ŁONO

11 / 17 / 2020
Spojrzenie od wewnatrz | Źródło/Source


Mój przyjaciel z miasta położonego nad Brdą, dowiedziawszy się onegdaj o moich zmaganiach archeologiczno-matematycznych, zauważył rezolutnie: „umiesz liczyć; licz na archeologię”.  Geniusz, po prostu geniusz, pomyślałem, bo o ile wiem, z matematyką daleko poza słupki nie wyjechał, a z archeologią skończył jeszcze w poprzednim tysiącleciu. No, a mimo to, popatrzcie raz jeszcze jak on to zgrabnie poskładał: „umiesz liczyć; licz na archeologię”. Jakiś czas później wysłałem do moich przyjaciół po fachu pewien artykuł omawiający znalezisko gadżetu erotycznego sprzed 250 lat, wydobytego z latryny przy 18-wiecznej szkole fechtunku w Gdańsku. Skórzany był, wypełniony włosiem, z drewnianą główką, dwudziestocentymetrowy, ten gadżet oczywiście. Mój przyjaciej znad Brdy, archeolog z poprzedniego tysiąclecia, tak się napalił po tym artykule, że napisał do mnie co następuje: „umiesz pie...lić; pie...l archeologię). Co jest, wszystko Ci się kojarzy z archeologią?!”  Uff, zagrzałem się nieco takim podejściem do umiłowania staroci. Postanowiłem więc odpowiedzieć na zadane pytanie tak: nie, nie wszystko, ale wiele, bardzo wiele i dlatego zamierzam uzupełnić gdańskie znalezisko penisa, tracką cipką z Rodopów. Rzecz jest monumentalna i w sposób absolutnie przekonywujący dowodzi co tak na prawdę rządzi światem w każdym momencie jego istnienia. Otóż, we wschodnich Rodopach, w okolicy uścia Borovitsy do rzeki Arda, na wysokości siedmiuset metrów nad poziomem morza natura umieściła, wedle nomenklatury amerykańskiej feministki, Eve Ensler, „splot mocy”, czyli waginę z detalami.  Zapraszam w okolice i do środka.

Źródło/Source

Penetracja jaskiń jest marzeniem każdego archeologa, zapewniam. Ta, o której opowiadam, zwana Utroba, po naszemu Łono, od tysięcy lat zachęcała do wejścia w jej 22 metrowy kanał, na końcu którego już 3000 lat temu Trakowie zbudowali ołtarz w miejscu przypominającym szyjkę macicy bogini płodności. Metrowej szerokości i 30-centymetrowej wysokości ołtarz ma na środku mały otwór, do którego raz w roku, na przełomie lutego i marca, dokładnie w południe, przez „okno” w sklepieniu jaskini wpada promień słoneczny, kreując falliczny cień, jaki dociera do domniemanego otworu szyjki macicy na ołtarzu, zapładniając symbolicznie macicę bogini przed wiosennymi siewami.

Biorę głęboki wdech i zastanawiam się czy mój przyjaciel znad Brdy, ten archeolog z poprzedniego tysiąclecia, mijajac srom Jaskini Łono sromałby się, truchtając dnem jakoby pochwy ku swojemu spełnieniu na onym trackim ołtarzu? Nie wiem i nie zamierzam dopytywać, ale że seksi figle były mu w głowie, wiem z autopsji. Byłem świadkiem jak przekonywał koleżanki z roku iż na mezolitycznym stanowisku archeologicznym, wśród drapaczy, skrobaczy odłupków i wiórów krzemiennych, odkopały mezolityczny kondom. Faktycznie odkopały, tylko że dzień wcześniej on go tam zakopał – mówił, że nieużywany, ale szczegóły to tylko on znał...no i do dzisiaj mówi to samo.

1. Dygresja lingwistyczna w nawiazaniu do detali zewnetrznych: pojecie „srom” w językach słowiańskich oznacza wstyd, hańbę i niesławę... Pytanie: dlaczego? aa
2. Pytanie z nadzieją na odpowiedź w komentarzach: o czym świadczą zwarte uda Wenus z Willendorfu? a
3. Droga czytelniczko, jeśli dobrnęłaś tutaj, to czy patrząc na ten liczący 28 tysięcy lat gadżet znaleziony w jaskini Hohle Fels, w pobliżu niemieckiego Ulm (poniżej, po lewej): 
a. strachasz się; 
b. radujesz się;
c. szukasz słów żeby wyrazić oburzenie;
d. w ramach równouprawnienia domagasz się wstawienia zdjęcia kompatybilnego urządzenia, na przykład takiego jakie eksponuje niemal 40-tysięcy lat licząca piękność z tejże samej jaskini Hohle Fels?

 

Ale to jeszcze nie wszystko, bowiem dodatkowy smaczek łona trackiej bogini - matki zawiera się w zestawie szarapanów wyrzeźbionych w litej skale, nieopodal jaskini. Szarapany, z tureckiego sharap – wino, to niecki skalne do produkcji napoju bogów, które spijano w trakcie obrzędów inicjacyjnych i pewnie przy wszelkich innych okazjach, szczególnie tych związanych z płodnością. Nota bene, do dzisiaj wiele par mających problem z poczęciem dziecka, udaje się tam z błagalnymi modlitwami. Foreplay trwa zazwyczaj 40-60 minut, o tak, tyle bowiem zajmuje dojście do momentu, kiedy można rozpocząć penatrację. Czas wewnatrz to rzecz barczo osobista, jedni się śpieszą, inni przedłużają pobyt z nadzieją na rewelacyjny finał, a rezultat często potwierdza niezwykłą moc trackiej bogini matki.

No to co? Zanurzamy się?

Akt - klik, potem najazd na prawą ikonkę na wideo, otwórz ściągnięty plik, ale uważaj bo może Ci się zakręcić w głowie....😏




 WIARYGODNOŚĆ

 czyli słów kilka o uczciwości i prawdomówności,

albo bajdy Bidena

11 / 20 /2020

Źródło


Zacznijmy od definicji pojęcia „plagiat” >>>>>>>>>>>
Według Słownika Języka Polskiego jest to „wykorzystanie bezprawnie cudzego dzieła, pomysłu pod własnym nazwiskiem; także taki przywłaszczony pomysł, dzieło lub zapożyczenie”. Obszerność znaczeniowa pojecia „plagiat” każe mi odesłać czytelnika do wyjaśnień dostępnych w kilku językach tutaj, co w krótkim komentarzu można streścić następująco: polityk, naukowiec, biznesmen lub osoba publiczna po udowodnieniu popełnienia plagiatu, z reguły zostają zwolnieni z zajmowanego stanowiska. Zostaje stygma, trudności w znalezieniu pracy, zrujnowana kariera, kara finansowa, a nawet więzienie.



W 1987 roku Joe Biden szykował się do walki o fotel prezydencki (cytuję za Wikipedią – tłumaczenie moje).

Kinnock - kontrowersje 
"""Kandydatura Bidena wywołała poważne kontrowersje, które rozpoczęły się 12 września 1987 r. głośnymi artykułami w The New York Times i The Des Moines Register. Biden został oskarżony o plagiat przemówienia Neila Kinnocka, przywódcy Brytyjskiej Partii Pracy. Przemówienie Kinnocka, wygłoszone 15 maja 1987 r. na konferencji Walijskiej Partii Pracy , a następnie re-emitowane podczas wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii w 1987 r. odnosiło się zarówno do pochodzenia jego osoby, jak i osoby jego żony, Glenys. Mówił on: 

Dlaczego jestem pierwszym Kinnockiem od tysiąca pokoleń, który poszedł na uniwersytet? [Wskazując na swoją żonę na widowni zapytał:] Dlaczego Glenys jest pierwszą kobietą w swojej rodzinie od tysiąca pokoleń, która mogła dostać się na uniwersytet? Czy to dlatego, że wszyscy nasi poprzednicy byli głupkamii?

Przemówienie Bidena odnosiło się do niego i jego żony Jill i brzmiało następująco:

Przyjeżdżając tutaj, zacząłem się zastanawiać, dlaczego Joe Biden jest pierwszym z rodziny, który poszedł na uniwersytet? [Wskazując na swoją żonę na widowni zapytał:] Dlaczego moja żona, która jest tutaj obecna, jest pierwszą w swojej rodzinie, która poszła na studia? Czy to dlatego, że nasi ojcowie i matki nie byli bystrzy? Cz y to dlatego, że jestem pierwszym Bidenem od tysiąca pokoleń, który poszedł na studia i zdobył i stopień magistra, bo byłem mądrzejszy od reszty?

Biden następnie powtarzał inne części przemówienia Kinnocka, odnoszące się do umiejętności czytania i pisania poezji przez jego przodków, do ich siły do pracy całymi godzinami pod ziemią w kopalni, po której szli jeszcze grać w piłkę nożną, a także do limitacji wynikających z braku „platformy”, na której można byłoby się oprzeć.

Biden faktycznie cytował Kinnocka jako źródło wypowiedzi przy poprzednich okazjach, jednak ani 23 sierpnia, podczas debaty Partii Demokratycznej w trakcie odbywającego się Festynu Stanu Iowa, o czym donoszono, ani w wywiadzie z 26 sierpnia dla National Education Association nie odniósł się do oryginalnego źródła. Co więcej, podczas gdy w przemówieniach politycznych pewne idee i język są często zapożyczane z innych przemówień bez zgody mówcy, to wypowiedź Bidena została poddana uważnej kontroli, ponieważ sfabrykował pewne aspekty pochodzenia swojej rodziny tak, aby zachować styl wypowiedzi Kinnocka. 

Idąc dalej za plagiatem z Kinnocka, w San Jose Mercury News pojawiły się doniesienia o przemówieniu Bidena, wygłoszonym 3 lutego 1987 r. do przedstawicieli Partii Demokratycznej Stanów Zjednoczonych stanu Kalifornia, w którym zostały ponownie wykorzystane bez cytowania fragmenty z przemówienia Roberta F. Kennedy'ego z 1967 r. oraz o wygłoszeniu przez Bidena w 1985 i 1986 roku przemówień, które zawierały fragmenty przemówienia Huberta H. Humphreya z 1976 roku. W sprawie Kennedy'ego, która przyciągnęła większą uwagę, ponieważ istniały materiały filmowe z obu wersji, które telewizyjne programy informacyjne mogły odtwarzać równolegle, Pat Caddell stwierdził, że ponowne wykorzystanie bez podania kredytu było jego własną winą, i że nigdy nie poinformował Bidena o źródle materiału. Poinformowano również, że przemówienie w Kalifornii zawierało krótkie zdanie z inauguracyjnego przemówienia Johna F. Kennedy'ego wygłoszonego w 1961 roku.

Po tym, jak Biden wycofał się z wyborczej walki, wyszło na jaw, że przy innych okazjach prawidłowo cytował Kinnocka, jednak nie zrobił tego w przemówieniu w stanie Iowa, które zostało nagrane i przekazane reporterom przez doradców finalnego kandydata, Michaela Dukakisa.  Zaprzeczył on jakiejkolwiek wiedzy na temat wideo Kinnocka, zwolnił Johna Sasso, swojego menedżera kampanii i wieloletniego szefa sztabu, ale kampania Bidena nie była w stanie już odzyskać straconej pozycji.

Rewelacje naukowe
Podczas kontrowersji z plagiatem z Kinnocka dyskutowano o incydencie jaki miał miejsce w czasie pierwszego roku studiów Bidena w Syracuse University School of Law w 1965 roku. Biden otrzymał ocenę „F” (dwója - dopisek mój: KO) na zajęciach wprowadzających do metodologii prawnej za napisanie artykułu opierającego się niemal wyłącznie na jednym artykule z Fordham Law Review, z zaledwie jednym cytatem.  Później Biden dostał pozwolenie na powtórzenie tego kursu, zdając go z dobrą oceną. Mimo, iż ówczesny dziekan wydziału prawa oraz były profesor Bidena wykazali, że Biden zaczerpnął „fragmenty ciężkiej prawniczej prozy bezpośrednio” z omawianego artykułu, to incydent został zbagatelizowany. Biden powiedział, że było to nieumyślne, ponieważ nie znał prawidłowych zasad cytowania (wow, podziwiam szczerość studenta – KO). Po zakończeniu kampanii prezydenckiej Biden zwrócił się do Rady d/s Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego stanu Delaware o ponowne rozpatrzenie sprawy. 21 grudnia 1987 r., po wycofaniu się Bidena, zarząd uznał, że senator nie naruszył żadnych zasad, chociaż Biden ujawnił to orzeczenie dopiero w maju 1989 r. (jasne, swój swego kryje – KO) 

Zapytany przez jednego z mieszkańców stanu New Hampshire o jego stopnie podczas studiów prawniczych, Biden odpowiedział: „Myślę, że prawdopodobnie mam znacznie wyższe IQ niż ty, tak podejrzewam” a następnie mijając się z prawdą powiedział, że ukończył studia w „górnej połowie studentów swojego roku, że studiował prawo mając pełne stypendium, i że otrzymał dyplomy koledżu w trzech dziedzinach. W rzeczywistości otrzymał tylko jeden dyplom licencjata z podwójnym specjalizacją z historii i nauk politycznych oraz połowę stypendium w oparciu o potrzeby finansowe z dodatkową pomocą bazujacą częściowo na wynikach w nauce. Studia faktycznie ukończył jako 76-ty na 85 studentów na jego roku. Biden opublikował również swoje stopnie licencjackie, które nie były nadzwyczajne. 

Aktywizm młodzieżowy
Przed i w trakcie kampanii Biden miał tendencję do wymyślania swojej przeszłości jako uczestnik marszu zorganizowanego przez ruch praw obywatelskich. W przemówieniu w New Hampshire w lutym 1987 roku powiedział: „kiedy maszerowałem z ruchem praw obywatelskich, nie szedłem z 12-punktowym programem. Maszerowałem z dziesiątkami tysięcy innych, aby zmienić nastawienie [odnośnie praw obywatelskich -KO]. I zmieniliśmy to nastawienie”. Oświadczenia tego rodzaju były składane przez Bidena co najmniej od 1983 r.  Niepokoiły one doradców kampanii wyborczej, którzy wiedzieli, że nie reprezentują one prawdziwego wspomnienia przeszłości Bidena. Ten ostatecznie przyjął do wiadomości uwagę, ale nadal historię swoja przedstawiał tak samo. (de facto, nigdy osobiście nie uczestniczył w takich marszach o czym pisze Richard Ben Cramer w swojej książce “What It Takes”, wydanej w 1993 roku – KO).

W następstwie ujawnienia rewelacji dotyczących plagiatu Kinnocka i kłamstw dotyczących studiów, reporterzy przycisnęli Bidena co do tych spraw. Wtedy przyznał, że jego działalność była w rzeczywistości ograniczona do jednego incydentu w trakcie letniej pracy, kiedy dorabiając jako ratownik na basenie, dowiedział się o problemach z nierównościami rasowymi i dołączył do czarnych ratowników tworzących pikietę wokół lokalnego kina, które stosowało politykę segregacji rasowej. Biden powiedział: „ruch na rzecz praw obywatelskich był dla mnie przebudzeniem, nie w wyniku mojego udziału, ale w konsekwencji uświadomienia mi tego, co się dzieje”. Rozmawiając z reporterami, sprzeciwił się całości ich linii pytań, mówiąc: „widzę, że wszyscy wracacie i pytacie:„ no cóż, powiedz gdzie byłeś wtedy, senatorze Biden? ” Wiecie, myślę, że to kuriozalne. ... Inni maszerowali. Ja walczyłem o urząd."

Rezygnacja
W dniu 17 września 1987 r. Biden zorganizował konferencję prasową na Kapitolu Stanów Zjednoczonych, próbując odpowiedzieć na niewygodne pytania i pozostawić problemy za sobą. Przyznał, „zrobiłem kilka głupich rzeczy i znowu zrobię głupie rzeczy”, ale obiecał pozostać w wyścigu mimo wszystko. Kilku kolegów Bidena z senatu wsparło go w sprawie kontrowersji, w tym wieloletni reprezentant Demokratów Robert C. Byrd i republikanin Alan Simpson , którzy zacytowali przemówienie Theodore'a Roosevelta „ The Man in the Arena”.

Kiedy większość opinii publicznej nie zwracała jeszcze uwagi na żadną z kampanii, rewelacje dotyczące sprawy Kinnocka i akademickich nieścisłości nabrzmiały jednak i nabrały znaczenia z powodu małej ilości innych wiadomości dotyczących wyścigu do partyjnej nominacji. W ten sposób Biden wpadł w to, co dziennikarz Washington Post, Paul Taylor, określił jako trend tamtego czasu, mianowicie „test medialnej męki”. Jak powiedziała później Valerie Biden Owens: „To było tsunami”. Bidenowi brakowało silnej grupy społecznej lub politycznej, która pomogłaby mu przetrwać kryzys. Kontrowersje uderzyły również Bidena w jego najbardziej czułe miejsce, poprzez wytyknięcie mu braku mentalnej i werbalnej dyscypliny."""

Konkluzja
W tej sytuacji ambarasujacy wydaje się być fakt, że w kwestii poruszonej w ostatnim zdaniu, nic się nie zmieniło - ba - jest chyba gorzej. Pytanie narzuca się samo: jeśli "brak mentalnej i werbalnej dyscypliny" obserwowano u 44-latka, to czego można się spodziewać od gościa trzydzieści kilka lat później? Jasności umysłu, neskazitelnej logiki bazujacej na mentalnej i werbalnej dyscyplinie oraz efektywnej wielozadaniowości? Nie sądzę, ale po niby-kartezjańsku, jeśli mylę się, to tylko dlatego, że jestem - erro, quia ego sum.
I druga myśl - za plagiat lecą ze stanowisk profesorowie uczelni, doktoranci dostają wilcze bilety, artyści płaca horrendalne kary pieniężne, a senator amerykański w poczuciu bezkarności obnosi swoje mizerne IQ latami po izbach najwyższego organu przedstawicielskiego i zasadniczego organu władzy ustawodawczej w Stanach Zjednoczonych, potem zostaje wiceprezydentem na osiem lat, a dzisiaj szykuje się na fotel prezydencki. 


Wniosek nasuwa się iście orwellowski:
"wszystkie zwierzęta są równe,
ale niektóre są równiejsze".

Wobec powyższego
ogłaszam koniec demokracji w Ameryce! 



Witajcie w PUSA!

(PEOPLE'S UNITED STATES OF AMERICA)





11 /  3 / 2020


Przed pięciu laty napisałem artykuł (1), który chciałbym przypomnieć dzisiaj ponownie, a przy okazji zaproponować także przywołanie innych moich tekstów poświęconych Ignacemu Paderewskiemu. Uważam, że ponad pół wieku zaniedbań w docenianiu zasług współtwórcy porozbiorowej, odrodzonej Polski trzeba naprawić jak najszybciej. Od pewnego czasu dzieje się wokół osoby Ignacego Paderewskiego sporo dobrego, ale moim zdaniem wciąż nie na skalę jego wkładu w dzieło wskrzeszenia państwa. Animatorów działań odrodzeniowych było sporo i wielu poświęciło tej sprawie wszystko co posiadali, łącznie z ofiarą krwi, poniewierki, utraty majątku oraz życia. 

Sterników mieliśmy trzech – Piłsudskiego, Dmowskiego i Paderewskiego. Wszyscy trzej pracowali przez lata na rzecz restytuowania Polski i odegrali kluczowe role w nadawaniu Ojczyźnie kształtu. Na niwie politycznej wszakże, Paderewski „zdublował” współtowarzyszy, którzy wizerunkowo wypadali blado w oczach mocodawców nowego ładu narodów po wojnie, jaka miała zakończyć wszystkie wojny na świecie. Dla wersalskiego zgromadzenia strategów myśli politycznej, ustawiających w 1919 roku parówóz dziejowny na nowych torach, Paderewski, jako olimpijskiego kalibru artysta, emanujący wielką kulturą salonową i dziesiątki lat liczącymi przyjaźniami w pałacach, na dworach i w kuluarach politycznego establishmentu w Europie i Ameryce, był postacią wiarygodną. 

To jemu Konferencja zaufała w największym stopniu. To jemu Herbert Hoover dedykował pomoc rządu USA dla Polski w postaci 16 tysięcy wagonów i 550 barek rzecznych z towarami przywiezionymi do Gdańska już w lutym 1919 roku, a potem objęcie akcją pomocową ponad 300 tysięcy polskich dzieci oraz wspomaganie przez następne lata odbudowy życia gospodarczego państwa polskiego. Niech zatem ta 160 rocznica urodzin IJP przyniesie nowe, głębsze spojrzenie na wielowymiarowy walor działań Paderewskiego także w kontekście nadchodzącego w tym samym okresie Święta Niepodległości. 

Zapraszam do wspomnianych tekstów:











 10 / 11/2020

 PLUSKWIAK ODORE


Spotkałem kiedyś owada z rodziny tarczówkowatych.

‘Masz kamerę’, zapytał? ‘Mam’, mówię.
‘To trzaskaj fotki’, powiada; ‘wolę to od trzaskania podeszw’. 

Przedstawiam zatem osobnika zamieszkałego 
w północno-zachodnim Arkansas, zwanego popularnie „stink bug”, czyli „owad / insekt / pluskwiak śmierdziuszek lub odorek." 

 


 
Kliknij fotkę


W Polsce występują w 46, a na świecie w 4722 gatunkach.

Niektóre z tych odpornych na pestycydy, śmierdzących robaków, są szkodnikami stanowiącymi zagrożenie dla upraw bawełny, kukurydzy, sorgo, soi, krzewów winorośli, pewnych chwastów oraz ozdobnych drzew. Może więc dlatego, że one żrą, to w Meksyku pewne ich gatunki jada się pieczone, smażone, a także na surowo, w tym nawet jako żywe (widziałem!, ale nie jadłem) Podobno smak przypomina cynamon, czasami zaś mają gorzkawy smak lekarstwa. Niektóre służą do robienia salsy lub jako nadzienie do taco, a mielone do sosów.

Ponadto, te owady z podrzędu pluskwiaków różnoskrzydłych mają:
> 5- lub 4-członowe czułki;
> 3-członowe stopy;
> trichobotria odwłokowe umieszczone poprzecznie za przetchlinkami;
>grzbietowe parzyste gruczoły zapachowe odwłoka larw uchodzące między tergitami trzecim i czwartym, czwartym i piątym oraz piątym i szóstym;
> drugi segment odwłoka z przetchlinkiami przysłoniętymi pleurytami zatułowia;
> baryłkowate jaja z odczepialnym wieczkiem, czyli pseudooperkulum;
> a także następujące cechy apomorficzne:
a) sztywną fallotekę ze zbiorniczkiem ejakulacyjnym o stałej pozycji,
b) błoniastą część grzbietową ósmego segmentu odwłoka samców,
c) wezykę bez błony łączącej,
d) obecność triangulinu,
e) całkowite zlanie się drugiej pary walwiferów;
> u samic ząś występują:
a) oddzielone laterotergity dziewiątego segmentu odwłoka,
b) gonapofizy dziewiątego segmentu zredukowane i zlane z gonokoksytami,
c) dwa skleryty w okolicy wejścia do zbiorniczka nasiennego,
d) oraz brak gonangulum. 


Post scriptum 
Powiem szczerze, że "odczepialne wieczko jaja" wywołuje u mnie niezgłębione poczucie podziwiu dla natury - nie wiem dlaczego właśnie ono. Być może  dlatego, że walwifery wchodzące w skład nasadowego aparatu pokładełka są zdecydowanie mniej atrakcyjne, nie mówiąc o już zupełnie beznadziejnej, sztywnej fallotece ze zbiorniczkiem ejakulacyjnym.


 PRZEWRÓ T2.0

White House - Library of Congress

9 / 17 / 2020

Nie dalej niż dwa dni temu zaproponowałem opowieść (nie bajkę!) o planowanym puczu, wiadomo kiedy, wiadomo gdzie, a już mam potwierdzenie, może nawet zgrabniej sformułowane, że w politycznym piecu temperatura rośnie z każdym dniem. Mike Whitney na łamach The Unz Review: An Alternative Media Selection w artykule zatytuowanym Zdrada (Treason) zakrada się w ciemne zakamarki demokracji, która zjada swój własny ogon, by z pomocą 2500 słów doprowadzić obserwatorów życia politycznego do kompletnego wrzenia. Nie wierzycie? To przeczytajcie, a potem dyskutujcie, komentujcie, proszę!!!



„Naród może przetrwać swoich głupców, a nawet i tych ambitnych. Ale nie może przetrwać zdrady od wewnątrz. Wróg u bram jest mniej groźny, ponieważ jest znany i otwarcie nosi swój sztandar. Ale zdrajca swobodnie porusza się wśród tych, którzy są po wewnętrzej stronie bramy, a jego przebiegłe szepty szeleszczą we wszystkich zaułkach, słyszane nawet w samych salach rządowych.

Marcus Tullius Cicero 



Artykuł*

ZDRAD A
TREASON



Transition Integrity Project (TIP) to mroczna grupa elit rządowych, wojskowych i medialnych, które opracowały plan szerzenia chaosu i dezinformacji po wyborach prezydenckich 3 listopada br. Strategia ich wykorzystuje przypuszczalne opóźnienie w wyłonieniu zwycięzcy nadchodzących wyborów (ze względu na zalew głosów wysyłanych pocztą). Oczekuje się, że okres przejściowy zintensyfikuje działania partyzanckie, tworząc doskonałe warunki do rozpowszechniania propagandy i podżegania do przemocy ulicznej. Liderzy TIP uważają, że masowa mobilizacja pomoże im osiągnąć to, czego Russiagate nie było w stanie dokonać, czyli usunąć Donalda Trumpa poprzez nielegalny zamach stanu „wyczarowany" przez zakulisowych power brokerów i ich sojuszników demokratów. Oto trochę więcej tła z artykułu Chrisa Farrella z Gatestone Institute:

„W jednej z największych publicznych kampanii dezinformacyjnych w historii Ameryki - lewica i jej sojusznicy [ruchu] NeverTrumper (pod pseudonimem:„Transition Integrity Project”) opublikowali w sierpniu 2020 r. 22-stronicowy raport „gry wojenne” [czyli] cztery scenariusze kryzysu wyborczego: … W wyniku każdego scenariusza TIP następuje przemoc uliczna i polityczny impas.

Czy możliwe jest, że przywódcy amerykańskiej lewicy, wraz ze swoimi sojusznikami z NeverTrumper, byliby zajęci namawianiem do popierania i promowania przemocy ulicznej w odpowiedzi na wybory prezydenckie?
Odpowiedź brzmi: tak
…. spodziewajcie się przemocy po wyborach, ponieważ teraz jest to nowa „normalność”. („Jak ukraść wybory”, Gatestone Institute)

Farrell ma rację. Jak widać z wielu artykułów, które niedawno pojawiły się w mediach, Amerykanie są przygotowywani do zakwestionowania wyborów, wynik których podsyci niepokój i [wywoła] bunt opinii publicznej. To wszystko pasuje do ogólnej strategii TIP. Wybrani dziennikarze zostaną wykorzystani do dostarczenia fragmentów informacji, które posłużą interesom grupy do zapowiedzi, że wyborcy będą musieli spodziewać się długiego i przeciągającego się kryzysu konstytucyjnego. W międzyczasie media, przywódcy demokratów, zaufane elity i elementy społeczności wywiadowczej będą wywierać presję na Trumpa, aby ustąpił, jednocześnie rozpalając swoją bazę polityczną, aby wyjść na ulice. 22-stronicowy manifest TIP jasno pokazuje, że masowa mobilizacja będzie kluczem do zwycięstwa wyborczego. Oto fragment tekstu:

„Pokaz [naszej] liczbności na ulicach - i działania na ulicach - mogą być decydującymi czynnikami przy określaniu tego, co opinia publiczna postrzega jako sprawiedliwy i zgodny z prawem wynik”. (The Transition Integrity Project)

Innymi słowy, autorzy w pełni popierają demonstracje i wstrząsy polityczne, aby osiągnąć cel, jakim jest usunięcie Trumpa. Najwyraźniej zasada „spalonej ziemi” nie pochodzi od Joe Bidena, ale od cynicznych i żądnych krwi marionetek, które działają zza kurtyny i zrobią wszystko, aby przeprowadzić swój plan do końca.

To prawdziwa kolorowa rewolucja, której autorem i kolumną wspierającą są ci sami oligarchowie i ważniacy z „państwa w państwie” (deep state), którzy od samego początku sprzeciwiali się Trumpowi. Nie zamierzają ustąpić ani odwoływać swoich psów, dopóki praca nie zostanie wykonana. A kiedy opadnie kurz, Trump prawdopodobnie zostanie oskarżony, osądzony, skazany i uwięziony. Jego majątek zostanie przejęty, jego rodzina zostanie zrujnowana finansowo, a najbliżsi doradcy i sojusznicy zostaną postawieni przed sądem na podstawie sfabrykowanych zarzutów. Jeśli Trump przegra, nie będzie „eleganckiej zmiany” władzy. Będzie musiał zmierzyć się z knuciem gniewnych mandarynów, których frustrował przez ostatnie 4 lata. To ludzie, którzy oklaskiwali Saddama i Kadafiego, gdy zostali brutalnie zamordowani. Czy Trumpa spotka taki sam los jak ich?

Trump ma mniej niż dwa miesiące na zebranie zwolenników, zwrócenie uwagi na trwający obecnie spisek i wymyślenie sposobu obrony przed intrygantami dążącymi do puczu. Jeśli nie bedzie w stanie wykoleić zbliżającej się junty, to już jest ugotowany.

Warto zauważyć, że Transition Integrity Project (TIP) nie ma prawnego upoważnienia do wtrącania się w nadchodzące wybory. Nie zostali powołani przez żaden komitet kongresowy ani żaden organ rządowy nie aprobował ich natrętnych działań. Jest to w całości operacja „samotnego wilka”, której celem jest wykorzystanie luk w przepisach dotyczących kampanii wyborczych, aby podważyć zaufanie społeczne do naszych wyborów i wyrazić ich wściekłą wrogość wobec Donalda Trumpa. To powiedziawszy, przyjmijmy że ich sposób myślenia prawdopodobnie wpłynie na tych, którzy podzielają ich poglądy. Na pierwszej stronie „Podsumowania wykonawczego” piszą:

„Oceniamy z dużym prawdopodobieństwem, że listopadowe wybory naznaczone będą chaosem prawnym i politycznym. Oceniamy również, że prezydent Trump prawdopodobnie zakwestionuje wynik zarówno środkami prawnymi, jak i pozaprawnymi, próbując utrzymać władzę. ”(Tamże)

To krótkie stwierdzenie stanowi podstawowe uzasadnienie istnienia grupy. Przedstawia uczestników jako bezstronnych obserwatorów wykonujących swój obywatelski obowiązek poprzez obiektywną analizę ćwiczeń (gier wojennych?), które wskazują, że Trump zakwestionuje wyniki wyborów w desperackiej próbie utrzymania się przy władzy. Nic dziwnego, że grupa nie dostarcza dowodów na to, że prezydent zareaguje tak, jak myślą. W rzeczywistości ich hipoteza wydaje się niezwykle naciągana, biorąc pod uwagę fakt, że Trump nie ma swojej milicji, żadnej prywatnej armii i bardzo niewielu sojuszników wśród klasy politycznej, społeczności wywiadowczej, FBI, wojska lub „państwa w państwie”. Kto dokładnie według tej grupy pomógłby Trumpowi utrzymać się przy władzy: Bill Barr, Larry Kudlow, Melania?

W tej analizie nie ma nic „bezstronnego”. To partyzancki bełkot, mający na celu zdyskredytowanie Trumpa przy jednoczesnym stworzeniu pretekstu do przeprowadzenia przeciwko niemu zamachu stanu. Oto kolejna próbka „obiektywnej analizy” TIP ze strony pierwszej manuskryptu:

„Transition Integrity Project (TIP) został uruchomiony pod koniec 2019 roku w obawie, że administracja Trumpa może próbować manipulować, ignorować, podważać lub zakłócać przebieg wyborów prezydenckich w 2020 roku i proces transformacji. TIP nie zajmuje stanowiska co do tego, jak Amerykanie powinni oddawać swoje głosy, ani co do prawdopodobnego zwycięzcy nadchodzących wyborów; każdy z głównych kandydatów partii mógłby zwyciężyć w listopadowych wyborach bez uciekania się do „brudnych sztuczek”. Jednak administracja prezydenta Donalda Trumpa stale podważała podstawowe normy demokracji i praworządności oraz przyjmowała liczne skorumpowane i autorytarne praktyki. Stanowi to poważne wyzwanie dla tych - z którejkolwiek ze stron - którzy są zaangażowani w zapewnienie wolnych i uczciwych wyborów, pokojowych zmian władzy i stabilnej ciągłości administracyjnej w Stanach Zjednoczonych ”.(Tamże)

Jasne? Innymi słowy (parafrazując) „Trump jest skorumpowanym dyktatorem, który nienawidzi demokracji i rządów prawa, ale to tylko nasza bezstronna opinia. Proszę, niech to nie wpłynie na Twój głos. Chcemy tylko mieć pewność, że wybory przebiegną gładko”.

Jak zauważyliśmy, nienawiść do Trumpa przenika cały 22-stronicowy dokument, a to z kolei podważa wiarygodność autora do przedstawiania swojego projektu jako bezstronnej analizy potencjalnych problemów w nadchodzących wyborach. Ani w podejściu do tych problemów ani w zalecanych środkach zaradczych nie ma nic jednoznacznego. To partyzancki projekt wymyślony przez złośliwe elity, które gardzą Trumpem i które planują usunąć go z urzędu wszelkimi możliwymi sposobami.

Zatem, czy wiemy, kim są liderzy tej grupy (TIP)?

No wiec, wiemy kim są ich dwaj główni rzecznicy: to Rosa Brooks - profesor prawa w Georgetown i współzałożycielka Transition Integrity Project oraz emerytowany pułkownik profesor Lawrence Wilkerson, specjalista w dziedzinie polityki publicznej w College of William & Mary oraz szef personelu byłego sekretarza stanu Colina Powella. Według artykułu Whitney Webb:

(Rosa) Brooks… była doradcą Pentagonu i Departamentu Stanu kierowanego przez Hillary Clinton podczas administracji Obamy. Wcześniej była także radcą generalnym prezesa Open Society Institute, części Open Society Foundations (OSF), kontrowersyjnej organizacji finansowanej przez miliardera George'a Sorosa. Zoe Hudson, która jest dyrektorem TIP, jest także byłą czołową postacią w OSF, pełniąc funkcję starszego analityka politycznego i łącznika między fundacjami a rządem USA przez 11 lat.

Powiązania OSF z TIP są czerwoną flagą z wielu powodów, mianowicie ze względu na fakt, że OSF i inne organizacje finansowane przez Sorosa odegrały kluczową rolę we wzniecaniu tak zwanych „kolorowych rewolucji” w celu obalenia rządów krajów niezaangażowanych, szczególnie podczas administracja Obamy. Przykłady powiązań OSF z tymi wymyślonymi „rewolucjami” obejmują Ukrainę w 2014 r. I „Arabską Wiosnę”… ..

Oprócz powiązań z administracją Obamy i OSF, Brooks jest obecnie naukowcem w Modern War Institute w West Point, gdzie koncentruje się na „związkach między wojskiem a polityką wewnętrzną”, a także na Programie Innowacyjnej Polityki Uniwersytetu Georgetown. Obecnie jest kluczową postacią w udokumentowanym, kierowanym przez OSF, dążeniu do „skapitalizowania” uzasadnionych wezwań do reformy policji, aby uzasadnić utworzenie federalnej policji pod pozorem de-finansowania i/lub eliminacji lokalnych wydziałów policji. Zainteresowanie Brooks „zacierającą się linią” między wojskiem a policją jest godne uwagi, biorąc pod uwagę jej wcześniejsze poparcie dla wojskowego zamachu stanu w celu usunięcia Trumpa ze stanowiska oraz późniejszy wniosek TIP, że wojsko „może” będzie musiało wkroczyć, jeśli Trumpowi uda się wygrać w 2020 r. wyborach, zgodnie z „grami wojennymi” grupy opisanymi powyżej.

Brooks jest również starszym członkiem think tanku New America. W deklaracji misji New America odnotowano, że organizacja koncentruje się na „uczciwej konfrontacji z wyzwaniami spowodowanymi przez szybkie zmiany technologiczne i społeczne oraz wykorzystywaniu możliwości, jakie te zmiany stwarzają”. Organizacja jest w dużej mierze finansowana przez miliarderów z Doliny Krzemowej, w tym Billa Gatesa (Microsoft), Erica Schmidta (Google), Reida Hoffmana (LinkedIn), Jeffreya Skolla i Pierre'a Omidyara (eBay). Ponadto otrzymała miliony bezpośrednio od Departamentu Stanu USA w celu zbadania „rankingu praw cyfrowych”. Warto zauważyć, że spośród tych sponsorów Reid Hoffman został przyłapany na „wtrącaniu się” w ostatnie prawybory Partii Demokratycznej, aby podważyć kandydaturę Berniego Sandersa podczas wyborów parlamentarnych w Iowa, podczas gdy inni, tacy jak Eric Schmidt i Pierre Omidyar, są znani z bliskich powiązań z rodziną Clintonów, a nawet mają powiązania z kampanią Hillary Clinton w 2016 r. ”(„Bipartisan” Washington Insiders ujawniają swój plan chaosu, jeśli Trump wygra wybory, Unlimited Hangout )

Czy można bezpiecznie powiedzieć, że Rosa Brooks jest marionetką Sorosa nadzorującą kolorową rewolucję w Stanach Zjednoczonych, której celem jest obalenie Trumpa i zastąpienie go marionetką z demencją o imieniu Joe Biden?

Wydaje się, że tak uważa politolog Paul Craig Roberts. Oto, co powiedział w ostatnim poście na swojej stronie internetowej:

„ Przedstawiłem dowody na to, że kompleks wojskowy i bezpieczeństwa (KWB), korzystając z mediów i demokratów, zamierza zmienić listopadowe wybory w kolorową rewolucję… Dowody na przygotowywanie kolorowej rewolucję są obficie dostarczane przez CNN, MSNBC, New York Times , NPR, Washington Post i liczne strony internetowe finansowane przez CIA oraz fundacje i korporacje, za pośrednictwem których KWB działa ...… Wszystkie te organizacje medialne kreują w umysłach Amerykanów przekonanie, że Trump nie opuści urzędu, jeśli przegra, lub że ukradnie wybory, wobec czego musi zostać wypędzony z urzędu.

… Ponieważ Antifa i Black Lives Matter są już doświadczone w gwałtownych protestach, zostaną ponownie wypuszczone na ulice amerykańskich miast, gdy pojawi się wiadomość o zwycięstwie Trumpa w wyborach. Media wyjaśnią przemoc jako niezbędną do uwolnienia nas od tyrana i podobnie jak Partia Demokratyczna, złośliwie popierają siłowe rozwiązania, a CIA zapewni, że przemoc jest dobrze finansowana….

… Co zrobi ponownie wybrany prezydent Trump, kiedy Secret Service odmówi odparcia Antify i Black Lives Matter, gdy naruszą ochronę Białego Domu?…

Amerykańska demokracja jest bliska swojego końca na zawsze, a światowe media ogłoszą to wydarzenie jako udane obalenie tyrana”. (Rewolucja kolorów w Ameryce, Paul Craig Roberts)

Innym z czołowych rzeczników TIP jest emerytowany pułkownik Lawrence Wilkerson, który w niedawnym wywiadzie złożył to odkrywcze oświadczenie:

„Pozwólcie, że powiem tylko kilka rzeczy, które tam publikujemy. Wśród tych rzeczy bardzo ważne są media, zwłaszcza media głównego nurtu. Nie mogą działać tak, jak zwykle postępują w odniesieniu do wyborów. Muszą odegrać dokonanie przewrotu już w noc wyborczą. Nie mogą ogłaszać jakiegoś stanu, takiego jak Pensylwania, dla jednego lub drugiego kandydata, kiedy Pensylwania prawdopodobnie będzie mieć jeszcze tysiące głosów do policzenia. Tak więc media muszą przygotować dobrze swoje działania i postepować zupełnie inaczej niż zwykle”.

(UWAGA: Innymi słowy, Wilkerson nie chce, aby media stosowały się do normalnych protokołów dotyczących relacji z wyborów, ale aby dostosowały swoje relacje do celów spiskowców puczu. Czy on brzmi jak ktoś, kto jest zobligowany do obiektywnego przedstawiania wydarzeń czy raczej chce, aby reporterzy kształtowali wiadomości zgodnie z wytycznymi jego własnego programu? Oto nieco więcej od Wilkersona :)

„Po drugie… dowiedzieliśmy się również, że pracownicy sondaży muszą być młodsi. W całym kraju rozpoczęliśmy ruch, którego celem jest szkolenie młodych ludzi. Mieliśmy naprawdę szczęście, jeśli chodzi o wolontariuszy, którzy będa ankieterami. Dowiedzieliśmy się na przykład w Wisconsin, że pracownicy sondaży mają przeważnie ponad 60 lat. Wielu z nich się nie pojawiło, ponieważ bali się COVID-19. I tak Wisconsin przeszedł z około 188 lokali wyborczych do około 15. To katastrofa ”. („Ta „gra wojenna” pokazuje, co się stanie, jeśli prezydent zakwestionuje wybory ", WBUR)

Dlaczego Wilkerson tak wiele obiecuje sobie po młodych ludziach, których wyszkolił do pełnienia funkcji ankieterów? Czy nie brzmi to trochę podejrzanie, zwłaszcza z punktu widzenia zapracowanego partyzanta, który skumał się z grupą, jakiej jedynym celem jest pokonanie Trumpa? I dlaczego autorzy manifestu TIP tak chętnie ujawniają swoje prawdziwe intencje?  Zauważmy:

„W tym roku prawdopodobnie nie będzie „nocy wyborczej”; Oczekuje się, że bezprecedensowa liczba wyborców skorzysta z kart do głosowania pocztowego, co prawie na pewno opóźni zatwierdzenie wyniku o kilka dni lub tygodni. Opóźnienie daje kampaniom, mediom i innym osobom okazję do poddania w wątpliwość integralności procesu i eskalacji napięć między rywalizującymi obozami. Z prawnego punktu widzenia kandydat, który nie chce ustąpić, może zakwestionować wybory w styczniu.… .. ”(tamże)

A więc to jest GryPlan, co? Spiskowcy puczu chcą zakwestionowanych wyborów, które przeciągają się tygodniami, pogłębiają podziały wśród ludności, podważają zaufanie do systemu wyborczego, podżegają do zaciekłych walk ulicznych w miastach w całym kraju i dają obozowi Bidena czas na zmobilizowanie swoich zasobów politycznych w Kongresie by zorganizować konstytucyjny atak na Trumpa.

Czy możemy przynajmniej nazwać tę zdradę właściwym słowem: ZDRADA - „zbrodnia zdrady własnego kraju poprzez próbę obalenia rządu?”

Owszem, jeśli ci to odpowiada…..
____________________________________________________
* tłumaczenie moje

PRZEWRÓ T


9 / 15 / 2020

Kilka dni temu na portalu The American Mind, internetowej publikacji The Claremont Institute, poświęconej ideom, które kierują naszym życiem politycznym, ukazał się artykuł Michaela Antona, wykładowcy i pracownika naukowego Hillsdale College w Waszyngtonie, Claremont Institute w Kalifornii, i byłego urzędnika ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji Trumpa. 




Artykuł

NADCHODZĄCY
ZAMACH STANU

 
The Coming Coup*

wywołał na tyle głebokie poruszenie i rezonans w kręgach komentatorów życia politycznego w USA, że tydzień później zespół redakcyjny The Amerian Mind poczuł się zobligowany do opublikowania obszernej noty zatyułowanej "Zatrzymać zamach stanu" (Stop the Coup), którą zamieszczam w oryginale pod tekstem Michaela Antona.

Liczę na lawinę komentarzy...


DEMOKRACI PRZYGOTOWUJĄ
REWOLUCJĘ NA NASZYCH OCZACH
 

Jakby rok 2020 nie był już wystarczająco szalony, teraz demokraci i ich szefostwo z klasy rządzącej otwarcie mówią o zorganizowaniu zamachu stanu. Można było to przeoczyć, z zamieszkami, izolacją i innym codziennym zamentem, jaki musimy znosić w tym najgorszym roku w moim życiu. Ale to się dzieje.

Zaczęło się od niejawnej zachęty wysokich wojskowych do nie wykonywania rozkazów prezydenta. Wspierało ich wielu byłych generałów - w tym pierwszy sekretarz obrony prezydenta Trumpa – który otwarcie oświadczył to, co wojskowe szefostwo tylko łagodnie sugerowało. Następnie, gdy na początku czerwca doszło do zamieszek w całym kraju, urzędujący sekretarz obrony niemalże publicznie powiedział prezydentowi, aby nie wcielał w życie ustawy o stanie wyjątkowym (Insurection Act). Jego domniemana wiadomość brzmiała: „Panie prezydencie, proszę nie kazać nam tego robić, bo tego nie zrobimy, bo wie pan, co się potem stanie ”.

Wszystko to podchwycił z radością Joe Biden, który natychmiast porzucił wszelkie subtelności. Były senator Stanów Zjednoczonych (przez 26 lat) i wiceprezydent (przez osiem lat) nie raz, nie dwa, ale trzykrotnie zapewnił z przekonaniem, że wojsko „eskortuje [Trumpa] z Białego Domu expedycyjnie”, jeśli prezydent odmówi opuszczenia go. Inny były wiceprezydent, Al Gore, publicznie się zgodził się z tym poglądem.

Można odrzucić takie komentarze, jako bredzenie pacjenta z demencją i byłego kandydata na prezydenta, który nigdy nie przezwyciężył własnej porażki w wyborach. Ale zanim to się zrobi, warto zastanowic się również nad tym. Otóż, latem do prasy celowo wyciekła historia o spotkaniu, na którym 100 demokratów, grupa byłych republikanów przeciwnych Trumpowi oraz innych aparatczyków z klasy rządzącej zebrało się (za pieniądze George'a Sorosa), aby „rozważyć” różne wyniki wyborów w 2020 roku. . Jednym z takich wyników byłoby wyraźne zwycięstwo Trumpa. W takiej sytuacji były szef sztabu Białego Domu Billa Clintona, John Podesta, wcielajac się w Bidena, odmówił ustąpienia i naciskał na te stany, w których Trump wygrał, aby wysłali demokratów na formalne głosowanie w Kolegium Elektorów z nadzieją, że wojsko zajmie się resztą.

W ujawnionym raporcie z tych ćwiczeń doszło pojawił się mroczny wniosek, wedle którego „rozwiązania technokratyczne, sądy i poleganie na elitach przestrzegających norm nie są w tym wypadku odpowiedzią”, zapewniając, że to, co nastąpi po listopadowych wyborach, będzie „walką uliczną, a nie batalią prawną”.

Jeszcze dwie dodatkowe informacje (spośród kilku, które można byłoby podać). Latem dwóch byłych oficerów armii, obaj prominentni w popieranym przez demokratów świecie think tanków zajmujących się „bezpieczeństwem narodowym”, napisało list otwarty do przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów (Joint Chiefs), w którym wezwali go do wysłania 82. Dywizji Powietrznodesantowej, aby wyciągnąć prezydenta Trumpa z Gabinetu Owalnego dokładnie o 12:01 po południu, 20 stycznia 2021 r. 

Około miesiąc później Hillary Clinton oświadczyła publicznie, że Joe Biden nie powinien poddawać wyborów „pod żadnym pozorem”. Stary anglicysta we mnie interpretuje słowo „żadnym” jako „nie”, „ani jeden”, „nada”, „niente”, „zero”, „figa z makiem”, „nic”… pojmujecie.

Nie brzmi to jak retoryka partii politycznej przekonanej, że wygra nadchodzące wybory.

MASKARADA W PEŁNYM ŚWIETLE

Te pozycje to tylko krótka, ale reprezentatywna lista tego, co Byron York nazwał ostatnio „zamach stanu w stylu porno”. York wydaje się uważać, że to tylko nieszkodliwe fantazjowanie ze strony klasy rządzącej i jej demokratycznych sług. W przypadku niektórych z nich to bez wątpienia prawda. Ale dla nich wszystkich? Nie jestem tego taki pewien.

W swojej słynnej, wyczerpującej dyskusji o spiskach Machiavelli robi wszystko, co w jego mocy, aby podkreślić niezbędność „bezpieczeństwa operacyjnego” - czyli milczenia - do osiągnięcia sukcesu. Pierwsza zasada konspiracji jest taka, że nie mówi się o spisku. Druga zasada spisku jest taka, że nie mówi się o spisku .

Dlaczego więc demokraci - publicznie - mówią o spisku?

Ponieważ wiedzą, że aby to się udało, nie może to wyglądać na spisek. Muszą teraz zaszczepić w opinię publicznej przekonanie, że bezprawne i nielegalne usunięcie prezydenta Trumpa ze stanowiska będzie w jakiś sposób jego winą.

Mniejsza o dokuczliwy szczegół, że prezydent odmówiłby opuszczenia Białego Domu tylko wtedy, gdyby był przekonany, że wygrał zgodnie z prawem. Pamiętajmy: Biden w żadnych okolicznościach nie powinien ustępować.

Druga część planu polega na tym, by wyprodukować wystarczającą liczbę głosów wyhodowanych legalnie lub nie - aby przechylić na swoją stronę stany będace na granicy zwycięztwa, albo też kwestionować wyniki w tych stanach i nalegać, bez względu na to, co mówi wynik, że Biden je wygrał. Najgorszy scenariusz (dla kraju, ale nie dla klasy rządzącej) polegałby na tym, że wyniki kilku stanów byłyby tak niejednoznaczne i głęboko dyskusyjne, że nikt nie mógłby powiedzieć, kto wygrał. Oczywiście to nie powstrzymałoby demokratów przed upieaniem się, że wygrali.

Publiczne przygotowania do tego już nawet się rozpoczęły: potoki tekstów i postów w mediach społecznościowych „wyjaśniają”, w jaki sposób w wyborczy wieczór, mimo że wszystko może wyglądać jakby wygrał Trump, to stany niejednoznaczne co do wyniku przechylą się na stronę Bidena, kiedy wszystkie wysłkowe karty do głosowania zostaną „policzone” . ”

Trzecim elementem jest przygotowanie ogromnej i głośnej machiny propagandowej demo-lewicy do wojny. Ten wyciekły raport wzywał demokratów do zidentyfikowania „kluczowych wpływowych osób w mediach i wśród lokalnych aktywistów, którzy mogą wpływać na postrzeganie polityczne i mobilizować do działań politycznych… i [którzy mogliby] ustalić wstępne zobowiązania do odgrywania konstruktywnej roli w przypadku spornych wyborów”. To znaczy takich, którzy ryczeliby z „kołchoźników”, że „Trump przegrał”. W tym momencie można więc bezpiecznie założyć, że jeśli Trump nie wygra w sposób przekonywujacy, taki którego nie da się obejść oszukując i/lub zaprzeczyć zmasowaną operacją propagandową, to każdy demokratyczny polityk i organ medialny będzie właśnie to wrzeszczeć.

ZATRZYMAĆ PRASĘ 

Co wtedy? Założenie Podesty jest takie, że wojsko stanie po stronie demokratów. Istnieją powody, by się obawiać, że mogą. Administracja Obamy przeznaczyła znaczną część kapitału politycznego na oczyszczenie korpusu oficerskiego z każdego, kto nie był zainteresowany jego programem i promowanie wyłacznie tych, którzy byli po jego stronie.

Mimo wszystko, ustalenie wyniku wyborów byłoby najbardziej otwartą polityczną ingerencją ze strony naszej rzekomo apolitycznej armii i jest prawdopodobne, że szefostwo wojskowe nie będzie chciało swojego cichego poparcia dla klasy rządzącej ujawnić. Wspomniany przewodniczący stwierdził już, że wojsko „nie odegra żadnej roli” w wyniku wyborów. To prawdopodobnie nie jest tylko ułudą, ale można się zastanawiać, czy stanowisko takie się utrzyma, biorąc pod uwagę oczywistą próbę wpłynięcia na myślenie wojskowych przez ludzi takich jak Jeffrey Goldberg w jego niedawnym eseju na łamach magazynu The Atlantic.

Czy demokraci mogą polegać na Tajnych Służbach (Secret Service), w kwestii wyprowadzenia Trumpa? Mam co do tego wątpliwości. Widziałem Służby z bliska; oni naprawdę są (lub zdecydowanie wydają się być) apolityczni. Mają zadanie do wykonania: chronić prezydenta, kimkolwiek jest. Funkcjonariusze traktują tę pracę bardzo poważnie. Jeśli nie uwierzą, że Trump przegrał, nie sądzę, że można na nich liczyć, żeby go usunęli. Z drugiej strony, gdyby byli przekonani, że przegrał ale odmawia opuszczenia Białego Domu - scenariusz jaki uważam za trudny do wyobrażenia sobie, choć demokraci upierają się iż jest wysoce prawdopodobny - to jest to możliwe, że Służby mogłyby wejść do akcji.

Poza tym, co pozostało? Przypominam zdanie z gry wojennej demokratów: „walka uliczna”. Innymi słowy, powtórka z tego lata, tylko w dużo, dużo większym wymiarze. Podkręcenie propagandowego hałasu do poziomu bolesnego dla naszych bębenków słuchowych i wypełnienie ulic każdego większego miasta „protestującymi”. Unieruchomienie kraju i głoszenie tylko jednego hasła: „Trump musi odejść”.

To znaczy coś, co stało się znane jako „kolorowa rewolucja”, czyli dokładnie taki sam schemat postępowania, jaki stosuje amerykańskie „państwo w państwie” (deep state) w innych krajach, których przywództwo im się nie podoba, co obecnie dzieje się na Białorusi. Usuń przywódcę - nawet wybranego - poprzez agitację i nazwij to „demokracją”.

Wydarzenia ostatnich miesięcy mogą być interpretowane jako próba kolorowej rewolucji, która nie zyskała wystarczającej siły, lub jako próbny rozruch przed jesieią. Czy administracja Trumpa jest przygotowana?

Oto jedna rzecz, którą mogliby zrobić: rozegrać własny scenariusz „gry wojennej”, tak aby rozpoznać możliwości i zminimalizować niespodzianki. Powinni rozmawiać z ludźmi wewnątrz i na zewnątrz rządu, którym całkowicie ufają, aby uzyskać jaśniejsze wyobrażenie o tym, kto w środku nie zgodzi się na zamach stanu, a kto się doń przyłączy.

Muszą także skonfigurować lub wzmocnić kanały komunikacji, które nie są uzależnione od mediów ani wielkich technologii. Gdy klasa rządząca powie, że narracja brzmi „Trump przegrał”, wszystkie konta prezydenta w mediach społecznościowych zostaną zawieszone. Kanały telewizyjne, prawdopodobnie z wyjątkiem Fox News, odmówią ujawnienia wszystkiego, co powie. Bądźmy pewni, że tak sie stanie. Zatem Trump będzie potrzebował sposobu, aby porozmawiać z Amerykanami i musi ten sposób znaleźć teraz.

Dla nas najważniejszą rzeczą, jaką możemy zrobić, jest podniesienie świadomości. Jeśli jest to spisek w celu usunięcia z urzędu prezydenta Trumpa, nawet jeśli wygra, to oni o tym mówią właśnie po to abyś, gdy to do tego dojdzie, był gotowy uznać, że nie był to żaden spisek; masz za to winić prezydenta.

Nie daj się ogłupić!

_____________________________________
* - tłumaczenie moje

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


STOP
THE COUP


It’s time to unmask the Revolution.

Michael Anton’s new article “The Coming Coup?” went viral almost as soon as we posted it a week ago today. This is not simply because figures like Lara Logan, Mollie Hemingway, Newt Gingrich, Dan Bongino, and the editors of the New York Post took note. It spread because concerned citizens began sharing it throughout the nation. We could tell it was especially effective because so many in the mainstream media maintained studious radio silence.

But hyperventilating ruling-class supporters of the Biden/BLM/Antifa coalition did predictably lash out. The epitome of these reactions is an article in New York magazine’s Intelligencer, by political columnist Ed Kilgore, entitled “Trump Backers Make Case for Stealing Election, Before Biden Gets the Chance.”

The title itself reveals the stubborn simplicity of the Democratic Party’s coup narrative. Their elites have worked themselves and their base into a frothing lather of existential fright. In article after article, liberal intellectuals and activists have been talking for months about how Trump could steal the election or refuse to leave the White House even if he loses. But if the Right dares to point out that Democrats are actually changing the rules of the electoral process and actually speaking publicly about refusing to concede even if they lose, well, this only proves that the Right is going to steal the election and refuse to concede if they lose!

In reality, of course, Anton and others are simply trying to shine a light on what Democrats are now openly declaring in public.

Kilgore frames Anton’s essay as part of an effort among conservatives to spread the craaaazy idea that Democrats’ obsessive focus on mail-in voting is part of a panicky effort to throw the election, not a good-faith scheme to protect people from coronavirus. Let’s leave aside the fact that no less an establishment authority than the Atlantic admits the voting booth is as safe as the grocery store. In fact, says Kilgore, echoing the new establishment narrative, so many legitimate Biden votes may come flooding in by mail after the in-person voting is through that the election will turn around all on its own.

Every major media outlet is now full of supposed expert authorities—even Mark Zuckerberg recently got into the act—telling the American people that the rule changes Democrat apparatchiks are pushing throughout the nation are totally normal. But as elections expert Hans Von Spakovsky pointed out in these pages, “what is clear from all of these lawsuits is that the Democrats and these organizations are trying to change the rules governing the administration of the November election” midstream while Republicans are trying to “preserve the status quo.” (If you want to understand what the Democrats are up to, give Spakovsky’s “Democrats Versus the Vote” a close read.)

Kilgore likes to present himself as a reasonable man. But how are voters supposed to respond when the message from the Democrat Party is “our lawsuits to change the way we’ve always voted in the middle of a tumultuous election season are not part of a partisan cheat. Oh, but one more thing: America needs to understand that while it might very well look like Trump won on election night, due to our new rules votes will be counted for weeks afterward and then our candidate will probably win.”

More significantly, Kilgore sidesteps outrageous statements from leftist activists and Democrat Party royalty indicating they do not plan to concede even if Trump wins. There is no elephant in a corner here. There is a donkey in the middle of the room. So what if Kilgore thinks that ackshually Democrats will concede the election if Trump wins? The problem is that this is not what Democrats are saying.

As Anton and even Kilgore observe, Hillary Clinton and company have already put Biden and Harris on notice—along with the rest of us—that the Democrat ticket must refuse to concede, no matter how lopsided the loss. Is this report from the Daily Beast wrong? “Inside the coalition, there is dispute over whether Biden should even concede if he wins the popular vote but loses the Electoral College…. The Transition Integrity Project noted that there would be immense pressure on Biden to fight it out.” You get that? Even if Trump wins the Electoral College and therefore the presidency, like every other President in American history, the Left is preparing to—to what, exactly?

As TIP co-founder Rosa Brooks wrote in the Washington Post, “with the exception of the ‘big Biden win’ scenario, each of our exercises reached the brink of catastrophe, with massive disinformation campaigns, violence in the streets and a constitutional impasse”—almost as if the party of chaos is the one whose powerful ideologues run the media, the mobs, and the deep state. We’ve already seen what “mostly peaceful” unrest looks like. But the Daily Beast article tells us “the larger game plan is to apply pressure through mass mobilization.” Given the long list the article provides, every left-leaning group in the nation is seemingly coordinating for “mass public unrest.”

But that’s not all. There are also those on the Left who would threaten secession from the United State of America rather than live in an America in which President Trump won reelection. Granted, “there were mixed opinions over what to do.”

“It’s the hardest scenario,” the source said. “It’s 2016. But it’s that plus all Trump has done on voter suppression. So I think there is a question but I think both sides are going to fight this till the very end.” And what, we asked, was the very end? “I don’t know,” the official replied.

The left elite press has sure gotten the message: it’s Trump and his followers who “may” steal the election. Democracy dies in orangeness—even if voters overwhelmingly agree that orange man is, in fact, good.

Ed Kilgore is not worried about any of this. His concern, he says, is that “if conservative opinion leaders convince each other and a big segment of Trump voters that Biden won’t accept a constitutionally legitimate loss, that’s all it may take to rob the 2020 presidential election of legitimacy.” Buddy. Pal. Robbing the presidency of legitimacy is the full-time job of your side since, er, before Trump took office. Do you remember your colleague Jonathan Chait’s deranged essay and its totally not insane conspiracy theory graphic about how the President of the United States was a Russian agent and Putin was his handler?

No matter. Kilgore is deeply concerned that if the Republicans mistakenly believe what the Democrats are saying and doing is real, the Republicans might refuse to concede the election and then “all hell really could break loose.” You mean, like, riots and stuff? Ed, your side is doing that already, and telling us they plan more of it. Lots more.

Still, Kilgore has one good suggestion: “Joe Biden could stop this toxic cycle of conspiracy theories justifying conspiracies by clearly announcing he will accept a clear Trump Electoral College win.” To do so, Ed, he’d have to speak specifically to the people in his own party who are saying they do not want him to do so. These are the “Democrats” you acknowledge in your next sentence—the Democrats for whom accepting the result of a legitimate election “offends” (your word, not ours).

Will Joe Biden and Kamala Harris tell Clinton, Pelosi, and now General Mattis to stop speaking about what sounds an awful lot like orchestrated insurrection? Of course they won’t. They won’t even tell BLM and Antifa to stop burning down American cities.

Rest assured that if the American Right spoke like this, the feds would start investigating. Then again, if the politics was reversed, BLM and Antifa would be considered domestic terror groups.

What is to be done? Republicans need to directly address and denounce the problem, and everyone must press Democratic leaders to do the same.

There is no way out of the coming cataclysm without Republican leaders closing ranks against the coup—and making clear that all Americans who join them will be well-supported in doing so.

As Andy Busch writes in “Sleepwalking into Secession,

Those who find the Podesta Gambit [in which John Podesta, playing Biden, refused to concede his loss in a TIP war game] troubling need to shine the brightest possible spotlight onto it. To the highest degree possible, Joe Biden must be pressed as soon as possible to disavow it, whether in the form of pushing for the appointment of alternative electors, holding the election hostage to drastic constitutional change, or (above all) using threats of secession as a weapon.
Likewise, the actual governors central to Podesta’s hypothetical strategy (in California, Oregon, Washington, Wisconsin, Michigan, and North Carolina) must be challenged to put on record a pledge to reject that path. Kamala Harris, as a Californian, should face the same questions. These are simple questions. Do you reject threats of secession to get your way electorally? Will you pledge not to appoint electors contrary to the vote of the people of your state?

As Busch warns, “it is before votes are cast, not after, that maximum pressure will be on Biden and his co-partisans to behave in ways that do not repel swing voters. Once the votes are in, the party base will carry the most weight, and the pressure they will exert (as Podesta acknowledged in the simulation) will all be in the direction of driving out Trump by any means necessary.”

Today’s incessant scaremongering that a defeated Trump will barricade himself in the White House—the Nation devoted its latest cover story to this phony fever dream—is a smokescreen from party bigs scrambling to plan for just the opposite. Progressive radicals have spent years assembling a nationwide machine for legitimizing their switch-flip to autocratic rule. The full apparatus of that machinery—the media, the mobs, the deep-staters—is being leveraged to intimidate and disorient the people into accepting a Biden coup. Now is the time for Americans to make it known we won’t let our country be treated this way.

Republican leaders who love America more than they fear the ruling class will do the same.
 of The American Mind

8 / 30 / 2020

IDENTYFIKATOR

The US CDC's COVID-19 laboratory test kit


Piątego sierpnia, 2020 roku o godzinie 1:29 po południu, profesor Roman Zieliński, genetyk i biolog ewolucyjny, opublikował na FB rzecz, która nastepuje poniżej napisanej 16 dni później  odpowiedzi na krytykę z jaką się spotkał w mediach. Ta odpowiedzią jest wstęp. Odwrócona chronologia ma sens, zapewniam.

Profesor Zieliński:
„Przestrzeń publiczna jest ostatnio zawłaszczona przez testy RT-qPCR podobno identyfikujące koronawirusa. To nic, że wyniki fałszywie pozytywne i fałszywie negatywne są na porządku dziennym. Medialni eksperci jak mantrę powtarzają, że testy są wiarygodne i dlatego na ich podstawie zarządza się kwarantannę. To nic, że nieszczęśnicy, na których padło otrzymują na przemian wyniki pozytywne i negatywne niemal jak w rosyjskiej ruletce. Autorytety z profesorskimi tytułami i stopniami doktorskimi natychmiast rzucają się na takowego wątpiącego zarzucając mu, że był niezbyt pilnym studentem, nie starcza wiedzy, aby zrozumieć i opisać PCR. Gdy owi eksperci dowiadują się, że mają do czynienia z osobami, które mają wieloletnie doświadczenie z reakcją PCR przeprowadzając tysiące reakcji wszelakiego typu (PCR, RT-PCR, qPCR), optymalizując je, projektując setki starterów, wykorzystując całe spektrum metod genetyki molekularnej (biblioteki, sekwencjonowanie, markery, mapowania, metody genetyki populacyjnej, bioinformatyki i wiele innych) analizując genomy rozlicznych roślin, zwierząt i mikroorganizmów również w ramach międzynarodowych projektów, gdy dowiadują się, że ten wątpiący to nie student pierwszego roku, ale specjalista z udokumentowanym dorobkiem oraz stopniami i tytułami, pojawiają się zarzuty o brak etyki i chęć kreowania się na gwiazdę. 

Niestety żaden wyznawca wiarygodności testów PCR na koronawirusa nie chce jakoś podjąć merytorycznej dyskusji. Po napisaniu kilku inwektyw na ogół obraża się na utytułowanego wątpiącego i żegna z nim chyba tylko dlatego aby dalej się nie kompromitować. Wystarczy bowiem prześledzić kilka zestawów diagnostycznych do wykrywania koronawirusa aby specjalista genetyki i biologii molekularnej nie miał wątpliwości, iż ta reakcja nie ma szans bycia specyficzną. Prawie na każdym etapie reakcji popełniane są błędy, które skompromitowałyby każdego biologa molekularnego, gdyby zastosował je w swoich badaniach. Tymczasem procedurę według zestawów diagnostycznych stosuje się powszechnie do testowania ludzi, czasami wbrew ich woli. Czyżby więc firmy produkujące zestawy diagnostyczne tak bardzo się myliły i dostarczały testów niewłaściwych?. 

Firmy doskonale znają ograniczenia produkowanych przez siebie testów. Dlatego każdy jest opatrzony magicznymi słowami ‘for research use only’ (tylko dla badań). Wczytując się dalej w ulotki dołączone do zestawów diagnostycznych dowiadujemy się, że test wykrywa „SARS-Cov2 jak również inne powiązane z SARS wirusy infekujące nietoperze” (Roche), „służy do rozróżniania betakoronawirusów” (RealStar Altona), ‘wykrywa wirusa grypy H1N1, adenowirusy, Mycoplasma pneumonie, Chlamydia pneumonie’ (Creative Diagnostics). Ten ostatni test nawet nie wymienia koronawirusa. Nie przeszkadza to firmie rekomendować go jako >SARS-CoV-2 multiplex RT-qPCR<. Każda z firm produkujących zestaw diagnostyczny wyraźnie zaznacza, że 'test nie ma zastosowania w diagnostyce'. I tak Roche stwierdza: ‘these assays are not intended for use in the diagnosis of coronavirus infections’, podobnie Altona: ‘not for use in diagnostic procedures’, i wreszcie Creative Diagnostics: ‘the product is not intended for diagnosis use’. Innymi słowy producenci testów wyraźnie zaznaczają, że nie służą one do diagnostyki infekcji koronawirusem. 

Właściwie na tym należałoby sprawę zamknąć, nie dyskutować o ograniczeniach testów gdyż wprawny genetyk molekularny poradzi sobie z nimi. Testy są przeznaczone do badań, zatem diagnozowanie choroby na ich podstawie jest nielegalne. Jakim więc prawem zamyka się ludzi w aresztach domowych na podstawie testów, które nigdy nie powinny być stosowane w diagnostyce? Dlaczego, jako społeczeństwo zgadzamy się na dyktat tych, dla których nie ma znaczenia nie tylko nasza wolność, ale także nasze zdrowie? Jaka jest wartość wyników uzyskanych na podstawie testów, które w zamierzeniu miały zastosowanie tylko laboratoriach badawczych? Ponieważ testy stworzone na potrzeby badań laboratoria badawcze opuściły to mamy rosyjską ruletkę na plusy i minusy.” 



Przejdźmy do części zasadniczej; profesor Zieliński opowiada: 

Pewnego razu…

Pani Doktor, internista w miejscowym Centrum Medycznym zmagała się z przewlekłym kaszlem, który niepokoił zarówno Panią Doktor jak i współpracowników. Objawy Pani Doktor były tym bardziej niepokojące, że jej koleżanka, Epidemiolog w miejscowym szpitalu zmagała się z przeziębieniem. W połowie kwietnia podobne objawy, tj. kaszel, gorączkę i trudności w oddychaniu zaobserwowano u pozostałych pracowników szpitala. Wkrótce blisko 1000 pracowników szpitala zostało poddanych testom i odsuniętych od pracy do momentu uzyskania wyników. Spośród testowanych, u 142 osób, w tym u Pani Doktor i Pani Epidemiolog stwierdzono poważną chorobę dróg oddechowych, szpital prewencyjnie zamknięto i ogłoszono epidemię. Wdrożono środki bezpieczeństwa. Zainfekowani zostali odsunięci od pracy na kilka miesięcy na podstawie wyników testów PCR, które wskazywały na niebezpiecznego patogena. Podobne objawy oraz początek epidemii zaobserwowano w innych miastach.

Jaka choroba wystąpiła u w opisywanych przypadkach? Odpowiedź wydaje się oczywista: COVID-19 wywołany przez koronawirusa.

Niestety muszę wszystkich zmartwić: to nie COVID-19, to nie koronawirus, to nawet nie jest rok 2020.

Prezentowana sytuacja miała miejsce w Dartmouth oraz w Bostonie przeszło 10 lat temu (2007 r.). A jak to się skończyło?

Otóż po 8 miesiącach od wykonania testów PCR szpital przyznał się, że był to fałszywy alarm. Pracownicy cierpieli na zwykłe przeziębienie, które na podstawie testów PCR zostało zakwalifikowane jako choroba spowodowana pałeczką krztuśca, groźnym patogenem, który w latach 1940 powodował zakażenia u dzieci. Zdarzenie zostało opisane w The New York Times w artykule pod znamiennym tytułem: „Wiara w szybki test prowadzi do epidemii, której nie było” (Kolata Gina. 2007. Faith in Quick Test Leads to Epidemic that Wasn’t) jako przestroga przed zbytnim poleganiem na testach molekularnych. Niestety w 2020 r. zapomniano o tej przestrodze i na podstawie wątpliwych metodycznie testów zamknięto gospodarki a z ludzi uczyniono niewolników.

Tymczasem już w 2007 r.przestrzegano przed nadmierną wiarą w wyniki testów PCR czyli testów opartych o łańcuchową reakcję polimerazy (ang. Polymerase Chain Reaction). Reakcja PCR polega na namnożeniu materiału genetycznego (DNA) w milionach kopii przy pomocy specjalnego enzymu, polimerazy DNA. W przypadku koronawirusa, którego materiał genetyczny stanowi RNA, stosuje się odmianę reakcji PCR tzw. RT-PCR, która w uproszczeniu polega na przekształceniu RNA wirusa w DNA (tzw. cDNA – komplementarne DNA), a następnie namnożeniu pozyskanego cDNA. Problem w tym, że PCR służy do namnażania czystego DNA, a więc uzyskanego z wyizolowanego wirusa tzn. takiego, który nie jest pobrany łącznie z tkankami ludzkimi. Jeżeli reakcji PCR poddamy materiał nieoczyszczony to namnoży się wszystko co możliwe, a więc zarówno materiał genetyczny koronawirusa, innych wirusów, a nawet człowieka. Nawet stosując reakcję specyficzną dla danego genu koronawirusa nie unikniemy namnożenia homologów genów koronawirusowych (czyli genów podobnych), które występują u innych wirusów, bakterii, a także u człowieka. Tym samym, pobierając materiał genetyczny w postaci wymazu z tkanek ludzkich nie mamy pewności co wykrył test. Czy jest to faktycznie gen wirusa czy może homolog ludzki, bakteryjny? Ponadto reakcja PCR nie pokazuje czy mamy do czynienia z cząstkami mogącymi wywołać infekcję czy jedynie z pozostałościami po zetknięciu się z koronawirusem lub wirusami podobnymi.

Artykuł z 2007 r. zwrócił uwagę, że metody molekularne, w tym PCR są technicznie wymagające i nie nadają się do szybkich testów będąc bardzo podatnymi na błędy. Należy mieć sporą wprawę w stosowaniu testów PCR oraz sporą wiedzę w interpretacji ich wyników. Warto zwrócić uwagę, że reakcja PCR jest trudna do standaryzacji, gdyż wyniki zmieniają się w zależności od laboratorium, typu termocyklera (urządzenie do PCR) a także użytych odczynników, w tym pochodzenia polimerazy DNA. W Dartmouth pospiesznie wyciągnięto wnioski z testów PCR. Każda kaszląca osoba była poddawana testom, które często dawały wyniki fałszywie pozytywne i wykrywały pałeczkę krztuśca. Nikt nie zaprzątał sobie głowy potwierdzaniem wyniku za pomocą tradycyjnych metod. Szpitale w New Hampshire i Vermont okazały się bardziej podejrzliwe. Wyniki testu PCR starano się potwierdzić hodowlą bakterii. Okazało się, że we wszystkich podejrzanych przypadkach bakterie nie wyrosły. Nie było epidemii tylko zwykłe przeziębienie.

Obecnie mamy do czynienia z podobną sytuacją jak ta opisana w 2007 r. w USA. Obserwujemy ślepą wiarę w testy PCR. Media, alarmującym tonem podają liczbę zakażeń wykrywanych każdego dnia. Tylko czy te zakażenia oznaczają chorobę? Czy jesteśmy pewni, że mamy do czynienia z koronawirusem? Żaden pojedynczy test nie może być uważany za dowód absolutny choroby, zwłaszcza test PCR. Z pewnością testy PCR nie mogą stanowić podstawy do ogłaszania epidemii, gdyż wówczas opierałaby się ona bardziej na wierze i strachu niż na naukowych podstawach.


>>>>>>>>>>>>>


Dla zainteresowanych, oryginalny artykuł w języku angielskim znaleziony w dziale ‘Health’ The New York Times’a



Jan. 22, 2007

Dr. Brooke Herndon, an internist at Dartmouth-Hitchcock Medical Center, could not stop coughing. For two weeks starting in mid-April last year, she coughed, seemingly nonstop, followed by another week when she coughed sporadically, annoying, she said, everyone who worked with her.

Before long, Dr. Kathryn Kirkland, an infectious disease specialist at Dartmouth, had a chilling thought: Could she be seeing the start of a whooping cough epidemic? By late April, other health care workers at the hospital were coughing, and severe, intractable coughing is a whooping cough hallmark. And if it was whooping cough, the epidemic had to be contained immediately because the disease could be deadly to babies in the hospital and could lead to pneumonia in the frail and vulnerable adult patients there.

It was the start of a bizarre episode at the medical center: the story of the epidemic that wasn’t.

For months, nearly everyone involved thought the medical center had had a huge whooping cough outbreak, with extensive ramifications. Nearly 1,000 health care workers at the hospital in Lebanon, N.H., were given a preliminary test and furloughed from work until their results were in; 142 people, including Dr. Herndon, were told they appeared to have the disease; and thousands were given antibiotics and a vaccine for protection. Hospital beds were taken out of commission, including some in intensive care.

Then, about eight months later, health care workers were dumbfounded to receive an e-mail message from the hospital administration informing them that the whole thing was a false alarm.

Not a single case of whooping cough was confirmed with the definitive test, growing the bacterium, Bordetella pertussis, in the laboratory. Instead, it appears the health care workers probably were afflicted with ordinary respiratory diseases like the common cold.

Now, as they look back on the episode, epidemiologists and infectious disease specialists say the problem was that they placed too much faith in a quick and highly sensitive molecular test that led them astray.

Infectious disease experts say such tests are coming into increasing use and may be the only way to get a quick answer in diagnosing diseases like whooping cough, Legionnaire’s, bird flu, tuberculosis and SARS, and deciding whether an epidemic is under way.

There are no national data on pseudo-epidemics caused by an overreliance on such molecular tests, said Dr. Trish M. Perl, an epidemiologist at Johns Hopkins and past president of the Society of Health Care Epidemiologists of America. But, she said, pseudo-epidemics happen all the time. The Dartmouth case may have been one the largest, but it was by no means an exception, she said.

There was a similar whooping cough scare at Children’s Hospital in Boston last fall that involved 36 adults and 2 children. Definitive tests, though, did not find pertussis.

“It’s a problem; we know it’s a problem,” Dr. Perl said. “My guess is that what happened at Dartmouth is going to become more common.”

Many of the new molecular tests are quick but technically demanding, and each laboratory may do them in its own way. These tests, called “home brews,” are not commercially available, and there are no good estimates of their error rates. But their very sensitivity makes false positives likely, and when hundreds or thousands of people are tested, as occurred at Dartmouth, false positives can make it seem like there is an epidemic.

“You’re in a little bit of no man’s land,” with the new molecular tests, said Dr. Mark Perkins, an infectious disease specialist and chief scientific officer at the Foundation for Innovative New Diagnostics, a nonprofit foundation supported by the Bill and Melinda Gates Foundation. “All bets are off on exact performance.”

Of course, that leads to the question of why rely on them at all. “At face value, obviously they shouldn’t be doing it,” Dr. Perl said. But, she said, often when answers are needed and an organism like the pertussis bacterium is finicky and hard to grow in a laboratory, “you don’t have great options.”

Waiting to see if the bacteria grow can take weeks, but the quick molecular test can be wrong. “It’s almost like you’re trying to pick the least of two evils,” Dr. Perl said.

At Dartmouth the decision was to use a test, P.C.R., for polymerase chain reaction. It is a molecular test that, until recently, was confined to molecular biology laboratories.

“That’s kind of what’s happening,” said Dr. Kathryn Edwards, an infectious disease specialist and professor of pediatrics at Vanderbilt University. “That’s the reality out there. We are trying to figure out how to use methods that have been the purview of bench scientists.”

The Dartmouth whooping cough story shows what can ensue.

To say the episode was disruptive was an understatement, said Dr. Elizabeth Talbot, deputy state epidemiologist for the New Hampshire Department of Health and Human Services.

“You cannot imagine,” Dr. Talbot said. “I had a feeling at the time that this gave us a shadow of a hint of what it might be like during a pandemic flu epidemic.”

Yet, epidemiologists say, one of the most troubling aspects of the pseudo-epidemic is that all the decisions seemed so sensible at the time.

Dr. Katrina Kretsinger, a medical epidemiologist at the federal Centers for Disease Control and Prevention, who worked on the case along with her colleague Dr. Manisha Patel, does not fault the Dartmouth doctors.

“The issue was not that they overreacted or did anything inappropriate at all,” Dr. Kretsinger said. Instead, it is that there is often is no way to decide early on whether an epidemic is under way.

Before the 1940s when a pertussis vaccine for children was introduced, whooping cough was a leading cause of death in young children. The vaccine led to an 80 percent drop in the disease’s incidence, but did not completely eliminate it. That is because the vaccine’s effectiveness wanes after about a decade, and although there is now a new vaccine for adolescents and adults, it is only starting to come into use. Whooping cough, Dr. Kretsinger said, is still a concern.

The disease got its name from its most salient feature: Patients may cough and cough and cough until they have to gasp for breath, making a sound like a whoop. The coughing can last so long that one of the common names for whooping cough was the 100-day cough, Dr. Talbot said.

But neither coughing long and hard nor even whooping is unique to pertussis infections, and many people with whooping cough have symptoms that like those of common cold: a runny nose or an ordinary cough.

“Almost everything about the clinical presentation of pertussis, especially early pertussis, is not very specific,” Dr. Kirkland said.

That was the first problem in deciding whether there was an epidemic at Dartmouth.

The second was with P.C.R., the quick test to diagnose the disease, Dr. Kretsinger said.

With pertussis, she said, “there are probably 100 different P.C.R. protocols and methods being used throughout the country,” and it is unclear how often any of them are accurate. “We have had a number of outbreaks where we believe that despite the presence of P.C.R.-positive results, the disease was not pertussis,” Dr. Kretsinger added.

At Dartmouth, when the first suspect pertussis cases emerged and the P.C.R. test showed pertussis, doctors believed it. The results seem completely consistent with the patients’ symptoms.

“That’s how the whole thing got started,” Dr. Kirkland said. Then the doctors decided to test people who did not have severe coughing.

“Because we had cases we thought were pertussis and because we had vulnerable patients at the hospital, we lowered our threshold,” she said. Anyone who had a cough got a P.C.R. test, and so did anyone with a runny nose who worked with high-risk patients like infants.

“That’s how we ended up with 134 suspect cases,” Dr. Kirkland said. And that, she added, was why 1,445 health care workers ended up taking antibiotics and 4,524 health care workers at the hospital, or 72 percent of all the health care workers there, were immunized against whooping cough in a matter of days.

“If we had stopped there, I think we all would have agreed that we had had an outbreak of pertussis and that we had controlled it,” Dr. Kirkland said.

But epidemiologists at the hospital and working for the States of New Hampshire and Vermont decided to take extra steps to confirm that what they were seeing really was pertussis.

The Dartmouth doctors sent samples from 27 patients they thought had pertussis to the state health departments and the Centers for Disease Control. There, scientists tried to grow the bacteria, a process that can take weeks. Finally, they had their answer: There was no pertussis in any of the samples.

“We thought, Well, that’s odd,” Dr. Kirkland said. “Maybe it’s the timing of the culturing, maybe it’s a transport problem. Why don’t we try serological testing? Certainly, after a pertussis infection, a person should develop antibodies to the bacteria.”

They could only get suitable blood samples from 39 patients — the others had gotten the vaccine which itself elicits pertussis antibodies. But when the Centers for Disease Control tested those 39 samples, its scientists reported that only one showed increases in antibody levels indicative of pertussis.

The disease center did additional tests too, including molecular tests to look for features of the pertussis bacteria. Its scientists also did additional P.C.R. tests on samples from 116 of the 134 people who were thought to have whooping cough. Only one P.C.R. was positive, but other tests did not show that that person was infected with pertussis bacteria. The disease center also interviewed patients in depth to see what their symptoms were and how they evolved.

“It was going on for months,” Dr. Kirkland said. But in the end, the conclusion was clear: There was no pertussis epidemic.

“We were all somewhat surprised,” Dr. Kirkland said, “and we were left in a very frustrating situation about what to do when the next outbreak comes.”

Dr. Cathy A. Petti, an infectious disease specialist at the University of Utah, said the story had one clear lesson.

“The big message is that every lab is vulnerable to having false positives,” Dr. Petti said. “No single test result is absolute and that is even more important with a test result based on P.C.R.”

As for Dr. Herndon, though, she now knows she is off the hook.

“I thought I might have caused the epidemic,” she said.

Correction: Jan. 29, 2007


 12 / 8 / 2026 POLSZCZYZNA Język polski jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Najdobitniejszym dowodem na to wydaje mi si...