PADEREWSKI
TRZECI PREMIER ODRODZONEJ POLSKI


For English version please go to the bottom of Polish text.

Dwa lata temu, z okazji rocznicy urodzin jednego z największych Polaków we współczesnej historii, Ignacego Paderewskiego, pisałem o pewnej rozbieżności w datowaniu dnia jego urodzin (zobacz tutaj). Tym razem, w jego 157 rocznicę urodzin, też będzie w jakimś sensie o liczbach, a dokładnie o tym, którym to kolejnym premierem odrodzonej Polski faktycznie Paderewski został.

Historia ma to do siebie, że nie lubiąc fałszu, staje się nazbyt często jego niewolnikiem, i to nie tylko z jednego powodu. Najczęściej polityka historyczna decydentów na państwowym wikcie przesądza o tym co jest uświęcone a co poszarzałe lub wybielone w dziejach narodu. Niestety, na to wielkiej rady nie ma. Podobnie jest z sensacjonalistami szerzącymi nieprawdopodobne teorie w woalu sprytnie powykręcanych argumentów oraz ferującymi absurdalne, ale dobrze brzmiące hipotezy. To poletko zachwaszczone jest do stopnia, w którym do pożądanych zmian mogłaby doprowadzić wyłącznie niemożliwa do zrealizowania zasada spalonej ziemi. Zaradzić można natomiast fałszom zadawanym udokumentowanym ponad wszelką wątpliwość faktom historycznym. Na to wystarczy być nieco kumatym i świadomym łatwości zweryfikowania informacji w dzisiejszych czasach. Niestety, mało komu się chce. I o to mam żal i pretensje do wszystkich, którzy zajmując się historią, a w szczególności publicystyką historyczną, nie prostują oczywistych zakłamań i nonsensów faktograficznych. W dobie mediów społecznościowych jako podstawowego nośnika informacji, powinno być to co najmniej tak samo proste jak wprowadzanie do obiegu fałszu i powielanie go w nieskończoność.

Jednym z takich absurdów jest powielanie bez końca zdania o Ignacym Paderewskim jako pierwszym premierze Polski, odrodzonej po przeszło stuletnim okresie niebytu na politycznej mapie Europy. Mówiłem o tym publicznie, publikowałem teksty w druku i w internecie, szeptałem w ucho okazjonalnym „ważnym” mówcom, oraz dyskutowałem rzecz w nieprzebranych gronach towarzyskich.
Łukasz Ostruszka w artykule o Lutrze napisał wczoraj w „Polityce”:
„Łatwo działać i zmieniać rzeczywistość, gdy to, co mówimy, jest przyjmowane z otwartością i pozytywnym nastawieniem oponentów. Znacznie trudniej, gdy napotyka się nie tyle na opór w dyskusji, ile na lekceważenie i odmowę rozmowy. Jeśli towarzyszą temu poczucie wyższości i przemoc władzy, to zadanie należy wręcz do niewykonalnych.” To o czasach 500 lat temu, ale jakże aktualne, nieprawdaż!?
Szczególnie że, nie dalej jak kilka dni temu przeczytałem znowu na stronie portalu culture.pl informację Instytutu Adama Mickiewicza, polskiej agendy rządowej, której celem jest popularyzowanie polskiej kultury na świecie oraz współpraca kulturalna z innymi krajami, że Ignacy Paderewski był pierwszym premierem niepodległej Polski („...a signatory to the Treaty of Versailles as the first Prime Minister of independent Poland.”).

Jestem wielkim wielbicielem Ignacego Paderewskiego jako człowieka o ogromnej ilości talentów i nadzwyczajnej miłości do Polski. Jako historyk i znawca jego charakteru, jestem przekonany kompletnie, że historyczną prawdę przedłożyłby ponad jakikolwiek zaszczyt, szczególnie gdyby ten zaszczyt pozbawiał kogoś innego należnego mu miejsca w historii.

A prawda jest taka:

Po 123 latach niebytu na politycznej mapie Europy, Polska odrodziła się jako niepodległe państwo 11 listopada 1918 roku – w dniu, który zaznaczył się w kalendarzu jako dzień zaprzestania działań wojennych na Froncie Zachodnim, dzięki podpisaniu rozejmu pomiedzy Ententą i Cesarstwem Niemieckim. Zakładając taki scenariusz wydarzeń, w nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku w Lublinie zostało ogłoszone ustanowienie Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej z Ignacym Daszyńskim desygnowanym na premiera, ministra spraw zewnętrznych i ministra sprawiedliwości. W wyniku zwolnienia Piłsudskiego z aresztu w Magdeburgu i jego przybycia do Warszawy w dniu 10 listopada, Rada Regencyjna oddała się do jego dyspozycji, a on postanowił kontynuować wskrzeszanie Polski z rządem „lubelskim”. Daszyński jako premier sformował nowy rząd i natychmiast podał się do dymisji, a na jego miejsce został desygnowany Jędrzej Moraczewski, który został na następne 60 dni drugim premierem odradzającej się Polski, ale pierwszym premierem II Rzeczypospolitej. Jego rząd upadł 16 stycznia 1919 roku. Przewidywania takiej sytuacji, wobec ogromnych tarć frakcyjnych, jak i pobyt w Warszawie Paderewskiego, który stał ponad wszelkimi starciami frakcyjnymi, a jednocześnie cieczył się ogromnym poparciem Aliantów, sprawiły że jeszcze tego samego dnia został on nominowany na następnego premiera rządu II Rzeczypospolitej.

Zatem, biorąc pod uwagę Daszyńskiego jak i Moraczewskiego jako jego poprzedników,

Ignacy Paderewski został trzecim
kolejnym premierem odrodzonej Polski.

Tekst ten, jak i jego pierwotną wersję w j. angielskim z roku 2011 (poniżej), polecam wszystkim jako źródło informacji o Ignacym Paderewskim jako premierze Polski.

_________________________________________________________________________

I recommend this text to all interested
in Ignace Paderewski as a Prime Minister of Poland.


PADEREWSKI

THE THIRD PRIME MINISTER OF THE REBORN POLAND


(From my Introduction to "The Paderewski Memoirs - Part Two", published in 2011)
During my research I have found an enormous amount of erroneous information about Ignace Paderewski in a variety of available sources (books, brochures, websites, letters, interviews, etc.). It is not legendary or hearsay content, created and entered into the circulation by the inventive writers that I want to address. It is a maltreatment of historical facts by many authors, speakers, and scholars that needs instant rectification. Because of the purpose of this book I would like to focus on a couple of those notorious mistakes only, but those that are the most significant from the historical perspective, namely, the statements that Paderewski was the first Prime Minister of Poland and the Head of State.

Well, he was neither.

After 123 years of nonexistence on the political map of Europe, Poland was reborn as an independent state on November 11, 1918 – the day that marked the ceasefire on the Western Front, signified by signing the armistice between the Allies and Germany in the Compiegne Forest. In the expectation of such an accord, on November 6/7, 1918, in the city of Lublin, the formation of the Polish People's Republic was proclaimed, with Ignacy Daszynski as the Prime Minister of the provisional government. With Jozef Pilsudski's release from German prison and his return to Warsaw within the next few days, both the Regency Council and Daszynski's government surrendered all power to Pilsudski, who instantly asked Daszynski to form a permanent government. Unfortunately, he failed and subsequently resigned on November 14, 1918. Four days later, on November 18, Jedrzej Moraczewski formed a new government and became the 1st Prime Minister of the Second Republic of Poland. Regrettably again, because of the hostilities and refusal of many important political groups to cooperate, his government resigned on January 16, 1919. At the same time, Ignacy Paderewski's presence in Warsaw, his independent standing above all political factions, and his recognition by the Allies as a modus vivendi for the Polish post–WWI political turmoil, made him the principal choice for the post of Prime Minister of Poland. Anticipating the fact and given a quiet go ahead by Pilsudski at least a week before the final collapse of Moraczewski's government, Paderewski was able to make several rounds of inquiries and secure enough support to announce his cabinet within hours of assuming the role of the head of government, thus becoming the 2nd Prime Minister of the Second Republic of Poland. Therefore, considering both Daszynski and Moraczewski as Paderewski's predecessors in this role, he became the third consecutive Prime Minister of a reborn country.

Similarly erroneous is usage of the term "Head of State" for Paderewski. In Poland, especially in the early years after restoration of independence, the title Chief of State (Naczelnik Panstwa in Polish – at that time Polish equivalent of the "Head of State"), was reserved exclusively for Jozef Pilsudski, the Commander-in-Chief of armed forces since November 11, 1918, Provisional Chief of State between November 22, 1918 and February 20, 1919, and then Chief of State until December 11, 1922 when he transferred his powers to the new "Head of State", Gabriel Narutowicz, the first President of the Republic of Poland.

JĘZYKIEM JAK SMYKIEM CZYLI  SŁOWEM  NA FAŁSZYWĄ  NUTĘ


Naszacowice nad Dunajcem - gród "koncentracji" niewolników na sprzedaż*

To co się wyprawia z niektórymi słowami i pojęciami we współczesnych mediach, a także przyspieszenie z jakim wykoślawia się wszystko co do tej pory znaczyło to co znaczyło, wykroczyło już zbyt mocno i zbyt daleko poza elastyczne granice mojej tolerancji na językowe bezhołowie, tak, bezhołowie,  jak zwykła mawiać moja niania. Jeszcze nie tak dawno temu, jeśli ktoś próbował inaczej rozumieć i serwować zdanie, frazę czy słowo, to miało to charakter marginalny i nie stawało się w 36 godzin powszechnie akceptowanym sposobem paplania od rzeczy przez niby-żurnalistów z dyplomami różnych szkół medialnych, niektórych wyższych, a niektórych nie do końca wiadomo jakich.

Niemiecki obóz koncentracyjny na terenie Polski w latach 1940-tych

Otóż, przeczytałem dzisiaj w rannym wydaniu popularnego portalu informacyjnego Sowa.Wie.Wszystko-24/7.gwc, że homo sapiens diluvialis, inaczej mówiąc nasz kromanioński pradziad, zakładał obozy koncentracyjne dla neandertalczyków, których przetrzymywał zamkniętych za ogrodzeniem z cierniowych krzewów, pod gołym niebem i bez wody ze strumyka. Najnowsze badania materiałów genetycznych ujawniają podobno przerażający fakt seksualnego wykorzystywania neandertalek przez naszych progenitorów. Tak, tak, moi drodzy, to nie żarty! Po części pochodzimy od skoncentrowanych w dordońskich obozach koncentracyjnych neandertalczyków, którzy dostarczyli nam, jak na dzień dzisiejszy, może nawet 3% materiału genetycznego. Wyobrażacie sobie? Aż trzy procent!

Nic to, powiedziałby swojej Baśce Wołodyjowski, bowiem zasiadając do kielicha z neandertalczykiem w towarzystwie szympansa, bylibyśmy genetycznie podobni do siebie jak jednojajowe wieloraczki plus/minus 1-2%. Niiiic to, kontynuowałby pierwszy szermierz Rzeczypospolitej, bowiem nawet z muszką owocową mamy 61-procentową zgodność genetyczną.
Ahaaa, mamy!

No, ale to jest zupełnie nie to, o czym chciałem napisać.
Nad tym o czym zamierzyłem tutaj skrobnąć, przelecieliście w tekście tak jakby oczywistość pojęcia, o którym za chwileczkę, należała integralnie do zakresu naukowego słownictwa archeologicznego.
Nie należy!

Powiem otwarcie, poległem przy obozach koncentracyjnych pierwszych Piastów.
Kumacie? Obozy koncentracyjne pierwszych Piastów.
Proszę, powtórzcie to zdanie co najmniej raz, a najlepiej kilka razy. Brzmi swojsko, nieprawdaż?
Ano brzmi, niczym słynne i grasujące już od lat we wrażej publicystyce pojęcie: „polskie obozy koncentracyjne”.
Czyżby teraz nagle okazać się miało, że my Polacy, w słowach i pojęciu polskiego pismaka, dziedziczymy skłonność do tworzenia obozów koncentracyjnych po antenatach już od czasów pogańskich? Wow! Cóż za niwa, cóż za plon!?  Słowo daję, perz na szczerkach.
Tymczasem w Niemczech wyrugowano z historii niemieckość obozów koncentracyjnych z czasów hitlerowskich i zastąpiono je nazistowskimi obozami koncentracyjnymi. Założenie było proste: za jakiś czas mało kto będzie utożsamiał nazistów z Niemcami, a jeśli już to z kilkuprocentową zgrają degeneratów i politycznych piesków Hitlera, który sam nawet Niemcem z urodzenia nie był. Winni wszystkiemu byli jacyś naziści, podła grupa paskudników, którzy zniewolili miłujący pokój, ale zdolny do wszystkiego naród niemiecki.

W stosownym czasie, naziści, dranie spod ciemnej gwiazdy, łyknęli Austrię, potem pogmerali w Czechosłowacji, w końcu zajęli Polskę i najechali kilka innych krajów. Nazistowskie paskudztwo wzięło pod obcas, na odchudzanie, w dyby, na roboty i do krematoriów jednostki, rodziny i całe narody. Naziści łupili kraj po kraju. Naziści niszczyli ludnościowe, materialne i kulturowe podstawy istnienia i funkcjonowania społeczeństw na niespotykaną skalę. Naziści torturowali więźniów, rozstrzeliwali niewinnych, eksperymentowali medycznie na zdrowych i chorych, zabawiali się w polowania na ludzi. Naziści, nie Niemcy. Naziści budowali krematoria, getta i obozy koncentracyjne. Nazistowskie były U-Booty, nazistowskie były Focke-Wulfy, nazistowskie były Tygrysy, na które my mieliśmy Visy (z polskiej fabryki w Radomiu, czy może powinienem jednak napisać z sanacyjnej fabryki, ha?).... Wszystko było nazistowskie, nie niemieckie. Tylko jakoś dziwnie nazwa partii nazistowskiej pozostała niemiecka!

Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników
(Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei)
 Co, jakaś niedoróbka edycyjna w nazwie?

Nie, nie, tego nie dało się już odkręcić, ale dało się wziąć długaśną nazwę w imadło i zrobić z niej wynarodowioną domenę ideologii dla historycznych dyletantów - taaak, to już się dało.

Ale wróćmy w końcu do tych obozów koncentracyjnych.
Mój głód informacyjny padł na definicję. Pójdźmy tym tropem, zatem...

Wielki Słownik Języka Polskiego
Hasło „obóz koncentracyjny”

obóz zagłady
obóz śmierci
miejsce uwięzienia dużej liczby ludzi uważanych przez władze za niewygodnych, którzy są tam wykorzystywani do ciężkiej pracy fizycznej, głodzeni lub w inny sposób torturowani.

Słownik Języka Polskiego PWN
Hasło "obóz koncentracyjny":
obóz zagłady «miejsce więzienia, niewolniczej pracy i masowej zagłady całych grup ludności»


Zatem te piastowskie obozy nie powinny być nazywane „koncentracyjnymi” z definicji. Owszem, gromadzono tam ludzi, ale przecież nie w celu eksterminacji lub katorżniczej pracy, kończącej się śmiercią z wycieńczenia, tylko po to żeby ponentnie wyglądających brańców dobrze wymienić na arabskie dirhemy żydowskich kupców.
Z obozami koncentracyjnymi rzecz jest w tym, iż w polskiej kulturze naszych czasów, pojęcie to zarezerwowane jest dla zbrodniczych miejsc, stworzonych po 1933 roku przez ambitnych animatorów życia politycznego w Niemczech, którzy kilka lat później, już w formie naukowo udoskonalonej, eksportowali ten wynalazek na tereny Polski gdzie stały się narzędziem wykonawczym planu biologicznego zniszczenia narodu polskiego.

Tym, którzy mają jakieś wątpliwości polecam artykuł o celach i zadaniach niemieckich obozów koncentracyjnych wobec narodu polskiego.
Natomiast tych, którzy pojęcie „obozów koncentracyjnych” zamierzają ekstrapolować na czasy wstępnych pokoleń pierwszego historycznego władcy Polski, zachęcam do głębszej refleksji nad treściami jakie to pojęcie niesie i regułami odnoszenia się wyrażeń do opisywanych obiektów (semantyka referencyjna).


_____________________________
* Fotka pochodzi z artykułu "Obozy koncentracyjne pierwszych Piastów" - link w tekście
NIESTETY!


Profesor Andrzej Trautman
Jeszcze kilka godzin temu miałem nadzieję, że będziemy mieli drugiego Nobla z fizyki przyznanego polskiemu uczonemu. Niestety, profesor Andrzej Trautman nie doznał tego zaszczytu w 114 rocznicę przyznania Nagrody Nobla Marii Skłodowskiej-Curie. Norweski Komitet Noblowski, pod światłym przewodnictwem Kaci Kullmann Five, obdarzył dzisiaj tym honorem trzech uczonych amerykańskich, których dokonania w zakresie badania fal grawitacyjnych stały się możliwe wyłącznie dzięki otwarciu pionierskiego pola badań przez niespełna 25-letniego absolwenta Wydziału Łączności Politechniki Warszawskiej. Szkoda, iż mimo dowiedzenia empirycznie w ostatnich latach założeń teoretycznych poczynionych ponad 50 lat temu przez doktoranta Andrzeja Trautmana, profesor nie został obdarzony dzisiaj "naukowym szlachectwem".

No trudno, nie ma Nobla, to choć pocieszmy się przez moment profesorską bajką.

BAJKA O NIETOPERZACH

Jest gdzieś długa i wąska Jaskinia, w której rozwinęła się cywilizacja inteligentnych, choć niewidomych, nietoperzy. Przez tysiąclecia posługiwały się one, opartą na ultradźwiękach, echolokacją do ustalania odległości i bezkolizyjnego poruszania się po Jaskini. Czyniły to w sposób wyłącznie instynktowny do czasu, kiedy ich wielki uczony, Isaac Einstein, podał naukowe ujęcie idei czasu i przestrzeni, zjawisk ruchu i rozchodzenia się dźwięku. Sformułował on Pierwszą Zasadę Dynamiki i Postulat O Uniwersalnych Sygnałach (”pisk pisku nie dogoni”), narzucił Umowę Na Temat Jednostki Czasu, a nietoperzowe intuicje na temat odległości zastąpił Przepisem Na Pomiary Odległości i Czasu. Od dawien dawna, jako jednostkę czasu, przyjmowano jedną sekundę, zdefiniowaną jako przeciętny okres bicia nietoperzego serca, a jako jednostkę długości — sekundę ultradźwiękową, tak że prędkość dźwięku wynosiła C = 1. Ultradźwiękowa mechanika relatywistyczna święciła tryumfy do czasu, kiedy zbankrutowała Agencja Turystyczna Żyj Dłużej Dzięki Podróżom. Jej działalność oparta była na przewidywanym przez teorię zjawisku dylatacji czasu (”paradoksie bliźniąt”): długie podróże z prędkością bliską prędkości dźwięku miały opóźniać proces starzenia (w stosunku do nietoperzy, które podróży nie podejmowały). Takich skutków podróży nie zaobserwowano; wynikało stąd, że ”zegar biologiczny” nietoperza wcale nie jest ”dobry” w znaczeniu nadanym temu przymiotnikowi w Umowie. Okazało się, że jest jeszcze gorzej: żadne ze starannie konstruowanych zegarów nie były dobre w sensie Umowy opartej na uniwersalności sygnałów ultradźwiękowych; dotyczyło to w szczególności doskonałych zegarów atomowych. W tym samym czasie odkryto fale elektromagnetyczne, o których początkowo sądzono, że rozchodzą się z nieskończoną prędkością. Wielki Albert Newton wprowadził Państwową Służbę Czasu Absolutnego: polegała ona na wysyłaniu regularnych sygnałów radiowych z nadajnika umieszczonego w jednym końcu Jaskini. W ten sposób nietoperze obaliły teorię względności i zastąpiły ją prostszą i zgodną z obserwacjami teorią Galileusza-Newtona. Upadła także speleologia relatywistyczna. Po pewnym czasie odkryto, że fale elektromagnetyczne rozchodzą się ze skończoną prędkością c, a stosunek c/C wynosi około miliona. Ponieważ trudno sobie wyobrazić teorię tłumaczącą tak dużą liczbę, wysunięto hipotezę, że stosunek c/C jest proporcjonalny do wieku Jaskini. W chwili jej powstawania był on równy 1; obowiązywała wtedy Teoria Małej Unifikacji, zwana także Teorią Son et Lumiere. Pokazano, że gdyby stosunek c/C nie był taki, jaki jest, nie powstałaby Jaskinia, umożliwiająca rozwój Inteligentnych Nietoperzy; tę obserwację podniesiono do rangi Zasady Chiropterycznej. Dochodzą słuchy, że fizyka w Jaskini rozwija się coraz lepiej dzięki wprowadzeniu stad kwantowych i petrologicznej teorii pola. Mówi się tam także o Nowej Teorii Względności, opartej na uniwersalnej roli sygnałów świetlnych.

Oryginał tekstu bajki znajduje sie tutaj.

POLSKA 2017

Sześć letnich tygodni w Polsce

Mieszko Pierwszy i Bolesław Chrobry

Jest południe, jeden z najdłuższych dni roku, cudowna pogoda, ale pracuję przy świetle żyrandola, bowiem jasność dnia nie przenika do pokoju spoza wielowarstwowego woalu wierzby. Posadzono ją 37 lat temu malutką przed budynkiem, do którego często wracam będąc w Polsce. Teraz wierzba sięga trzeciego piętra i jej obszerna talia z każdym rokiem coraz skuteczniej blokuje mieszkańcom dopływ promieni słonecznych do ich południowych pokojów.  A przecież wedle informacji jaką mam od mieszkańców, już rok temu złożony został wniosek o natychmiastowe usunięcie drzewa kompletnie ocieniającego cztery mieszkania...

Wierzba - podobno już wycięta
Po przyjacielsku towarzyszę wnioskodawcy idącemu do administracji osiedla.
Pyta o wniosek sprzed roku.
A jest taki – pamiętają. Jest nawet decyzja.
Jaka, pyta zainteresowany. Pozytywna, odpowiadają.
???
Tak, zapadła decyzja.
???
Wierzba zostanie wycięta.
???
Kiedyś, pomiędzy tym tygodniem a jesienią.
Ale panowie, ja mam TERAZ ciemnicę w pokoju, gałęzie włażą mi do okien...
Ale wie pan, jest okres lęgowy...
Lęgowy, pyta zdumiony petent? Chyba na ćmy i inne bzykadła, które zawładują mieszkaniem po zmierzchu.
Panie, będzie wycięta!
W oczach mówcy czytam irytację i natychmiast odczuwam konieczność złapania tchu na zewnątrz. Chodźmy szepczę kumplowi do ucha bowiem gość wyraźnie ma ochotę dokończyć na służbowym komputerze pasjansa przerwanego naszym wtargnięciem w jego ciężkie życie za biurkiem.

Wspominam o tym bowiem bycie klientem / petentem w Polsce nadal jest niełatwe.
W sklepach, urządach, na poczcie, w muzeach, przy ulicznych stoiskach i na dworcach, mam odczucie bycia intruzem. Ponurość, obcesowość, chłód, a nawet lodowatość, kamienne miny, obojętność i odpychający sposób obsługi obowiązują wszędzie. Za co ci ludzie tak mnie nie cierpią? Ale może to nie o mnie chodzi.... może są przeciążeni pracą, zatroskani do bólu o przyszłość swoich dzieci i wnuków? Z drugiej strony, zastanawiam się: wszyscy, doprawdy niemal wszyscy, nie maja siły na jaśniejsze spojrzenie, na krótki bezinteresowny ale umilający życie grymas uśmiechu? Okazuje się, że nie wszędzie. W pewnym biurze, pani urzędniczka tryska humorem, i to co sądziłem, że zajmie mi jakąś niebotyczną ilość czasu oraz będzie wymagać kilkukrotnych wypraw do urzędu, okazuje się możliwe do zrealizowania w 115 sekund – nawet dobrze krzesła nie zagrzałem, wow! Niestety, poprawa nastroju jest tylko chwilowa gdyż niebawem ponuras w okienku z lodami, patrząc na mnie swoim arktycznym wzrokiem, warczy odpychająco: „no to za cztery czy za pięć, decyduj się pan...”. Wziąłem za cztery i poszedłem po wędlinę.  A tam zapracowana jejmość, odłożywszy rzeźnicze utensylia, wbija się w nowa parę plastikowych rękawic i ostrym spojrzeniem w moje oczy daje znać o gotowości od obsługi klienta, czyli mnie. Jesteśmy zupełnie sami przy stoisku: ona, ja i wędliny. Tyle ich, że waham się z wyborem jakieś 8 sekund, i wtedy pada popędliwe pytanie: „...no to będzie jakieś zamówienie, czy nie?”.
Tak, będzie, pop...
Ile?
No trochę, niech pani zacznie kroić, to powiem kiedy zrobić stop...
Ale ile?!
20 – 30 deko..
No to 20 czy 30?
Plus/minus 25...
No to plus czy minus?
Proszę kroić, powiem kiedy wystarczy...
Ale plus czy minus bo wciąż nie wiem...
Plus...
Wyszło 35...
OK, biorę – pracowita kobieta jest, a jak daje z plusem, to z dużym, tylko dlaczego w jej żyłach płynie mrożona kawa? Kasjerka też jakaś solidnie wychłodzona... czyżby do nikogo nie dotarło, że Al Gore już od 40 lat ociepla nam klimat?

Mostek Pokutnic  między wieżami wrocławskiego
polskokatolickiego kościoła Marii Magdaleny
Dotarło, przynajmniej do sporej liczby polskich kierowców dotarło, bowiem grzeją po drogach i ulicach niczym Sobek Zasada 50 lat temu na trasie Gran Premio de Argentina. Nie wiem czy to właśnie owo Al Gore’owe ciepło tak im nagrzewa nogę na gazie ale jedno jest pewne, gorączkują się za kierownicą i jak cię dopadną, to siedzą na zderzaku przyklejeni/-one (tak, dotyczy to obu płci) na 30 centymetrów i nie odpuszczają całymi kilometrami mimo białej ciągłej i gęstego ruchu w przeciwną stronę. Popularnością cieszy się też wojownicze dojeżdżanie z bocznej drogi/ulicy/parkingu do głównego traktu komunikacyjnego – piekielnie niebezpieczna gra na nerwach jadących tym głównym traktem kierowców nieskłonnych do bezmyślnego ryzykanctwa (1). Pozytywem wartym odnotowania jest zaś to, że w ciągu ostatnich kilku lat na polskich drogach wyraźnie zmalała potrzeba wyprzedzania na czwartego na szosach dwujezdniowych. Ogólnie rzecz biorąc, postępem jaki dokonał się w zakresie budowy dróg i rozwiązań komunikacyjnych można się wręcz zachwycić. Naturalnie, wedle stałych mieszkańców, w ich okolicy i tak niewiele zdziałano, a można byłoby trzy razy tyle, ale "kradną, kłócą się i niewiele potrafią zrobić". No to pytam przypadkowych malkontentów: „...a co pan/pani zrobilibyście żeby było lepiej?” Najczęściej powiadają: „...panie, my nie od tych spraw ale oni mogliby...” Jasne, jacyś „oni” mogliby ale najwyraźniej im się nie chce. Tylko, że z perspektywy odwiedzającego Kraj raz na kilka lat, widać wyraźnie jak przez ostatnie 30 wiosen Polska z ruiny urosła i rośnie dalej wspaniale. Niedowiarkom (mam ich wokół sporą grupkę) zaznaczam, że to nie chochlik mieszkajacy w klawiaturze komputera napisał „30 wiosen” zamiast dwóch, tylko ja, który z całą premedytacją oddaję tymi słowami ukłon wszystkim ludziom, jacy sprawili, że w Polsce od dawna jest w barach zimne piwo oraz gorąca zupa w restauracjach, że z Zielonej Góry do Poznania jedzie się 90 minut, że Warszawa znowu da się lubić, że w Ustroniu Śląskim można zjeść jak w wszędzie w wielkim świecie, a Wrocław tętni życiem, kulturą, dynamiką i perspektywami na przyszłość jak żadne inne z miast w Polsce, a może i w Europie.



Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Krzeszowie

Ludzie, szok przeżyłem! Tak, bowiem z Krzeszowa, tego z cudnie odnowionym pocysterskim klasztorem, ufundowanym przez prawnuka Św. Jadwigi Śląskiej, księcia jaworskiego, Bolka Pierwszego Surowego, jadąc drogą, najpierw gminną, potem krajową nr 35, zachwycałem się jej znakomitą nawierzchnią, uporządkowanymi poboczami i po szwajcarsku zadbanymi gospodarstwami. 50 lat nie byłem w tamtej okolicy... radowało się moje serce – cudny krajobraz, kochany Kraj... i nagle wjechałem do Czech. Wjechałem w siermiężny socjalizm na wzór Gierkowej rozpusty. Niby sporo wszystkiego wokół ale jedzie badziewiem... od granicznej tablicy droga wąska, chropowata, dziurawa, a otoczenie jak z moich terenowych wspomnień 40+ lat nazad, jak mawiał pewien GS-owski alkohimalaista. Czeska droga nr 302 (dla mnie czy-sta na dwóję) po około 20 km kończy się na granicy z Polską - wjeżdżam i znowu łapię oddech drugiej dekady XXI wieku. Upewniam się wspomnieniem słów piosenki:

„Ale to już było i nie wróci więcej, 
I choć tyle się zdarzyło
To do przodu wciąż wyrywa głupie serce
Ale to już było, znikło gdzieś za nami,
Choć w papierach lat przybyło to naprawdę,
Wciąż jesteśmy tacy sami.”


My z pewnością w jakimś stopniu pozostaliśmy tacy sami, mimo że „w papierach lat przybyło”. Za to Kraj jakby odmłodniał, wypiękniał i uzasobnił się, tudzież jego obywatele.
Tak, wiem co niektórzy, nawet całkiem sporo ludzi powiada o biedzie, o głodnych dzieciach, o starzykach żyjących na skraju nędzy, o braku grosza na lekarstwa i środki czystości... i nie wątpię, że jakiś procent, społeczeństwa bieda, nawet okrutna bieda, rzeczywiście dotyka. Newsweek z dnia 17 października, 2016 roku podaje, że co 15 Polak żyje w nędzy. Departament Handlu Stanów Zjednoczonych, urząd odpowiedzialny za spis ludności USA podaje, że w roku 2015 co ósmy Amerykanin żył w nędzy. Zajrzyjmy może zatem w dane publikowane przez CIA dla większości krajów świata, żeby przekonać się jak to jest z tą nędzą za miedzą, a i kapkę dalej też, na przykład w Anglii, Niemczech, Francji, Włoszech, Hong Kongu, Japonii... zapraszam do tabelki.

Obywatele tych i innych krajów bywają w Polsce, a Polacy bywają tamże i w wielu innych krajach. Jedni i drudzy jeżdżą takimi samymi samochodami, oglądają filmy i wiadomości na ekranach takich samych telewizorów, mają takie same smartfony i komputery. W galeriach handlowych są tłumy, a wielu wychodzi z ogromnymi wypchanymi torbami znanych światowych marek. W restauracjach w Zielonej Górze ruch jak w Barcelonie, Frankfurcie, Los Angeles, czy w Sydney, a w Beverly Hills mieszkają nie tylko milionerzy, podobnie zresztą jak w Krasnymstawie nie mieszkają sami nędzarze.
Przy jednym z osiedlowych trzepaków spotykam małą korpulętną kobietę, tak zwaną „gospodynię” osiedla, o którego porządek dba od wielu lat. Cieszy się, i ja też, że możemy znowu zamienić kilka słów. Pytam co nowego... „a wie pan, nie narzekam, dorobiłam trochę na drugim etacie w sąsiednim osiedlu, czasami jeszcze komuś okna się wymyje albo zrobi trzepanie dywanów i dodatkowy grosz wpadnie, no to jak na moje tylko zasadnicze wykształcenie, myślę, że całkiem dobrze sobie w życiu poradziłam... mam trzy mieszkania wykupione – to, w którym mieszkam, największe, dam synowi, bo mu się właśnie dziecko urodziło, sama przeniosę się do dwupokojowego, a trzecie, po synu, sprzedam i za dwa lata nawet na emeryturze jakoś jeszcze się pożyje, no nie?” Trzy wykupione mieszkania..., no, jak na polską biedę, to całkiem dostatnio, pomyślałem... 
A więc w Polsce da się żyć, żeby tylko pogoda była nieco bardziej stabilna... Nie jest, ale za to wciąż jest tam pełno księgarni, świetnych muzeów i galerii, wyremontowanych pałaców oraz niezliczona ilość wydarzeń teatralnych i muzycznych. 


Paradyż
À propos tych ostatnich. W Polsce jest Raj. Tak najprawdziwszy Raj, który ma nawet swój Przedsionek. Do Przedsionka Raju wrócimy za chwilę, bowiem dobudowano go grubo po powstaniu Raju. Rzecz ma się tak: Dwanaście kilometrów na północ od Świebodzina znajduje się pocysterski barokowy zespół klasztorny z kościołem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i św. Marcina w Gościkowie-Paradyżu. Paradisus Sanctae Mariae czyli Raj Matki Bożej ufundował w 1230 roku Mikołaj Bronisz, wojewoda poznański. Trzymajmy się więc pojecia Raju. Otóż, jeszcze przed upływem trzynastego stulecia, opactwo skupiło 16 tysięcy hektarów ziemi z nadań – zatem, po prostu wilaneska wokół Raju. Dzisiaj zostały z tegoż cudowne ogrody przy kościelnej bazylice, której akustyka nadaje granej tam muzyce rajskie echo. Natchnięty rajskim spokojem klasztornego zabytku i walorami akustycznymi świątyni, Cezary Zych, prezes Fundacji "Canor" powołał w 2003 roku do istnienia festiwal „Muzyka w Raju”. Kontynuuje go dzisiaj wspólnie z księdzem dr Pawłem Łobaczewskim, obecnym rektorem Wyższego Seminarium Duchownego w Gościkowie, oraz Fundacją "Paradyż". W chwili gdy piszę te słowa trwają ostatnie przygotowania do XV edycji festiwalu.

Byłem kiedyś w Raju. Festiwal trwa niemal dwa tygodnie (w tym roku 9 dni). Występują soliści i zespoły muzyki dawnej z całego świata. Na instrumentach historycznych, bądź ich współczesnych replikach graja i śpiewają muzykę średniowieczną, renesansową, barokową, klasyczną i romantyczną, zarówno sakralną jak i świecką. Odbywają się dwa lub trzy koncerty każdego dnia w cudownym kościele, leżacym w centrum Europy ale najdalej jak można sobie to wyobrazić od jakichkolwiek większych ośrodków kultury, a nawet skupisk ludzkich. Zielona Góra 54 km, Gorzów 80 km, Poznań 115 km, Szczecin 162 km, Berlin 185 km, Wrocław 245 km, Warszawa 415 km, ale rejstracje samochodów parkujących na nieformalnym placyku parkingowym przed wejściem na teren byłego klasztoru oraz wdłuż wiejskiej drogi, nie pozostawiają złudzeń – melomani nie baczą na odległość i wypełnią kompletnie ławy kościoła, wielu zaś bywa szczęśliwych, mogąc słuchać dawnej muzyki na stojąco, w bocznych nawach. I nie ma znaczenia, o której koncert się zaczyna, o 6:00, o 8:00, czy o 10:00 wieczorem. I nie ma znaczenia, że najbliższe hotele są na prawdę daleko i niekoniecznie mają w te dni wolne pokoje. W przerwie koncertu klerycy oferuja gorącą kawę i ciasto – ot po prostu, polska gościnność. Jedźcie tam w drugiej połowie sierpnia w tym roku czy kiedykolwiek w następnych latach, a jak macie czas nieco wcześniej, to namawiam na Przedsionek Raju, będący wspaniałym cyklem mniejszych koncertów organizowanych od sześciu lat niejako zapowiedź festiwalu 
w samym Raju

Stodoła w Ochli
Byłem też na jednym z tegorocznych koncertów w tymże Przedsionku Raju, koncertu który odbył się w leciwej stodole, w Muzeum Etnograficznym w Ochli koło Zielonej Góry. Tematem muzycznym były barokowe utwory zmarłego przed 250 laty Jerzego Filipa Telemanna, oparte na polskiej muzyce ludowej, którą świetnie poznał w trakcie czteroletniego pobytu w pobliskich Żarach w charakterze nadwornego muzyka i kapelmistrza hrabiego Promnitza, dworzanina Augusta II, króla polskiego. Ach, co to była za stodoła, co za koncert! A w przerwie lokalni, współdziałający ze skansenem, producenci znakomitych wędlin, serów, soków i słodyczy wpadli z poczęstunkiem... i wszystko to za darmo, raj dla uszu, raj dla podniebienia, no dobra to tylko Przedsionek Raju, ale na koszt Fundacji Cezarego Zycha - tak bywa tylko w Polsce. 
Basi Rybińskiej - kierowniczce Działu Sztuki Ludowej, dziękuję serdecznie za zaproszenie, a pani dyrektor Irenie Lew i całemu zespołowi Muzeum za wspaniałą organizację koncertu i wielu innych znakomitych spotkań w skansenie, jak choćby tegorocznego Święta Miodu.

Biskupin
Mógłbym pociągnąć jeszcze kilka stron o wyprawie przez swoisty tunel czasoprzestrzenny do pradziejowego Biskupina, do centrum narodzin państwa polskiego, oraz domniemanego miejsca zamordowania Leszka Białego, czy też na wirtualne miejsce wiktorii racławickiej. Gdyby czasu starczyło, wspomniałbym o zbiorze lalek Henryka Tomaszewskiego w Muzeum Zabawek w Karpaczu, o cudownym Parku Miniatur Zabytków Dolnego Śląska w Kowarach, czy o ruinie pałacu w Zatoniu gdzie ponoć do dzisiaj księżna Dorota Talleyrand-Périgord błąka się w białej sukni po ruinach i z żałością opłakuje stan swojej ukochanej posiadłości. Mogłoby być też o 700 latach tradycji winiarskich i dzisiejszym stanie wina, winnic i winiarni zielonogórskich, o licznej rodzinie bachusików jaka zamieszkała tamże, o cudownym Parku Mużakowskim czy łagowskim zamku siedzącym na przesmyku między jeziorami, ale może jednak o tym wsystkim już następnym razem.
Ostrów Lednicki



Panorama Racławicka - fragment
Lalki Henryka Tomaszewskiego - wybór
Muzeum Miniatur Dolnośląskich - fragment
Zatonie - Zielona Góra
Winiarnia Górzykowo k/Zielonej Góry
Bachusik Transportikus (Zielona Góra)
Park Mużakowski - po polskiej stronie
Zamek Joannitów w Łagowie Lubuskim



____________________________________________
(1) - "bezmyślny ryzykant" - przykład
ŁEBSKIE ROŚLINY


Uczą się │ Pamiętają │ Podejmują decyzje

Twój ogródek jest bardziej łebski niż myślisz.


W grudniu ubiegłego roku zaprosiłem do lasu na opowieść o tym jak drzewa się komunikują wszystkich, którzy poświęcacie kilka chwil na przeczytanie moich felietonów i materiałów innych autorów, jakie tutaj prezentuję. Zainteresowanie „plotkującym” lasem okazało się wieksze niż przypuszczałem, choć bez nadmiaru komentarzy pod tekstem, a szkoda...
Tym niemniej, podzielę się z zainteresowanymi poszerzoną opowieścią o łebskich roślinach, które uczą się, pamiętaja, liczą i podejmują decyzje.

Tekst jest moim tłumaczeniem artykułu zatytuowanego
Garden Greenery is Brainier Than You Think, opublikowanego w majowym (2017 r.) wydaniu magazynu Discover – Science for the Curious, którego autorką jest Marta Zaraska, niezależna dziennikarka i pisarka polska, mieszkająca we Francji. Polecam nowiuteńką książkę jej autorstwa, wydaną w lutym tego roku w Polsce pod tytułem: Mięsoholicy – 2,5 miliona lat mięsożernej obsesji człowieka. Fascynująca historia, znakomicie napisana!


Źródło: news.com.au

Łebskie rośliny
Monika Gagliano, 
ekolog ewolucyjny z Uniwersytetu Australii Zachodniej myślała, że jej eksperyment dotyczący asoscjacyjnego uczenia się roślin nie powiódł się. Zespół, którym kierowała, usiłował zbadać czy można tresować zielony groszek podobnie jak Pawłow tresował swoje psy, ale dwutygodniowy eksperyment właśnie się zakończył bez rezultatu – przynajmniej tak sądziła. 

„Weszłam do laboratorium żeby rozmontować wszystko. I wtedy zdałam sobie sprawę, że rośliny postępowały dokładnie tak jak założyłam – a robiły to tak doskonale, tak dalece wykraczając poza moje oczekiwania, iż początkowo nawet nie dostrzegłam tego”, powiedziała.

Gagliano i jej zespół wykazali po raz pierwszy, że można rośliny uczyć w taki sam prosty sposób jak tresuje się psy. Podczas gdy psy Pawłowa uczyły się, że dźwięk dzwonka oznaczał nadchodzące jedzenie, zespół Gagliano uczył groszek ogrodowy kojarzenia przyjemności ze światłem. Badacze umieścili siewki pod labiryntem wykonanym z rurek do nawadniania. Rosnący groszek, za każdym razem kiedy natrafił na rozwidlenie rurek, 
musiał dokonać wyboru czy pójść w lewo czy w prawo. Trzy pierwsze dni były poświęcone treningowi. Gagliano uczyła jedną grupę siewek groszku, że podmuch powietrza z pewnej partii labiryntu oznacza, iż za moment pojawi się niebieskie światło, czyli coś za czym groszek przepada. Inna grupa siewek była uczona, że nawiew z jednej strony oznacza pojawienie się światła z przeciwnej strony. No i małe groszki nauczyły się. „Zależnie od traktowania, roślinki wiedziały dokładnie co oznaczał podmuch”, mówi Gagliano.

Bazując na badaniach zwierząt w labiryncie, będących typowym narzędziem w tego typu eksperymentach, Gagliano i jej zespół oczekiwali, że groszek będzie rozrastał się losowo, co jest podstawowym założeniem naukowym w przypadku zwierząt. Ich wstępne założenie nie uwzględniało wszakże faktu, iż groszek ma swój własny system, który sprawia, że bedzie on rósł zawsze w kierunku światła.

„Do momentu kiedy zobaczyłam jak mój groszek postępuje po swojemu, tym co dostrzegałam było standardowe, hipotetyczne założenie losowego wyboru 50/50, a co śmieszniejsze, tak postrzegała to większość badaczy ze względu na nasze własne naukowe uwarunkowanie, mówi Gagliano. „Groszek nauczył mnie jak patrzeć dalej, poza obręb mojego formalnego przygotowania i przyjętych założeń warunkowych.” Dla Gagliano ten szczególny eksperyment, opublikowany w końcu 2016 roku w Scientific Reports, wykazał że rośliny nie tylko potrafią uczyć się przez asocjację, co samo w sobie jest zdumiewające, ale także i to jak łatwo ludzie niedoceniają roślin. „Jesteśmy 'ślepi' na rośliny”, powiada badaczka.

Korzenie myślenia
W 1880 roku Karol Darwin teoretyzował, że rośliny posiadają podobne do mózgu, specjalne komórki służące procesowaniu informacji i podejmowaniu decyzji odnośnie rozrastania się korzeni. Ale dopiero w latach 1990-tych František Baluška, biolog z Uniwersytetu w Bonn, zajmujący się komórkami roślinnymi, zaczął z powodzeniem dowodzić teorię Darwina.

Baluška przyznaje, że i on sam także 
był kiedyś 'ślepy' na rośliny. We wczesnym okresie swojej kariery podejrzewał, iż pewna grupa komórek w korzeniach rośliny mogłaby mieć takie specjalne znaczenie. Ale dopiero lata później, on i jego koledzy odkryli, że komórki te były faktycznie swoistym centrum dowodzenia. „Są one wysoce wyspecjalizowane w zakresie testowania i procesowania informacji, a potem zarządzania rozrostem korzeni”, powiada. „I są bardzo podobne do naszych neuronów”.

W zasadzie jest to głęboko sensowne, żeby rośliny miały swoje „mózgi” w ziemi, mimo że gleba jest trudnym środowiskiem do przebywania. „Dla korzenia jest niezwykle ważnym zadaniem znalezienie tam niezbędnych odżywek”, mówi Baluška. „Parametry fizyczne, takie jak temperatura, wilgotność czy nasycenie ciężkimi metalami oraz kilkanaście dalszych, są w sposób ciągły testowane i analizowane. No i wszystkie te informacje muszą w jakiś sposób zostać przeprocesowane i skorelowane ażeby podjąć właściwą decyzję co do kierunku rozrastania się”.  Baluška uważa, że powinniśmy myśleć o roślinach jako posiadających budowę nie tak bardzo odmienną od naszej, tylko że do góry nogami, z ich głowami schowanymi w glebie oraz dolną częścią i organami seksualnymi, jakimi są kwiaty, wystawionymi w powietrze. Zobrazowanie tego może być wręcz ambarasujące, ale już Darwin miał podobny pogląd na rośliny.
Nie ma znaczenia gdzie „mózg” roślin może być ulokowany – jeśli w ogóle istnieje. Przyjmując, że zagadnienie pozostaje kontrowersyjne, wiele studiów nad zachowaniem się roślin wykazuje, iż są one dużo bardziej zmyślne niż my im to przyznajemy. Przede wszystkim, mają one pamięć. Jeśli nie podlewasz swoich domowych roślin, raczej nie okażą ci złości, ale mogą twoje uchybienie zapamiętać. Ażeby badać tę ich pamięć, naukowcy wywołują u swoich liściastych poddanych coś, co nazywają „stresem suszy”. W jednym z eksperymentów przeprowadzonych w 2015 roku, badacze wyjęli z ziemi trzytygodniowy Arabidopisis thaliana (rzodkiewnik pospolity - rodzina kapusty i ziela musztardy). Zebrali bibułą całą wodę z jego korzeni i pozwolili roślinie 
wysychać przez dwie godziny. Takie obchodzenie się z roślinką jest czymś czego ona nie lubi – zatem wpada w stres. Później, gdy ta młoda odrośl została z powrotem włożona do wody, wykazała brak zaufania do nowo pozyskanego nadmiaru wilgoci i zachowywała się tak jakby była gotowa na następny okres suszy, mianowicie pory na jej liściach pozostały częściowo zamknięte, ograniczając pobór wody, ale również ograniczając utratę wilgoci na wypadek następnej fazy suchej.

Potrząsane i rzucane
W 2014 roku Gagliano wybrała inny gatunek do badań pamięci u roślin, a mianowicie Mimosa pudica (mimozę wstydliwą), osławioną za swoją wrażliwość na dotyk. Liść mimozy zamknie się niemal natychmiast gdy dotkniemy go lekko palcami. Badaczka i jej koledzy z Uniwersytetu Australii Zachodniej oraz z Uniwersytetu Florenckiego zrobili z rośliną mimozy coś znacznie bardziej radykalnego niż głaskanie jej liści: pozwolili jej spadać z wysokości 15 centymetrów - dostatecznie wysoko żeby wywołać odruch zwijania się liści. Stało się tak po pierwszym upadku, i po drugim, i po trzecim. Wszakże, po czwartym upadku mimoza straciła swój typowy wigor do zamykania się. Po 60 upadkach, roślina zaczęła ignorować to doświadczenie zupełnie. Nawet miesiąc później, wciąż pamiętała, że upadek nie był szkodliwy i nie fatygowała się żeby zwijać liście. Aczkolwiek gdy badacze energicznie potrząsali mimozę zamiast ją rzucać w dół, roślina gwałtownie zamykała swoje liście żeby chronić się przed niebezpieczeństwem, wykazując iż to wcale nie zwykłe zmęczenie uczyniło ją obojętną na upadek ale właśnie pamięć tego zdarzenia.

„Typową reakcją na taki eksperyment jest pytanie: ‘przecież rośliny nie mają mózgu, zatem jak mogą to robić?’”, mówi Gagliano. „Może spójrzmy na to jednak z innej strony – one to robią. Zatem pytanie powinno raczej brzmieć: ‘jak one to robią?’”.
Naukowcy nie znają jeszcze odpowiedzi na to pytanie ale pewne nowe możliwości już się pojawiają. Mogłoby to być na przykład wahania poziomu wapnia w komórkach rośliny, które zostawiają zapis stresu w sposób podobny do tego jak jest formowana długofalowa pamięć u zwierząt. Inne badania sugeruja, że pamięć u roślin może być natury epigenetycznej (forma dziedziczności pozagenowej).  Myszy, na przykład, mogą odziedziczyć po rodzicach pamięć lękową poprzez zmiany w sposobie w jaki ich geny się manifestują, bez żadnych zmian w samym DNA. Założenie to może być również prawdziwe dla roślin. W 2015 roku grupa kanadyjskich badaczy opublikowała rezultaty eksperymentu na rzepaku (Indian colza) uprawianym w Indiach [m. in. także w Polsce – mój dopisek] dla ich bogatych w oleje nasion. Badacze wyeksponowali wielokrotnie dwu-tygodniowe siewki na bardzo wysoką temperaturę, dochodzącą do niemal 42 stopni Celsjusza. Następnie pozwolili zestresowanej roślinie rosnąć spokojnie i reprodukować w komfortowych warunkach 22 stopni Celsjusza. Jednakże, gdy tkanki następnej generacji zostały poddane testom, to okazało się, że miały geny manifestujące się w zróżnicowany sposób – oczywisty znak pamięci epigenetycznej – mimo, że same nigdy nie doświadczyły wystawienia na wysoką temperaturę.

Rośliny plotkują
Rośliny, tak jak ludzie, maja wiele sposobów na wyczuwanie tego co dzieje się w ich środowisku. O ile nie mogą one polegać na swojej pamięci w celu porównania doświadczeń, to ażeby dowiedzieć się co się dzieje mogą zawsze pogawędzić z innymi poprzez sieć mikoryzową - podziemny system korzeniowy roślin, który przesyła sygnały dzięki wplecionej w nie grzybni substratowej.  "Są to bezpośrednie linie przesyłowe od rośliny do rośliny, na podobieństwo linii telefonicznych", mówi Suzanne Simard, z Uniwersytetu Brytyjskiej Kolumbii, która zajmuje się właśnie badaniami sieci mikoryzowych.

Pierwsze studia, które jasno wykazują, że rośliny rzeczywiście rozmawiaja przez tę podziemną sieć, zostały przeprowadzone w 2013 roku przez naukowców z Anglii. Wzięli oni szczepki bobu i pdzielili je na trzy grupy.  Jedna z nich została wybrana na „nadajniki” – rośliny tej grupy pokryto mszycami, które zajadały się nieszczęśliwymi roślinami, niszcząc je kompletnie. Druga grupa bobu była wolna od mszyc ale połączona z pierwszą podziemną siecią korzeniową. A trzecia grupa, kontrolna, była zarówno wolna od mszyc jak i nie włączona w „telefoniczną” sieć korzeniową. Przesyłając pewien związek chemiczny siecią mikoryzową, „nadajniki” ostrzegły drugą grupę roślin o nadchodzącym ataku, a te w odpowiedzi zaczęły wytwarzać substancję chemiczną jaka zniechęca mszyce. Natomiast grupa nie podłączona do sieci pozostała nieświadoma zagrożenia i nie wytworzyła nieprzyjaznego mszycom środka chemicznego.

Chcąc stwierdzić czy sadzonki bobu faktycznie komunikują się poprzez system korzeniowy, badacze okryli wszystkie trzy grupy sadzonek plastikowymi torbami poliestrowymi, uniemożliwiając im komunikację poprzez uwalniane w powietrze substancje chemiczne – jeden ze znanych innych sposobów wymiany informacji.

Kiedy następnym razem wybierzecie się do lasu, mówi Suzanne Simard, weźcie głęboki wdech i wąchajcie powietrze. Zapach, który czujecie jest właśnie językiem drzew. „Możemy nawet włączyć się w niektóre ich "rozmowy" albowiem szereg lotnych substancji, używanych przez rośliny do komunikacji, posiada zapach”, dodaje badaczka. W klasycznym teście z 1983 roku, gdy liście niektórych drzew zostały uszkodzone, ich zdrowe sąsiedztwo emitowało jako odpowiedź więcej fenoli i tanin, tak jakby same zostały zaatakowane.

Oczywistym pytaniem jest zatem czy rośliny rzeczywiście rozmawiają, czy też raczej podsłuchują co dzieje się z innymi roślinami. Przecież, jeśli roślina zjadana przez insekty emituje obronne chemikalia, które są poźniej wykrywane przez inne rośliny, to niekoniecznie musi to oznaczać, iż pierwsza roślina miała zamiar ostrzeżenia innych roślin w okolicy. Naukowcy z Izraela, b
adając w jaki sposób ogrodowy groszek podnosi „alarm z powodu suszy”, przetestowali ostatnio to zagadnienie i odłożyli ową wątpliwość do lamusa. Okazało się bowiem, że roślina zestresowana brakiem wody, emituje substancje chemiczne, które są odbierane przez okoliczną roślinność. Odbiorcy „informacji” reagują na ostrzeżenie zamykaniem swoich aparatów szparkowych - miniaturowych otworów w liściach – i dzięki temu spowalniają utratę wilgoci. Ale łańcuch przekazywania wiadomości nie kończy się na tym. Rośliny, które zostały ostrzeżone, mimo iż same nie doznały stresu, zaczną wysyłać dalej sygnały o nadchodzącej suszy, zachęcając dalej położone rośliny do przygotowania się na ciężkie czasy. A powód, dla którego to robią niekoniecznie jest altruistyczny. W przypadku groszku, na przykład, będąc mniej wrażliwym na suszę, oznacza także bycie mniej narażonym na szkodniki, które atakują wtedy gdy roślina jest osłabiona. Jeśli wszyscy sąsiedzi są zdrowi, to zmniejsza się szanasa na zachętę do odwiedzin przez liściożernych gości – i wszyscy lepiej na tym wychodzą. „Informacja jest przesyłana od jednej do drugiej rośliny bezpośrednio, i to wywołuje zmianę ich zachowania się”, mówi profesor Simard. „U ludzi  powietrze przechodzi przez nasze struny głosowe i wynikiem tego jest dźwięk. U roślin nie jest to powietrze przechodzące przez struny głosowe lecz związki węgla uwolnione w powietrze - i to też jest język”. Tak jak u ludzi, okazuje się, że nie wszystkie rośliny mówią tym samym językiem. Różne rośliny uwalniają w powietrze różne lotne związki chemiczne – słowa – które naukowcy nazywają „sygnaturami” – odpowiednikami zdań. Im rośliny są bliższe sobie rodzinnie, tym bardziej podobne są ich języki, i tym łatwiej jest im się komunikować.

Eksperymenty przeprowadzone w 2014 roku w środowisku pewnych bylic (ok. 30 gatunków z rodziny astrowatych) wykazały, że pewne rośliny mówiły językiem zdominowanym przez związki kamforowe, podczas gdy inne używały więcej tujonu, przypadkowo to ten sam związek chemiczny, który podejrzewa się być odpowiedzialnym za rzekome efekty halucynogenne absyntu. Te postacie bylicy, które komunikują się, używając podobnych przenoszonych w powietrzu „słów”, okazały się lepsze w ostrzeganiu innych roślin o nadejściu żarłocznych pasożytów. Co więcej, rośliny dziedziczą ów język po swoich rodzicach – zatem, mówienie tym samym dialektem pomaga im także rozpoznawać krewniaków.

Rozgryzając drzewo genealogiczne rodziny
Jeśli jesteś rośliną, to jest wysoce prawdopodobne, że spędzisz całe swoje życie w otoczeniu rodziny, na dobre i złe. „Dla rośliny istnieją dwa powody ażeby rozpoznawać rodzinę”, mówi Susan Dudley, biolożka z Uniwersytetu McMaster w Ontario. „Jednym z nich jest unikanie godów w obrębie rodziny, a drugim benefity z pokrewieństwa. Konkurencja może okazać się kosztowna. Zatem komu chcesz ufać? Twoi krewni dzielą z tobą geny, zatem ich sukces jest poniekąd twoim sukcesem. W zasadzie jest to nepotyzm”. W jednym z eksperymantów Susan Duddley, jej rzodkiewnik pospolity (Arabidopsis thaliana) testował związki chemiczne przychodzące z korzeni jego rodzeństwa. Z chwilą pojawienia się tych sygnatur, ów rzodkiewnik ograniczył rozrost własnych korzeni, stwarzając tym samym lepsze możliwości do wzrostu innym siewkom, coś czego nie zrobiłby gdyby wydzielina pochodziła od obcych.

Rośliny są również zdolne rozpoznawać swoich krewnych po ich budowie, która zazwyczaj jest podobna do kształtów ich samych. W serii eksperymentów opublikowanych w 2014 roku, argentyńscy biolodzy hododowali w rzędach doniczek młode rzodkiewniki pospolite (tak, naukowcy lubią tę roślinę). Zespół użył wielu różnych konfiguracji; w jednych siewki były 
po prostu umieszczone albo pośród krewnych albo między obcymi. W innym układzie badacze umieścili plastikowe filtry światła między roślinami, a w kolejnej grupie użyli genetycznie zmodyfikowanych roślin, które nie posiadały pewnych receptorów czułych na światło. 

Po przeanalizowaniu kompletu danych, badacze byli w stanie orzec, że siewki rozpoznawały się wzajemnie po kształcie swojej budowy: Receptory odbierające światło siewek były w stanie „czytać” profil każdej z roślin, odbierając widzialne wokół oraz odbite od innych siewek światło czerwone i niebieskie. Pomyślcie o tym w szerszym kontekście, a mianowicie, w jaki sposób dostrzegacie w tłumie przyjaciela idącego w waszym kierunku, nawet wtedy gdy światło biję wam w oczy i nie jesteście w stanie dostrzec rysów twarzy tej osoby. U roślin, jeśli podobnie ukształtowany krewniak zostaje dostrzeżony, do gry wkracza nepotyzm: Siewka skieruje rozrost swoich liści w takim kierunku, który pozwoli uniknąć ocieniania krewniaka.

W dodatku do rozmawiania ze sobą, rozpoznawania krewnych czy zdolności pamiętania stresowych sytuacji, niektóre rośliny potrafią nawet liczyć. Weźmy na przykład muchołówkę, mięsożerną bylinę występującą w naturze wyłącznie na mokradłach Północnej i Południowej Karolinny w USA. Gdy mucha wyląduje wewnątrz pułapki, liście zamykają się i roślina zaczyna proces trawienia zdobyczy. Eksperymenty opublikowane w 2016 roku dowodza, że roślina liczy ile razy ofiara dotknie czuciowe włoski na zewnętrznej stronie pułapki, żeby potwierdzić że zdobycz jest czymś co się porusza, a zatem jest jadalne. Raz, dwa i pułapka się zamyka. Trzy, cztery, pięć, i soki trawienne zaczynają płynąć. Mechanizm jest prosty, przypominający uderzająco to co zachodzi w mózgach zwierząt: Dotknięcie czuciowych włosków uruchamia elektryczny sygnał, albo „potencjał czynnościowy”, znany jako impuls nerwowy u zwierząt.

„Roślina, licząc ilość zmian potencjału czynnościowego wewnątrz pułapki, jest w stanie orzec czy wylądował w niej bezużyteczny kawałek martwej materii czy raczej została pochwycona użyteczna zwierzęca zdobycz", mówi współautor badań, Sönke Scherzer, elektofizjolog z uniwersytetu w Würzburgu. "Liczenie wymaga również pewnego rodzaju pamięci, bowiem roślina musi, przynajmniej przez pewien czas, 
pamiętać ile zmian potencjału czynnościowego wystąpiło poprzednio”.

Jeśli rośliny mogą liczyć, uczyć się i rorpoznawać członków rodziny, to czy możemy powiedzieć, że one faktycznie myślą? Że są inteligentne? Świadome? Odpowiedź na tego rodzaju pytania zależy w ogromnej mierze od tego jak zdefiniujemy takie pojęcia jak inteligencja lub percepcja. Trzeba jednak powiedzieć, że nasze spojrzenie na rośliny zmienia się. „Jeszcze kilka lat temu w poważnych pismach naukowych raczej nie można było używać zwrotu zachowanie się roślin, ale dzisiaj koncept ten nie jest już tak kontrowersyjny”, powiada Baluška.

Monika Gagliano uważa, że mamy skłonność do zwyczajowego nieuznawania roślin za obdarzone inteligencją, ponieważ większość z nas pozostaje nadal ślepa na rośliny: „Jeśli chcesz widzieć rośliny jako coś co nigdy nie czyni niczego celowo” powiada badaczka, „to jest to tylko tyle ile dostrzeżesz”.


Źródło: Fun Guerilla


PRZYCZYNEK DO KULTURY PUBLICZNEGO DYSKURSU



Słucham czasami dyskusji radiowych lub telewizyjnych w polskim wydaniu, słaucham ich we wszelkich dostępnych stacjach, reprezentujących pełny wachlarz przekonań politycznych i światopogłądowych, i w większości przypadków odnoszę wrażenie, że w tych stacjach znalazł przytułek szczep gburowatych pyskaczy ze spapraną kindresztubą i kosmicznym ego nawarstwionym na grubych pokładach ignorancji. 

Kiedy wszakże kila dni temu wysłuchałem w TVN24 dyskusji, w której na zaproszenie Katarzyny Kolendy-Zaleskiej wzięli udział, pani profesor Magdalena Środa oraz ksiądz profesor Alfred Wierzbicki, to poczułem nieodpartą potrzebę podzielenia się z moim okołostudniowym gronem przyjemnością jaką sprawili mi rozmówcy formą swojego dyskursu. 

Zapraszam do wysłuchania oryginału tutaj lub do przeczytania transkryptu rozmowy poniżej.

***
KK-Z: Witam sedecznie naszych gości: pani profesor Magdalena Środa -filozof, etyk i ksiądz Alfred Wierzbicki – Katolicki Uniwersytet Lubelski.

KK-Z: Ksiądz pracuje na tym samym wydziale, na którym kiedyś pracował Karol Wojtyła, profesor Karol Wojtyła na KUL-u.
AW: Owszem, a nawet w tej samej katedrze; mam takie szczęście, że kontynuuje w pewnym sensie myśl etyczną Karola Wojtyły, kontynuuję, to znaczy że nie powtarzam ale staram się jakoś w świetle pewnych zasad, pryncypiów także zajmować się tymi kwestiami, którymi, no, siłą faktu, 50, 60 lat temu czy 70, Karol Wojtyła no nie mógł się nimi zajmować.
MŚ: A ja jestem na tym samym wydziale, na którym pracował Leszek Kołakowski, który nota bene napisał kilka świetnych tekstów dotyczących religii i samego Jezusa.
AW: Tak, no i ostatnia ta ksiązka, która została wydana...
MŚ: ...niezwykła...
AW: Jezus wyszydzony
AW i MŚ: ...niezwykła... niezwykła książka... tak
KK-Z: Pracując po takich autorytetach, jest trudniej czy łatwiej? Tak na chwile jeszcze zatrzymam się przy tym temacie.
AW: I trudniej i łatwiej dlatego, że wszyscy, nawet jeśli czasem, a ostatnio spotykam się z szeregiem zarzutów, to mówią mi, „to uczeń Karola Wojtyły”, no ja nie jestem bezpośrednim, raczej pośrednim uczniem Karola Wojtyły, ale także łatwiej, dlatego że kiedy sobie uświadomię jak nowatorskim myślicielem był właśnie w latach 50-tych Karol Wojtyła, to także ten wątek łączenia tradycji z nowoczesnością i wrażliwości na nowe problemy, odnajduję u Karola Wojtyły, i jest mi łatwiej.

1:57
KK-Z: A ten duch Leszka Kołakowskiego na wydziale...?
MŚ: No, on jest jakoś obecny ale obecny przede wszystkim w tekstach. Ja tak szybko zaczęłam myśleć właściwie – trudno powiedzieć czyją jestem uczennicą, no ale niewątpliwie Leszek Kołakowski, profesor Skarga, profesor Henryk Jankowski, a jeśli chodzi o takiego ducha, który panuje nad moim sposobem myślenia, oczywiście filozoficznego, to pewno duch szkoły lwowsko-warszawskiej, czyli Maria Ossowska, bardzo niedoceniana na świecie, filozofka, naprawdę doskonała... postać jeśli chodzi o analizowanie wartości, bo my często – to widać w języku politycznym... łatwo to wyłapać ... używamy takich pojęć, które świetnie brzmią... godność, szacunek, wolność, tolerancja, ale gdyby tak zapytać się tych, którzy używają tych pojęć co one znaczą dla nich, a one mają pewną treść, ona jest oczywiście dosyć rozmyta, niejednoznaczna... Trudno na przykład w obrębie pojęcia wolności wyróżnić jedno jej znaczenie, trzeba przynajmniej powiązać je z różnymi tradycjami, i sa przynajmniej cztery rozumienia wolności. To jest taka ważna wiedza, jak mi się wydaje, no niestety nie mamy jej w szkole, ja jestem na to czuła bo moja praca doktorska, to była prac poświęcona ideii godności – to się nazywa „idea godności w kulturze i w etyce”, nad którą bardzo się napracowałam, i jak tak słyszę jak ludzie rzucają tą godnością, no bo ona fajnie brzmi, wzbudza właściwe postawy, ale używają tego pojęcia głównie w znaczeniu propagandowym, bez zrozumienia sensu, a Maria Ossowska i szkoła lwowsko-warszawska, to była szkoła, która mówiła: większość naszych nieporozumień bierze się z niechlujnie używanego języka.

KK-Z: Z niezrozumienia pojęć?
MŚ: Tak...
AW: To jest chyba główny ból filozofów, bo z jednej strony filozof opiera się na intuicjach ale dąży także do analizy, do rozróżniania, nie tylko pojęć ale i aspektów różnych stron rzeczywistości. Nztomiast oprócz tego, że pojęcia są używane propagandowo, to ja bym dodał, że zachodzi jeszcze jedno zjawisko, emocjonalizacji pojęć. Jesteśmy tak emocjonalnie uwikłani w niektóre pojęcia, łącznie z pojęciem godności, że ją widzimy w sobie, a nie widzimy w innych.
KK-Z: To jest pewnie nasz podstawowy błąd, naszego życia publicznego. Ta nasza rozmowa inaczej się zaczęła niż planowałam. Chcieliśmy rozmawiać o świętach, ale mi się wydaje to ciekawe, bo państwo, i ksiądz i pani profesor z taką wielką pasją mówią o tych swoich poprzednikach... rozumiem, także autorytetach.
AW: A ja bym dodał jeszcze, że dla mnie nie tylko Karol Wojtyła jest tym autorytetem ale wszyscy wymienieni tutaj, z Ossowską włącznie, ale też dla mnie wielkim mistrzem jest też Tadeusz Kotarbiński, który był może mniej właśnie analityczny, mimo że on był logikiem, ale on miał właśnie na prawdę dogłębne intuicje, i jeśli się cofniemy... wtedy mało kto czytał te teksty, jak on potrafił z Ossowską dyskutować, Ossowska z nim, mimo że się szalenie różnili – nie będziemy chodzić w szczegóły tej dyskusji...
MŚ: To jest cecha całej szkoły lwowsko-warszawskiej. To byli ludzie skupieni wokół Kazimierza Twardowskiego, o bardzo różnych poglądach filozoficznych, na prawdę czasem po prostu skrajnych, którzy wszyscy posiadali wspólną metodologię tego rozróżniania pojęć, tej szczegółowej analizy, tego żeby nie używać określonych ważnych pojęć w taki emocjonalny sposób. To, że Kotarbiński jest jakby zapomniany, chociaż on jest żywy. Na przykład, w Japonii jego Traktat o dobrej robocie, jego zasady prakseologi, tam funkcjonują świetnie. Oni mówią, po co nam inna etyka biznesu?

5:53
KK-Z: To wróćmy już do świąt... Proszę księdza, ten dzisiejszy dzien, święto Zmartwychwstania, jest bardzo ważny dla katolików, to właściwie najważniejsze święto katolicyzmu. Dla wierzących, dla wszystkich chrześcijan, dla wszystkich wierzących... Prawdziwe znaczenie tych świąt... czy my potrafimy te święta właściwie przeżywać?
AW: Ja myślę, że mamy bardzo bogatą polską obrzędowość i ona...
KK-Z A czy ona nie zastępuje tych treści?
AW: W pewnych przypadkach może zastępować, ale ja bałbym się takiego po prostu odarcia z obrzędowości. Muszę powiedzieć, że mnie to wzrusza kiedy w Wielką Sobotę przychodzi więcej ludzi niż kiedykolwiek do kościoła, ponieważ myślę, że to jest jakaś ta najgłębsza warstwa religijności.
KK-Z: To też buduje wspólnotę, tradycję...
AW: Buduje wspólnotę, no ale oczywiście nie na tym polega chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo polega rzeczywiście na tej głębokiej, i to nie tylko wspólnotowej, chociaż ona jest ważna, ale osobistej wierze – czy jakao chrześcijanin rzeczywiście wierzę, że Jezus umarł i zmartwychwstał, i jakie to ma znaczenie dla mojego życia dzisiaj, i wogóle w perspektywie życia ludzkiego w wieczności, bo to jest ta perspektywa, jaką Wielkanoc otwiera.

7:12
KK-Z I co te święta powinny nam dać? Nadzieję?
AW: Nadzieję, ale także radość. Proszę zwrócić uwagę, że to jest kluczowe słowo w nauczaniu papieża Franciszka. Ileż razy on, także w dokumentach, radość ewangelii, radość miłości, radość wiary... Natomiast my tej radości mamy bardzo mało, bo jesteśmy jacyś tacy zasmuceni, natomiast to święto rzeczywiście powinno pobudzać naszą radość. Radość, to nie jest wesołkowatość, czy że będziemy się uśmiechać, chociaż rzeczywiście, te zewnętrzne przejawy, także w naszych gestach, one wynikaja z jakiejś postawy... Ja zetknąłem się z takim ruchem „Focolare”, ale nie chcę im robić propagandy, rzeczywiście ja ich rozpoznaję, nawet jeśli nie wiem, po czym, po uśmiechu. Kiedy głębiej się zetknąłem z ich duchowością, zrozumiałem skąd ten uśmiech. On jest sztuczny, bo on wynika po prostu z pewnej dojrzałości, i radość jest nieodzownym składnikiem chrześcijaństwa.
MŚ: Ale jak już jesteśmy przy pojęciach, to pamiętam jak kiedyś rozmawiałam z profesor Skarga i mówię, jak to się dzieje, że w końcu, to jest religia, która jakby zdobyła popularność dzięki nadzieji, jaką ona daje. To powinna być religia radosna. Dlaczego nie ma żadnego traktatu ani dokumentu poświęconego radości?
AW: Jest jeden; Paweł VI napisał encyklikę* O Radości, a ja z tego...
MŚ: Ona się nazywa „O Radości” rzeczywiście?
AW: Tak, O Radości. Ale opowiem też anegdotę... Ja przez kilka lat redagowałem kwartalnik Etos, i zrobiłem numer monograficzny o radości. On się najsłabiej sprzedawał.
KK-Z: Naprawdę? Kto by pomyślał?
AW: Tak, przyszło tyle zwrotów...
MŚ: A ja właśnie bez problemu mogę wymienić różne teksty dotyczące cierpienia, roli edukacyjnej cierpienia, roli melioracyjnej cierpienia, mimetycznej bo to jest naśladowanie Jezusa, i tak dalej, natomiast o radości wtedy nie potrafiłyśmy niczego odnaleść. Bardzo się ucieszyłam kiedy poprzedni papież, Benedykt XVI, mówił bardzo dużo o miłości, on napisał również encyklikę Deus Caritas Est, a jak znaleziono w jego tekstach, jest kilka tysięcy razy powtórzone słowo „miłość”. Natomiast właśnie cieszy mnie Franciszek, że on tą radością się zajmuje, bo rzeczywiście...
KK-Z: Bo on sam jest radosną osobą – w kontaktach z ludźmi to widać...
AW: Tak, to jet też, no, na pewno wpływ jego lokalnego kościoła. Ten kościół latyno-amerykański jest radosny. Ja miałem kiedyś takie doświadczenie, krótko to powiem... byłem z wykładami w Santiago de Chile i poszedłem do kościoła jako wogóle nieznana osoba ale przedstawiłem sie proboszczowi kim jestem, i on powiedział, że jest gość z Polski. Wróciłem po mszy do zakrystii i cały kościół gruchnął do zakrystii. Ja się trochę przestraszyłem bo wszyscy podchodzili i całowali się ze mną – w ten sposób chcieli mnie przywitać.
KK-Z: Ale ja powiem księdzu, że parę lat temu byłam na Kostaryce i akurat była Niedziela Palmowa. Wtedy robiłam wywiad z tą kobietą, która została cudownie uzdrowiona przez Jana Pawła II, i akurat była Niedziela Palmowa. To była zupełnie inna Niedziela Palmowa niż w naszym polskim kościele. To znaczy, tam był rzeczywiście wybuch radości, to były śpiewy, to była taka wspólnota, a tu jednak, w tym polskim kościele czasem mi brakje czegoś takiego.
MŚ: Ale z kolei w tym roku, chyba właśnie Dominikanie, nie jestem pewna bo nie wiem, z którego kościoła ludzie wychodzili ale szli po Starówce, gdzie mieszkam, i niesli prawdziwe palmy, prawdziwe – to wyglądało jak w Jerozolimie.

10:55
AW: to na pewno byli neo-katechumeni, bo ja znam ich liturgię, i oni zawsze
MŚ: ...i oni byli radośni...
AW: ...u nich jest dużo autentyzmu, tak jest, i oni też obchodzą bardzo pięknie Wigilię Paschalną, czasem też tańczą, po Wigilii Paschalnej...to jest też...
MŚ: ...ci nie tańczyli...
AW: ...ale to w Wielką Sobotę. Więc, to jest też taki element...; właśnie w liturgii neo-katechumenalnej jest dużo takich elementów hasydzkich także, no włąsnie to hasydzi mieli tę radosną religijność.

11:25
MŚ: No i teraz, jest takie pytanie: Dlaczego tak jest, że ludzie wychodzą z tych kościołów, gdzie mają tą dobrą nowinę, maja tyle nadzieji, i to jeszcze ta nadzieja, która nie jest tą nadzieją doczesną, tylko jak dziś jest źle, to jutro będzie lepiej... a potem wychodzą po przekazaniu sobie znaku pokoju i są tacy zacięci, źli... Ja dostaję mnóstwo, niestety hejtów, podpisanych „jestem katolikiem, ojcem rodziny”, no i tu nastepuje wysyp różnego rodzaju wyzwisk. Ja nie wiem jak to się może łączyć, jak to może razem funkcjonować? To znaczy to jest oczywiście na pewno problem postaci Jezusa, i to jest problem instytucji Kościoła. No, zawsze można powiedzieć, instytucja jak to instytucja... Ale nie wiem dlaczego kościół nie wpływa jednak na te nastroje, i dlaczego ci ludzie nie są radośni, nie są przepełnieni, nie to że miłością, bo caritas jak wiadomo jest przedmiotem łaski...ale przynajmniej życzliwością, uśmiechem wzajemnym..?

12:23
AW: Ale są takie momenty, może są one mało, chociaż pewnie jak Światowe Dni Młodzieży to trudno powiedzieć, że mało były spektakularne, bo przecież w telewizji na okrągło pokazywano... ale myślę także o piegrzymkach..., to jednak tam jest ten element radości...
MŚ: ...Ale proszę księdza, ja mieszkam na tym newralgicznym odcinku Stare Miasto – Krakowskie Przedmieście, gdzie jest Uniwersytet, i gdzie pracuję..., proszę mi wierzyć..., w poniedziałek (10 kwietnia) było bardzo dużo religii obecnej również na ulicach... zacięcie, nienawiść, wrogość, agresja, tak obecna...
AW: ...to jest narośl raczej na katolicyźmie aniżeli wykwit katolicyzmu, to co się dzieje na Krakowskim Przedmieściu.
MŚ: ...ale to się nie dzieje tylko na Krakowskim Przedmieściu...
KK-Z: Ale jak to należy rozumieć, bo z jednej strony, jedna msza św. rano, druga msza św. wieczorem, a potem no mamy właściwy polityczny wiec. Czy to się da połączyć? I czy tak powinno być?

13:28
AW: No oczywiście, że to człowieka głeboko wierzącego i patrzącego jakoś bardziej uniwersalnie to bulwersuje, no bo oczywiście tu są jakieś nieprzepracowane rany, ale wracanie do tych ran co miesiąc, moim zdaniem nie prowadzi do niczego dobrego, no właśnie pogłębia duchową chorobę. Tak bym to określił.
MŚ: O, to jest po prostu też choroba polityczna. Ja bym powiedziała, że to nie sa rany, bo tak na prawdę rany po siedmiu latach jednak leczy się inaczej. To jest w tej chwili spektakl czysto polityczny...
AW: ...ale one właśnie dlatego nie zostały wyleczone, że nikt nie chciał ich zaleczyć, tylko ciągle się te rany podtrzymuje.
KK-Z: ...znaczy, u niektórych ludzi prawdopodobnie te rany wciąż istnieja...
MŚ: ...oczywiście, że tak.
AW: Ale skoro mówimy o ranach, to jest też motyw wielkanocny Tomasza, który dotyka ran Chrystusa, więc rany jeśli są świeże, to one trwają ale są przemienione. Rany Chrystusa, których dotyka Tomasz, prowadzą go ku innej rzeczywistości i on sam staje się człowiekiem no głęboko wierzącym. To jest moment jego jakiegoś takiego religijnego też umocniennia.

14:53
MŚ: Ale zmarła też w katastrofie Iza Jeruga-Nowacka.. to zresztą dla mie jest niezwykła dosyć postać. Ja napisałam takie wspomnienie o niej pośmiertne, tytułując swoj tekst „Ateistka feministka”, po czym zadzwonił do mnie jej mąż - myśmy się dobrze znali – i mówi, Magda, ona była katoliczką, głęboko wierzącą osobą, o czym ja nie wiedziałam bo myśmy jednak głównie w publicznych rolach się znały. I teraz, co roku nad jej grobem spotykają się przyjaciele, istnieje fundacja jej imienia, gdzie jakby ta osoba cały czas funkcjonuje, w obrębie również rodzinnym, bo rodzina należy do jej fundacji. Ja rozumiem, że to jest sposób i leczenia ran i uszanowania pamięci, no i pokazania, że ta osoba, z jej poglądami i przekonaniami ciągle trwa. Natomiast to co się dzieje na Krakowskim Przedmieściu, ten cały spektakl, który ma na celu budowę mitu, a de facto budowę partii, budowę siły partii, która będąc partią religijną, bo to przesłanie religijne jest tam widoczne, przecież tych modlitw i tych symboli religijnych było mnóstwo, zarazem sieje tak straszną agresję, i taka niechęć; no przecież to nie jest tylko Krakowskie Przedmieście i to nie jest tylko rocznica Smoleńska, to jest to co się dzieje w kościołach. Niedalej jak wczoraj powiedział mi ktoś, że w Mławie, w czasie mszy pojawiło się moje nazwisko jako symbol cywilizacji śmierci. No, na Boga...
AW: Proszę uwierzyć, że także moje nazwisko się w niedobrym kontekście w kościołach pojawiało.

16:28
MŚ: Natomiast ja uważam, bo ja jestem osobą niewierzącą, natomiast jestem zafascynowana teologią, i samą postacią Jezusa, ... ostatnio został on bardzo mocno, to znaczy dla takich osób jak ja, powiedziałabym, rewitalizowany dzięki świetnej książce Agambena – nie wiem czy pan profesor ją zna, Piłat i Jezus, no po prostu doskonała rzecz, i to jest taka domena myśli i wartości, z której można czerpać jak z nieskończonego kosza, różne pomysły, idee... Na przykład można mówić o tym, że Jezus przyszedł znieść przemoc, i mówić o tym żeby mężowie nie bili swoich żon, żeby nie bito swoich dzieci. Można z tego wyciągać moralistykę, która na prawdę ma, może mieć fantastyczny zasięg.
KK-Z: Ale to też wszystko jest w Ewangelii, prawda? Tylko trzeba się do niej stosować.
MŚ: Ale tylko skończę... Chciałam powiedzieć, że Ewangelia jest głęboka, a sianie propagandy PiS-u jest dosyć płytkie.

17:27
KK-Z: Ja bym chciała wrócić do tego co się dzieje na Krakowskim Przedmieściu, i tego co się dzieje wokół katastrofy smoleńskiej w kontekście także Kościoła. Z jednej strony słyszymy bardzo przejmujące słowa księdza kardynała Nycza, że wobec tajemnicy takiej śmierci pozostaje żałoba, cisza, milczenie, wzajemny szacunek, i pamięć, i to ma swoje znaczenie. A z drugiej strony arcybiskup Marek Jędraszewski, który jest metropolitą krakowskim mówi, że mgła nad Smoleńskiem ustępuje, że w końcu poznamy prawdę, że stalimy się wszyscy ofiarami mistyfikacji. I mówi to w katedrze wawelskiej, no to jednak jest to wpisywanie się w tą retorykę Prawa i Sprawiedliwości, proszę księdza.
AW: No cóż, ja bym powiedział „no comment”, ponieważ widać jak bardzo kontrastują ze sobą te dwa podejścia, dwie postawy... no ja myślę, że trzeba na prawdę głeboko wierzyć, że tam był jakiś zamach, i że jakaś mgła się rozpościerała nad Smoleńskiem. Ja obawiam się niestety, że ta mgła jest w umysłach, i to bardzo źle służy Kościołowi.
MŚ: Żeby to był tylko biskup Jędraszewski, to nie byłby taki problem, ja myślę, że problem to jest proboszczów, w całej Polsce - w plebaniach - którzy traktują kościół, i to musi chyba iść z góry, to jest jakoś związane z instytucją w tej chwili, którzy traktują kościół de facto jako mównicę polityczną. Ja ostatnio głoszę takie hasło: „Bóg jest wszędzie, w Kościele jest PiS.” Bo niestety, jak zastanawiamy się z kim można porozmawiać z takiej okazji jak Wielkanoc, z jakim księdzem, to tych księży, którzy...
KK-Z: ...o proszę... (wskazując księdza rozmówcę)
AW: Nie jestem rodzynkiem, mogę wskazać kilka adresów...
MŚ: Tak, oczywiście, ja też mogę wskazać kilka adresów, tylko gdyby sytuacja była jakby normalna, to byśmy mówili „to jest niepoważne bo wszyscy są tacy”, nie, wszyscy są tak upolitycznieni, jest tak wielkie przyzwolenie na to, że Kościół jest właściwie pewnym instrumentem politycznym w tej chwili, a nie jest instrumentem...
KK-Z: Kościół w to wszedł; Kościół w wielu sprawach milczy, co dla wierzących katolików też jest trudne do zaakceptowania, bo jeśli obserwujemy na przykład to co się działo wokół Trybunału Konstytucyjnego, czy różnych innych rzeczy, i to milczenie Kościoła jest symptomatyczne. Ono jest polityczne.
AW: Tutaj moim zdaniem, Kościół wpadł w pułapkę, tego typu pułepkę, że Kościół nie był jedynym współtwórcą polskiej demokracji ale bardzo się przyczynił do przełomu 89 roku i ja uważam, że za mało wogóle w Kościele pracowaliśmy nad samym rozumieniem demokracji...
KK-Z: ...i wolności?
AW: ... i wolności...
KK-Z: ...nieszczęsny dar wolności...?
AW ... i nieszczęsny dar wolności ... ale może jeszcze dokończe tę myśl, którą chciałem sformułować... w związku z tym, my duchowni, ja myślę,że odnosi się to w dużej częsci do biskupów, proboszczów, a nawet profesorów, nie rozumiemy tej wartości jaką jest demokracja, i dlatego Kościół się nie zaangażował, a z drugiej strony, no, wydawało się, że PiS będzie sprzyjać, i do pewnego stopnia sprzyja, akcjologii chrześcijańskiej, ale to jest właśnie ta pułapka, i dopóki właśnie się z tego w Kościele nie wywikłamy, niestety bedziemy przyczyniać się do destrukcji demokracji w Polsce.
MŚ: Ja myślę, że to nie jest kwestia demokracji, bo demokracja i Kościół, to są jednak dwie odrębne rzeczywistości. Natomiast problemem jest chyba kwestia pokory. To znaczy Kościół rzeczywiście w latach 80-tych, ja sama miałam wykłady w kościołach u Dominikanów, o wolności właśnie u John’a Stuarta Milla nota bene, i Kościół kiedy nie posiadał władzy, był niesłychanie otwarty na dialog. Kiedy zaczął posiadać władzę, co było konsekwencją również Okrągłago Stołu w 89-tym roku, to się na dialog kompletnie zamknął... znaczy, po prostu zaczął nagle z tej władzy korzystać, a skoro ma się władzę, skoro ma się potęgę, Kościół jest potężną instytucją w Polsce, to właściwie nie ma powodu żeby się otwierać, żeby rozmawiać, dialogować, itd. Ja myślę też, oczywiście ksiądz może się ze mną tutaj nie zgodzić...
AW: Za chwilę się nie zgodzę...
MŚ: Ja się zgadzam z byłym księdzem, Stanisławem Obirkiem, że trochę to była też decyzja Papieża Jana Pawła II, znaczy to była decyzja żeby postawić na Kościół silny i masowy, a nie na Kościól elitarny i intelektualny. Kiedyś, to było niewiarygodne..., ja bywałam na KUL-u, jako studentka w latach 70-tych, pod koniec lat 70-tych – tam były takie tygodnie filozoficzne...
AW: .... no tak, tydzień temu mieliśmy, ale pani profesor, dokładnie wdług tego samego....
MŚ: ... tak, tylko że potem było tak, że myśmy przyjechali w którymś momencie i zostaliśmy wyrzuceni i wygwizdani i nie było juz mowy o dialogu.
AW: ...ale mój wydział jest już daleko poza tą fazą. Mieliśmy świetny Tydzień Filozoficzny o źródłach filozofii zachodniej – zwątpienie, podziw, wiara filozoficzna – to wszystko za Jaspersem.. Ale wracając...
KK-Z: ... wracając do polskiego Kościoła...
MŚ: ...ale jeszcze jedno słowo... z księdzem profesorem Szostkiem, który, nie wiem czy jeszcze jest profesorem, na jednym ze zjazdów filozoficznych , my we dwójkę, rozmawialiśmy, to była debata, na temat aborcji. Ta debata trwała godzinę, na sali było mnóstwo osób, była świetna dyskusja, nie było wogóle jakiegoś szaleństwa.... jak to było możliwe...
Ksiądz Szostek jest autorem takiego przemówienia o narodowej zgodzie, które wygłosił niedawno u kardynała Nycza...
MŚ: Z księdzem kardynałem Szostkiem można rozmawiać, ale tylko z nim, albo jeszcze...
AW: Ja chciałbym tutaj przynajmniej częściowo jeszcze nie zgodzić... rzeczywiście ten nasz Kościół jest mało elitarny ale ja bym nie obarczał Jana Pawła II. Właściwie jego styl duszpasterski, kiedy był biskupem, polegał na tym, że on gromadził intelektualistów...
MŚ: ...ale jednocześnie dawał zgodę Rydzykowi, prawda?
AW: No dawał bo stawiał na jakąś wielość nurtów
MŚ: ...masowość...
AW: ...masowość, myślę, że też jest pewną zaletą, tylko że ja nie wiem czy w tak krótkim programie uporządkujemy to co się stało. W kazdym bądź razie, chciałbym nie tylko głęboko wierzyć..., ale ja wiem że ten nurt dialogu trwa w Kościele.

24:24
KK-Z: Proszę księdza, jest taka sytuacja, że sytuacja w Polsce jest taka, że chyba nigdy dotąd tak bardzo nie byliśmy podzieleni...
AW: ... to prawda...
KK-Z: ... i że ten mur, który jest między „dwoma narodami”, jest coraz trwalszy... że rozbijaliśmy mury po 89-tym roku, a teraz je budujemy na nowo. Czy Kościół, który mówi o pojednaniu, o wybaczeniu, nie powinien się włączyć w rozwalanie tego muru?
AW: Oczywiście, że powinien się włączyć, i tu zgodzę się z panią profesor, że w tej chwili jest rzeczywiście jednostronne postawienie na Kościół ojca Rydzyka.
KK-Z: Ale kto tak stawia? Episkopat?
AW: No, ja myślę, że tak. Potrzebne jest jakieś takie forum wewnątrzkościelne, gdzie te różne nurty mogłyby się spotkać, z tym że tutaj mamy pewne zaszłości, że jest nam bardzo trudno się spotkać. Ale powinniśmy zacząć rozmowę wewnątrz Kościoła o samym Kościele.
MŚ: Ale to jest niewiarygodne, bo to jest akurat ta instytucja, która ma tę płaszczyznę na której można się spotkać – ta płaszczyzna nazywa się chrześcijaństwo.
AW: Tak jest!
KK-Z: Dlaczego Kościół unika chrześcijaństwa?
AW: Na początku pani profesor przywoływała szkołę lwowską-warszawską, która nauczyła nas analizy, i teraz musimy zanalizować pojącie Kościół. To nie jest jeden podmiot, no ale rzeczywiście ci którzy nadaja ton w tej chwili w Kościele, moim zdaniem nie chcą dialogu na temat Kościoła.
KK-Z: ...ale na temat narodu, na temat społeczeństwa, no które jest jakie jest, słyszymy na uroczystościach smoleńskich, że „doszło do tragedii, w której mieliśmy do czynienia, z jednej strony z bólem wielkiej, tej lepszej części narodu i eksplozję zła, eksplozję nienawiści”, no to jest głęboko niechrześcijańskie, co mówi Jarosław Kaczyński.
AW: No, to jest bardzo przykre stwierdzenie, bo ono prowadzi do bardzo wyraźnych podziałów, i stąd moim zdaniem, no właśnie Kościół najpierw sam musi odnaleźć taką jedność w wielości.

26:35
KK-Z: A czy Kościół jest zadowolony, pani profesor, bo na przykład w sejmie mamy ostatnio uchwałę w sprawie objawień fatimskich? Czy to nie ośmiesza Kościoła?
MŚ: No to jest problem, bo nawet ksiądz się z tego śmieje, to jest po prostu kompletny dramat.
AW: To znaczy, ja się nie śmieję z Fatimy, ja sam pielgrzymowałem, natomiast na tyle rozumiem czym jest państwo i parlament, a czym jest religia, a na dodatek, objawienia które są... te dwa porządki nie mają ze sobą nic wspólnego. Jest to i ośmieszanie parlamentaryzmu i religii zarazem.
MŚ: Dokładnie, podobnie jak ta droga, którą teraz kroczy Kościół..., no oczywiścuie mie mamy materiałów z dzisiejszych mszy, bo jednak dzisiaj, w taki świąteczny dzień, tam powinna być eksplozja tych pozytywnych, jednoczących wartości chrześcijaństwa. Obawiam się, że te podziały znowóż się pogłębiły. Kościół ma taka wspaniałą możliwość, taką drogę, z której kompletnie nie korzysta, i to jest według mnie jakiś zupełny dramat, dla mnie to jest taki dramat, że Kościół na prawdę oddala się od chrześcijaństwa. Takie wystąpienia, również parlamentarne, powodują ośmieszanie tej religii i powodują, że być może to będzie na prawdę mocne wsparcie dla laicyzacji. Ludzie zaczną utożsamiać Kościół i wiarę z jedną partią, tę partię z Rydzykiem...
KK-Z: Kościół powinien sobie z tego zdać sprawę...
AW: ...już zaczynają. Ja z powodu, zapewne różnych moich wypowiedzi medialnych, otrzymuję bardzo dużo listów od ludzi, którzy mi się zwierzają, że nie wiedzą gdzie jest ich miejsce w Kościele, że nie znajdują miejsca w swojej parafii...
KK-Z: To jest bardzo pesymistyczne...
AW: To jest bardzo pesymistyczne ale oni są wyczuleni na co? Na misterium wiary, i stąd myślę, że rzeczywiście w naszym Kościele za dużo jest tego ducha bogoojczyźnianego, natomiast niknie misterium.
MŚ: Konstytucjonaliści, którzy udają się do Czestochowy, rozpalaja tam pochodnie i te skojarzenia które budzą w tym miejscu... to jest po prostu coś zupełnie niepoważnego.
KK-Z: Firma oddaje się pod opiekę Opatrzności Bożej – Energa
MŚ: Ja też mam takie podejrzenie, i tu ksiądz się może nie zgodzić, że również problem jest taki dosyć banalny, mianowicie poziom edukacji w seminariach duchownych jest niesłychanie niski. Ja mam czasami takie wrażenie, bo ja chodzę do różnych kościołów, że jesteśmy, my chrześcijanie, my Europejczycy, my Polcacy, polacy przede wszystkim, jakby oddani w ręce osób, którzy, no po prostu są nie wykształceni, są ignorantami.
KK-Z: Nie wszyscy mogą uczęszczać do księdza Alfreda na wykłady...
AW, Wszyscy nie mogą i
MŚ: ... znaczy, ignorancja jest problemem...
AW: Ja wogóle mam bardzo mało studentów, od tego zacznę. Ja nie znam sytuacji seminariów, ale ja byłem przez 10 lat przełożonym w seminarium lubelskim, nawet powiedziałbym, że w cudzysłowie, skazą naszego seminarium, to był wysoki poziom formacji intelektualnej...
MŚ: Na pewno są takie seminaria ale myślę, że jednak większość, patrząc się na poziom edukacji, poziom wykształcenia i wiedzę, po prostu wiedzę księży proboszczów, takich na prowincji, to jest kompletny dramat.
KK-Z: Proszę państwa, proszę księdza, pani profesor, króciutko życzenia, czego ksiądz życzy nam na te święta?
AW: Życzę, zacznę od pani, a także telewidzom: radości i nadzieji, nie tylko tej nadzieji, że jutro, pojutrze czy za miesiąc będzie lepiej, ale takiej nadzieji na zawsze.
MŚ: A ja przedze wszystkim chyba pojednania, bo to jest taki najważniejszy problem, ale też świadomości, że pojednanie wymaga pracy, że to nie jest hasło, które się rzuci po prostu, to jest praca, i to jest praca, którą trzeba zacząć od siebie samych, od środka, a potem od przyjaciół, potem iść dalej i idalei, no i próbować iść tą trudną drogą bo inaczej się rozpadniemy jako wspólnota.
KK-Z: Zakończmy optymistycznym akcentem
Wszyscy: Radości, pojednania, miłości
KK-Z: Bardzo dziękuję, pani profesor Magdalena Środa, ksiądz profesor Alfred Wierzbicki, do zobaczenia.
___________________________________________

* moje wyjaśnienie: to nie była encyklika, tylko adhortacja czyli duszpasterskie napomnienie, zachęta. Tekst można przeczytać tutaj

7 / 28 / 2026 Olbr y c ht G ó reck i Edytowane;  Struny w owijce metalowej. Pierwsza i druga od lewej to struny o owijce zamkniętej, takie, ...