WIZJA PRZYSZŁOŚCI

Mieszkańcy Europy w niedalekiej przyszłości
(zdjęcie pochodzi z oryginalnego tekstu sprzed 30 lat)

Wysłałem mojemu zielonogórskiemu przyjacielowi tekst o dobrodziejstwie papieru toaletowego, a on w podziękowaniu poczęstował mnie arcyciekawym tekstem wizjonerskim. Tak ciekawym, że postanowiłem natychmiast podzielić się nim z moimi czytelnikami. Otóż, Maroš Puchovský, słowacki publicysta, eseista i politolog, przedstawił 30 lat temu w gazecie Zmena swoją wizję przyszłości na rok 2023. Wieszczy rok już blisko, ale czy tylko?


Śmiertelnego wirusa przetrwają tylko te kraje,

które doświadczyły komunizmu
*

Maros Puchovsky

Ibrahim Husseini, przywódca Prowansalskiego Frontu Allaha, zostaje prezydentem Francji i proklamuje w Paryżu republikę islamską. Kanclerz Niemiec Türgüt Mustafa jest zaniepokojony atakami szyickiej większości w Bawarii na mniejszość katolicką, która domaga się przywrócenia języka niemieckiego przynajmniej w szkołach podstawowych. Brytyjski premier Jalal Jrinaputra stoi w obliczu separatyzmu od buddystów, którzy podpalili hinduską świątynię w Liverpoolu. Jorge Luis de las Mercedes Pérez y Dominguez, gubernator niepodległej Kalifornii, wprowadza hiszpański jako jedyny język urzędowy w tym kraju. Podobnie prezydenci innych niepodległych państw latynoskich – Arizony, Nowego Meksyku, Teksasu i Florydy. Jest rok 2023...

Nie, to nie jest science fiction, to wizja bardzo bliskiej przyszłości, którą nasze pokolenie zobaczy na własne oczy. Trzy i pół roku po upadku komunizmu pojawiają się niezwykle ciekawe światowe trendy, w których odegramy swoją rolę. Wahadło historii szybko zawraca w przeciwną stronę. W ciągu ostatnich 200 lat Europa Zachodnia skolonizowała całą Amerykę, Australię, Afrykę i Azję. Teraz dawne kolonie w okrutny sposób powracają do ojczyzny. Dzisiejsi najsłynniejsi pisarze angielscy pochodzą z Indii i Pakistanu, literatura hiszpańska nie powstaje w Hiszpanii, ale w Ameryce Łacińskiej, sportowcy w barwach Stanów Zjednoczonych to w większości czarni – potomkowie importowanych niewolników. Wkrótce w Paryżu będzie więcej muzułmańskich meczetów niż kościołów. I nie chodzi tylko o kulturę.

Eksplozja populacyjna w trzecim świecie jest nie do powstrzymania. Na przykład sama niepozorna Indonezja liczy 200 milionów mieszkańców, czyli prawie tyle samo co Stany Zjednoczone, które już za dziesięć lat wyprzedzi. Turcja jeszcze w 1950 roku miała tylko 16 milionów mieszkańców, dziś ma 60 milionów, a za dziesięć lat będzie ich 80 milionów. W Ameryce Łacińskiej żyje obecnie 500 milionów ludzi, nie wspominając o Chinach i Indiach, które razem stanowią prawie połowę ludzkości. Jednocześnie największe wzrosty dotyczą głodu, wojny i AIDS w Afryce,. Naukowcy obliczyli, że gdyby bomby spadające na Afrykę zabijały codziennie 90 000 ludzi, to i tak nie powstrzymałoby to przyrostu populacji. Kolejne 250 000 nowych Afrykanów rodzi się tam każdego dnia. I wszyscy zmierzają do bogatych krajów Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych, dokąd będą uciekać od biedy milionami. Czy wiesz, co się stanie za dziesięć lat?

Południowe Stany Zjednoczone zostaną zalane dziesiątkami, a później setkami milionów Meksykanów i innych Latynosów, którzy kompleksowo zlatynizują południowe stany i stopniowo przejmą w swoje ręce rządy i administrację. Następnie rozwijają silną presję separatystyczną. Zachodni Europejczycy będą wypierani i zastępowani przez miliony Arabów z Afryki Północnej, Turków, Nigeryjczyków i Hindusów. W potwornym morzu imigrantów bogactwo tych krajów ulegnie rozproszeniu. Nie zapobiegną napływowi – zdradzi ich własna liberalna ideologia swobodnego przepływu osób i praw człowieka. Sytuacja podejrzanie przypomina ostatnie dni prosperującego Cesarstwa Rzymskiego przed jego podbojem przez barbarzyńców. Pierwszy (bogaty) świat łączy się z trzecim (rozwijającym się) światem.

Tylko drugi (postkomunistyczny) świat zostanie na boku - czyli my. Imigrantów nie obchodzimy - jesteśmy prawie tak biedni jak oni. Jednocześnie posiadamy dziedzictwo kultury i edukacji europejskiej. Paradoksalnie, przed infiltracją Europa Wschodnia zostanie uratowana przez zrujnowane gospodarki. Będzie to wyspa stabilności, podczas gdy w Europie Zachodniej z ogólnego chaosu wyłonią się państwa muzułmańskie. Wahadło historii powróci i Słowianie wyjdą z cienia. Śmiertelny wirus imigracyjny przetrwają tylko te kraje, które doświadczyły komunizmu. Czeka nas ciekawa przyszłość.

PS - Jeśli w to nie wierzysz, odłóż ten artykuł na bok i przeczytaj go ponownie za dziesięć lat.
___________________________

* Wersję angielskojęzyczną opublikował dwa dni temu na swoim blogu Lubos Molt, czeski bloger, teoriostrunowiec, były wykładowca na Harvardzie, i jak powiada mój przyjaciel - "wariat, ale umysł pierwszorzędny".
 CZEGO LUDZIE UŻYWALI PRZED PAPIEREM TOALETOWYM?
Stary niemiecki papier toaletowy


No właśnie, co mówią tym źródła z różnych stron antycznego i bliższego naszym czasom świata? O Rzymianach czytaliście już nieco w artykule sprzed dwóch lat, który można ponownie przywołać klikając tutaj. Jednakże zanim przejdziemy do zasadniczej treści artykułu opublikowanego przez Taryn Smee na portalu The Vintage News, korci mnie pytanie, jak to się robi w kosmosie? A dokładnie, to w warunkach braku grawitacji – oczywiście, nie mam na myśli uwarunkowań po-barowych, tylko zjawisko fizyczne. Ciekaw jestem, bowiem pomimo tego, że zdarzyło mi się być wielokrotnie po kilkanaście do kilkudziesięciu sekund w autentycznym stanie nieważkości – tym zależnym od grawitacji lub jej braku – ani przez moment nie znalazłem się na poziomie nagłej potrzeby. Za to, lewitując w przestrzeni, wypuszczałem z butelki kulki wody, które mogłyby być produktem numer 1 gdybym się zsikał z wrażenia. Ale nie, nic takiego się nie stało. Kulki lewitowały wespół ze mną – dwie dopadłem i łyknąłem zanim grawitacja wróciła, a te niełyknięte chlasnęły o podłogę, co zresztą i ja uczyniłem, doświadczając przykrości lądowania z warunkach 1.8 g. Pytanie o biznes numer 1 i 2 w kosmosie pozostało więc aktualne i jestem głęboko przekonany, że nurtuje ono większość ludzkości, a przynajmniej tę część, która zbiera grosz na wyprawę turystyczną w przestrzeń pozaziemską. Myślę, że lata trzydzieste będą obfitować w weekendy, a może i dwutygodniowe wakacje na orbicie. Zatem jak radzono sobie z tym problemem w formatywnych latach przebywania homo sapiens kilkaset kilometrów nad Ziemią?

Nie wiem jak to było z Gagarinem, ale Alan Shepard zlał się w gacie. Owszem, i to na rozkaz z centrum dowodzenia lotem. Siedział w kabinie już o 5:20 rano czekając na start, który miał nastąpić za dwie godziny, ale zdarzyło się opóźnienie, a jego pęcherz nie był na to przygotowany. Dwa miesiące później, podczas drugiego amerykańskiego lotu w kosmos, Virgil Grissom miał już kombinezon z wbudowanym pojemnikiem na siku. To było wszakże całe 60 lat temu, w czasach 15-minutowych lotów ... Potem przyszły kilkudniówki, a po nich wielomiesięczne przebywanie w kosmosie. Już w drugiej połowie lat 80-tych XX wieku, miały miejsce ponadroczne pobyty na orbicie. Zastanówmy się na ile wypraw do wychodka to się przelicza, szczególnie gdy wziąć pod uwagę, że pierwsze kilble para-normalnego kalibru zaistniały na orbicie dopiero w roku 2000. Ale to nie wszystko. Sikać trzeba było na stojąco, panie też. Do grubszej roboty, na maleńkim sedesiku, trzeba było się przycumować pasami – uda w zwarciu, a mały otwór musiał być uszczelniony dupą każdego rozmiaru niczym śluza cumownicza orbitera kiedy przyleci z prowiantem, sprzętem i/lub wymianą załogi. Niestety, nawet ten model nie działał zbyt dobrze, a o wygodzie i czystości było można tylko pomarzyć. Dopiero 23 miliony dolarów i osiem lat później – tak w roku 2018 – wyposażono Stację Kosmiczną „Wolność” w próżniowy kibelek. Jak zdarzy się wam tam pobyć, sikać będziecie do lejka, na siedząco, na stojąco, jak wolicie, ale trzeba przyciskać go do ciała tak, żeby jakaś niesforna kropla nie wybrała wolności. Luksus przychodzi z kupą! Podnosisz przykrywę kibla, i w tym momencie zaczyna działać ssanie. Spuszczasz gacie i rozsiadasz się jak w swojej wygódce – co urobisz jest zassane, perfumy też. To co poszło do wora, zostanie spalone, żeby nie ciążyło, ale próbki i tak polecą na Ziemię, do badań. Siku natomiast jest przerabiane na pijalną wodę – taka 90-procentowo zamknięta cyrkulacja. Astronauci nawet mawiają: „dzisiejsza kawa jest jutrzejszą kawą". A jak kiedyś zobaczysz spadającą gwiazdę, to może to być zarówno meteoryt, jak i fragment komety, albo spalający się worek astronautycznego gówna. Wrażenie jest identyczne!

Ale wracajmy do naszych baranów... no to >


CZEGO UŻYWALI LUDZIE
PRZED PAPIEREM TOALETOWYM?*
Taryn Smee


Wczesny chiński papier z włókien konopnych. Zdjęcie: Ytrottier CC BY SA 3.0

Pierwsze odnotowane użycie czegoś przypominającego papier toaletowy pochodzi z VI wieku w Chinach, gdzie zamożniejsi członkowie społeczeństwa używali zwitki papieru do czyszczenia swoich dolnych regionów.

Za czasów dynastii Tang, wizytujący w Chinach dyplomata z Bliskiego Wschodu skomentował rzecz następująco: „Nie dbają o czystość i nie myją się wodą po załatwieniu swoich potrzeb, tylko wycierają się papierem”.

Za czasów dynastii Song cesarz zarządził udostępnienie papieru o wymiarach 60 na 90 centymetrów na potrzeby jego łazienki. To pierwszy raz papier stworzony specjalnie do toalety.

W starożytnym Rzymie, gdzie powszechne były publiczne toalety, preferowano używanie tersorium, czyli gąbki na patyku do wspólnego użycia, którą między użyciami przechowywano w mocnej morskiej solance lub occie.


Replika xylospongium (gąbka na patyku). Zdjęcie: D. Herdemerten ( Hannibal21 ) CC BY 3.0

Czasami przekazywano ją sobie nawzajem, od osoby do osoby, a bywało, że ktoś chwytał za niewłaściwy koniec kija, co stawało się powodem do wesołości, aczkolwiek bywało, iż także infekcji a nawet śmierci. Seneka opowiada historię germańskiego gladiatora który zamiast stawić czoła okropnościom Koloseum, w roku 64 popełnił samobójstwo z pomocą tersorium.

(Autentyczny passus z „Listów” Seneki jest następujący: „W akademii szkolenia gladiatorów, pracujących z dzikimi bestiami germański niewolnik, przygotowując się do porannych pokazów, poszedł sobie ulżyć – jedyne, co wolno mu było robić w odosobnieniu i bez obecności strażnika. Będąc zajęty wypróżnianiem się, chwycił przeznaczony do brudnych czynności drewniany kij zakończony gąbką i wepchnął go sobie do gardła. W ten sposób zatkał tchawicę i uniemożliwił sobie oddychanie… Co za dzielny facet. Bez wątpienia zasłużył na to, aby wybrać swój los". – mój dopisek)

Pessoi

Równie dziwne rzeczy miały miejsce w starożytnej Grecji, gdzie w użyciu też bywała gąbka na patyku, zwana xylospongium, aczkolwiek preferowaną metodą oczyszczania się były kawałki ceramiki nazwane pessoi.  Używano je do skrobania się od lewej do prawej; historycy oszacowali, że jednorazowo zużywano z reguły trzy kawałki pessoi.


Chociaż powszechne było załatwianie się na świeżym powietrzu, istnieją dowody na to, że osoby bardziej uprzywilejowane w społeczeństwie miały dostęp do spłukiwanych toalet. Według Timesa „Uważa się, że najstarsze spłukiwane toalety na świecie znajdują się w minojskim pałacu w Knossos na Krecie, gdzie wciąż można zobaczyć ich 4000-letnie pozostałości. Minojska rodzina królewska siadywała na drewnianym siedzeniu nad glinianą miską, którą spłukiwano wodą do kamiennych kanałów ściekowych”.

Chūgi z okresu Nara (710 do 784) w Japonii. Zdjęcie: Chris 73 CC BY-SA 3.0

W starożytnej Japonii do czyszczenia trudniej dostępnych miejsc używano metalowego narzędzia zwanego chugi, które wyglądało podobnie do szpatułki do przyciskania języka — na szczęście nie ma doniesień o myleniu tych dwóch części ciała.

Sprawy były nieco bardziej sanitarne na starożytnym Bliskim Wschodzie, gdzie używano bieżącej wody i lewej ręki, aby skierować strumień wody we właściwe miejsce, po czym dokładnie myto rękę.

W Europie powszechne było używanie szmat, które można było prać i używać ponownie. Wiele z tych szmat trafiło do kanalizacji, więc nie można dowieść, ile razy te szmaty były używane przed wyrzuceniem.

W Amerykach powszechne było używanie kolb kukurydzy po usunięciu ziaren. Była to popularna opcja, ponieważ kolby były łatwo dostępne i zaskakująco miękkie i elastyczne.

Mimo że toaleta do spłukiwania została wynaleziona w 1596 roku, pierwszy papier toaletowy został wyprodukowany dopiero w 1857 roku, kiedy amerykański wynalazca Joseph Gayetty zaczął sprzedawać pierwszy papier terapeutyczny nasycony aloesem w cenie 50 centów za 500 arkuszy. Początkowo produkt Gayetty'ego był sprzedawany jako akcesorium medyczne, reklamowane jako pomoc dla osób zmagających się z hemoroidami.


Zanim wynalazek Gayetty'ego stał się popularny, ludzie używali wszystkiego, co tylko wpadło im w ręce. Ulubionymi substytutami papieru toaletowego w łazienkach były katalogi wysyłkowe i publikacje, takie jak Almanach Farmera, albo inne, bardziej naturalne materiały, jak kawałek mchu, garść piasku, odrobina futra, a nawet w niektórych przypadkach muszle małży i ostryg.

Chociaż Gayetty był bardzo dumny ze swojego wynalazku, produkt został później zapamiętany jako komercyjna katastrofa. Idąc za jego przykładem, kilku innych wynalazców próbowało wprowadzić na rynek swoje papiery w rulonie. Wiele z nich nie odniosło sukcesu aż do 1867 roku, kiedy braciom Thomasowi, Edwardowi i Clarence Scott udało się z powodzeniem rozreklamować papier toaletowy. Tak więc rok 1867 był rokiem, w którym perforowany papier toaletowy w rolkach, jaki znamy dzisiaj, doczekał się szerszego zastosowania.

W 1935 roku Northern Issue zaczął reklamować na rynku papier toaletowy „bez drzazg”**. A w 1942 roku, papiernia św. Andrzeja w Wielkiej Brytanii uzyskała pożądaną miękkość, wprowadzając papier dwuwarstwowy.

Od tego momentu była to już tylko kwestia jakości PT – rozmiar, waga, wytrzymałość, chropowatość, pozostałości, nasiąkliwość itp. Niektóre firmy inwestowały w badania, aby znaleźć lepszą formułę produktu. Doprowadziło to na przykład do dodania aloesu do papieru, aby go zmiękczyć.

Jakość tego produktu zależy od jego trwałości, szorstkości i ilości warstw. Niskogatunkowy PT składa się tylko z jednej lub dwóch warstw i czasami może być bardzo chropowaty. Papier średniego gatunku jest mocniejszy i nieco miększy, podczas gdy najwyższej jakości papier składa się z 2 do 4 warstw, i może być wzbogacony balsamami lub kremami dla uzyskania miękkości, a także teksturowany, wzorzysty, lub pikowany, aby nadać mu luksusowy charakter.

Przez większość XX wieku istniała ogromna przepaść między „miękkim” a „twardym” papierem toaletowym nie tylko pod względem jakości, ale także ceny. Twardy był bardziej przystępny cenowo i często umieszczano na nim nadruki, takie jak „TERAZ PROSZĘ UMYĆ RĘCE”, „NSYCANY IZALEM” lub „WŁASNOŚĆ RZĄDOWA”, które były napisane na każdym arkuszu w pobliżu perforowanej części. W końcu różnica w cenie między dwoma rodzajami papieru została zredukowana na tyle, że podstawowym wyborem stał się papier miękki.
__________________

* Wszystkie zdjęcia, pochodzą z oryginalnego artykułu  |  tłumaczenie na j. polski: Krzysztof Onzol
** Pamiętam szorstki marszczowy z 2-cm drzazgami jeszcze w latach 80-tych, nie wspominając nawet o wcześniejszych

 PODBRÓDEK

By Pied Kiwi - Own work, CC BY-SA 3.0 (edited)



Nie przypuszczałem, że zdarzy mi się poczęstować moich Czytelników historią podbródka...
A jednak staje się to faktem, i to nie byle kiedy, bo już dwa dni po tym jak Kabul został wzięty oraz sto jeden lat i dwa dni po Cudzie nad Wisłą. Na pytanie o to, co wspólnego mają te dwa wydarzenia z obskurnym elementem anatomicznym zwierzyny, która na tym samym poziomie potrzeb je, wypróżnia się i napierdziela, odpowiadam krótko: w zasadzie nic. Chwilę później refleksyjna myśl jednak nie daje spokoju, bowiem wnioski jakie nasuwają się z abstraktu artykułu Stephena Leacha wskazują wyraźnie, że w konstytucji biolo, potrzeba napierdzielania ma priorytet – innymi słowy, nawet na głodnego trzeba się trzaskać, żre się potem. Przeczytajcie - może być na głodnego - i zastanówcie się dlaczego figiel ewolucyjny dał nam podbródek, pomijając przy okazji 100% reszty istnień na tej planecie.

*

I did not think that I would ever treat my Readers with the history of the chin ...
And yet it becomes fact, exactly today, two days after Kabul was taken, and one hundred and one years+two days after the Miracle on the Vistula River. When asked what these two events have in common with the irrelevant anatomical element of the game, which at the same level of needs eats, defecates and screws around, I answer briefly: basically nothing. However, a moment later, the reflective thought does not give one peace, because the conclusions that arise from the abstract of Stephen Leach's article clearly indicate that because of the biological constitution, the need to screw around has a priority - in other words, even if you are hungry, you first beat and kick around, and eat later. Read on – even being hungry - and think about why the evolutionary joke gave us a chin, disregarding 100% of the rest of the creatures on this planet.

For original English version of the text, please 
click here.



Ewolucyjna zaleta ludzkiego podbródka*
Stephen Leach

Podbródek jest cechą charakterystyczną dla homo sapiens, ale jak dotąd nie ma zgody co do jego ewolucyjnego pochodzenia. Sugeruje się, że dawał homo sapiens korzyści przy czynności picia. Kiedy pijemy z dwiema złożonymi razem dłońmi, podnosimy ręce do twarzy i podbródkiem zatykamy szczelinę u podstawy naszych dłoni, dzięki czemu jesteśmy w stanie pić, mogąc jednocześnie doskonale obserwować nasze otoczenie.

W książce The Enduring Puzzle of the Human Chin, James Pampush i David Daegling dokonują przeglądu sześciu konkurencyjnych hipotez na temat tego detalu anatomicznego człowieka; trzy z nich ewolucyjnie widzą brodę jako produkt uboczny (ang. spandrel), a trzy jako adaptację. Trzy pierwsze hipotezy postrzegają podbródek zasadniczo jako relikt, (produkt uboczny) jakiegoś innego rozwoju, podczas gdy hipotezy adaptacyjne postrzegają go generalnie jako dodatek rozwojwy, będący bezpośrednią odpowiedzią na określone okoliczności.

Chwilowy hiatus na kilka słów mojego uzupełnienia: podbródek jako produkt uboczny znalazł próby wyjaśnienia:
- w hipotezie hipofunkcji - procesowanie żarcia w ogniu wymagało mniej żucia, więc wielkie zęby i szczęki zredukowały się – nie kupuję!

- w redukcji górnej części twarzy przy zachowaniu prominentnej brody z podbródkiem – nie kupuję!

- w samoudomowieniu, na skutek czego nastąpiła redukcja środkowej części twarzy w odpowiedzi na obniżony poziom androgenów – nie kupuję!

Zwolennicy podbródka adaptacyjnego głoszą jego wykształcenie się na gruncie:
- hipotezy stresu żucia – innymi słowy, więcej żucia, większy podbródek – nie kupuję!

- hipotezy mowy – dużo gadasz, potrzebujesz wzmocnienia dla jęzora, zatem rośnie ci podbródek – nie kupuję!

- hipotezy doboru płciowego – innymi słowy, podbródek ornamentem (pytam: takim samym jak trzepotanie rzęsami?) – nie kupuję!

Wracajmy zatem do mojego wyboru numer jeden, czyli „picia ze złożonych rąk” jako przyczyny wykształcenia się podbródka u homo sapiensów...

Picie ze złożonych rąk - koncepcja, którą kupuję w pełni.

Badania nad ewolucją człowieka poświęciły wcześniej wiele uwagi aktowi jedzenia, natomiast piciu znacznie mniej. Jednak sama czynność ma ogromne znaczenie; stawia one wszystkie ssaki w pozycji zagrożenia na atak ze strony drapieżników zarówno w wodzie jak i na lądzie. Drapieżniki w wodzie są trudne do zobaczenia, usłyszenia lub wywąchania, natomiast na lądzie drapieżniki są mniej widoczne ponieważ ssak pijący bezpośrednio z wody nie jest w stanie rozejrzeć się wokół siebie. Z konieczności patrzy w dół, spoglądając w wodę tuż przed sobą.

Szympans radzi sobie z tym problemem, zanurzając od czasu do czasu rękę w wodzie i następnie pijąc ze swojej dłoni. Homo sapiens jest jednakże jedynym żyjącym zwierzęciem, które pije z dwóch złożonych dłoni. Jest to technika, którą umożliwia dwunożność. Zatem, ze względu na jej skuteczność w doniesieniu wody do ust, przy jednoczesnym zachowaniu możliwości obserwacji otoczenia w znacznym stopniu, technika picia ze złożonej dłoni mogła być stosowana przez inne dwunożne homininy, z których żaden wszakże nie miał podbródka. Jak pokazuje prosty eksperyment, posiadanie podbródka potęguje tę zaletę. Spróbuj przed lustrem w łazience pić ze złożonymi dłońmi, ale bez opierania ich o podbródek! Kąt głowy jest wtedy taki, że ręce częściowo zasłaniają nam pole obserwacji. Dopiero wraz z rozwojem podbródka byliśmy w stanie pić z minimalnym ograniczeniem pola widzenia. Niewielka, mięsista wypukłość tuż nad podstawą brody równie dobrze może być częścią tej samej bezpośredniej adaptacji – skutecznego zatykania luki w najbliższym miejscu spotkania naszych dwóch złożonych dłoni. Skuteczność nowej metody picia byłaby również zaletą w podchodzeniu i polowaniu na zdobycz.

Homo sapiens polował przede wszystkim za pomocą zmysłu wzroku i powszechnie uważa się, że jedną z najbardziej lubianych przez naszych przodków technik łowieckich było wyczerpanie ofiary poprzez biegi wytrzymałościowe na długich dystansach. Istnieje kilka innych cech ludzkiego ciała, które pozwalają nam pokonać inne zwierzęta w bieganiu na duże odległości. Kilka z nich dotyczy nawodnienia, w tym naszej zdolności do pocenia się (szybciej niż u innych zwierząt) i braku gęstej sierści na dużej części ciała. Podbródek to kolejna cecha zwiększająca naszą przewagę nad zdobyczą w polowaniach długodystansowych, polegająca na tym, że potrafimy pić nie tracąc z oczu ofiary.

Podsumowując, picie ze złożonych rąk jest techniką, jaką umożliwia nam dwunożność. Dzięki ewolucji podbródka stało się ono jeszcze bardziej efektywne. Posiadanie zdolności obserwacyjnej niczym z „wieży strażniczej”, dało homo sapiens przewagę nad innymi elementami wspólnego środowiska.
________________________________________________

* - za portalem: ACADEMIA | Letters | An Evolutionary Advantage of the Human Chin, Stephen Leach - autor | Tłumaczenie z j. angielskiego Krzysztof Onzol



CHLEB

Kamień żarnowy z rozcieraczem z obozowiska Marra nad rzeką Darling, NSW. Nr AM E49213.
Zdjęcie: Stuart Humphreys. © Muzeum Australijskie



Październik 1971
Pięćdziesiąt lat temu Staszek - Autor tekstu, Basia, Jerzy, Krysia, Andrzej, Ala, Krzysiek, Ewa, Małgosia, i ja*, tłumacz tekstu Autora, zaczęliśmy naszą edukacyjną, muzealną, terenową, i naukową podróż, zakończoną dyplomem dającym nam tytuł zawodowy archeologa. Losy każdego z nas potoczyły się wielokierunkowo, do tego rozpierzchliśmy się po świecie, ale niemal w komplecie do dzisiaj łączy nas sporo więcej niż mgliste wspomnienie wykładów, ćwiczeń, kolokwiów, egzaminów i kaca. Niestety, Ala, bodajże najmłodsza z nas, odeszła w pośpiechu przygotowć wieczne kwatery swoim bliskim, a może i nam, którzy wspominają z nostalgią Jej ciepło i uśmiech...
R.I.P. Alu!

Stachu piszę o chlebie. Piszę o pradawności tego pożywienia.  W mojej archeologicznej pracy nigdy nie zajmowałem się zagadnieniami z tak odległych epok, o jakich prawi Autor. Przyznaję, że kontemplowanie zagadnień wypieku „chleba” na co najmniej dwadzieścia tysięcy lat przed czasem kiedy zaczęto intencjonalnie uprawiać zboża, nigdy nie zaprzątało moich archeologicznie dociekliwych myśli. Nie miałem pojęcia, że to było możliwe i miało miejsce, a już szczególnie jeśli chodzi o Australię --- a jednak. Przeczytajcie...

Nota redakcyjna pod tekstem oryginału: Dr Stan Florek jest archeologiem. Jego praca w Muzeum Australijskim dotyczy opieki nad zbiorami etnograficznymi i archeologicznymi z Azji, wysp Pacyfiku i z innych regionów świata. Dr Florek jest również współtwórcą naszej Kolekcji i pomaga odwiedzającym muzeum, studentom, badaczom i społeczności naszego regionu w fizycznym i cyfrowym dostępie do zbiorów. Jest on także stałym współpracownikiem bloga Muzeum Australijskiego.


Chleb aborygeński - długa tradycja

Stanisław Florek


For the original text in English, please scroll down

Chleb ma długą historię. Starożytnym Egipcjanom i Sumerom często przypisuje się udoskonalenie sztuki wypieku chleba. Dowody z prehistorycznej Europy Środkowej sugerują, że mąkę produkowano przez mielenie nasion już 30 000 lat temu – co wskazuje, że chleb poprzedza uprawę zbóż co najmniej o 20 000 lat.

Oczywiście nikt nigdy nie znalazł bochenka chleba utkniętego gdzieś w prehistorycznym miejscu! Dowody archeologiczne rzadko są oczywiste - ujawniają całą historię bez starannej interpretacji, ale fragmenty żaren z pozostałościami skrobi dzikich traw i innych nasion, odkryte w prehistorycznych obozach są już bardzo solidnym dowodem. Mając je, przystępuje się do detektywistycznego śledztwa. Gliniane garnki, niezbędne do gotowania zbóż, pojawiły się jakieś 5000 lat temu (w Europie Środkowej), zatem jedynym sposobem na spożycie ziarna było zmielenie go i upieczenie w formie płaskiego ciasta – przaśnego chleba podobnego do tego, jaki znamy z Bliskiego Wschodu w postaci pieczywa pita.

Archeologia europejska czy bliskowschodnia nie daje nam żadnych wskazówek, jak ten system wypieku chleba był zorganizowany ani jakiej wymagała praca. Aczkolwiek, fragmenty kamiennych żaren z pozostałością skrobi zbożowej również w Australii datowane są na około 30 000 lat temu, a jednocześnie istnieje wiele młodszych stanowisk archeologicznych, na których takie dowody są obecne aż do okresu kontaktu z Europejczykami, kiedy wszystkie metody wykorzystania ziarna i wypieku chleba stają się dostępne do badań.

Przybywając w 1985 roku po raz pierwszy nad Jezioro Mungo, które jest ważnym aborygeńskim i archeologicznym stanowiskiem, byłem pod wrażeniem zebranych z okolicznych obszarów i przechowywanych w (ówczesnym) ośrodku badań kilku ton dużych kamieni żarnowych (w formie płyt do rozcierania ziaren na mąkę) Te kamienne żarna zostały zebrane przez rolników i przypadkowych kolekcjonerów ze starych obozowisk Aborygenów, jako imponującą ciekawostkę na pokaz lub na pamiątkę (relikwie Aborygenów są chronione od 1974 roku i zbieranie ich jest zabronione).

Nasiona dostarczają doskonałego pożywienia i przez całą historię były podstawowym źródłem pożywienia we wszystkich cywilizacjach, w tym w naszej. Nasiona pochodzące z traw, najpierw dzikich, a następnie udomowionych, były najważniejsze dla życia człowieka w suchych regionach. Australia, jako najbardziej suchy kontynent, była ojczyzną wielu grup aborygeńskich, których utrzymanie opierało się na zbożu, zwłaszcza w okresach suszy, gdy brakowało innego pożywienia. Szacuje się, że chleb wypiekano średnio 90 dni w roku.

W dużej części Australii Środkowej chleb wypiekano z rodzimego prosa (Panicum) i porastajacych nadmoskie wybrzeża traw spinifex (Triodia), uzupełnionych nasionami akacji. W innych miejscach do produkcji mąki używano portulaki pospolitej (Portulaca oleracea), akacji (Acacia victoriae), krzewów mulgi (Acacia aneura), fasoli zwyczajnej (Rhyncharrhena linearis) oraz nasion drzew z rodziny bobowatych zwanych pospolicie curara, albo ‘dead finish’, czyli ‘martwy koniec’ (Acacia tetragonophylla).

Zbieranie przez większą część dnia bardzo małych ziarenek aby zapewnić rodzinie posiłek było zazwyczaj zadaniem kobiet i dzieci. Żywność taka wymaga wszakże kilku etapów przetwarzania. Najpierw należy oddzielić nasiona od łusek – zabiegi te, jak i przesiewanie, wymagały znacznej praktyki, a do pomocy w tym procesie używano sporego drewnianego naczynia. Mielenie nasion na mąkę odbywało się na dużej kamiennej płycie – żarnach. To była ciężka praca – dwie lub więcej godzin mielenia dawało pół kilograma mąki. Na koniec mieszano mąkę z wodą i przypominające ciasto chlebowe wyroby wypiekano w popiele lub na rozgrzanym węglu drzewnym ogniska.

Wypiek chleba wymagał zaawansowanego planowania i stałego zaopatrzenia w narzędzia do rozdrabniania nasion – absolutnie niezbędnych do przygotowania tej wartościowej ale pracochłonnej żywności. Takie kamienne rozcieracze (żarna) były potrzebne każdej dorosłej kobiecie i cztery lub pięć z nich znajdowało się na każdym głównym obozowisku, odwiedzanym cyklicznie przez lokalne społeczności w obrębie swojego terytorium.

Duży owalny kameń żarnowy, Wilcannia District NSW. Nr AM E55716.
Zdjęcie: Allison Dejanovic.
© Muzeum Australijskie

Szacuje się, że przeciętny kamień żarnowy może wytrzymać nawet 9 lat, w zależności od tego, jak często jest używany. Rozdrabnianie nasion powodowało, że powierzchnia kamienia stawała się gładka, wypolerowana i mniej efektywna. Taka płyta wymagała więc od czasu do czasu „odnowienia” – polegającym na schropowaceniu jej powierzchni ściernej kamiennym młotkiem. Przy wielokrotnym chropowaceniu przez miesiące i lata, grubość kamienia żarnowego zmniejszała się – intensywnie używane żarna były przydane do czasu kiedy w środku kamienia pojawiła się dziura – wtedy to stawały się bezużyteczne.

Te płyty z piaskowca były pozyskiwane stosunkowo rzadkich kamieniołomach znajdujących się zwykle z dala od obozowisk, lub nawet całych terytoriów ich zamieszkiwania. Tak więc dostarczanie żaren wiązało się często z wielokilometrowymi podróżami, negocjowaniem dostępu do kamieniołomu, wyłupywaniem płyt, kształtowaniem ich w kamieniołomie i transportem około 30-kilogramowych brył na głowie do odległych obozów, gdzie były używane jako narzędzia produkcyjne. Nierzadko zdarzało się dostarczać taki sprzęt do obozowiska odległego o kilkaset kilometrów.

Kamieniołomy, w których pozyskiwano materiał na żarna pokazują, jak rdzenni Australijczycy inwestowali ogromne ilości czasu na planowanie i pracę, aby uczynić zamieszkałe przez nich tereny nadającymi się do życia. Zorganizowali całą bazę techniczną, pozwalającą im używać ziaren do wypiekania swojego codziennego chleb. Na terenach południowoaustralijskich, zamieszkiwanych przez ludy Dieri, Arabana, Adnyamathanha i Yandruwantha ilustruje to doskonale sieć kamieniołomów, takich jak Palthirri-pirdi (Anna Creek) na zachód od jeziora Eyre, Wadla wadlyu (Tooths Nob) w Górach Flindersa, Biljamana/Pidleeomina (Charlie Swamp) na południe od stacji Finniss Springs oraz kompleksy kamieniołomów w rejonie Cooper Creek i w okolicy miejscowości Innamincka, o liczbie mieszkańców wynoszącej 44 osoby. Chociaż kamieniołomy są odkrywane i badane, niewiele z nich jest jak dotąd dobrze zbadanych i udokumentowanych.

Jednym z takich przebadanych jest Kamieniołom Narcoonowie, położony w odległej części Pustyni Strzeleckiego, z dala zarówno od znanych źródeł odpowiedniego piaskowca jak i od większego kamieniołomu w rejonie osady Innamincka. Wygląda na to, że Narcoonowie było jedynie niewielkim kamieniołomem, uzupełniającym zapotrzebowanie na dodatkowy kamień dla lokalnych grup Aborygenów w promieniu 65 km. Jego eksploracja zapoczątkowana została dopiero około 600 lat temu. Badacze zagadnienia szacują, że prawie 150 ton piaskowca usuniętego z tego kamieniołomu pozwoliłoby na wyprodukowanie około 2052 obrobionych kamieni żarnowych. Większe i starsze kamieniołomy dostarczyły wiele tysięcy kamieni żarnowych, które służyły aborygeńskim kobietom do przygotowania mąki i wypieku chleba w odległej przeszłości, na tysiąclecia przed tym, zanim uprawa zaczęła się rozwijać na Bliskim Wschodzie, w Chinach czy na Nowej Gwinei.

Zatem, następnym razem, gdy wyjmiesz bochenek z pieca, doceń z uznaniem fakt, że twój chleb ma tak niezwykle starą tradycję w Australii.

Informacje ddodatkowe:
Ziarna skrobi zostały zidentyfikowane w ostatnich latach na liczących 30 000 lat kamieniach żarnowych z trzech paleolitycznych stanowisk w Europie: Bilancino II we Włoszech, Kostenki 16 w Rosji i Pavlov VI w Czechach. Skrobia zawiera trawę Brachypodium i Typha, powszechnie znaną jako sitowie.

Termin „kompan (companion)” – kolega, kolega, przyjaciel, partner wywodzi się z późnej łaciny (przez starofrancuski) i oznacza kogoś, z kim dzieli się chlebem lub kompan do chleba (com = z, panis = chleb, kompan).

----------------------------------------------------------

* - było nas nieco więcej, ale wymieniam tylko tych, którzy pozostali w przyjacielskim kontakcie do dzisiaj


ORIGINAL TEXT IN ENGLISH

Source: https://australian.museum/blog-archive/science/food-culture-aboriginal-bread/


October 1971
Fifty years ago, Staszek - the author of the text, Basia, Jerzy, Krysia, Andrzej, Ala, Krzysiek, Ewa, Małgosia, and I*, the translator of the author's text, started our educational, museum, field and scientific journey, culminating in a diploma granting us the professional title of an archaeologist. The fate of each of us took many directions, and we scattered around the world, but we are connected almost completely to this day by much more than a vague memory of lectures, tests, exams and hangovers. Unfortunately, Ala, probably the youngest of us, left in a hurry to prepare eternal accommodation for her relatives, and perhaps also for us, who remember her warmth and smile with nostalgia ...
R.I.P. Ala!

Stan writes about bread. He writes about the ancient nature of this food. In my archaeological work I have never dealt with issues from such distant epochs as the author tells us about. I admit that contemplating the issues of baking "bread" at least twenty thousand years before the time when grain was intentionally cultivated never bothered my archaeologically inquisitive thoughts. I had no idea that it was possible and it had happened, especially in Australia --- and yet, it did.
Please, read on ...


BREAD

Aboriginal Bread: A Long Tradition
Stan Florek


Bread has a long history. Ancient Egyptians and Sumerians are often credited with refining the art of bread-making. The evidence from prehistoric Central Europe suggests that flour was produced by seed grinding as early as 30,000 years ago – indicating that bread predates grain agriculture by over 20,000 years, at least.

Of course, no one ever found a loaf of bread stuck somewhere in any prehistoric site! Archaeological evidence is rarely self-evident, revealing the entire story without careful interpretation. But the fragments of grindstones (millstones) with starch residue of wild grasses and other seeds discovered in prehistoric camps is a very solid proof. What comes next is a detective-style reconstruction. Since the clay pots, essential for cooking cereals, appeared some 5,000 years ago (in Central Europe) the only way to consume grain was to grind and bake, or roast it in a form of flat cake – unleavened bread similar to what we know as Middle Eastern pita.

European or Middle Eastern archaeology gives us no indication how this bread-making system was organised or the labour it involved. But the fragments of grindstones with grain starch residue in Australia are also dated to about 30,000 years ago. In addition, there are many younger sites where such evidence is present, up to early contact period when the entire organisation of grain use and bread-making is accessible for study.

Visiting Lake Mungo, a prominent Aboriginal and archaeological site, for the first time in 1985, I was impressed by the piles, several tonnes, of large grinding slabs collected from surrounding areas and stored in the (then) visitor and research centre. These grindstones were taken by farmers and casual collectors from old Aboriginal campsites, as they made an impressive display or souvenir (Aboriginal relics have been protected since 1974 and collecting them is not permitted).

Seeds provide excellent nourishment and were throughout the history an essential food source in all civilisations, including our own. Seeds derived from grasses, first wild and then domesticated, were most important for human habitation in arid regions. Australia, the most arid continent, was a homeland to many Aboriginal groups who relied on grain for their subsistence, especially in dry spells when other food became scarce. It is estimated that bread was made on average 90 days a year.

In large parts of Central Australia bread was made from native millet (Panicum) and spinifex (Triodia), supplemented by wattle-seed. Elsewhere pigwig (Portulaca oleracea), prickly wattle (Acacia victoriae), mulga (Acacia aneura), dead finish seed (Acacia tetragonophylla) and bush bean (Rhyncharrhena linearis) were used for flour.

Typically women and children would collect, often very small seeds, through a large part of a day, to provide a meal for the family. But such food needs several steps of processing. First the seeds need to be separated from the husks. This and winnowing would take considerable practice; a sizeable wooden dish was used to help in the process. Grinding seeds into flour was done on a large stone slab - grindstones. It was a hard job – two or more hours of grinding would produce a half kilo of flour. Finally flour was mixed with water and cake-like breads were baked in the ashes or on the hot charcoal of a campfire.

Bread making required advanced planning and an ongoing supply of seed-grinding tools – absolutely essential for the use of this reliable but labour-demanding food. Such grindstones were needed for every adult woman on each major campsite, possibly four or five, visited frequently in a cycle of coming and going by the local group in its homeland.

It is estimated that an average grindstone could last for up to 9 years, depending on how often it was used. Seed grinding caused the surface of the stone to become smooth, polished and less effective. So, the slab needed occasional “dressing” – roughing it with hammer stone where little dents would be chipped into a surface. With repetitive grinding and dressing over months and years the thickness of grindstone would diminish – heavily used grindstones would be worn down until a hole appeared in the middle making them useless.

These sandstone slabs were dug out from the quarries which were relatively rare and usually far away from the campsites and even from peoples’ homeland. So, the provision of grindstones often involved many kilometers of travelling, negotiating access to the quarry, digging and breaking out slabs, shaping them at the quarry and transporting them on one’s head (about 30 kilograms) to distant camps where they were needed. It was not uncommon bringing such equipment a few hundred kilometers from a distant quarry.

The grindstone quarries show how indigenous Australians invested hefty amounts of time, planning and labour to make their homeland habitable. They developed a large technical foundation which permitted them to use seeds and make their daily bread. The network of quarries in South Australian homelands of Dieri, Arabana, Adnyamathanha, and Yandruwantha people illustrate this point. They include Palthirri-pirdi (Anna Creek) - west of Lake Eyre, Wadla wadlyu (Tooths Nob) - in the Flinders Ranges, Biljamana/Pidleeomina (Charlie Swamp) - south of Finniss Springs Station, and the quarry complexes in the Cooper Creek area and at Innamincka. While quarries are being discovered and examined, few are well studied and documented

One of such studied quarries is Narcoonowie, located in the remote part of the Strzelecki Desert, away from known sources of suitable sandstone and the larger quarry in the Innamincka area. It appears that Narcoonowie was only a small supplementary quarry providing additional stone for local Aboriginal groups within 65km distance, and first used about 600 years ago. Researchers estimate that nearly 150 tonnes of sandstone removed from the quarry would indicate a production of about 2052 dressed grindstone slabs. Larger and older quarries would account for many thousands of grindstones that supported Aboriginal women in baking bread in the remote past, millennia before cultivation began its ascendance in the Middle East, China or New Guinea. 

So, next time when getting your loaf from the oven, you should appreciate that your bread has such a remarkably old tradition in Australia.

Additional information:
Recently the starch grains were identified on 30,000 year old grinding stones from three Palaeolithic sites across Europe: Bilancino II in Italy, Kostenki 16 in Russia, and Pavlov VI in the Czech Republic. The starch includes Brachypodium grass and Typha, commonly known as bulrush.

Term ‘companion’ - fellow, mate, friend, partner is derived from Late Latin (via Old French) meaning someone to share bread with or bread-fellow (com = with, panis = bread, companio).

Pictures:
Grinding stone with top stone (muller) from Marra Station on the Darling River, NSW. AM number E49213. Image: Stuart Humphreys. © Australian Museum.

Large oval grindstone, Wilcannia District NSW. AM number E55716. Image: Allison Dejanovic. © Australian Museum.

Dr Stan Florek is an archaeologist. His work at the Australian Museum involves caring for ethnographic and archaeology collections from Asia, the Pacific and other regions of the world. He also creates Collection content and helps with physical and digital access to these Collections for communities, students, researchers, and the public. He is also a regular contributor to the Australian Museum blog.     


 MANIACTWO

BEZPIECZEŃSTWA


SJP PWN


Zielona Góra, 4 marca, 2020 roku –
dzień pierwszy
   


Polski pacjent „Zero” z koronawirusem zameldował się w Szpitalu Uniwersyteckim. Wiadomość szleściła w mediach jakbyśmy załapali się do ucieczki z peletonu krajów zainfekowanych paskudem. Tymczasem w Państwie Środka chorował już jeden na 17500 Chińczyków – pedałowali na czele. Żeby stawić się Chińczykom, w Polsce musiałoby zachorować niemal 2200 obywateli. Powiało zgrozą!

Deutsche Welle donosi z trumiennym przerażeniem: „W ciągu kilku dni liczba zachorowań we Włoszech (60 milionów mieszkańców – mój dopisek) przekroczyła 100. Władze izolują całe miasta. [...] W Korei Południowej (58 milionów) liczba potwierdzonych infekcji przekroczyła już 600, co najmniej pięć osób zmarło. Niejasna jest jeszcze sytuacja w Iranie (83 milony) - do niedzieli zarejestrowano tam 40 zachorowań i osiem przypadków śmiertelnych.”  W świat idą także dramatyczne wiadomości i zdjęcia z Nowego Jorku...

Zielona Góra, 23 maja, 2021 roku –
minęło 445 dni

Czyżby spełniała się Apokalipsa św. Jana?
Szatańskie hordy kowidowej zarazy atakują, ale hufce medyków opancerzają się, spuszczają przyłbice i żgają, tną wroga...
Czy ‘paskud’ został uwolniony z Czeluści po to by przegrać ostateczną walkę?
Czy rzeczywiście spełnia się zapowiedź Armagedonu?
Czy po to świat niemal wszędzie zastygł na rok żeby odbudować się jako miejsce gdzie żyją wyłącznie dobrzy ludzie, bez chorób, głodu, śmierci, płaczu i smutku?
Jan Hus, zanim go spalono krzyknął: o, sancta simplicitas!
Husytą nie jestem, ale wrzeszczę jak i on, o, sancta simplicitas!

Przecież Chiny są daleko za peletonem, na 98 miejscu wśród krajów dotkniętych przez paskuda – u nich, w liczbach, w zasadzie nic nie drgnęło; stosunek chorych do populacji zamarzł. Tymczasem gorsza sytuacja jest w Finlandii, Estonii, Słowenii, Bułgarii. W Holandii i Czechach, liczby bezwzględne chorych na COVID-19  są niemal 20 razy wyższe niż oficjalne dane podawane z Pekinu na temat Chin, a w Polsce jeden na 13 Polaków zaliczył już oficjalne spotkanie z koronowirusem.

Ameryka, przez ten rok z okładem, przejechała się na rollercoasterze lęków i ponurej wizji przyszłości bez koloru. Ale spojrzałem na tabelę śmiertelności w USA w okresie ostatnich 10 lat i natychmiast odleciałem w kierunku krainy maniaków bezpieczeństwa żeby im pogrozić (będzie o tym dużo więcej poniżej).

Tabela przedstawiała się następująco: (klik)

Rok

Zgony / 1000

2020

8,9

2019

8,8

2018

8,7

2017

8,6

2016

8,5

2015

8,4

2014

8,3

2013

8,2

2012

8,1

2011

8,1


W latach 1950-1976 współczynnik ten był zawsze wyższy niż wynik z roku 2020 -  wynosił spadkowo pomiędzy 9,5 i 9,0. W latach 1977-1991 był to wynik równy ubiegłorocznemu. Przez następne 21 lat trend był spadkowy, po czym przez kolejnych 8 lat ruszyła wędrówka w górę, ale blady strach spowił Amerykę i inne narody dopiero w tym ostatnim roku. W Anglii sytuacja przedstawia się też interesująco. Wedle danych za lata 1838-2020 zawsze było tam gorzej niż w roku 2020, z wyjątkiem lat 2004-2019, kiedy wskaźnik ten był lekko niższy. Innymi słowy, w Anglii na przestrzeni blisko dwóch wieków, tylko przez 15 lat było kapkę lepiej, aczkolwiek okres ten kurczy się do lat 10, jeśli weźmiemy pod uwagę współczynnik śmiertelności standaryzowany wiekiem.

Zatem, co do diabła się stało?

Dlaczego przyszło nam cierpieć z powodu maseczek, ograniczeń w przemieszczaniu się, zdalnego uczenia na wszystkich poziomach edukacji, odwołanych imprez lokalnych i światowej rangi, zamkniętych obiektów kultury i użyteczności publicznej, upadających biznesów, bezrobocia i niedowładu służb medycznych?

Kto do cholery nakarmił i napoił nas LĘKIEM?

Próbę odpowiedzi na to pytanie podjął David Eberhardt, psychiatra ze Sztokholmu. 
W wykładzie z kwietnia br., przedstawionym na konferencji TEDx i zatytułowanym „Syndrom maniaka bezpieczeństwa - Jak zapauzowanie świata prowadzi do katastrofy” (The Security Junkie Syndrome - How Pausing the World Leads to Catastrophe) mówił bez ogródek w czym leży problem i kogo winić.

Zapraszam do wysłuchania prezentacji w oryginale (klik), lub do poniższego tekstu, który jest transkryptem wykładu w moim tłumaczeniu.



W krainie maniaków bezpieczeństwa
David Eberhardt

Cześć, nazywam się David Eberhardt, jestem psychiatrą. Jestem starszym konsultantem i szefem personelu kliniki Prima Maria Addiction Care w Sztokholmie. Jako psychiatra pracuję od 1986 roku, a przez ostatnie 13 lat pracowałem w psychiatrycznej komisji pogotowia sztokholmskiego, w tym przez ostatnie pięć lat jako szef sztabu. Podsumowując, można powiedzieć, że całe swoje dorosłe życie spędziłem w psychiatrycznej izbie przyjęć, gdzie spotyka się ludzi, którzy przeszli traumę nie do pojęcia - ludzi, którzy stracili wszystkie dzieci, osoby które zostały zgwałcone, napadnięte albo torturowane. Jeśli pracujesz w pogotowiu psychiatrycznym, widziałeś wszystko lub prawie wszystko. Zwykle myślimy, że wydarzenia życiowe, przez które przeszliśmy, są przyczyną wielu naszych późniejszych problemów, ale jest to tylko częściowo prawdą. Pracując na psychiatrycznym oddziale ratunkowym, zauważysz że wiele osób szuka pomocy z zupełnie błahych powodów. Takich na przykład jak zazdrość wobec brata lub siostry, którzy dostawali ładniejsze prezenty świąteczne w dzieciństwie, a teraz czują się z tego powodu gorzej niż facet z sąsiedniego pokoju, który był torturowany. Jak się zastanowisz nad tym, to okaże się, że wcale nie jest to takie dziwne, ponieważ powody, dla których stajemy się takimi jakimi jesteśmy, są bardzo złożone.

Ma to związek zarówno z genetyką, jak i czynnikami środowiskowymi, ale większość czynników środowiskowych nie ma nic wspólnego z wychowaniem i rodzicielstwem lub zewnętrznymi urazami. Większość z nich jest czysto przypadkowa, ale to jak zarządzamy swoim życiem i jak reagujemy na zagrożenia i przeszkody w życiu, ma związek z naszymi oczekiwaniami wobec życia. Na te oczekiwania wpływa kultura, w której żyjemy przez ostatnie cztery lub pięć dziesięcioleci. Życie w zachodnim świecie jest obecnie wyjątkowo bezpieczne. Nie trzeba nawet cofać się o sto lat wstecz, aby zrozumieć, że ludziom w całej historii było naprawdę ciężko - wiedli krótkie, niebezpieczne i niesprawiedliwe życie. Całe ich istnienie było konsekwencją ponurej racji bytu, sprowadzającej się do przetrwania najlepiej przystosowanych osobników, toczących groteskową, bezsensowną walkę z naturą.

Z historycznego punktu widzenia, najlepszą strategią ewolucyjną naszych przodków zawsze było dążenie do poszukiwania i zapewnienia sobie jak największego bezpieczeństwa. W 2006 roku napisałem książkę „In the Land of the Security Junkies”. W swojej pracy klinicznej zauważyłem bowiem, że generacja zaczynająca się od pokolenia millenialsów, straciła w znacznym stopniu kontakt z naturą, co skłoniło ich do szukania pomocy psychiatrycznej w sprawach, które poprzednie pokolenia uważały za naturalne elementy życia.

Zauważyłem jednocześnie, że takie zachowawcze postępowanie wyjaśnia w znacznym stopniu reakcję społeczeństwa na to zjawisko. Widać to po tym, jak funkcjonowały instytucje oraz zasady prawne. Mimo że społeczeństwo stało się bezpieczniejsze i ostrożniejsze, wszyscy i wszędzie wciąż starają się chronić przed wszystkim, nawet przed tym wszystkim, czego żadne poprzednie pokolenie nie uważałoby za szkodliwe. Jeśli mieszkasz w wystarczająco bezpiecznym miejscu, będziesz miał wystarczająco dużo czasu, aby wziąć pod uwagę fakt, że w takim świecie wszystko jest potencjalnie niebezpieczne. Nie będzie miało znaczenia, że obiektywnie rzecz biorąc, świat nigdy nie był bezpieczniejszy, i że wskaźnik spodziewanej długości życia zbliża się coraz bardziej do 100 lat, niezależnie od tego, jak wiedziemy nasze życie. Nigdy nie możesz być za ostrożny, bowiem im większe masz bezpieczeństwo, tym więcej bezpieczeństwa szukasz.

Jeśli mieszkasz w nienaturalnym dla siebie środowisku, wszystko o czym czytasz, wszystko o czym słyszysz, może ci zaszkodzić. Lista potencjalnie niebezpiecznych rzeczy jest nieskończona, ponieważ samo życie jest niebezpieczne. To efekt tego, że ludzie nie są już częścią natury. Wszyscy wiemy, że śmiertelność wynosi 100 procent. Środków, które staramy się podjąć, aby zabezpieczyć się przed czymkolwiek co mogłoby się zdarzyć, nigdy nie może być zbyt wiele. W przesadnie bezpiecznym społeczeństwie musimy zadać sobie pytanie o to, jaki byłby idealny sposób na śmierć? Dużo o tym myślałem i sadzę, że mam odpowiedź na to pytanie.

W takim nadmiernie bezpiecznym społeczeństwie idealnym sposobem na śmierć byłby moment kiedy mając 95 lat więdniesz w domu dla osób starszych, bowiem twoje dzieci stały się tak stare, że wpadły w demencję i całkowicie o tobie zapomniały. Nie ma innego akceptowalnego sposobu na śmierć. Wszystko inne byłoby umieraniem bez sensu.

Istnieją dwa różne powody, dla których we współczesnym zachodnim świecie staliśmy się zbyt niechętni do podejmowania ryzyka. Jednym z nich jest zasada ostrożności, która mówi nam, że wszystko, co nie jest w 100% bezpieczne, najlepiej traktować jako niebezpieczne. Istnieją jednak problemy z tą strategią, przynajmniej jeśli posuwasz się za daleko. Zasada ostrożności w swojej skrajności prowadzi do stagnacji, ponieważ może kreować zupełnie nowe, nieoczekiwane niebezpieczeństwa i jest niezwykle kosztowna, co samo w sobie może również prowadzić do tych dwóch pierwszych skutków. Innym powodem naszej awersji do ryzyka jest to, że reagujemy na zdarzenia zamiast na racjonalne czynniki ryzyka. W analizie ryzyka widać, że ludzie mają skłonność do przesadnych reakcji na dwa rodzaje czynników ryzyka.

Uznajemy ryzyko za nadmierne, przyjmując że jeśli przewidywany rezultat nastąpi, to doprowadzi do pewnej śmierci. Uznajemy z
azwyczaj, za nadmierne także wtedy, gdy nie możemy kontrolować sytuacji.  Na przykład, ryzyko bycia częścią katastrofy lotniczej. Jeśli samolot się rozbije, prawdopodobnie zginiesz, a ponieważ normalnie nie pilotujesz samolotu, nie masz kontroli nad tą sytuacją. Z kolei, zabranie samochodu na lotnisko jest ponad 1000 razy bardziej niebezpieczne, a mimo to uznajemy jazdę samochodem za całkiem bezpieczną. Pochodzę ze Szwecji, kraju wiodącego na świecie, jeśli chodzi o zasady ostrożności. A jednak na to co wydarzyło się w 2020 roku, Szwecja początkowo zadziałała z podejściem leseferystycznym. podczas gdy reszta krajów świata w ramach zabezpieczania się przed skutkami COVID-19, konkurowała co do autorytarnych strategii zamykania krajów, prowadząc do globalnej pauzy, której nigdy wcześniej w historii nie zaznaliśmy, i której skutków absolutnie jeszcze nie widzimy w pełni. 

To było tak, jakby cały świat objęty został epidemią w pełnej skali, rodzaj globalnego zespołu paniki; a rok po tym, podobnie jak cała reszta świata, również Szwecja została zarażona lękiem. Niestety, fajna początkowa reakcja wydaje się nie mieć nic wspólnego z podejściem opartym na faktach. Zamiast tego wydawało się, że takie podejście było konieczne, wynikające z faktu, że pełna blokada byłaby i tak niemożliwa, gdyż żadna część kraju nie przygotowywała się od dziesięcioleci na jakąkolwiek katastrofę.

W rzeczywistości jest to symptom zaawansowanej postaci tego, co nazywam syndromem uzależnienia od bezpieczeństwa. Wydaje się, że powód niepodejmowania działań ma więcej wspólnego z brakiem odpowiedzialności, a mniej z racjonalnym myśleniem. Rząd nie był nawet w stanie przyjąć założenia, że naprawdę może się zdarzyć coś złego, więc nie zrobili nic - była to więc forma dylematu bezpieczeństwa. Można zatem argumentować, że reszta świata działała całkowicie logicznie i tylko Szwecja zrobiła wszystko źle. Nie można winić większości krajów za bierność. Czy nie jest normalną reakcją na śmiertelne zagrożenie, aby przygotować się do przeciwdziałania na nie? Jeśli społeczeństwo jest zagrożone, to wydawałoby się istotne, żeby podjąć szybkie działania. A więc, czy strategia globalnej blokady nie była zasadna?

Czy nie było konieczne, aby świat się zatrzymał? Powiedziałbym, że nie. Od początku pandemii przeprowadzono kilka badań, w których próbowano oszacować śmiertelność COVID-19. Według większości z nich, m.in. raportu WHO, napisanego przez Johna Ioannidisa, profesora epidemiologii na Uniwersytecie Stanforda, śmiertelność z powodu COVID-19 waha się między 0,15 a 0,25 procent. W przypadku osób w wieku poniżej 70 lat, śmiertelność wynosi od 0,03 do 0,04 procent. W porównaniu z grypą hiszpańską o śmiertelności 2,5%, która dotykała głównie dzieci i młodzież, średni wiek osób umierających z powodu COVID-19 wynosi 84 lata, przy czym średnia długość życia w Szwecji wynosi 82 lata. Dlatego ważne jest, aby zadać pytanie, czy umierasz z powodu COVID-19, czy raczej z COVIDem-19, zwłaszcza, że ogromna część osób starszych, które zmarły, cierpiała na kilka innych chorób zagrażających życiu. Wydaje się również, że strategie blokowania nie mają wpływu na wzrost zachorowań lub mają niewielki wpływ na wskaźniki śmiertelności.

Jedynymi czynnikami poza wiekiem, dla których wykazano istotny wpływ na liczbę zgonów na poziomie krajowym, są wskaźniki masy ciała (BMI) populacji i PKB kraju; im wyższe, tym więcej zgonów. Wskazuje to, że istotnymi czynnikami ryzyka są więc otyłość i wiek. Skoro wysokie PKB jest najprawdopodobniej skorelowane z obydwoma czynnikami, to dlaczego zamiast podawać liczbę zwiększonej śmiertelności, która jest jedynym istotnym miernikiem, media od ponad roku donoszą o globalnej ilości zgonów?

Może nie jest to takie dziwne, iż ludzie zaczynają myśleć, że jak zachorują, to z pewnością umrą. Ale przecież ludzie umierają cały czas. Ma to związek z faktem, że ludzie są śmiertelni. Jednak normalnie nie widzimy tego na co dzień w telewizji w godzinach największej oglądalności. Społeczeństwo nabiera poczucia, że wszystko wymyka się spod kontroli, co prowadzi do przesadnej oceny ryzyka. Jeśli każdego dnia podawana jest liczba zgonów, ludzie widzą zbliżającą się katastrofę i odpowiednio do tego reagują. Wywołuje to panikę i tak właśnie się stało. Cały świat zareagował na informacje o wydarzeniach, zamiast przeprowadzić odpowiednią analizę ryzyka. Rządy na całym świecie wprowadziły daleko idące blokady i godziny policyjne. Świat dokonał mimowolnego wyłączenia mocy, i im dłużej trwała pandemia, tym bardziej drakoniczne środki były przez rządy podejmowane. W dziwacznym konkursie sił, wszędzie tam, gdzie starano się pokazać potęgę władzy, narzucano coraz bardziej totalitarne ustawodawstwo - działania, które sprawiały wrażenie, że są czujni i silni.

Biorąc pod uwagę dane, wręcz kusi aby przypisać wiele działań podejmowanych przez różne rządy efektowi Dunninga-Krugera. Efekt Dunninga-Krugera jest błędem poznawczym, mówiącym o tym jak ignoranci przeceniają własne kompetencje i dlatego popełniają ogromne błędy. Twierdziłbym jednak, że nie może to być jedyne wyjaśnienie, ponieważ do paniki przyczyniło się wielu bardzo dobrze wykształconych ludzi, także epidemiologów, którzy oczywiście wiedzą najwięcej o epidemiologii.

Zjawisko to przypomina mi esej „Podstawowe prawa ludzkiej głupoty”, napisany w 1976 roku przez włoskiego historyka ekonomii, Carlo Chipolę. W tej małej perełce, Chipola opisuje pięć praw dotyczących głupców, które wyjaśniają wiele problemów społecznych. Zaczyna od twierdzenia, że liczba głupich ludzi nie jest skorelowana ani z poziomem wykształcenia, ani z inteligencją zdefiniowaną przez IQ. Wszędzie znajduje się głupich ludzi, nawet wśród laureatów Nagrody Nobla. To, co definiuje ludzi głupich, to to, że ich działania prowadzą do złych skutków dla nich samych, jak i dla innych ludzi. Szacowanie ponad miarę niebezpieczeństwa infekcji ze wskaźnikiem śmiertelności na poziomie około 0,2%, i jednocześnie ignorowanie ogromnie negatywnych skutków swoich działań, nie może być opisane w lepszy sposób. Widzimy całe pokolenie dzieci, które od ponad roku nie chodzą do szkoły. Widzimy ogromnie negatywne skutki gospodarcze dla przedsiębiorstw oraz bezrobocie i bankructwa jako konsekwencję, ale jak na razie, nie zaczęliśmy nawet dostrzegać pełnego zakresu ubocznych skutków psychicznych, jakie wywołuje to w społeczeństwie.

W książce „In the Land of the Security Junkies” zdefiniowałem syndrom, który nazwałem syndromem paniki narodowej. Aby cały kraj cierpiał na tę chorobę, muszą zaistnieć objawy paniki i zachowań unikowych. Im więcej objawów, tym ciężej.

Syndrom ten jest spowodowany, a w błędnym kole również prowadzi do tego, że ludzie są zbyt przestraszeni faktem, że mogą umrzeć. To sprawia, że populacja jest mniej gotowa i zdolna do rzeczywistego radzenia sobie. Ludzie mieszkający w krajach cierpiących na ogólnokrajowy syndrom paniki mogą łatwo rozwinąć syndrom kompletnego uzależnienienia od bezpieczeństwa, który charakteryzuje się poszukiwaniem sposobów zabezpieczania się na coraz większym poziomie. Mimo, że żyjemy w najbezpieczniejszych czasach w historii, to czujemy się coraz bardziej niepewnie, gdyż im bezpieczniej się czujesz, tym więcej rzeczy wydaje ci się przerażających.

Prawdziwe niebezpieczeństwa są dobrze zrozumiane, ale dla każdego prawdziwego niebezpieczeństwa, którego się pozbędziesz, pojawia się co najmniej 10 prawie tak samo niebezpiecznych rzeczy, które zostają podniesione do rangi faktycznych niebezpieczeństw. Efekt jest więc taki, że mamy coraz więcej rzeczy, których należy się bać. Kiedy będziesz się bać, prawdopodobniej staniesz się leniwy i na pewno będziesz zachowywał się jak tchórz. Ale co najważniejsze, stale bojąc się, będziesz bardzo łatwy do kontrolowania, co widzieliśmy podczas pandemii. Ogólnokrajowy syndrom paniki przekształcił się w globalne samookaleczenie, ale pamiętaj, że to wszystko jest w twojej głowie.

Aby społeczeństwo mogło wyzdrowieć, wszyscy musimy przestać zachowywać się niechętnie do podejmowania ryzyka. Zamiast tego musimy w racjonalny sposób zacząć kwestionować nasze lęki. Pamiętajmy, że średnia długość życia w zachodnim świecie wynosi znacznie ponad 80 lat. Prawdopodobieństwo śmierci z powodu infekcji, której śmiertelność wynosi około 0,2%, jest pomijalne, przynajmniej jeśli nie należysz do żadnej grupy wysokiego ryzyka. Jeśli nie, jeśli nie jesteś w tej grupie, ryzyko jest jeszcze mniejsze i cokolwiek robisz, pamiętaj, że życie nie polega na tym, aby żyć jak najdłużej, ale jak najlepiej. Jeśli żyjesz w strachu i izolacji, nie ma sensu żyć. Nie zamykaj się w sobie i nie pozwól innym robić tego tobie. Postaraj się wieść dobre życie w stosunkowo krótkim czasie, ponieważ jak powiedział kiedyś mędrzec, życie jest trudne, a potem umierasz - nie czyń go jeszcze trudniejszym!

 12 / 8 / 2026 POLSZCZYZNA Język polski jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Najdobitniejszym dowodem na to wydaje mi si...