pralnia Urynalna - Ulżyj Sobie” (Urine-Urout All-Natural Laundromat). Jestem przekonany, że byłaby to znakomita okazja ma zrobienie dobrego iteresu.

Nieważne jak osobliwe mogą się nam wydawać praktyki higieny osobistej w starożytnym Rzymie, to jest faktem, że wielu Rzymian z powodzeniem i trwale korzystało zarówno z tersori'ów, jak i prało ubrania w moczu przez kilka stuleci - znacznie dłużej niż używamy papieru toaletowego. Co zaskakujące, papier toaletowy nawet dzisiaj wciąż nie jest produktem uniwersalnym, ponieważ każda podróż do Indii, wiejskiej Etiopii lub odległych rejonów Chin uczyni to nader oczywistym.

Fragmenty ceramiki jako pessoi
Pamiętny przystanek, jaki zrobiliśmy dla mojego syna w dziewiczym rejonie Kolorado, zawsze będzie przypominał mi o powszechnej zależności naszej kultury od papieru toaletowego. Staliśmy się tak uzależnieni od tego wyrobu, że wręcz nie lubimy zastanawiać się nad powszechnie stosowanymi środkami alternatywnymi . (Przecież, do licha, nawet używanie eleganckiego bidetu szybko wychodzi z użycia w naszym społeczeństwie.)


Dla mnie, jako archeologa, jest to zaskakujące, zwłaszcza że papier toaletowy został formalnie wprowadzony w USA dopiero w 1857 r., a więc stosunkowo niedawno. W tym czasie nowojorski przedsiębiorca Joseph Gayetty stworzył pierwszy komercyjny papier toaletowy; każda pojedyncza kartka papieru nosiła jego imię. Twierdził ponadto, że poza ich nowatorską funkcją użytkową były one lecznicze i zapobiegały hemoroidom.

W 1890 roku Clarence i E. Irvin Scott opracowali pierwszy papier toaletowy w rolkach; ich marka kwitnie do dzisiaj. (Przypadkiem jest to mój ulubiony wyrób. Za dużo informacji?) Podobnie jak papier Gayetty’ego, rolki Scotta były pierwotnie sprzedawane jako produkt leczniczy. Pod koniec lat dwudziestych firma Hoberg Paper wprowadziła na rynek papier toaletowy marki Charmin dla kobiet, kładąc nacisk na jego miękkość (dzięki Bogu) i kobiecość, a nie na właściwości lecznicze, które faktycznie nie działały.

Dzisiaj papier toaletowy jest wszechobecny w kulturach zachodnich; w Stanach Zjednoczonych to przemysł o wartości 9,5 miliarda USD rocznie. Amerykanie w typowym dla siebie nadmiarze, zużywają go ponad 25 kilogramów na osobę rocznie! Około 1,75 tony surowego włókna roślinnego jest potrzebne do produkcji każdej tony papieru toaletowego. Nie wydaje się to być produkcją zrównoważoną, i szczerze mówiąc, jestem zaskoczony, że w ludzie nie protestują więcej z tego powodu.

Biorąc pod uwagę te liczby i wysiłki marketingowe stojące za nimi, trudno twierdzić, że używanie papieru toaletowego jest w jakiś sposób naturalne. Jest wręcz przeciwnie, bowiem papier toaletowy to nic innego jak technologia. Więc następnym razem, gdy będziesz cieszyć się porannym przywilejem konstytucjnym, pomyśl o tym, że defekacja i oddawanie moczu to coś więcej niż funkcje biologiczne; są to działania kulturowe obejmujące artefakty i technologie, które zmieniają się w czasie.

A skoro o tym mowa, to najwyższy czas, abyśmy rozważyli zmianę sposobu w jaki myjemy się po skorzystaniu z toalety. Tersorium, ktoś chętny?

----------------------------------------------------------------

Korekta

We wcześniejszej wersji tego utworu użyto terminu „tersoriums” jako liczby mnogiej dla pojecia „tersorium”. Po przeczesaniu źródeł w celu uzyskania uzupełniajacych informacji stwierdziliłem, że forma „tersoria” jest prawidłową liczbą mnogą tego terminu. Tekst został również zaktualizowany, aby wyjaśnić, iż rytuał „czyszczenia” się gąbką na kiju z pewnością nie był jedynym środkiem, jaki stosowali starożytni Rzymianie. Nie na myśli mi zbywanie was szorstko, ale po prostu nie sposób przekazać wszystkich szczegółów higieny osobistej praktykowanej przez starożytnych Rzymian. A z drugiej strony, czy naprawdę chcesz wiedzieć więcej?



N,   D,   HS

I  KTO  JESZCZE?



Model ewolucji rodzaju Homo w ciągu ostatnich 2 milionów lat (1)



Wyobraźmy sobie jaskiniową balangę
grube  kilkadziesiąt  tysięcy lat  temu.
Lokalizacja: na  początek, Jaskinia Riparo di Mezzena,
nie więcej niż 40 kilometrów na północ od Verony (sic!).
Mówi wam to coś?  
Oczywiście, że mówi...


Ogień płonie, przystojny homo-sapiens (HS) przedramieniem wyciera paszczękę po ostatnim kęsie pieczeni z antylopy i kieruje wzrok na wygrzaną ciepłem ogniska i ledwo przysłoniętą bobrowym futrem neandertalską (N) damulkę z sąsiedniej jaskini, w której jakiś czas temu zamieszkała z grupą podobnych do niej osobników, przybyszy nie wiadomo skąd. HS nonszalancko czerpie z kamiennej niszy garść sfermentowanej pulpy owocowej, siorbie przeciągle, mlaska radośnie, po czym powtórzywszy tę czynność razy kilka, oblizuje się nieco sprośnie ale z wrodzonym sobie dostojeństewm, doznając uczucia jakie 50 000 lat później określono mianem "rausza". Efekt tego stanu, zarówno dzisiaj jak i onegdaj, był identyczny, co w przypadku HS objawiło się zagajeniem w rodzaju „ejyyyYY-mała-yyyy?” Odpowiedź dostał wizualną w postaci zsuwającego się z biodra N bobrowego wdzianka. Wobec tak oczywistego aktu przyzwolenia, chwilę później doszło do czynności, w wyniku której mamy dzisiaj błękitne oczy, białą skórę, skłonność do niedożywienia białkowo-energetycznego, różne postacie keratozy skóry, ale w zamian za to zdolność zwalczania szeregu wirusów i kilka innych korzyści natury somatycznej oraz behawioralnej. 

No jak to, powiecie, przecież według Georga Wellsa „makabryczny lud” N, o cechach zbliżonych do pawiana oliwkowego, w pełni zasłużył na eksterminację jako naturalny adwersarz wczesnego HS. Natomiast niejaki Milford Wolpoff, emerytowany profesor antropologii, jeszcze niedawno temu utrzymywał, że monstrualny N był niegodziwą bestią, uosobieniem zwierzęcości, z którą szlachetny i pełen dostojeństwa człowiek musiał się zmagać. No cóż, odpowiedzialnym za taki pogląd przez długie dziesięciolecia XX wieku był osobnik o nazwisku Macellin Boule, francuski paleontolog. Nie mam w zasadzie żadnych uprzedzń do Żabojadów, ale nie pierwszy to przypadek w historii, kiedy Francuz rzecz spitolił lub wykoślawił. Onże Boule, jako pierwszy opisał N jako osobnika włochatego niczym goryl, z przeciwstawnym paluchem stopy i poruszajacego się na nogach przygiętych w kolanach oraz pozbawionego jakichkolwiek zainteresowań kwestiami estetycznymi lub moralnymi. Obraz ten rzutował na Wellsa, Wolpoffa i zwykłych czytelników historyjek z prahistorii przez wiele lat, aż do czasu kiedy to wykazano, że Boule pogląd swój oparł na skamieniałych szczątkach starca po wypadku, w wyniku którego zaszły u niego głębokie zmiany zwyrodnieniowe układu kostno-stawowego. Żabojad Boule namącił tyle, że takie dogmatyczne podejście do N funkcjonowało niemal do dzisiaj, no może do wczoraj. Bowiem, jak pisze Frank Ryan w Tajemniczym świecie genomu ludzkiego, teraz wiemy już, że „...istniały nader rzeczywiste różnice pod względem morfologii szkieletu między N a wczesnymi HS, ale badacze woleli skupiać się na cechach odmiennych, ignorując podobieństwa. W ciągu dwóch ostatnich dziesięcioleci coraz większa liczba paleontologów dokonywała powtórnej oceny społeczności i kultury N, dochodząc do wniosku, że przyjęte z góry poglądy mogły skłonić wcześniejszych badaczy do ignorowania rzeczywistych dowodów ich pomysłowości i zdolności tworzenia kultury. Ich mózgi miały duże płaty czołowe – ośrodki związane z inteligencją i kulturą. Ralph Holloway z nowojorskiego Uniwersytetu Columbia, badał setki odlewów mózgów, wykonanych na podstawie neandertalskich czaszek; wyniki potwierdziły, że ci ludzie mieli tak samo dobrze rozwinięty ośrodek mowy jak my. Stanowiska archeologiczne we Francji dowiodły, że N nie chronili się w jaskiniach i pod okapami skalnymi, tylko budowali miejsca schronienia, pozostawili bowiem ślady po podtrzymujących budowle drewnianych palach. Ich narzędzia ocenia się teraz jako trudne do wytworzenia, wymagające planowania, wizji i wielkiej biegłości. Coraz więcej danych dowodzi, że N nosili odzież i ozdabiali się symbolicznymi artefaktami, w tym przedziurawionymi, barwionymi muszlami. Grzebali zmarłych, zapewne ceremonialnie, a może nawet muzykowali. Chociaż polowali na potężne zwierzęta, takie jak nosorożce, mamuty i bizony, dostosowywali również swoje strategie do rozmaitych środowisk, polując na ptaki i zające lub chwytając je w sidła oraz zbierając owoce morza.” Autor dalej donosi o znajdowaniu na neandertalskich stanowiskach archeologicznych artefaktów interpretowanych jako zabawki dla dzieci, wyrobów świadczących o edukacji młodego pokolenia, oraz dowodów na zachowania emocjonalne, takie jak opieka nad chorymi.

Dalej pisze on „Erik Trinkhaus z Uniwersytetu Waszyngtona w St. Louis w stanie Missouri w obliczu zgromadzonych dowodów konkludował: ””Jeśli się ocenić dane archeologiczne dotyczące neandertalczyków i ludzi współczesnych (...) [to widać] że byli oni bardzo podobni do siebie. Neandertalczycy byli ludźmi i prawdopodobnie dysponowali zdolnościami umysłowymi w takim samym zakresie jak my.”” Dodam od siebie, że od kilku lat wiadomo już także, iż N tworzył abstrakcyjną sztukę, czego dowodem są malowidła naskalne powstałe w hiszpańskich jaskiniach co najmniej 20 000 lat przed pojawieniem się tam HS.
Jednym słowen, N byli „cool”!
Do tego poziom ich „łóżkowej” figlarności był w pełni kompatybilny z lubieżnością rodzeństwa HS, o czym przekonują badacze z Uniwersytetu Liverpoolskiego. Okazuje się, że wszystko zależy od stosunku długości palca wskazującego do długości palca serdecznego, a decyduje o tym poziom androgenów obecnych już w życiu płodowym (2)!!
Wiem, wiem, i natychmiast odpowiadam na pytanie jakie wszyscy sobie teraz zadajecie: otóż im czwarty pałuch dłuższy od drugiego, tym wiekszy wigor pod pierzyną, dowodzi dr. Emma Nelson.

Teraz uważajcie >>> liczba i wielkość puli genowej decyduje o większej lub mniejszej skłonności do chorób. Innymi słowy poligamia jest lepsza od monogamii. Do niczego nie namawiam, bowiem na poziomie jednego życia niewiele można wskórać, ale jeśli planujecie na kilka tysięcy pokoleń naprzód, to już zupełnie inna mowa – proszę, tylko żeby nie było później na mnie, dobra?

Ale wracajmy wreszcie do naszych figlarnych wstępnych.
Z pewnością zdarzyło się więcej niż raz w życiu, że kuzyn kuzynkę uszczęśliwił potomstwem no i teraz większość z was i ja, mamy w sobie te ~2% neandertalczyka. W moim przypadku najpoważniejszym dowodem na to są plamy wątrobowe na białej skórze rąk, blond włosy (onegdaj), niebieskie oczy (także onegdaj, bowiem teraz raczej szare) oraz skłonność zarówno do markownia po nocy jak i przysypiania w dzień. Być może też cierpimy dzieki nim na zapalenie ucha zewnetrznego (ucho pływaka) oraz  nawet bardziej prawdopodobnie na chroniczne zapalenie ucha, szczególnie w dzieciństwie. Niewykluczone, że ci spośród nas, którzy przejawiają skłonności sprinterskie, posiadają jakiś większy udział N w budowie dolnej części nogi, sprzyjający zadaniom sprinterskim i wspinaczkowym, w przeciwieństwie do typowej dla HS sawannowej długodystansowności.
Ale w generaliach wygląda na to, że „rozpuściliśmy” w sobie genetycznne braterstwo – ich było mało, nas z dziesięć razy więcej, ale ich materiał podparł naszą zdolność adaptacjyjną w środowisku, które inaczej wykończyłoby nas. Oni, zostawszy w swojej oryginalnej formie, mimo dowiedzionej bystrości umysłu, nie tylko nie jeździliby rowerem, ale jak sądzę, pewnie wciąż nie znaliby metody wytapiania żelaza z rudy, a może nawet sposobów lepienia garnków z gliny.
Podobnie rzecz ma się z denisowianami (D). Bez ich 6-procentowego udziału w materiale budulcowym HS z rejonów południowo-wschodniej Azji, nie byłoby pewnie do dzisiaj zasiedlenia Nowej Zelandii, Tasmanii i innych wysp Pacyfiku.
 
N i D kombinowali chętnie i radośnie uprawiali tiki-tiki z HS, to już dowiedzione, ale czy zamkniecie kręgu mogłoby nastręczać jakieś trudności? Oczywiście że nie - przecież braterstwo takich przeszkód nie uznaje, szczególnie jeśli ostatni wspólny przodek łowił ryby około 350 000 lat wcześniej. Minęło potem pewnie z 12 do 15 tysięcy pokoleń i w uformowanej w sylurskim piaskowcu ałtajskiej jaskini kresowej, posadowionej na wysokim brzegu rzeki Anuj, ogień zafiglował, rzucajac cienie po ścianach, a kuzyn D niemniej figlarnie zabawiał się, czytaj: „bzykał”, kuzynkę N, w wyniku czego na świat przyszło dziewczę. Dziewięćdziesiąt tysięcy lat później, szczątkom znalezionym w komnacie głównej Jaskini Denisowa nadano imię Denny. Dziewka rosła szybko, ale około 13. roku jej istnienia stało się coś co przerwało delikatną nić życia Denny. Tym nie mniej, "dziewczyna była na tyle sprytna", że zdołała zabezpieczyć przed anihilacyjnym działaniem natury niemal dwu i pół centymetrowy kawałek swojej kości o wadze 1,68 grama, który jak się okazało zawierał niezmiernie dużo niezmiernie dobrze zachowanego mitochondrialnego DNA. Owe zasoby mtDNA, razem z kompletnym zsekwencjonowaniem DNA, dokonanym na tak oczywiście „soczystym” fragmencie materiału kostnego pozwoliły ponadto wejrzeć w głąb historii genetycznej tatusia D, ujawniając fakt o którym właściciel informacji nie miał zielonego pojęcia. Mianowicie, ktoś z jego wstępnych, ale jakieś 300 pokoleń wstecz, miał już romans z osobnikiem/-czką z puli kuzynostwa N – innymi słowy zgodnie z porzekadłem, historia brombrania po kuzynowsku powtórzyła się, tyle że +/-7000-8000 tysięcy lat później.
 
Cudownie, nieprawdaż!?

Hybrydyzacja, czyli krzyżowanie się osobników róznych gatunków lub podgatunków, to jeden z czterech głównych mechanizmów dających początek dziedzicznym zmianom genetycznym, umożliwiającym ewoucję”, powiada Frank Ryan w cytowanym już dziele. No fajnie, to teraz należy jeszcze tylko zapytać jakie hybrydy wygenerowane w laboratoriach w przyśpieszonym tempie, zaczną wkrótce śmigać po naszych ulicach? Jeśli będą to osobnicy o anielskich głosach i nieskończonej dobroci, to pół biedy, ale jeśli kreatury kibolskie na prochach, to co?


_____________________________________________________
 (1) By User:Conquistador, User:Dbachmann - updated version of File:Homo-Stammbaum, Version Stringer-en.svg, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=64917473
4 / 28 / 2019
GRZECHOTNIK
Z NADZIENIEM

Grzechotnik teksaski

Jeśli tytuł zagrzechotał na waszych łączach neuronowych,
to miło mi, bowiem jest szansa, że zajrzycie głębiej mimo,
iż nie będzie to przepis na wężowinę jadowitą. 


Dawno, dawno temu
To, o czym chcę opowiedzieć, zdarzyło się wiosną lub wczesnym latem nieco ponad 1500 lat temu w pewnej jaskini w Teksasie. Cesarstwo Rzymskie zasadniczo już nie istniało, Słowianie szykowali się do zasiedlenia dorzecza Wisły i Odry, a Cedric właśnie kombinował jakby tu ustanowić Królestwo Wessex w Południowej Anglii. Wtedy to w rejonie Lower Pecos Canyonlands, w teksaskiej jaskini Conejo, pewien osobnik doznał ciśnienia na kiszki i postanowił sobie ulżyć. Jak czynili to zwyczajowo jego współplemieńcy, poszedł w boczną odnogę jaskini. Piętnaście stuleci później, grupa archeologów z Uniwersytetu Teksaskiego w Austin pobrała tysiąc z plusem koprolitów ludzkiego pochodzenia i nabożnie zapudłowała je na kilkadziesiąt lat w w magazynach, to jest do czasu gdy, całkiem współcześnie, doktor Elanor Sonderman (Texas A&M Uniwersity), postanowiła pogrzebać znowu w ludzkim paskudztwie sprzed wieków. Badaczka miała nadzwyczajne szczęście, sięgając już na początku pracy po opakowanie, które w wyniku analizy szczątków pochodzenia roślinnego i zwierzęcego w jednym z koprolitów, wręcz zaszokowało świat naukowy. To, czego dogrzebała się w tym wiekowym wyschnietym gówienku, wychodziło daleko poza horyzonty kulinarnej wyobraźni najbardziej ekscentrycznych mistrzów rondla i patelni.


Ząb jadowy zjedzonego grzechotnika
Grzechotnik teksaski plus
Otóż zasadniczym odkryciem, aczkolwiek nie ze wzgledu na pochodzenie przekąski, okazał się być grzechotnik teksaski, który w całości, łącznie z łuskowatą skórą i głową z zębami jadowymi przebył całą drogę układu pokarmowego pewnego dalekiego protoplasy ludu Coahuilteco z doliny Rio Grande. Mięso węża jadano, nawet jeśli nie powszechnie, to z pewnością okazjonalnie, ale przypadku zjedzenia całego, przypuszczalnie ponad metrowego okazu (oszacowano na podstawie wielkości zęba jadowego) w całości i na surowo, jak dotąd nigdy nie odnotowano w światowej literaturze naukowej, kulinarnej, a nawet fantastycznej. „Autor” koprolitu musiał przeżyć, co jest następnym ewenementem, bowiem grzechotnik teksaski jest nie tylko najbardziej jadowitym wężem Ameryki, ale nawet jako martwy potrafi zaaplikować jad przeciwnikowi. To jednak też jeszcze nie koniec szokujacych wieści. Onże koprolit zawierał bowiem także kości i fragmenty futerka jakiegoś gryzonia, zapewne polnej myszki, która bez żadnych zabiegów przygotowawczych została trawiennie przeprocesowana wespół z grzechotnikiem. Prawdopodobieństwo tego, że gość łyknął myszkę na przystawkę wydaje się oscylować blisko zera, bowiem dużo bardziej prawdopodobne jest iż grzechotnik krótko przed tym zanim został obiadem, sam zapolował na swój lunch, w związku z czym mieszkaniec jaskini Conejo skonsumował potrawę z nadzieniem. O tym, czy dzięki temu była ona smaczniejsza, raczej się nie dowiemy. Dzięki nowoczesnym metodom badawczym wiemy natomiast, że nasz smakosz nie był prymitywem żrącym wyłącznie mięcho. Jego „autorskie dzieło” zawierało pierwszorzędne dowody na obłożenie dania podstawowego sałatką z owoców opuncji (czyli żgającej gruchy) oraz agawy lechuguilla (mała sałata), będącej wspaniałym źródłem węglowodanów, soli i minerałów. Z tym, że tę lechuguillę aby była przyswajalna bez konsekwencji, trzeba było najpierw upiec w ziemnym piecu, a to po to żeby nastąpił rozkład toksycznych soków oraz długich łańcuchów złożonych cukrów, co jak się okazuje wcale nie wymagało pogłebionej wiedzy z chemii organicznej. Na surowo lechuguillę pałaszują pekariowce obrożne jako swoje podstawowe żarcie, natomiast dla bydła i owiec jest ona toksyczna – wiem, nie ma to wiele wspólnego z zasadniczym wątkiem tego tekstu, ale kuriozalne wydaje mi się, że jadowity wąż na surowo jest bezpieczniejszym pożywieniem od surowej „małej sałaty”, z której pekariowiec żyje; no ale może po prostu dlatego, że to taka mała świnia?

Przystawki
Była to tylko krótka dygresja dla zmęczonych koprolitem, do którego wszakże wracamy żeby rzecz elegancko zamknąć. Zatem, zielone było na zimno i na ciepło, a na deser były kwiaty jukki oraz szparagowce – które z nich, nie wiem i nie powiem, gdyż jest ich ponad 36 tysięcy gatunków, z czego 26 tysięcy należy do rodziny storczykowatych, a z innych mogłyby to być wszelkie jagody w sensie biologicznym oraz jadany już w mezolicie ziarnopłon wiosenny.

Pytanie na koniec
Co mogłoby popchnąć gościa do tak wykwintnej uczty? Niebezpieczeństwo zejścia śmiertelnego w trakcie konsumpcji wydaje się ogromne i jak mniemam, człek ten miał tego świadomość, ale od czegóż są jazgrza Williamsa? Kaktus ten jest natywny dla strefy Pustyni Chihuahua leżącej na pograniczu meksykańsko-teksańskim, dokładnie tam gdzie grzechotnik znalazł swoją myszkę i krótko potem sam dał się złapać. Właściwości substancji psychoaktywnych kaktusa pejotl (jeżowca albo jazgrza Williamsa) w latach 30. ubiegłego wieku przetestował dogłębnie Stanisław Ignacy Witkiewicz, czego niezbitym dowodem są liczne teksty i prace malarskie powstałe pod jego wpływem, co imć SIW skrupulatnie dokumentował. Może zatem w ramach rytuałów szamanistycznych nasz grzechotnikożerca przyswoił sobie przed posiłkiem solidną dawkę pejotla, w wyniku czego niepomiernie wrosła jego odwaga. Czując "power", spojrzał przeciągle w zaniepokojone oczy gada i wsunął go, jak mniemam ze smakiem, w swoje kiszki do powolnego przekształcenia na solidnych rozmiarów produkt typu kaka? Jestem w zasadzie prawie pewien, że tak to wyglądało, aczkolwiek gdybym kiedykolwiek miał możność przenieść się na chwilę w czasie w tamte okolice, to chyba poprosiłbym o lądowanie w sąsiedniej jaskini.

Lokalizacja Jaskini Conejo (Conejo Shelter)

Jaskinia Conejo w tracie badań w 1968 roku

Jaskinia Conejo 1969


_______________________
All external sources of information are linked to the original material

MATMA

101201230123401234501234560123456701234567801234567890




3 / 4 / 2019

Właśnie wpadł mi w ręce 2317. numer Przekroju z 19 listopada 1989 roku. Na okładce cena 300 zł i kilka linijek nabazgrolonych matematycznych symboli, takich o których Stanisław Ulam powiada w przedmowie do swojej książki "Przygody matematyka": „Wciąż jest dla mnie źródłem nieustającego zdziwienia, że kilka znaków nagryzmolonych na tablicy lub na kartce papieru może zmienić bieg ludzkich spraw". Zacząłem kartkować niemal trzydziestoletni magazyn i już na piątej stronie trafiam na „Ludzką twarz matematyki”, artykuł który przedkładam poniżej in extenso, bowiem mimo upływu czasu treść nie straciła nic ze swojej świeżości. Tekst uzupełniam kilkoma zdaniami ciekawostek dotyczących matematyków, o których opowiadają autorzy, Krystyna Bochenek i Maciej Sablik.


LUDZKA TWARZ MATEMATYKI


  • Jakich splendorów może oczekiwać matematyk oprócz uznania ze strony wąskiej grupy swoich kolegów?
  • Najwyższym wyróżnieniem jest Medal Fieldsa, przyznawany podczas Miedzynarodowych Kongresów Matematycznych, które odbywają się co cztery lata.
  • Są też inne wyróżnienia o znaczeniu lokalnym.
  • A nagroda Nobla? Dlaczego nie przyznaje się jej za osiągnięcia w matematyce?
  • Jedyną znaną nam odpowiedź daje nastepująca historia: Alfred Nobel rywalizował w młodości o względy pewnej pani ze szwedzkim matematykiem Mittag-Löfflerem, który tę rywalizację wygrał. Wiele lat później, gdy Nobel projektował swą fundację, rozważał moźliwość ustanowienia nagrody w dziedzinie nauk matematycznych. Napisał w tej sprawie do Dawida Hilberta, światowego autorytetu matematycznego, zapytując czy Mittag-Löffler mógłby do takiej nagrody pretendować. Pozytywna odpowiedź Hilberta w połączeniu z dawną urazą spowodowały wykreślenie matematyki z listy nagradzanych dziedzin. A szkoda, może mielibyśmy kolejnych polskich noblistów. 

Współczesny matematyk amerykański węgierskiego pochodzenia, Paul Halmos, powiedział kiedyś: „Smuci mnie fakt, że nawet wykształceni ludzie nie wiedzą, iż mój przedmiot istnieje naprawdę...” Nie wypada, by człowiek uważający się za inteligenta nie znał nazwisk twórców kultury czy sztuki, medycyny, czy nawet gwiazd sportu. Nie przynosi mu jednak ujmy czy hańby to, że poza Pitagorasem nie słyszał o żadnym innym matematyku. Nie wstydzi się ignorancji matematycznej, nie musi znać historii tej nauki.

Być może niewiedza ta ma swoje źródło w tym co Bertrand Russel – współtwórca filozofii matematyki – wyraził słowami; „...matematyka – to wiedza w której nie jest wiadomo, o czym się mówi, ani czy to, co się mówi jest prawdziwe...”

Czy rzeczywiście? W tym miejscu rozlegnie się zapewne głośny aplauz czytelników, dla których matematyka stała się aż nadto dokuczliwym przeciwnikiem. Matematykę bowiem kojarzymy często wyłacznie z rachunkami, a dziś – gdy rachunki domowe stały się jakże uciążliwym i przykrym codziennym obowiązkiem – mamy dodatkowe powody do animozji. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że takie uprzedzenia dotyczą przedmiotu zwanego matematyką, który ma tyle wspólnego z tą dziedziną wiedzy, co lekcja gimnastyki z biciem rekordów na stadionach olimpijskich. Na szczęście ta fobia matematyczna, czy - jak kto woli – matemafobia, nie jest powszechną. Wciąż znajduja się ludzie, których – bez względu na to, czy uznamy ich za maniaków, czy za geniuszy – ta dziedzina wiedzy oczarowała.

Czy uprawiają oni jedynie sztukę dla sztuki?

Czy ich skomplikowane twierdzenia zanjdują zastosowanie w praktyce? Jaka jest relacja matematyki do rzeczywistości?

Podczas pobytu w Katowicach znany matematyk, Janos Aczél z Kanady, uważany przez swoich kolegów za „papieża” równań funkcyjnych, powiedział: Problemy matematyczne są inspirowane przez rzeczywiste potrzeby , ale często teoria stworzona do ich rozwiązania zaczyna żyć swoim własnym życiem. Życiem pozornie, a może nawet faktycznie, oderwanym od świata realnego. Czasem jednak się zdarza, że te abstrakcyjne – zdawałoby się – idee dają gotowe odpowiedzi na nowe pytania „z życia wzięte”. Tak np. mechanika kwantowa wykorzystała pewne wyniki, które przedtem istniały jedynie w wyobraźni matematyków.

A równania funkcyjne, którymi się zajmuję, przydają się ostatnio, np. w architekturze, do uściślenia pojęć estetyki i proporcji stworzonych przez słynnego architekta Le Corbusiera. Z najnowszych osiągnięć matematyki korzystają też: diagnostyka medyczna, teoria informacji, psychologia, lingwistyka, genetyka. Od rozwoju matematyki ściśle uzależniony jest postęp technologii. Niestety, także technologii wytwarzania bomby atomowej (w amerykańskim ośrodku nuklearnym w Los Alamos pracował wybitny polski matematyk, Stanisław Ulam).

Związek komputerów z matematyką jest chyba oczywisty. Tak więc ta dziedzina wiedzy nie jest oderwana od rzeczywistości, aczkolwiek nie rzeczywistość stanowi główny przedmiot jej zainteresowania. W znacznej swej części pozostaje ona czystą sztuką, do której odbioru przygotowani są tylko nieliczni. Stąd bierze się chyba słuszna opinia, że matematycy stanowią pewną grupę hermetyczną, by nie powiedzieć – klan.

Przyjemnie stwierdzić, że w tym klanie spore wpływy mieli i mają polscy uczeni. Właśnie w tym roku (1989) upływa 70 lat od założenia w Krakowie Polskiego Towarzystwa Matematycznego. Mniej więcej od siedemdziesięciu lat można też mówić o naszej rodzimej szkole matematycznej. Warto kilka słów poświęcić pouczajacej historii jej powstania i sukcesu. Oto w 1918 roku, gdy niepodległość była już tylko kwestią czasu, w Warszawie pracowała grupa zdolnych matematyków, którym przewodzili 30-letni wówczas Zygmunt Janiszewski i Stefan Mazurkiewicz oraz o 6 lat od nich starszy Wacław Sierpiński. Obok poważnego dorobku naukowego nie brakowało im fantazji. Z młodzieńczym wigorem postanowili wyprowadzić swą umiłowaną dziedzinę na szerokie wody. Udało się... Koncepcję polskiej szkoły stworzył Janiszewski, który zaproponował kolegom by wyspecjalizowali się w nowych dziedzinach matematyki – teorii mnogości, topologii, w podstawach matematyki. Koncentracja wysiłków, wspólna praca w tej „kuźni talentów” przyniosła, zgodnie z przewidywaniami, samodzielne stanowisko matematyki polskiej w nauce światowej.

Już w 1920 roku rozpoczęto wydawanie pierwszego czasopisma o zasięgu międzynarodowym Fundamenta Mathematicae, do dziś jednego z najbardziej szanowanych w świecie matematycznym.
Długa jest lista polskich nazwisk, które na trwałe zapisały się w historii tej dziedziny nauki, choćby: Tarski, Kuratowski, Mazur, Łukasiewicz, Steinhaus, czy pracujacy do dziś w Poznaniu Władysław Orlicz... Możnaby jeszcze wymieniać, jednego nazwiska nie sposób jednak pominąć. Stefan Banach tworzący we Lwowie był najwybitniejszym polskim matematykiem. Stworzone przez niego pojęcie tak zwanej „przestrzeni Banacha” zna każdy student nauk ścisłych uniwersytetów całego świata. Banach zmarł w 1945 roku, pochowano go na Cmentarzu Łyczakowskim. Jego śmierć nie oznaczała jednak końca świetności polskiej szkoły matematycznej. Liczni uczniowie i spadkobiercy tradycji międzywojennych pracują dziś na uczelniach nie tylko polskich. Dodajmy, że jest ich dziś znacznie wiecej niż kiedykolwiek przedtem, w czym nie jesteśmy wyjątkiem.

O ile na początku tego wieku (XX) na świecie matematyką zajmowało się około 500 osób, dziś jest ich kilkanaście tysięcy. Nie uwzględnia się w tej liczbie nauczycieli tego przedmiotu, chodzi jedynie o matematyków pracujących twórczo. Duża to grupa zawodowa w skali całego świata czy mała? Zależy od punktu widzenia. Według matematyków – to cała armia, według laików – niewielki oddział, za to elitarny.

Czy to zastęp maniaków czy geniuszy?

Profesor Aczél odpowiedział na to pytanie: „Nawet znajomi pytają moją żonę, jak może żyć z matematykiem. Ona odpowiada, że nie jest to aż tak straszne, bo wbrew powszechnym wyobrażeniom mam, jak twierdzi, duże poczucie humoru. Nie jestem wcale zdziwaczałym molem książkowym”

Banach np. i jego koledzy dyskutowali o matematyce w kawiarni „Szkockiej” we Lwowie. Założyli nawet specjalny zeszyt, Ksiegę Szkocką, do którego zapisywali nie rozwiązane problemy. Odpowiedzi na zawarte tam pytania były premiowane nagrodami. Wiele lat po wojnie profesor Mazur wręczył taką nagrodę pewnemu Szewdowi, króry rozwiązał po latach stawiany przezeń problem. Nagrodą była... żywa gęś. Jak więc widać, matematyk nie jest oderwany od rzeczywistości. Przywołajmy tu jeszcze profesora Steinhausa, który czynnie uczestniczył w życiu kulturalnym Wrocławia.

Kilka lat temu, Ossolineum wydało zbiór jego aforyzmów, zatytułowany „Słownik racjonalny”, w którym znajdujemy takie myśli:
  • Żeby zdobyć majątek, trzeba mieć szczęście. Żeby go utrzymać, wystarczy brak fantazji.
  • Literaci marksistowscy lubią huty, elektrownie i kopalnie dokładnie tak samo, jak Marie Antoinette i jej dwór lubili baranki, chatki i fujarki; miłość par distance.
  • Łatwo usunąć Boga z jego miejsca we wszechświecie. Ale takie dobre posady niedługo wakują.
  • W kraju gdzie telefony funkcjonują, można żyć. Jeszcze lepiej żyje się w kraju bez telefonów. Trudno wytrzymać tylko tam, gdzie są telefony, ale nie funkcjonują.
  • - Społeczeństwo dyrektorów – menageria.
Warto też wspomnieć, że matematykami są znani działacze społeczni, jak poseł Janusz Onyszkiewicz czy senator Roman Duda. Matematycy, jak widać, to ludzie z krwi i kości. Jednak muszą istnieć jakieś predyspozycje do wykonywania zajęcia tak abstrakcyjnego dla olbrzymiej większości mieszkańców naszego globu. Zapytany o to profesor Aczél mówi, że potrzebny jest talent do kojarzenia pomysłów i dostrzegania pewnych związków tam, gdzie inni nic nie widzą. Profesor Jürg Rätz ze Szwajcarii dorzuca, że przyszli matematycy charakteryzują się szybkością uczenia tego przedmiotu, a nawet wyprzedzania programu szkolnego o całe lata. Profesor Walter Benz z Hamburga uważa, że młodzież uzdolniona matematycznie – to jedno z największych bogactw naturalnych. Radzi też, by talentów matematycznych szukać wśród uczniów zainteresowanych liczbami i figurami geometrycznymi bardziej niż ich rówieśnicy. Według Benza nauczyciele powinni zwracać uwagę na tych, którzy samodzielnie i niestandardowo rozwiązują zadania szkolne, unikając na przykład monotonnego liczenia. Matematyka jest bowiem raczej sztuką unikania bądź upraszczania rachunków niż sprawnością obliczeniową.
 
Jedno jest pewne: matematyka – to sztuka porządkujaca wszechświat, wymagająca nie lada wyobraźni, samodzielności, krytycyzmu i... talentu.

________________________________________

Stefan Banach
Wychowywał się w rodzinie zastępczej u pani Franciszki Płowej, właścicielki pralni, i jej córki, Marii Puchalskiej. Znał tylko swojego ojca , z którymi czasami się widywał.
Po maturze pracował w krakowskiej księgarni, a matematykę poznawał jako samouk. W czasie I wojny światowej pracował przy budowie dróg. Mając wadę wzroku i będąc leworęcznym, uniknął zaciągu do wojska. Pewnego dnia w 1916 roku, Hugo Steinhaus przechadzając się krakowskimi Plantami usłyszał przypadkiem jak dwóch młodych ludzi dyskutowało o całce Lebesgue’a – jednym z nich był Banach, który dzieki temu zdarzeniu, cztery lata później bez dyplomu ukończenia studiów, doktoryzował się na UJK, zdając egzamin dzięki podstępowi jakiego użyli jego starsi koledzy. Otóż Banach, posiadający niechęć do dyplomów i tytułów, zabawiał się rozwiązywaniem matematycznych problemów na restauracyjnych serwetkach i przypadkowych kawałkach znalezionego papieru. Popijał zapewne przy tym tęgo bowiem wychodził z lokali zapomniawszy zabrać swoje notatki i rozwiazania, które na zlecenie profesorów skrupulatnie były zbierane przez wydelegowanych do tego asystentów. Na podstawie tychże notatek następnie została napisana przez nich praca doktorska Sur les opérations dans les ensembles abstraits et leur application aux équations intégrales, której autorstwo przypisali Banachowi. Tenże nie zamierzał za żadne skarby stawać przed komisją egzaminacyjną. W związku z tym, któregoś dnia zgarnięto Banacha z uczelnianego korytarza do dziekanatu pod pretekstem wyjaśnienia jakimś przyjezdnym z Warszawy gościom kilku zagadnień z jakimi się borykają. Banach, lubiący tego rodzaju dyskusje, z przyjemnością odpowiedział na wszystkie pytania, nieświadom tego, że właśnie zdaje egzamin doktorski.
Kilka lat temu Narodowy Bank Polski wypuścił trzy monety z podobizną Stefana Banacha, złotą o nominale 200 zł, srebrną dziesięciozłotówkę i dwuzłotową monetę ze stopu Nordic Gold.

Zygmunt Janiszewski
Studiował w Zurychu, Getyndze i Paryżu. Pracę doktorską pt. Sur les continus irréductibles entre deux points, której promotorem był Henri Lebesgue, obronił mając 23 lata, a w komisji egzaminacyjnej byli matematycy tacy jak Henri Poincaré i Maurice Fréchet. Zmarł w wieku 31 lat na grypę, której pandemia w latach 1918–1920 zabiła kilkadziesiąt milionów ludzi, a chorowało na nią ok. 500 mln ludzi, co stanowiło wówczas 1/3 populacji świata. Odziedziczony majątek rodowy oraz część swoich dochodów przeznaczył na cele oświatowe i społeczne.

Stanisław Kuratowski
Studia na Uniwersytecie Warszawskim ukończył mając 22 lata, trzy lata później otrzymał stopień doktora, a następnie, w kilka miesięcy habilitował się. Mając 27 lat został profesorem II Katedry Matematyki na Uniwersytecie Warszawskim. Wykładał w kilkudziesięciu uniwersytetach na świecie. Od 1981 roku, wybitnym młodym matematykom do 30. roku życia, przyznawana jest doroczna Nagroda im. Kazimierza Kuratowskiego.

Jan Łukasiewicz
Po studiach we Lwowie, Berlinie i w belgijskim Louvain, habilitował się na Uniwersytecie Lwowskim mając lat 28.
Był ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego w rządzie Ignacego Paderewskiego, rektorem UW w latach 1922-23 i 1931-32 oraz profesorem uniwersytów Lwowskiego, Warszawskiego i Dublińskiego. 

Stanisław Mazur
Studiował na Uniwersytecie Jana Kazimierza i na uniwersytecie w Paryżu. Studiów nie ukończył, ale pomimo braku magisterium został młodszym asystentem na UJK, gdzie w 1932 roku obronił pracę doktorską, napisaną pod kierunkiem Stefana Banacha.
Podobno posiadał bardzo zjadliwe poczucie humoru.

Profesor Per Henrik Enflo otrzymuje z rąk profesora Mazura żywą gęś za rozwiązanie problemu z Księgi Szkockiej  (źródło: Wikipedia)



Stefan Mazurkiewicz
Od okresu wojny polsko-bolszewickiej współpracował z Biurem Szyftów Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego , uczestnicząc w łamaniu szyfrów i kształceniu polskich kryptologów.
Był ostatnim przedwojennym prorektorem UW, a podczas wojny wykładowcą tajnego Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego.

Włądysław Orlicz
W czasie okupacji niemieckiej Lwowa, wraz z innymi uczonymi, m.in. Stefanem Banachem, był karmicielem wszy w Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami profesora Rudolfa Weigla, zarabiając w ten sposób na utrzymanie i chroniąc się przed represjami hitlerowców.
Zmarł niespełna rok po publikacji artykułu w Przekroju. Został pochowany na Cmentarzu Junikowo w Poznaniu w Alei Zasłużonych.

Alfred Tarski
Dwudziestotrzyletni Tarski doktoryzował się na podstawie rozprawy O wyrazie pierwotnym logistyki, a habilitował się już rok później. W latach 1925–1939 jako docent Uniwersytetu Warszawskiego, nie otrzymywał pensji, w związku z czym na życie zarabiał ucząc w Liceum im. Stefana Żeromskiego w Warszawie.Tuż przed wybuchem wojny wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie pozostał już do końca życia, przyjmując obywatelstwo amerykańskie w czerwcu 1945. Wykladał na Uniwersytecie Harvarda, w Institute for Advanced Study w Princeton, przez 40 lat na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, a także na uniwersytetach w Nowym Jorku, Meksyku, Los Angeles, Chile, Londynie i na Sorbonie.

Wacław Sierpiński
W czasie wojny 1919-1920 pracował razem m.in. ze Stefanem Mazurkiewiczem i Stanisławem Leśniewskim w Wydziale II Radiowywiadu Biura Szyfrów Oddziału II Sztabu Generalnego Naczelnego Dowództwa. W czasie okupacji był urzędnikiem magistratu polskiego w Warszawie. Nadal prowadził działalność dydaktyczną, wykładając w podziemnym uniwersytecie. Niektóre jego prace były publikowane w Sprawozdaniach Akademii Papieskiej w Rzymie. Zebrał 10 doktoratów honoris causa.

Hugo Steinhaus
Mając 24 lata doktoryzował się u Dawida Hilberta na uniwersytecie w Getyndze (1911 r.). W 1915 roku wstapił do Legionów Polskich i walczył jako artylerzysta na Wołyniu. Habilitował się w 1917 roku i trzy lata później został profesorem i kierownikiem I Katedry Matematyki UJK. Jeszcze przed II WŚ wynalazł introwizor – przyrząd do przestrzennej lokalizacji rentgenowskiej niedostępnych przedmiotów, opatentowany w USA. Po zajęciu Lwowa przez Niemców, z racji żydowskiego pochodzenia, ukrywał się najpierw u profesora Benedykta Fulińskiego, a po ucieczce ze Lwowa, w pobliskim Osiczynie, gdzie z pomocą granatowego policjanta, Józefa Laski, uzyskał dokumenty na nazwisko Grzegorz Krochmalny. Dzięki pomocy Mariana Szafrańca ps. "Junosz", profesor uczestniczył w tajnym nauczaniu i przeżył wojnę. Tuż przed wojną wydana została jego popularnonaukowa książka "Kalejdoskop matematyczny", omawiająca wybrane zagadnienia matematyki. Co ciekawe, na zamówienie amerykańskiego wydawnictwa G. E. Stecherta, książka ta przyjmując tytuł "Mathematical Snapshots" , wydrukowana została również w języku angielskim. W ciągu następnych 60 lat, ukazała się ona w kolejnych, poprawianych i rozszerzanych wydaniach, w przekładach na kilka języków.

Stanisław Ulam
Był piątkowym uczniem, z wyjątkiem kaligrafii i rysunków. Najpierw podjął studia inżynierskie na Politechnice Lwowskiej, ale wkrótce przeniósł się na matematykę. Mając lat 20 opublikował swoją pierwszą pracę, a przed końcem pierwszego roku studiów drugą, co ostatecznie zdecydowało o wyborze matematyki. W 1935 roku został zaproszony do Pinceton gdzie zaprzyjaźnił się z von Neumannem i spotkał z Einsteinem. Następnie pracował na Harvardzie, ale na wakacje wracał do Polski. W sierpniu 1939 roku wyjechał ponownie na kolejny rok pracy na Uniwersytecie Harvarda, zabierając ze sobą młodszego brata – o wybuchu wojny dowiedzieli się po przybyciu do USA. W wojnie zginęła jego cała rodzina. Od 1945 roku pracował w Uniwersytecie Południowej Kalifornii (USC) w Los Angeles, mieszkając ze swoją francuską żoną i córeczką na wyspie Balboa w Newport Beach. W następnych latach pracował w kilku innych uniwersytetach amerykańskich, zostajac profesorem i dziekanem wydziału matematyki uniwersytetu stanowego w Boulder, Kolorado, gdzie nieco później został również profesorem biomatematyki na wydziale medycznym.
Na podstawie książki Ulama "Przygody matematyka" powstał scenariusz polsko-kanadyjsko-niemieckiego filmu w reżyserii Thorstena Kleina. Film jest obecnie w produkcji; w rolę Ulama wcieli się Philippe Tłokiński, urodzony we Francji, syn Mirosława Tłokińskiego, byłego piłkarza Widzewa Łódź, a na ekranie towarzyszyć mu będą m.in. Fabian Kocięcki jako Johnny von Neuman, Mateusz Więcławek jako Adam - młodszy brat Ulama i Esther Garrell w roli ukochanej Geniusza oraz inni.
WRÓG NIEZBĘDNY


Kilka dni temu, przegladajac ofertę polskiej telewizji, natkąłem się na zupełnie nowy program TVP Kultura pod nazwą „Powidoki filozoficzne”, a konkretnie, jego bodajże trzeci odcinek, poświęcony niemieckiemu filozofowi i teoretykowi prawa o nazwisku Carl Schmitt. Pomijając jego osiągnięcia na niwie naukowej, był to człowiek intrygujący wielotorowo, choć nie wyłącznie z powodu dubeltowego ożenku z Serbkami, ekskomuniki z powodu bigamii i ochotniczego uczestnictwa w pierwszej wojnie śwatowej. Explodował niczym supernowa w czerwcu 1933 roku jako członek NSDAP z miesięcznym stażem, kiedy to został mianowany przez Göringa na stanowisko radcy państwowego, a wkrótce potem poproszony także o prezesowanie Związkowi Prawników Narodowo-Socjalistycznych i objecie jednej z katedr Uniwersytetu Berlińskigo. Wystarczyłoby na niejeden życiorys, ale w przypadku zażartego katolika Schmitta, ważnym zajęciem było także: uzasadnianie na łamach redagowanej przezeń Gazety Prawników Niemieckich rządów Hitlera z punktu widzenia filozofii prawa, popieranie spopielania książek sprzecznych z narodowo-socjalistyczną doktryną oraz usprawiedliwianie morderstw politycznych jako aktów znajdujacych oparcie w najwyższych formach prawa administracyjnego. Ta masa obowiazków nie była dlań przeszkodą także w metodycznym oczyszczaniu niemieckiego prawa z „żydowskiego ducha”. Zabiegany Schmitt nie zauważył przeto jak po trzech latach brykania w zaszczytach po szczytach nazistowskiego establiszmentu nagle stał się oportunistą, antysemitą z pozoru i paskudnym katolikiem myślącym po heglowsku. Zjechał szybko i nisko, choć nie na sam dół, bowiem dobry Göring pozwolił mu utrzymać się na profesorskiej posadzie w uniwersytecie do końca wojny. Niestety, potem wpadł w ręce Amerykanów, którzy zapuszkowali go na rok czasu w obozie internowania. Kiedy wyszedł nikt go nie chciał, żadna uczelnia, bowiem w zażarty sposób odmawiał denazyfikacji. Za jakiś czas zahaczył się na chwilę w Hiszpanii, gdzie wcześniej wydał córkę za prawnika, frakistowskiego falagistę. Związki te zaowocowały „Teorią partyzanta” i teorią wojny, o której dyskutują: Barbara Schabowska (BS), TVP Kultura i filozof, Piotr Nowak (PN), profesor Uniwersytetu Białostockiego.

Carl Schmitt │ Powidoki filozoficzne │ TVP Kultura (VOD)

Wojna - wróg niezbędny


BS: O wrogu i wojnie dziś nie mówi się. Nie wypada bo żyjemy w czasach powszechnej szczęśliwości, pokoju, dobrobytu i przyjaźni. A jednak Carl Schmitt przypomina, że wróg jest podstawą politycznej jedności wspólnoty. Schmitt, to jeden z autorów Kronosa. Dziś porozmawiamy o pojęciu polityczności Carla Schmitta, wybitnego niemieckiego prawnika, konstytucjonalisty, który też przez wiele lat należał do NSDAP, a jednak jego dorobek w dziedzinie filozofii polityki, jest nie do przecenienia.
Czym jest państwo według Schmitta? Czy jest rosnącym organizmem, jest w stanie agonii, upadku? W którym momencie jest dzisiaj?
PN: Schmitt mówił o państwie jako deus mortalis, a więc Bóg śmiertelny, Bóg owszem, panujący, wszchmocny, wszechobecny, ale jednak śmiertelny. Na naszych oczach, powiada Schmitt, zdycha państwo, gnije rozkłada się. Widział w czasie rewolucji listopadowej to na własne oczy, widział jak to państwo się rozłazi, rozkłada. Państwo dla Schmitta, to przede wszystkim twór, który się łączy z terytorium bardzo silnie. To znaczy, państwo musi mieć silnie oznaczone granice terytorialne. No i w tym sensie, na przykład dzisiaj, kiedy granice pomiędzy państwami, zwłaszcza w Europie, one są bardzo płynne, Schengen w końcu.... jeżeli one nie działają, to i te państwa stają się poniekąd amorficzne. A więc upadłe, powiedziałby Schmitt. Podobnie jest z centrum takiego państwa. Dziś nie bardzo wiadomo gdzie to serce bije, kto państwem rządzi... rozmaite siły, których natury do końca nie rozumiemy, oddziałują na decyzje tych, którzy sprawują władzę w tym czy innym państwie, no i gdzie tu jest centrum tego państwa, nie wiadomo.
BS (2:27): Koncepcja Schmitta, bardzo logiczna, wyłożona wręcz z matematyczną precyzją, opiera się na specyficznym pojęciu polityczności. O ile moralność zasadza się na pojęciu dobra i zła, na czym zasadzałaby się ta polityczność Schmitta, na jakiej różnicy.
PN (2:44): Różnica moralna jest ukonstytuowana na tych dwóch wartościach, dobro i zło – one ją tworzą. Podobnie jest z różnicą estetyczną, która jest zbudowana na opozycji między brzydotą i pieknem, czy róznica gospodarcza w opozycji miedzy zyskiem i stratą. U Schmitta, róznica polityczna sprowadza się do różnicy między przyjacielem i wrogiem. Do wroga nigdy nie powinniśmy żywić żadnych osobistych animozji. Wróg jest zawsze wrogiem zbiorowym. To, co dla Schmitta istotne, to pewna konsolidacja jaką osiągamy w obliczu wroga. Ja pamiętam taką książkę Zebalda o wojnie powietrznej i literaturze... i mnie tam uderzyła jedna, bardzo frapująca, skąd innąd myśl, że Niemcy, kiedy przegrywały wojnę w zasadzie, w 1945 roku, myślelibyśmy że ich morale były bardzo osłabione. Nic podobnego... im naloty na miasta niemieckie były intensywniejsze, im większe straty po stronie ludności cywilnej były odnotowywane, tym naród niemiecki bardziej się konsolidował, był jedną pięścią, moglibyśmy powiedzieć. To co alianci chcieli osiągnąć, to znaczy osłabić morale niemieckiego społeczeństwa, to było kompletnie kontrproduktywne.
BS (4:21): Skoro podkreślamy tak to fundamentalne rozróżnienie, ostre cięcie na wroga i przyjaciela, musi to oznaczać, że żyjemy w świecie stałego konfliktu. To znaczy w świecie, w którym nie da się go zażegnać w sposób ostateczny.
PN (4:37): Ostateczne zażegnanie konfliktu politycznego nie wydaje się możliwe, ponieważ to osłabiłoby całą różnicę między wrogiem a przyjacielem, która jest jakby konstytutywna dla myślenia politycznego. Spróbujmy wyeliminować jeden z elementów tej różnicy, to sama różnica przestaje być czytelna. Jeżeli zakwestionujemy róznicę między wrogiem a przyjacielem, to przestaniemy rozumieć samych siebie; przestaniemy rozumieć własną formę istnienia, to znaczy nie będziemy wiedzieli co jest obce, a co jest moje. Będziemy brać obce za to co moje i zarazem poprzez to co obce będziemy starać się zrozumieć nas samych – no to jest poplątanie kompletne. Liberałowie tego nie rozumieja... liberałowie twierdzą, że pokój, a więc taki stan bez wojny, zupełnie utopijny, można sobie kupić za pieniądze. Na to Schmitt nigdy by nie przystał. Ludzkość w swojej historii określała się zawsze poprzez dwie kategorie, poprzez kategorię walki i pracy. Od tego nie uciekniemy.
BS (5:44): A co z pacyfizmem, radykalnym pacyfizmem? Przecież można wydać wojnę przeciwko wojnie. Do tego właśnie sprowadza się istota nagrody Nobla, która jest przyznawana wszystkim tym, którzy bezkompronisowo walczą o pokój.
PN (6:00): W świecie bez wojen nie ma ważnych wskazówek w którą stronę mamy spoglądać, czego bronić, co jest ważne. W świecie bez wojen nie ma za co umierać. Jeżeli w świecie bez wojen myślimy o husarii , to myślimy tylko ironicznie, a nawet prześmiewczo. W świecie bez wojen nie bedzie zrozumiała dla nas historia, nie będziemy w stanie zrozumieć za co nasi przodkowie oddawali życie. Będą to dla nas tematy całkowicie zagmatwane. Jeżeli wydamy wojnę wszystkim wojnom, taką wojnę ostateczną, jeżeli bedziemy chcieli pogrążyć przeciwnika, naszego wroga, naprzód będziemy go musieli zdehumanizować – to jest jakiś przerażający obraz jakiegoś insekta, którego należy rozdeptać. Takie insekty należy eliminować nawet nie za pomocą oddziałów wojskowych, tylko zwykłych policjantów i psychiatrów – pokazać, że to jest jakaś nienormalna narośl i temu się należy jakaś troska lekarska albo policyjna.
BS (7:12): Ofiara z życia, pisze Schmitt, jest czymś co mieści się z logice państwa, to znaczy państwo ochrania, więc wymaga, i to jest dla państwa tym co myślę więc jest...
PN (7:21): To jest obowiązek państwa; państwo nie ma obowiązku gwarantować wolności człowiekowi – ma gwarantować mu opiekę...
BS (7:35): No właśnie, ale co z pojeciem sprawiedliwości? Sprawiedliwość a wojna... Schmitt pisze też: „wojen nie prowadzi się w imię ideałów lub norm prawnych, ich sens polega na walce z prawdziwym wrogiem” – nie ma tu miejsca na sprawiedliwość.
PN (7:46): Sprawiedliwość w świecie działań efektywnych... ona nie może mieć miejsca. No, weźmy przykład sędziego, który wziął kredyt. Taki sędzia podlega przede wszystkim naciskowi ekonomicznemu. Ja nie spodziewam się, że nikt przy zdrowych zmysłach kto idzie do sądu, nie spodziewa się sprawiedliwego wyroku. Tak jest właśnie z takim sędzią – dla niego deską ratunku i jakąś alfą i omegą jest procedura, proceduralizm sprawiedliwości w sądzie, a więc w obszarze działań efektywnych sądu, i to samo jest na wojnie.
BS (8:24): Państwo światowe, z którym mamy chyba dziś do czynienia, nie jest dla Schmitta państwem. Przyzwyczailiśmy się nazywać je państwem, ale państwem nie jest, tak jak ludzkość dla Schmitta nie jest pojęciem politycznym. Dlatego ludzkość nie może prowadzić wojen, bo na planecie Ziemia nie ma wroga dla ludzkości. Czym w takim razie, zastanawia się Schmitt, byłoby to, ta wspólnota światowa, która chciałaby mieć wpływ na przykład na kulturę? Mówi Schmitt, że jest to rodzaj stowarzyszenia producentów – konsumentów. Pytanie jest oczywiście o wolność takich obywateli, do czego ona się sprowadza? Prawdopodobnie do konsumowania i wydalania, ale ta odpowiedź, mówi Schmitt, zależna jest od przyjętej antropologii. To jest ciekawe u Schmitta, że cała polityka opiera się na konkretnej wizji człowieka. No a wiara, liberalna wiara w dobrą naturę człowieka u Schmitta nie rymuje się... pisze tak: „radykalizm w walce z państwem rośnie proporcjonalnie do radykalizmu wiary w naturalną dobroć człowieka”. Liberałowie są naiwni zdaniem Schmitta?
PN (9:34): Człowiek w dzisiejszym świecie jest człowiekiem bardzo wielu lojalności. Niektórzy są zrzeszeni w klubach dla brydżystów, inni są fanami futbolu, jeszcze inni noszą togi – czy będą to profesorowie, czy to będą księża, czy to będą sędziowie. Rzecz w tym, że gdzieś to państwo, które scalało, nadawało sens, ono się rozprasza... te innstytucje państwowe, one nie są silne, państwo zostało sprowadzone do roli ciecia nocnego. W takim państwie myślenie polityczne jest czymś bardzo trudnym, a jednak o człowieku należy myśleć w kategoriach politycznych ponieważ jest bardzo niebezpieczny. Dostojewski powiedział w Notatkach z podziemia, że żyć tak przyjemnie w harmonicznym świecie to bardzo jest miło, ale połamać coś, to też jest bardzo przyjemnie. Więc to nie jest tak, że jak człowiekowi zapewnimy komfort istnienia, on się z tym pogodzi raz na zawsze; nie, on wcześniej czy później to popsuje – taką już ma naturę. Schmitt mówi o jakimś takim antropologicznym residue, które chrześcijanie nazywali grzechem pierworodnym, czy po prostu złem jakie człowiek gdzieś przechowuje w sobie i to jest niereformowalne w żaden sposób.
BS (11:06): Mało tego, on dodaje, że prawdziwe koncepcje polityczne, to są właśnie te, które opierają się na twierdzeniu o złu, radykalnym złu człowieka, albo przynajmniej jego kłopotliwości, problematyczności jego natury.
PN (11:16): Niech pani sobie wyobrazi myślicieli lewicowych, którzy by przyjeli takie założenie. Cały ten świat wartości lewicowych wówczas się rozpada. Schmitt jest głęboko religijnym myślicielem, jest teologiem politycznym, jest katolikiem. Dla niego myśl o jakimś zaklętym złu w człowieku jest czymś nieredukowalnym, powiedziałbym. I teraz, myśliciele lewicowi mówią, ale przecież wystarczy zreformować instytucje, wystarczy wyprostować to rosochate drzewo człowieczeństwa.
BS (11:54): ...drobna korekta...
PN (11:55): ...drobna, czy nie drobna korekta, można to zrobić. Przecież nikt nie jest naiwny. Jeżeli spróbujemy dokonać tej operacji na człowieku, to on sam nie przetrwa, to będziemy mieli do czynienia z innymi formami istnienia.
BS (12:09): Czy postęp, mierzony także dobrobytem nie oznacza, że dziś wojny są anachroniczne?
PN (12:15): Dziś tylko niewiele państw może sobie pozwolić na to żeby prowadzić wojny, ponieważ żeby prowadzić wojnę trzeba być do tego technologicznie przygotowanym, a to jest jak z medycyną, rzecz bardzo kosztowna, więc w stosunku do większości państw stosuje się działania policyjne, czy inaczej dyscyplinujące. To mogą być żołnierze, ale mogą też być instrumenty finansowe. Jest jeszcze coś takiego, czego powinniśmy na prawdę się bać, czyli broń masowej zagłady. Broń masowej zagłady, jak sama nazwa wskazuje, nie jest żadna bronią, ponieważ ona nie ma niczego bronić, może tylko unicestwić. To też jest, powiedziałbym, element jakiejś takiej gry politycznej, czy też element ułatwiający negocjacje polityczne, ale jako taka, to nie jest broń.
BS (13:09): Czego dzisiaj powinniśmy się najbardziej obawiać, i co powiedziałby Schmitt?
PN (13:12): Zawsze powinniśmy się obawiać najbardziej samych siebie. Nie powinniśmy się bać o siebie, ponieważ człowiek zawsze sobie poradzi, tylko samych siebie, takich jakimi jesteśmy, powinniśmy się obawiać tego jak bardzo jesteśmy ludźmi groźnymi, właśnie również dla samych siebie.

PASIECZNE  OPOWIEŚCI


Troszkę już mam, lecę po wiecej (1)

1 / 29 / 2019

Późnym latem 2018 roku wybierałem się z mojego kalifornijskiego matecznika do Polski. Podzieliłem się tą wiadomością z przyjacielem z Meksyku, z którym łączy mnie Matka Karmicielka, w której pobieraliśmy identyczne nauki, a ponadto kontynentalne braterstwo zachodniej półkuli, oraz podobne προβλήματα καρδιολογικής φύσης. Jak będziesz tam, to proszę, zajedź do ‘Pasieki Wielonek’, powiedział. Było po drodze, zajechałem. Łatwo jednak nie poszło. GPS dostał czkawki – niedziela rano, chwila po mszy świętej, może dlatego...?
Patrzę, ktoś starszawy w nieskazitelnym garniturze idzie w moją stronę. O adres pytam, a on z miną ludowego mędrca rzecze, “panie ja tu się urodziłem, ale nie mam pojęcia, natomiast tam pod sklepem, znajdziesz pan pijaków, takich jak ja oczywiście, ale cwańszych, to oni panu powiedzą.” Na szczęście GPS nagle ożył, może usłyszał...? Zaparkowałem przed pasieką i w tym momencie zaczęła się moja pogłębiona przyjaźń z miododajnym, błonkoskrzydłym owadem.

Paleolityczna pszczelarka (3)
Miód, żądło, ule i przysłowiowa pracowitość, to przeciętna głębia wiedzy o pszczelim świecie, który poprzez ponad sto milionów lat koewolucji ze światem kwiatów i ukształtowania 20 000 gatunków pszczół, pozostaje dla nas wciąż nadal słabo poznanym obszarem biologii. Miód i pszczółki były ważnym elementem mitologii różnych kultur, bóstwami ludów zamieszkałych na wszystkich kontynentach, z wyjątkiem Antarktydy, oraz źródłem artystycznej inspiracji od najdawniejszych czasów, ot jak choćby liczące około dziesięć tysięcy lat malowidło z Pajęczej Groty* w Hiszpanii, przedstawiające kobietę wybierającą z ula miód, naturalnie w towarzystwie śmigających wokół pszczół. Ta jaskiniowa pszczelarka, to doskonały pierwowzór pani Katarzyny Wielonek, pszczelarki w trzecim pokoleniu i autorki poniższego tekstu, którym rozpoczynamy cykl pasiecznych opowieści.

Jeśli najlepszy miód na świecie (moim zdaniem, bezdyskusyjnie naj-) oraz inne wyroby na bazie  pasiecznej produkcji są w obrębie waszych smaków i zainteresowań, to włączajcie GPSa i zawijajcie do Raciborowic Górnych. Detale adresowe, telefoniczne, i wszystko o wspaniałym miodzie kremowanym znajdziecie na stronie internetowej Pasieki Wielonek, ale najpierw życzę  słodkiego czytania!




 RZECZ  O  PSZCZOŁACH

Katarzyna Wielonek


Pszczelarstwo, jak żadna dziedzina rolnictwa, jest w wielkiej mierze strefą działania hobbystów.
Zajęcie to jest praktycznie otwarte dla wszystkich niemal osób, bez względu na wiek, płeć czy kondycję. I to pewnie jest przyczyną tego, że stosunkowo niewielu pszczelarzy prowadzi pasieki jako przedsięwzięcie komercyjne.

Tym nie mniej, prace pasieczne wymagają pewnego wysiłku fizycznego, a także głębokiego respektu do tych jakże maleńkich i pracowitych owadów oraz wiedzy o ich świecie. Potrzebny jest zatem pewien talent i umiejętność obserwowania pszczół, a nierzadko również spora doza intuicji.

Pszczelarstwo jest w znacznym stopniu sztuką, a nie tylko czystym rzemiosłem.

Egipski hieroglif pszczoły (4)
Pszczoła miodna (łac. Apis mellifera) prowadzi życie gromadne, to znaczy, że bytowanie każdego osobnika jest możliwe tylko w środowisku, jakie stwarza zespół tysięcy pszczół wzajemnie od siebie uzależnionych. Dlatego w hodowli pszczół mamy do czynienia raczej z pewną jednostką biologiczną, a nie pojedynczymi osobnikami. W skład pszczelej kolonii wchodzi jedna matka pszczela, nazywana królową oraz wiele tysięcy pszczół, tak zwanych robotnic. Od maja do sierpnia w rodzinie pojawiają się także męskie osobniki - trutnie, które powstają poprzez rozmnożenie partenogenetyczne. Dzieworództwo (partenogeza) polega na tym, że matka pszczela może składać oprócz jaj zapłodnionych, także niezapłodnione i to właśnie z tych drugich powstają samce - trutnie. Z praktycznego punktu widzenia, truteń nie ma ojca, ma za to dziadka! 

Rodzina, będąc w komplecie, jest zdolna produkować miód, a jej funkcjonowanie jest przez niektórych pszczelarzy porównywane do „komuny”, dużej wspólnoty osobników wiodących gromadne życie. Mowa tutaj o jednomyślnej strategii pszczelej rodziny oraz sprawiedliwym dysponowaniu zgromadzonymi zasobami w ramach dobra całej społeczności.

W zależności od pory roku, liczba pszczół w rodzinie waha się od 10 do 50 tysięcy! Podczas gdy królowa zajmuje się wyłącznie składaniem jaj, wszystkie pozostałe prace wykonują robotnice. Przewaga samic jest w pszczelej rodzinie normą i podstawą funkcjonowania. Dzieje się tak dlatego, że zadaniem trutni nie jest żadna inna czynność oprócz zapłodnienia matki. Nie zbierają pyłku lub nektaru, nie mają gruczołów woskowych i, co zaskakujące, nie potrafią się samodzielnie odżywiać - zdane są w pełni na łaskę i robotnic. Trwają jednak badania nad funkcjami społecznymi męskich osobników w rodzinie pszczelej. Wydaje się, że ich obecność wpływa korzystnie na produktywność i harmonijny nastrój w społeczności Apis mellifera.

Pszczoła pobierająca nektar z gryki (2)
Pszczoły robotnice mają zredukowane narządy rozrodcze, zatem nie są zdolne do kopulacji. W lotach weselnych, zwanych godowymi uczestniczy matka wraz z trutniami. Pszczele samce mają do spełnienia jedyną, ale krytyczną biologicznie rolę - zapłodnić królową w locie. Zwykle samica, której zdarza się to tylko raz w jej życiu, zostaje zapłodniona przez kilka, a nawet kilkanaście trutni, co w pojęciu dziedziczności, wpływa korzystnie na przyszłościową różnorodność genetyczną rodziny. W tym czasie pszczoły robotnice w zależności od wieku, mają sporo obowiązków, mianowicie: produkcja wosku, budowanie gniazda, pielęgnacja pszczół (robotnic, trutni i matki), zbiór pokarmu, czyszczenie i stróżowanie przed wylotkiem z ula. W pewnym momencie są również odpowiedzialne za eliminację trutni poprzez zagłodzenie i wypędzanie ich z gniazda . „Liga rządzi, liga radzi, liga nigdy was nie zdradzi.” Pojawia się w waszych głowach film pt. Seksmisja?

Będzie miodzik (1)
Każdego ciekawi moment powstawania miodu, nieprawdaż? Pamiętajmy, że wszystko zaczyna się od zbioru nektaru (wytwarzany przez kwiaty) bądź spadzi (wydaliny żerujących na roślinach mszyc, czerwców). Ciecz ta zbierana jest języczkiem do wola pszczoły. W trakcie jej spływania, surowiec miodowy staje się wzbogacony przez ślinę pszczoły, która z kolei zawiera inwertazę, enzym rozkładający cukier na glukozę i fruktozę. Pszczoła zbieraczka podaje następnie kroplę cieczy robotnicy, która dodaje swoją ślinę i pakuje do swojego wola. Tam pewna część surowca miodowego zostaje przetrawiona, a pozostałą nadwyżkę, pszczoła przynosi do ula i zwraca do komórek plastra. W komórce plastra miód dojrzewa około czterech dni, po czym inne robotnice zasklepiają go woskiem, będącym wydzieliną gruczołów woskowych, znajdujących się na brzusznej stronie pszczoły robotnicy. Taki proces powtarza się na okrągło, robią to robotnice, które mają rolę dbania o odpowiednie warunki w ulu, sprawiając tym samym odparowanie wody z miodowego surowca. Produkt powoli ulega zagęszczeniu, a cukry złożone ulegają rozłożeniu na cukry proste.

Pszczoła pobierająca nektar z facelii (2) 
Niezmiernie interesujący jest sposób poszukiwania przez pszczoły źródeł nektaru i/lub spadzi. Ze zmysłów, pszczoły mają znakomicie rozwinięty zmysł węchu - ma to istotne znaczenie dla efektywności poszukiwań pożytkowych. Kwiaty często przywabiają pszczoły swoim wyjątkowym zapachem. Ludzie również mają takie zdolności. Wystarczy wejść na pasieczysko mając na sobie swoje ulubione perfumy lub wodę kolońską. Nie zagrzejmy tam miejsca, a ucieczka sprintem jest murowana! Ponadto, pszczoły mają dodatkowo receptory zmysłu smaku także na „nogach”. Stąd, nawet przypadkowe postawienie nóg w pozbawionym zapachu syropie, generuje ich zainteresowanie.

Pokarm to nie tylko miód, ale również i białko, czyli pyłek kwiatowy. Pszczoły-zbieraczki przynoszą pyłek do ula w koszyczkach (zagłębieniach goleni tylnych nóg), formując go w tak zwane obnóże. Są to grudki zwilżone odrobiną miodu lub nektaru. Obnóże jest składowane w komórkach plastra, a pszczoły nielotne, pracujące w ulu, zwilżają je miodem i dosłownie ubijają. Pyłek kwiatowy jest niezbędny dla rodziny pszczelej i jej rozwoju. Dla ludzi również jest to produkt odżywczy, ponieważ oprócz białek, zawiera on także tłuszcze, węglowodany, składniki mineralne i witaminy, czyli samo zdrowie! Tym niemniej, pszczoły tylko w niewielkim stopniu odżywiają się świeżym pyłkiem, są natomiast jego koneserami w postaci pierzgi. To właśnie ten ubity, zakonserwowany i sfermentowany w cieple ula materiał jest jednym z najlepiej wyposażonych w składniki odżywcze pokarmów jakie spotykamy w naturze. Pierzga jest dla pszczół tym, czym dla nas jest chleb, stąd też bywa nazywana „chlebem pszczelim”.

Czeremcha zwyczajna (2)
Innym niezwykle pożytecznym dla ludzi surowcem jest kit pszczeli, zwany propolisem. Pszczoły używają go do uszczelniania gniazda, zasklepiania otworów, a my stosujemy między innymi do łatania pęknięć pudeł rezonansowych instrumentów muzycznych oraz jako składnik preparatów do konserwacji lakierów samochodowych. Jednocześnie, pod względem fizycznym, jest to kleiste żywiczne ciało i aktywny środek leczniczy, który ma solidne właściwości bakteriostatyczne i odkażające.

Do swojej obrony pszczoły używają żądła. Młode robotnice posiadają niewiele jadu, dopiero wraz z wiekiem jego ilość zwiększa się. Żądło po wbiciu się w ofiarę wyrywa się z ciała pszczoły, powodując tym samym jej śmierć, a u ofiary ból. Usunięcie tego „sztylecika” nie należy do łatwych, a im szybciej się go pozbędziemy, tym mniejszy obrzęk ciała. Mimo trującego działania i bólu, jad pszczeli miał od najdawniejszych czasów zastosowanie w medycynie ludowej. Dzisiaj nazywany jest coraz częściej lekiem przyszłości, stąd pojawienie się apitoksynoterapii, innymi słowy, metody leczenia wielu schorzeń jadem pszczelim.

Pszczoła pobierająca nektar z nawłoci, polskiej mimozy (2)
Mimo ogromu zajęć, w coraz szybciej rozrastającej się liczebnie rodzinie, nie wszystkie robotnice znajdują zatrudnienie. Nagromadzają się przy tym w gnieździe młode pszczoły, a przez ich ilość namnaża się mleczko pszczele, które jest wydzieliną bardzo istotną dla ich rozwoju – karmione nim są larwy robotnic i trutni przez pierwsze dni życia, a także matka pszczela. Mleczko pszczele jest gęstą substancją o dobroczynnych właściwościach nie tylko dla pszczół, ale również dla człowieka. Jednak jego nadmiar w rodzinie pszczelej nie jest dla niej korzystny. Przez szereg wyżej wymienionych czynników, dołączając do tego genetyczne uwarunkowanie, następuje naturalny podział rodziny zwany rójką. Ten sposób rozmnażania się pszczół jest bardzo efektywny, ponieważ na naszych oczach następuje podział ogromnej kolonii, z reguły na dwie rodziny pszczele. Stara matka opuszcza ul z mniej więcej połową osobników, zazwyczaj krótko przed wygryzieniem się młodej matki z matecznika, założonego przez pszczoły robotnice. Wychodzeniu roju z ula towarzyszy bardzo silne podniecenie owadów, aż do momentu kulminacyjnego, kiedy to pszczoły całą chmarą wylatują razem ze starą matką, zwykle w poszukiwaniu schronienia na pobliskie drzewo.

Schemat się powtarza, młoda królowa po wygryzieniu się z matecznika udaje się na lot godowy. Tworzy ona swoją świtę, zapętlając tym samym cały cykl biologii tychże owadów.

Pszczoła z pyłkiem pszczelim na obnóżkach (2)
Pszczoły niewątpliwie stanowią bardzo ważny element środowiska. Za zapylenie jednej rośliny odpowiada aż kilka gatunków owadów, są to trzmiele, pszczoły dzikie oraz pszczoły miodne. Na świecie zapylają one 70 procent gatunków roślin, gwarantując w ogromnym stopniu wzrost wielkości plonów. Pszczołom zawdzięczamy sporą część tego, co znajdujemy codziennie na talerzu - wiele owoców, warzyw i naszą ulubioną kawę. Bez pszczół, ponad 30% roślin uprawnych nie trafiłaby na nasze stoły, chyba że dalibyśmy radę zapylić je przy pomocy nowoczesnej technologii. Pszczółki drony już pracują, dokonując eksperymentalnych zapyleń krzyżowych. Tylko, czy taka technicyzacja naturalnego procesu nie odbierze nam czegoś z kolorytu życia?

Z drugiej strony, musimy brać pod uwagę znaczny spadek populacji zapylaczy w ostatnich latach. Współczesnym problemem jest słaba odporność pszczół na choroby, która wiąże się z głęboką chemizacją naszego środowiska. Mamy jednak nadzieję, że te malutkie organizmy będą w stanie przystosować się do panujących warunków.
Aczkolwiek, to wyłącznie w naszej gestii jest abyśmy umożliwili sobie i pszczołom lepsze życie.
Ramka z zasklepionymi komórkami miodu (2)
_________________________________________
* - Cuevas de la Araña (wideo) - można łatwo włączyć polskie napisy
Zdjecia i ilustracje:
(1) - Krzysztof Onzol
(2) - Katarzyna Wielonek
(3) - źródło
(4) - źródło (edited)


 12 / 8 / 2026 POLSZCZYZNA Język polski jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Najdobitniejszym dowodem na to wydaje mi si...