ZARAZA

Historyczna ilustracja przedstawiająca postawy antyimigracyjne podczas epidemii cholery. Source

5 / 2 / 2020

Mówiłem już poprzednio, że na wirusach się nie znam i zdanie to podtrzymuję. Nie zamierzam jednak być ślepy, ani głuchy na historię paskudztwa, które odwiecznie próbuje urządzić świat po swojemu. Czyni tak bo po prostu może. A może dlatego, że my nasz rozum, wiedzę i doświadczenie lokujemy w sejfie, zajmując się z wigorem robieniem szybkich pieniędzy. Przecież jest taki tekścik, który wielu, pewnie nawet większość pieniężnych szybkorobów zna na pamięć, a jeśli nie, to przynajmniej wie, że istnieje, mianowicie ten:
"Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi." (Księga Rodzaju (1:26)
Panie Boże, melduję, że nas dużo, miejscami, bardzo dużo, ryby w znacznej części odłowione, ptactwo łapiemy na życzenie, a zwierzynę pełzającą po ziemi walimy tłuczkiem na azjatyckich targowiskach lub tuczymy stłoczone, wyprzedzając wzrost naturalny nawet trzykrotnie. Zadanie wykonane na Twoją chwałę! Ba, poszliśmy dalej – robal zbóż i owoców się nie ima, rzodkiew bywa wielkości jabłka, a winogrono bez pestek, smród wyperfumowany i zdezynfekowane brudactwo. PANUJEMY!

A co z odpowiedzialnością?

Na to pytanie odpowiada do pewnego stopnia historyk medycyny, Frank Snowden, w wywiadzie udzielonym Veronice Hackenbroch dla tygodnika Der Spiegel z 25 kwietnia br.

Tłumaczenie moje na podstawie wydania SPIEGEL International z 27 kwietnia, 2020 roku
Artykuł pierwotnie ukazał się w języku niemieckim w numerze 18/2020 (25-04-2020) DER SPIEGEL.

„Do jakiego stopnia możesz być ślepy?


Co historia może nam powiedzieć
o dzisiejszej pandemii koronawirusa?


W wywiadzie historyk medycyny, Frank Snowden, omawia, w jaki sposób pandemia koronawirusa odzwierciedla przeszłe wybuchy epidemii, i twierdzi, że musimy szybko zastosować pozyskaną dziś naukę, przygotowując się do następnej choroby.

73- letni Frank Snowden jest profesorem historii medycyny na Uniwersytecie Yale i autorem książki „Epidemia i społeczeństwo: od czarnej śmierci do teraźniejszości”. Prawie 50 lat temu przeżył epidemię cholery w Rzymie, prowadząc tam badania, a teraz znów utknął w stolicy Włoch z powodu COVID-19, ponownie podczas podróży badawczej. Historyk zaraził się koronawirusem, ale kiedy DER SPIEGEL rozmawiał z nim w zeszły poniedziałek, czuł się już dobrze, choć nadal podlegał kwarantannie.


DER SPIEGEL: Wiele lat temu ostrzegał pan, że SARS, ptasia grypa i świńska grypa są jedynie przygotowawczymi próbami do czegoś znacznie większego, naprawdę strasznej pandemii, która miała nadejść. Czy myślał pan o patogenach takich jak SARS-CoV-2?

Snowden: Och tak, absolutnie. I nie tylko ja oczekiwałem pandemii z takim wirusem płucnym. Wirusolodzy i epidemiologowie na całym świecie ostrzegali raz po raz. Naprawdę zadaję sobie pytanie: jak można być tak ślepym? Kiedy Donald Trump pyta teraz „kto mógł wiedzieć”, moja odpowiedź brzmi: wszyscy!

DER SPIEGEL: Dlaczego więc ten przekaz [nauki] nie został wysłuchany?

Snowden: Nader często jest tak, po prostu jakieś fatum Kasandry (prorokini nieszczęścia). Anthony Fauci, dyrektor Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych w USA, wyjaśnił graficznie sytuację w 2006 roku: jeśli mieszkasz na Karaibach, klimatolodzy powiedzą ci, że nieuchronnie nadejdzie huragan. Nie mogą podać ci daty i nie mogą powiedzieć, jak potężny będzie huragan, ale bardzo ważne jest, aby się na to przygotować. Podobnie jest z pandemią. Ale co zrobiliśmy? Po krótkiej fazie niepokoju po SARS i ptasiej grypie zapomnieliśmy o zagrożeniu pandemią! Więc teraz nie mamy wspólnej polityki pandemicznej w Unii Europejskiej, a Światowa Organizacja Zdrowia jest niedofinansowana i brakuje nam możliwości zapewnienia miejsc w szpitalach w okresie gwałtownego wzrostu zachorowań.

DER SPIEGEL: Niektórzy porównali wirusa koronawirusa do dżumy dymieniczej. Ale czytając o tej naprawdę okropnej epidemii, która przez wieki przyniosła śmierć Europie, odnosi się wrażenie, jakby ktoś był zwykłą ofermą pracującą z naszych przytulnych zachodnioeuropejskich domów, nie sądzisz?

Snowden: ( śmiech ) Doskonale, że tak się pocieszacie. Dołączę do pani, będąc ofermą. Chociaż traktuję Covid-19 bardzo poważnie, myślę, że nie należy go porównywać z dżumą dymieniczą. Ta zaraza zabiła około 100 milionów ludzi w Europie między 1347 a 1743 rokiem. Całe regiony zostały wyludnione, a to wywołało terror, którego tak naprawdę nie widzę w koronawirusie.

DER SPIEGEL: Czy zatem jesteśmy jakoś zepsuci przez nasze systemy opieki zdrowotnej?

Snowden: Gdy niemal rozpaczamy, czekając na szczepionkę, mieszkańcy Florencji prawdopodobnie zatańczyliby z radości, gdyby powiedziano im, że za 18 miesięcy będzie szczepionka przeciw zarazie. Myślałem o tym. Niekoniecznie najgroźniejsze choroby wywołują największy horror i mają największy wpływ polityczny i społeczny.

DER SPIEGEL: Ale?

Snowden: Myślę, że wpływ nowych, nieznanych chorób, które nagle pojawiają się znikąd, takich jak koronawirus, jest szczególnie duży, bowiem choroby są medycznie nieprzewidywalne, tak jak COVID-19. Na przykład ospa - okropna choroba, która zabiła ponad połowę zarażonych, często dzieci, i oszpeciła większość jej ofiar. I oczywiście ludzie się tego bali. Ale na początku XVIII wieku ludzkość jakoś się z tym pogodziła. Zostało to zaakceptowane jako przeznaczenie.

DER SPIEGEL: Podobnie jak gruźlica?

Snowden: Możliwe, z tą różnicą, że z powodu gruźlicy nie umierasz szybko. Większość ludzi męczyła się słabła z powodu choroby przez lata. W XIX wieku chorowanie na gruźlicę było nieco romantyczne, podczas gdy z powodu dżumy dymieniczej lub cholery ludzie padali martwi w miejscach publicznych. Zarażeni lekarze byli bezradni, nie mogli sobie poradzić. Zdjęcia podobnych sytuacji można było zobaczyć w telewizji z Wuhan. Mogę sobie bardzo dobrze wyobrazić, w jaki sposób takie wyjątkowe okoliczności mogą napędzać zmiany polityczne i kryzysy gospodarcze, nawet jeśli śmiertelność jest stosunkowo niska, tak jak w przypadku COVID-19.

DER SPIEGEL: Niektórzy ludzie nawet myślą, że Chiny mogą osiągnąć status supermocarstwa z powodu koronawirusa.

Snowden: Tak jak Stany Zjednoczone dzięki żółtej gorączce.

DER SPIEGEL: Przepraszam?

Snowden: OK, myślę, że muszę podać kilka podstawowych informacji. Około 1800 r. Francuska kolonia na Haiti była jedną z najbogatszych na świecie ze względu na plantacje cukru uprawiane przez niewolników, którzy rozpoczęli rewolucję. Napoleon, mający ambicje rozszerzenia potęgi Francji na Nowy Świat, wysłał ponad 60 000 żołnierzy, aby stłumić tę rewolucję. Niestety, większość z nich została zabita przez żółtą gorączkę [choroba wywoływana przez wirusa należącego do grupy flawiwirusów – mój dopisek]. Napoleon musiał pogrzebać swoje ambicje za granicą, a w 1803 r. sprzedał Luizjanę Stanom Zjednoczonym. Oznaczało to podwojenie terytorium USA - ważny krok w kierunku stania się supermocarstwem.

DER SPIEGEL: Czyżby supermocarstwa ginęły z powodu drobnoustrojów?

Snowden: Tak, wiele z nich. Plaga ateńska, śmiertelna i tajemnicza choroba, która rozprzestrzenia pęcherzyki na całym ciele, przyczyniła się do upadku starożytnej Grecji. Jeśli chodzi o upadek starożytnego Rzymu, oprócz wielu innych czynników, ważną rolę odegrała malaria. Z powodu zmian klimatu malaria zaczęła się rozprzestrzeniać w południowej Europie w V wieku naszej ery. Ci, którzy przeżyli, mieli regularne ataki gorączki przez resztę życia i na pewno nie mogli pracować tak ciężko jak wcześniej, co przyczyniło się do upadku rolnictwa. W Wielkiej Brytanii ospa zakończyła panowanie dynastii Stuartów, a armia Napoleona w Rosji nie została unicestwiona na polu bitwy, tylko tyfusem i czerwonką.

DER SPIEGEL: Obecnej pandemii towarzyszy dramat etyczny, na przykład w dyskusji na temat podjętych działań, które sparaliżowały życie publiczne. Zasadniczo jest to zderzenie pomiędzy ratowaniem życia i ratowaniem gospodarki.

Snowden: Brzmi to bardzo znajomo. Z powodu cholery odbywały się w latach 1851–1910 regularne międzynarodowe konferencje w celu omówienia, w jaki sposób można powstrzymać rozprzestrzenianie się tej choroby - na przykład poprzez kwarantanny dla statków przypływających do portów lub zakazy podróży. Omawiano również problemy gospodarcze spowodowane tymi metodami postępowania - na przykład pięciodniowa kwarantanna sprawiłaby, że korzystanie z Kanału Sueskiego przestałoby być tego warte.

DER SPIEGEL: To brzmi jak niektóre z dzisiejszych argumentów.

Snowden: O tak, i jest więcej przykładów. W 1720 roku statek przewożący cenne tkaniny ze Smyrny i Trypolisu przybył do portu w Marsylii na południu Francji. Jeszcze na morzu ośmiu żeglarzy, pasażer i lekarz statku zmarli na zarazę. Zwykle kwarantanna trwała 40 dni, ale w tym przypadku, pod naciskiem lokalnych kupców, została ona skrócona do 10 dni, a cenne tkaniny nie zostały spalone. W rezultacie ponad połowa ze 100 000 mieszkańców Marsylii zmarła z powodu zarazy. Skrócony czas kwarantanny został określony lekceważaco terminem „mała kwarantanna”. Przypomina mi to Donalda Trumpa, który minimalizował COVID-19, nazywając go początkowo „zwykłym przeziębieniem” i „grypą”.

DER SPIEGEL: A zatem, czy istnieje jakaś podobieństwo między pandemią koronawirusa a zarazą?

Snowden: Pewnie tak. Na przykład takie, że bardzo bogaci ludzie uciekają teraz przed koronawirusem w jakieś odległe miejsca, tak jak 10 młodych ludzi uciekło przed dżumą dymieniczną do willi pod Florencją w słynnej zbiorze nowel pod tytułem „Dekameron” autorstwa włoskiego pisarza Giovanniego Boccaccio. Także fakt, że Chiny i USA próbują teraz czynić się nawzajem kozłem ofiarnym w związku z pandemią, przypomina mi fakt, że czasie dżumy dymienniczej prostytutki i Żydzi zostali kozłami ofiarnymi, co stało sie powodem strasznych pogromów. Podobnie rzecz się miała w historycznej powieści „Narzeczeni” Alessandro Manzoniego, która to historia opowiada o czterech Hiszpanach, okrutnie straconych z oskarżenia o celowe rozprzestrzenianie zarazy. W przypadku cholery było tak samo - znana historyczna ilustracja pokazuje, jak gniewni obywatele amerykańscy próbowali bronić swojego kraju przed imigrantami, którzy mogli być zarażeni chorobą. Teraz, dzięki koronawirusowi, wyglądający na Chińczyków ludzie bywają obrażani werbalnie, a nawet fizycznie atakowani w wielu krajach.

DER SPIEGEL: Plaga dżumy stała się tak straszna, że ​​wielu ludzi straciło nawet wiarę w Boga. Co zatem robi koronawirus z przekonaniami, którym hołdujemy dzisiaj w naszym świeckim społeczeństwie?

Snowden: Myślę, że podważa to naszą wiarę w globalizację. Teraz zdajemy sobie sprawę, jak zależni jesteśmy od globalizacji. Myślę, że ta pandemia naprawdę dotyka największych obaw naszej psychiki, największych zmartwień, jakie odczuwamy jako ludzie. Ale globalizacja nie jest dziełem Boga. Stworzyliśmy to sami, kreując mit, że możemy rozwijać naszą gospodarkę w sposób wykładniczy i nieskończony, dla prawie 8 miliardów ludzi żyjących na ziemi, ekscesywnie podróżując, zanieczyszczając środowisko, a jednocześnie odsuwając przyrodę na coraz dalszy plan. W ten sposób przygotowaliśmy prawie idealne warunki do pojawienia i rozprzestrzeniania się koronawirusa, który uderzył w nas szczególnie mocno.

DER SPIEGEL: Czy coś pozytywnego może wyrosnąć z pandemii?

Snowden: Tak. Jesteśmy teraz na rozdrożu. Jeśli popadniemy z powrotem w nacjonalizm, tak jak to dzieje się obecnie, naprawdę pozbędziemy się szansy aby promować zmiany. Od ptasiej grypy po SARS, od Eboli po koronawirusa - wszystkie te choroby powstały w wyniku odzwierzęcych efektów ubocznych. Mamy kontakt ze zwierzętami w stopniu i rozmiarze, jaki nigdy wcześniej nie miał miejsca w historii ludzkości. Czy nie mieliśmy wystarczającej liczby przykładów? Ile razy musimy cierpieć, zanim powiemy: Och, tutaj jest pewien wzór postępowiania? Mianowicie taki, że musimy przestać poszerzać nasz habitat coraz bardziej.

DER SPIEGEL: Czy potrzebujemy zielonej gospodarki?

Snowden: Tak, wydaje mi się, że ekologia i zdrowie publiczne muszą iść w parze. Ale to wymaga nie myślenia jak narody. Drobnoustroje nie przestrzegają granic państwowych. Musimy myśleć jak gatunek - jako gatunek żyjący w świecie drobnoustrojów.

DER SPIEGEL: A co z nauką? Czy nauka nie może nas ochronić przed epidemiami?

Snowden: Bez wątpienia nauka poczyniła duże postępy i widzimy to każdego dnia podczas pandemii koronawirusa. W czasach zarazy ludzie myśleli, że choroba była karą bożą, co wywoływało prawdziwy terror. Jeszcze w 1973 roku, kiedy byłem w Rzymie z powodu epidemii cholery, włoski minister zdrowia był tak przesądny, że nie polegał wyłącznie na środkach higienicznych podczas wizyty w szpitalu cholery, i zrobił znak ręką za plecami, aby odpędzić zło. Czasy te już dawno minęły, a nawet w porównaniu z SARS przed siedemnastu laty temu, nauka poczyniła znaczne postępy.

DER SPIEGEL: Ale za mało?

Snowden: Problem polega na tym, że nie wykorzystujemy nauki w konstruktywny sposób. Po SARS można było zbudować platformę, która umożliwiłaby bardzo szybkie przygotowanie szczepionki koronawirusowej. Ale nie zostało to zrobione. Nie dlatego, że wiedza była nieodpowiednia, ale dlatego, że nie było na widoku profitów. W branży farmaceutycznej wszystko polega na osiągnięciu zysku. Jest to również problem sektora opieki zdrowotnej. Gotowość na pandemię nie przynosi zysków takich jak procedury inwazyjne. Dlatego nikt nie traktował poważnie przygotowania. W wielu krajach, także w USA, miliony ludzi nie mają dostępu do najlepszego standardu opieki medycznej. Widzimy teraz straszliwą konsekwencję tego stanu rzeczy. Jedną z lekcji tej pandemii jest to, że medycyna musi być prawem człowieka!

DER SPIEGEL: Czy zgadzasz się z Louisem Pasteurem, pionierem badań nad chorobami zakaźnymi, że drobnoustroje będą miały ostatnie słowo?

Snowden: Myślę, że będzie to zależeć od tego, czy chcemy uczyć się na błędach z przeszłości. Wiemy, jakie są nasze słabości, które torują drogę pandemiom takim jak ta, w czasie której teraz żyjemy. Mamy zdolność współpracy i narzędzia zapobiegające przyszłym pandemiom, a przynajmniej zmniejszające ich prawdopodobieństwo. Ale czy będziemy działać? Naprawdę mam taką nadzieję. Ale nie jestem pewien. Pomyślmy tylko, jak strasznie powoli postępujemy z ochroną klimatu!

DER SPIEGEL: Jednak w przeciwieństwie do skutków zmian klimatu, koronawirusa nie można tak łatwo zignorować.

Snowden: Masz rację. Być może zmienimy się teraz, gdy koronawirus tak bezpośrednio nas dotknął. Czyż nie jest istotą greckiego dramatu fakt, iż uczenie się jest możliwe, ale że zwykle dokonuje się poprzez cierpienie?

DER SPIEGEL: Profesorze Snowden, dziękuję za ten wywiad.
4 / 30 / 2020

SARS-CoV-2



Źródło/Source


Na wirusach się nie znam, choć mam z nimi do czynienia całe moje, dosyć już długie życie. Zmagałem się z nimi wiele razy, zawsze wychodząc z opresji zwycięsko. Kiedy zaatakowały mnie podstępnie i doznałem upokorzenia koniecznością schowania się pod pierzynę, z pomocą nadciągała farmacja, rosół, cytrusy i chwilowe nieróbstwo. Stosunek do tego paskudztwa miałem taki sam jak Jagiełło do Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, z siedzibą w Malborku. Jednym słowem walczyć trzeba było wszystkimi sposobami i zakończyć rzecz Grunwaldem. Paralela ta jest o tyle istotna, że Jagiełło „wirusa” obalił, ale nie utłukł na amen. Pozwolił mu odejść, schować się za murami, i wylizać rany. Tenże potem czepiał się już mniej, powoli mutował, karlał, ale przetrwał do dzisiaj – szkody raczej nie czyni.

Tara C. Smith, w Quanta Magazine z dnia 29 kwietnia, br., zadaje sobie pytania i udziela odpowiedzi na temat koronawirusa SARS-CoV-2 i naszego zmagania się z potworem. Czy będzie z nim tak jak z Jagiełłą i Krzyżakami? Pokonamy go, ale zostanie? Jeśli tak, to w jakiej postaci? Takiej jak Zakon dzisiaj? Oby tak się stało! Tylko wcześniej niż za kilkaset lat!
Zachęcam do przeczytania tego najnowszego i świetnie napisanego tekstu o koronawirusie AD 2020.


Tłumaczenie moje, link do oryginału tutaj.

Co inne koronawirusy
mówią nam o
SARS-CoV-2


COVID-19 i wirus, który go wywołuje, SARS-CoV-2, jak nigdy dotąd skupiły uwagę opinii publicznej na koronawirusach. Jednakże badacze medyczni mają ponad pół wieku doświadczenia z tą rodziną wirusów. Zanim w 1965 roku zidentyfikowano ich pierwszą ludzką wersję, wiadomo już było, że istnieje wiele koronawirusów zwierzęcych. Od tego czasu odkryto dziesiątki dodatkowych koronawirusów wśród dzikiej przyrody, zwierząt gospodarskich i ludzi.

Znamy obecnie cztery, które powodują przeziębienie: HCoV-OC43, HCoV-229E, HCoV-NL63 i HCoV-HKU1. (HCoV oznacza „ludzki koronawirus”. Wiele innych „ludzkich” szczepów poznano i zaraportowano jeszcze w latach 60. XX wieku, ale one zanikły i nie zostały szczegółowo zbadane). Począwszy od 2003 r. zidentyfikowane zostały groźniejsze ludzkie koronawirusy, takie jak SARS (ciężki ostry zespół oddechowy), MERS (bliskowschodni zespół oddechowy), a obecnie COVID-19.

Nowe artykuły na temat SARS-CoV-2 i COVID-19 ukazują się w niespotykanym dotąd tempie, ale wciąż nie wiemy wiele. Na szczęście nasza dość obszerna historia współistnienia z koronawirusami może pomóc nam wypełnić luki. Oczywiście musimy uważać, aby nie ekstrapolować nadmiernie. Na przykład MERS-CoV i SARS-CoV, wirusy wywołujące MERS i SARS, nie rozprzestrzeniają się łatwo przed wystąpieniem objawów, podczas gdy SARS-CoV-2 wydaje się rozprzestrzeniać co najmniej dwa dni wcześniej. (Może to być spowodowane pierwotną lokalizacją, w której wirusy się replikują – to jest, w bardziej odsłoniętych górnych drogach oddechowych dla SARS-CoV-2, w porównaniu z dolnymi drogami oddechowymi dla tych dwóch wcześniejszych - ale potrzeba więcej badań, aby się upewnić.)

Jednakże ciężko zdobyta wiedza, którą pozyskaliśmy przez dziesięciolecia studiowania pokrewnych wirusów, może pomóc nam odpowiedzieć na niektóre z największych pytań na temat tej pandemii.

Czy koronawirus może naprawdę powodować objawy żołądkowo-jelitowe?

Chociaż COVID-19 jest przede wszystkim chorobą układu oddechowego, mieliśmy wiele doniesień o osobach z objawami żołądkowo-jelitowymi, takimi jak biegunka i wymioty. Czasami objawy te zastępują nawet bardziej typowy kaszel i gorączkę. Nie jest to zbyt zaskakujące, ale nieco komplikuje sytuację. Ponieważ testy są obecnie ograniczone, to jest wątpliwe czy osoba z łagodnym rozstrojem żołądka uznałaby się za potencjalny przypadek COVID-19 i poddałby się samoizolacji?

Być może powinniśmy byli lepiej przewidzieć złożoność tej choroby. Wcześniejsze badania wykazały, że objawy żołądkowo-jelitowe były również problemem u niektórych pacjentów z SARS kiedy pojawił się w 2003 roku. Objawy te są znakiem rozpoznawczym jednego z najważniejszych koronawirusów u świń, mianowicie, wirusa epidemicznej biegunki u świń (PEDV). Inne koronawirusy powodują podobne objawy u bydła, psów i kotów, ale przyczyny preferencji tkankowych, które określają, jakie narządy są najbardziej wrażliwe, wciąż jeszcze nie są jasne.

Co z innymi dziwnymi objawami, takimi jak utrata zmysłów węchu czy smaku? 

Jest to również precedens. Niektóre badania sugerują, że SARS-CoV-2 może atakować tkankę w ośrodkowym układzie nerwowym , prowadząc do tymczasowej utraty niektórych zmysłów, a także poważniejszych potencjalnych konsekwencji, w tym upośledzenia neurologicznego. W zwierzęcych modelach SARS-CoV i innych zakażeniach koronawirusem badacze wykazali, że wirus może dostać się do mózgu za pomocą opuszki węchowej, która przetwarza informacje o zapachach. Odzwierciedla to wcześniejsze badania, które wykazały ten sam proces w przypadkach HCoV-OC43 i mysim wirusowym zapaleniu wątroby (MHV).

Ostatnie badania (jeszcze nie zrecenzowane) sugerują, że interakcja pomiędzy wirusami i powonieniem może być złożona, ponieważ receptor komórkowy w komórkach ludzkich, który wiąże SARS CoV-2, zwany inhibitorem konwertazy angiotensyny 2 (ACE2), właściwie nie pojawia się bezpośrednio na neuronach zmysłu węchu. Jest jednak obecny w pobliskich tkankach, w tym w perycytach naczyniowych (komórkach otaczających naczynia krwionośne). Infekcja perycytem może zmienić zmysł węchu, powodując reakcję zapalną, która zmienia funkcjonowanie neuronów węchowych lub może uszkodzić komórki i zmienić wszelkie sygnały przesyłane przez neurony czuciowych do mózgu.

Doprowadziło to do sugestii, że zakażenie koronawirusem może prowadzić do innych chorób neurologicznych, nawet po ustąpieniu ostrej infekcji. Nie mamy jeszcze bezpośrednich dowodów na to, ale istnieje powód do niepokoju. Pacjenci ze stwardnieniem rozsianym i innymi chorobami neurologicznymi częściej niż zdrowi ludzie z grupy kontrolnej mają HCoV-OC43 w mózgu, a MHV może powodować chorobę demielinizacyjną podobną do SM u gryzoni i niektórych naczelnych. Sugeruje to, że powinniśmy monitorować wyleczone osoby w nadchodzących latach, aby przekonać się, czy wykazują większe prawdopodobieństwo pojawienia się u nich powikłań neurologicznych podobnych do SM.

Co trzeba zrobić, aby powstrzymać tę pandemię?

Ostatecznie będziemy potrzebować szczepionki. Gdy tylko będziemy w stanie zapobiec pojawianiu się nowych przypadków, wirus będzie miał mniej możliwości przenoszenia sie, co pozwoli na zatrzymanie zachorowań . Niestety, bezpieczna, działająca szczepionka jest jeszcze miesiące, a prawdopodobnie lata od momentu zanim zostanie wyprodukowana.

Do tego czasu możemy szukać pewnych możliwości w PEDV. Chociaż na tę chorobę, która niszczy młode prosięta, są teraz różne działające szczepionki, nie zawsze tak było. Początkowo rolnicy musieli stosować odwieczną taktykę do kontrolowania rozprzestrzeniania się wirusa: mianowicie szczepionki autogenne. Te szczepionki są wytwarzane na miejscu, a nie przez duże firmy, i są oparte na konkretnym szczepie bakterii lub wirusa, które tam krążą. Rolnicy lub weterynarze otrzymywali próbki PEDV od świń, które uległy infekcji. Następnie karmili tą tkanką, zwykle pobieraną z jelita  maciory, które rozwinęły dzięki temu odporność na wirusa. (Mogły przez to zachorować, ale u dorosłych zwierząt infekcja jest zwykle znacznie łagodniejsza). Przeciwciała, nadające krótkotrwałą odporność, były następnie przekazywane przez lochy ich prosiętom przez łożysko i podczas karmienia, chroniąc podatne na zakażenia prosięta przed infekcją.

Oczywiście nie jest to proces, który ludzie mogą łatwo zaadaptować. Jest to jednak podobne do strategii, którą obecnie próbuje Szwecja: Pozwól osobom o niższym ryzyku swobodnie istnieć i ostatecznie zarazić się wirusem. Po wyzdrowieniu wystarczająco duża częścć populacji powinna zyskać odporność, co prowadzi do tzw. odporności stada. Wedle tej teorii chroniłoby to najbardziej przede wszystkim osoby starsze i te z pewnymi warunkami zdrowotnymi poprzez ich samoizolację, podczas gdy pozostali byliby zarażeni, a następnie uodpornieni. W praktyce jednak ta strategia, która została odrzucona w Wielkiej Brytanii, prowadzi do znacznie wyższej śmiertelności w Szwecji niż w innych krajach nordyckich.

Czy stopień ekspozycji na wirusa wpływa na to jak ciężko chorobę się przechodzi?

Tak to wygląda.
Wielu pracowników służby zdrowia poważnie zachorowało na COVID-19, mimo młodego wieku i zdrowia. Różne raporty sugerują, że dzieje się tak, ponieważ byli narażeni na więcej wirusów niż typowy pacjent z COVID-19. Jest to zgodne z badaniami eksperymentalnymi koronawirusa oddechowego świń (PRCV). Naukowcy odkryli, że zaszczepione nim świnie chorowały ciężej niż świnie, które naturalnie złapały chorobę. Ma to sens, ponieważ im wyższa liczba wirusów, które cię zarażają, tym trudniej jest ciału kontrolować jego replikację i rozprzestrzenianie się.

Podkreśla to tylko znaczenie środków ochronnych - masek, rękawiczek, mycia rąk - dla osób narażonych na długotrwałą ekspozycję na wirusa.

Czy można uzyskać COVID-19 dwa razy? Czy nie uodporniamy się, gdy go dostaniemy?

Niestety wiadomości tutaj nie są dobre. Podczas gdy łapanie i skuteczne zwalczanie wirusa zwykle powoduje naturalną odporność na niego, infekcje koronawirusem nie wydają się powodować długotrwałej odporności. Można zostać ponownie zarażonym, gdy ta odporność osłabnie.

Ochotnicy eksperymentalnie zaszczepieni HCoV-229E wykazali gwałtowny spadek reakcji przeciwciał w miarę upływu czasu, a większość z nich można z powodzeniem ponownie zainfekować rok później. Pacjenci zakażeni SARS-CoV również wykazywali spadek miana przeciwciał po pewnym czasie. Wśród zwierząt, bydło zakażone koronawirusem (BCoV) - przodkiem co najmniej jednego ludzkiego koronawirusa, jest podatne na reinfekcję i nie wykazuje długoterminowej odporności.

Niektóre koronawirusy zwierząt nigdy nie zostają wyeliminowane i stają się uporczywymi infekcjami. Na przykład u kotów zakażenie kotowatym koronawirusem jelitowym może trwać miesiące lub dłużej. Kiedy tak się dzieje, wirus mutuje tak bardzo, że jego natura wydaje się zmieniać. To, co zaczyna się jako stosunkowo łagodna infekcja żołądkowo-jelitowa, ostatecznie powoduje u niektórych zwierząt poważne zapalenie otrzewnej (zapalenie błony wyściełającej ścianę brzucha). Badając wirusa na tym etapie infekcji, naukowcy odkryli, że mutacje doprowadzają do pojawienia się pokrewnego wirusa, kociego zakaźnego wirusa zapalenia otrzewnej - a ten ma większą śmiertelność.

Obecnie nie ma dowodów na występowanie określonych mutacji w SARS-CoV-2, które mogłyby zmienić jego toksyczność. Ale naukowcy z pewnością będą badać osoby, które ponownie uzyskają wynik dodatni po jednym lub kilku ujemnych testach, aby ustalić, czy naprawdę zostały wtórnie zainfekowane lub czy mają trwałe początkowe zakażenie, które tylko wydawało się, że zniknęło. Możliwe jest również, że testy dają czasami fałszywy wynik negatywny.

Czy SARS-CoV-2 może stać się endemiczny wśród ludzi i po prostu nigdy nie znikać? Co wtedy?

Trudno powiedzieć. Istnieje tutaj wiele możliwych wyników, zależnych od ludzkich zachowań i pomysłowości. Jeśli będziemy mieli szczepionkę, która znacznie zmniejsza obecność i rozprzestrzenianie się SARS-CoV-2 w populacji, może to ograniczyć zdolność ewolucji wirusa. Byłby to prawdopodobnie idealny przypadek, mimo że musielibyśmy uważać na jego ogniska, tak jak mamy do czynienia z odrą, świnką i innymi infekcjami, którym można zapobiec dzięki szczepionce. Natomiast, jeśli nie będziemy w stanie opanować rozprzestrzeniania się wirusa i ciągle będziemy narażeni na jego działanie, to musimy wykorzystać nasze doświadczenia z innymi koronawirusami, i poszukać nowych rozwiązań.

Jedna możliwość, to to, że choroba może z czasem stać się łagodniejsza. Mogło się tak stać w przypadku HCoV-OC43, który prawdopodobnie wyewoluował  ze swojego przodka, wirusa BcoV około 1890 r. , kiedy zdołał przenieść się z bydła na ludzi. Przypadkowo był to także rok paskudnej epidemii grypy - choć równie dobrze mogła to być tak jak dzisiaj epidemia koronawirusa.

Większa łagodność HCoV-OC43 mogła być rezultatem zniknięcia 290 par zasad RNA wirusa w pobliżu genu kolca, który pozwala wirusowi przeniknąć i zainfekować komórki gospodarza. Zanik ich prawdopodobnie utrudnia jego zdolność do skutecznego wiązania się z gospodarzem, co zapobiega powstawaniu ciężkich infekcji. Taka ewolucja przez usunięcie pewnego elementu budowy jest w rzeczywistości wspólną cechą tych wirusów. Usunięcie części genu kolca i kilka innych zmian w drugim genie doprowadziło do pojawienia się PRCV, którego przodkiem był wirus zapalenia żołądka i jelit świń. Wydaje się, że mutacje te zmieniły preferencje tkanek wirusa, przekształcając go ze śmiertelnego patogenu wyjściowego (jelitowego) w łagodniejszy oddechowy. Czy SARS-CoV-2 może ulec podobnej zmianie w miejscach wiązania w ciele, która wpłynęłaby na jego preferencje dotyczące tkanek lub prowadzić do łagodniejszej postaci choroby? Czas pokaże, ale wydaje się, że jest to dosyć typowy zwyczaj koronawirusów.

Kolejną możliwością, jeśli SARS-CoV-2 nigdy nie zniknie, jest jego rekombinacja, w której wirus miesza się i dopasowuje swój materiał genetyczny do materiału innych krążących koronawirusów. Te zdarzenia są częste i mogą spowodować pojawienie się zupełnie nowych wirusów. Na przykład nowy szczep psiego koronawirusa układu oddechowego zidentyfikowany w 2017 r. , był prawdopodobnie rekombinantem istniejących koronawirusów psów i bydła. Rekombinacja SARS-CoV-2 z innymi ludzkimi koronawirusami, a nawet koronawirusami zwierzęcymi, jest możliwa, ale wynik takiego zdarzenia - dobrego, złego lub pośredniego - jest prawie niemożliwy do przewidzenia z góry. Będziemy musieli po prostu monitorować wirusa i ufać naszej zaradności, aby poradzić sobie z tym, co nastąpi później.
2 / 20 / 2020

POLSKA  WINNA?
N O N S E N S!


Niemieccy generałowie Mauritz von Wiktorin i Heinz Guderian stoją obok sowieckiego dowódcy
Siemiona Krivosheina podczas niemiecko-sowieckiej parady wojskowej 22 września 1939 r. - source

For English version, please scroll down.

Jurek Wiener urodził sie w Bielsku Białej dokładnie sześć lat i dwa dni przed hitlerowskim atakiem na Polskę i rozpętaniem przez Niemcy światowej awantury wojennej. Latem 1939 roku małżeństwo Wienerów wraz z synkiem prysnęło z zagrożonej Polski do Palestyny gdzie wylądowali jako Avineri, a Jerzyk został Szlomo. Długo nie trzeba było czekać żeby piętnaścioro osób z ich najbliższej rodziny podzieliło los trzech milionów Żydów polskich z rąk jasnowłosych, niebieskookich specjalistów od masowej zagłady. Uciekinierom udało się. Jerzyk vel Shlomo wyedukował się solidnie, został filozofem, politologiem, profesorem, rządowym urzędnikiem wysokiej rangi, wykładowcą na światowych uniwersytetach, łącznie z polskimi. Przez lata naukowych rozpraw popełnił sporo, odznaczeń zebrał wiele, a 16 lutego, 2020 roku o 4:32 po południu – tak, kilka dni temu – w artykule opublikowanym w Haaretz - ponad 100-letnim, dzienniku wydawanym w języku hebrajskim, obecnie także w wersji angielskojęzycznej, napisał co następuje:
„Niemcy są winni, ale zarówno Rosja jak i Polska ponoszą odpowiedzialność”.
Odpowiedziałbym chętnie na taką „mądrość” z zakresu najnowszej historii, ale oto niespełna 22 godziny później, czyli 17 lutego, 2020 roku o godzinie 2:27 po południu, tenże dziennik Haaretz, puścił ripostę polskiego historyka, dra Sławomira Dębskiego, który w swoim artykule obnażył do kości nonsens argumentu Shlomo Avinerego.
Kudos dr Dębski, kudos Haaretz za żurnalistyczny balans.
Co do Jurka W. vel Shlomo A., to interesujące wydaje się być jego tradycja głoszenia poglądu o bierności polskiego podziemia w stosunku do okupanta, bo oto już we wrześniu 2016 roku wyraził identyczny pogląd, o czym donosiła wówczas Rzeczpospolita, a pewnie czynił to już wcześniej, ale odpuściłem sobie, nie sprawdziłem. Nadmienię jedynie, że jeśli czytając ten starszy artykuł, odniesiecie początkowo wrażenie iż autor świetnie sobie radzi w okopach polskiej historii okresu II WŚ, to od podrozdziału zatytułowanego „Ponury cień”, zaczniecie zauważać ponury charakter autora tekstu i kompletną ahistoryczność gdybania na samozadany temat. Sporo o tym donosi dr Dębski w swojej bieżącej analizie „(nie)uczciwości intelektualnej” profesora Avineri, niegdyś z Bielska-Białej.
Zapraszam do tekstu dra Dębskiego, w moim tłumaczeniu z j. angielskiego.



Dosyć sowieckiej propagandy z czasów Breżniewa.
Dosyć przewrotnych, podstępnych, nieuczciwych intelektualnie 

prób obwiniania Polski za II wojnę światową i polskiego oporu
za nie powstrzymywanie Holokaustu

Ostatni artykuł Szlomo Avineri na temat „odpowiedzialności” Polski za wybuch II wojny światowej (Niemcy są winne - ale Rosja i Polska ponoszą odpowiedzialność, też) zszokował mnie. Będąc historykiem, który poświęcił większą część swojego życia badaniom stosunków niemiecko-sowieckich w latach 1939–1941, nie będę stać obojętnie. Nie można twierdzić o „intelektualnej uczciwości”, co robi Avineri, i głosić oszustwo w jawny sposób.

Na pierwszy rzut oka artykuł Avineri wydaje się być zrównoważony: tak, Niemcy i Sowieci rzeczywiście zaatakowali Polskę. Tak, pakt Hitler-Stalin jest niezaprzeczalnym faktem i miał udział w rozbiciu Polski. Tak, NKWD, radziecka tajna policja, zamordowała polskich oficerów. Jednak Polacy też są… winni.

Avineri ogłasza, że ​​Polacy są winni, ponieważ walczyli, zamiast zapraszać Sowietów do zajęcia swojego kraju bez wystrzelenia ani jednej kuli. Ta logika, zaproponowana przez byłego dyrektora generalnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Izraela, jest co najmniej niewłaściwa, jeśli nie przewrotna.

Pisząc o wybuchu II wojny światowej, twierdzi coś czego nie zrobił dotąd żaden poważny historyk: mianowicie, że gdyby Polska pozwoliła Armii Czerwonej „pomóc” im w walce z nazistami w 1939 r., Holokaust i II wojna światowa „nie odbyłyby się w taki sposób jak to się stało”. To tak, jakbyśmy mieli powody sądzić, że wszystkim, czego Stalin chciał w 1939 roku, było powstrzymanie Hitlera od rozerwania systemu wersalskiego na kawałki.

Kiedy po pierestrojce i rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 r. archiwa z czasów radzieckich zostały na chwilę otwarte, historycy mieli okazję zajrzeć do środka. Miałem zaszczyt być wśród nich. Kiedy historycy, w tym wielu rosyjskich, przeprowadzili niezależne badania, zweryfikowano i ustalono coś wręcz przeciwnego: mianowicie, że mitem było przekonanie, iż​​ radziecka polityka zagraniczna w przededniu II wojny światowej miała pokojowe aspiracje.

Jestem zszokowany, że po wszystkich badaniach dotyczących radzieckiej polityki zagranicznej, setek książek i tysięcy artykułów oraz dokumentów archiwalnych opublikowanych w ciągu ostatnich 30 lat, profesor Avineri nadal trzyma się sowieckiego wszechświata propagandowego z czasów Breżniewa, opanowanego przez kłamstwa.

Jeden przykład. Na początku października 1938 r. Stalin wygłosił przemówienie, komentując kryzys w Sudetach. Wyraźnie powiedział, że bolszewicy nie sąi i nigdy nie byli pacyfistami dążącymi do pokoju. Oto jego słowa:
„Sami bolszewicy zaatakują, jeśli wojna będzie słuszna… Fakt, że dziś krzyczymy o pokoju, jest tylko zasłoną”.
Tymczasem, 82 lata później profesor Avineri myli tę zasłonę z prawdą!

W rzeczywistości Stalin wcale nie był zainteresowany obroną pokoju, jego celem było zdobycie terytorium kosztem państw bałtyckich, Polski, Finlandii i Rumunii. Dlatego też sowieckie gwarancje bezpieczeństwa dla Polski i innych krajów Europy Środkowej w 1939 r. były tak wiarygodne, jak dzisiejsze gwarancje Iranu dla Izraela. Zakładam, że prof. Avineri nie rozważyłby ustanowienia baz wojskowych irańskich strażników rewolucji na terytorium Izraela w celu ochrony Izraela przed sunnickimi sąsiadami, nawet - jak sam mówi - „pod pewnymi warunkami”.

Żaden „uczciwy intelektualnie” osobnik nie powinien się zatem dziwić, że kraje Europy Środkowej nie zaufały Stalinowi w 1939 r. Nie, ich narody nie chciały dzielić losu milionów ofiar umyślnie wywołanej klęski nieurodzaju, Hołodomoru z lat 1932–33 na Ukrainie, ani też paść ofiarą Wielkiego Terroru, czyli trwającej wciąż masowej czystki Stalina. W tym czasie Związek Radziecki był pierwszym krajem odpowiedzialnym za ludobójstwa na tak wielką skalę.

Avineri jest bardzo chętny, aby zrzucić winę na Polskę za dążenie do obrony jej wolności i krytykę Polski za odrzucenie jakiejkolwiek szansy na umożliwienie Sowietom „wyzwolenia” Polaków z ciężaru ich niepodległości. Pisze on: „Gdyby Polacy wpuścili Armię Czerwoną do swojego kraju - pod pewnymi warunkami - w celu odparcia nazistowskiej inwazji, historia potoczyłaby się inaczej. Z pewnością II wojna światowa i Holokaust nie miałyby miejsca w sposób, w jaki zdarzyły."

Ale Avineri nie znajduje miejsca w swoim artykule na stwierdzenie oczywistości: że, gdyby Sowieci nie zaatakowali Polski i nie pomogli nazistom przełamać polskich linii obrony, „z pewnością II wojna światowa i Holokaust nie odbyłby się w taki sposób jak to się stało”. Stwierdzenie o wiele prostsze i bliższe prawdzie.

Kolejny obszar nieprawdy dotyczy polskiego oporu. Avineri pisze, że Polska Armia Krajowa, działająca pod dowództwem Polskiego Rządu na Uchodźstwie w Londynie, nie przeprowadziła znaczących operacji oporu przeciwko okupacji niemieckiej.

Jest to kompletny nonsens historyczny. Oczywiste jest, że Polska Armia Krajowa nie dorównywała Wehrmachtowi, SS i innym nazistowskim siłom okupacyjnym. W 1943 r. Armia Krajowa budowała swój potencjał, produkując ręcznie wytwarzaną broń i żebrząc o zapasy od sił alianckich. Jej głównym zadaniem było przeprowadzenie powstania o zasięgu ogólnokrajowym, gdyby do kraju zbliżała się jakakolwiek armia aliancka.

Jednocześnie regularne i znaczące siły polskie walczyły u boku aliantów: w bitwach we Francji i Wielkiej Brytanii, w Norwegii, we Włoszech, w Afryce, biorąc następnie udział w wyzwoleniu Francji, Belgii i Holandii. Polska Armia Krajowa aktywnie przekazywała informacje o niemieckich latających bombach V1 i rakietach balistycznych V2, dekodując wiele niemieckich planów i zakłócając niemieckie linie zaopatrzeniowe na froncie wschodnim.

Jednak sugestia Avineri, że Polacy mogli zorganizować powstanie warszawskie w 1943 r., aby pomóc miejskim bojownikom żydowskiego getta w ich powstaniu, jest po prostu bzdurą. Naziści zdławili powstanie warszawskie w 1944 r., prowadząc do śmierci około 200 000 polskich cywilów i 20 000 bojowników. Miasto zostało zrównane z ziemią. A wszystko to wydarzyło się, gdy Niemcy wycofywali się. Sowieci byli w pobliżu, ale zatrzymali się po drugiej stronie Wisły, obserwując, jak Niemcy niszczą polskich bojowników o wolność.

W Polsce toczą się zaciekłe dyskusje na temat tego, czy powstanie 1944 r. było strategicznym błędem naczelnego dowództwa Armii Krajowej. Ale sugerowanie, że Polacy powinni to zrobić w 1943 r., kiedy byli jeszcze słabsi, a Niemcy znacznie silniejsi, to całkowicie ahistoryczne szaleństwo.

Nie, nie było szansy żeby pomóc powstańcom w getcie. Jedyne, co polski opór mógł zrobić (i zrobił), to pomóc w ewakuacji pozostałych bojowników i schronieniu tysięcy Żydów, którzy uciekli na stronę polską. Szlomo Avneri uważa, że ​​francuski opór był bardziej aktywny niż Armia Krajowa. To brzmi bardziej jak poważna luka edukacyjna niż celowe zniekształcenie faktów. Nie znam żadnego szanowanego francuskiego historyka, który podzielałby ten dziwny punkt widzenia.

Avineri twierdzi, że partyzanci Tito byli bardziej aktywni. To prawda, ale zapomina spojrzeć na mapę: Jugosławia, a zwłaszcza Bośnia, w której działała większość jednostek, to łańcuch gór, trudno dostępny i oferujący schronienie oddziałom partyzanckim, które mogły kontrolować większe terytoria.

Polska jest płaska jak stół. To jak krytykowanie Izraela za to, że nie rozwiązał problemu braku wody na Bliskim Wschodzie. „Patrz, Szwajcar to zrobił”. Oczywiście wzmianka o tym, że ani „heroiczny” francuski opór, ani partyzanci Tito, nie rozpoczęli ogólnokrajowego powstania, gdy deportowano Żydów z Drancy lub Zagrzebia, jest krokiem zbyt trudnym do zrobienia dla „uczciwego intelektualnie” pisarza.

„Uczciwość intelektualna”, twierdzi profesor Avineri, prowadzi go do oskarżenia polskiej Armii Krajowej o stanięcie i przypatrywanie się mordowaniu trzech milionów polskich Żydów, ale omija fakt, że to samo AK „stało i patrzyło”, gdy trzy miliony polskich nie-Żydów były mordowane. Nie rozważa nawet w najmniejszym stopniu, że ​​Polska Armia Krajowa, w której niektórzy bojownicy ledwo byli uzbrojeni w pistolety, nie miała realnej możliwości powstrzymania ani Holokaustu, ani masowego ludobójstwa na Polakach.

Wreszcie, profesor Avineri odnosi się do „ostrej wymiany między Władimirem Putinem a polskim prezydentem Andrzejem Dudą” podczas wydarzeń z okazji 75 rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Nie było takiej wymiany, ponieważ polski prezydent postanowił nie uwiarygodniać roszczeń Władimira Putina, odpowiadając na nie. Był nawet krytykowany za swoje milczenie.  Znów słowa „intelektualna uczciwość” brzmią mi w uszach. Oczywiście opinie są różne i perspektywy się zmieniają, ale fakty mają znaczenie. To jest coś, czego nie można zmienić.

Dr Sławomir Dębski jest dyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i autorem książki „Między Berlinem a Moskwą: stosunki niemiecko-radzieckie 1939–1941” (Moskwa, 2018). Twitter: @SlawomirDebski

__ _________________________ __

Georg Wiener was born in Bielsko Biała exactly six years and two days before the Nazi attack on Poland and the unleashing of a global war by Germany. In the summer of 1939, the Wiener couple and their son fled from endangered Poland to Palestine, where they landed as Avineri and Georgy became Shlomo. It did not take long for fifteen people from their immediate family to share the fate of three million Polish Jews at the hands of fair-haired, blue-eyed mass extermination specialists. The escapees succeeded, George aka Shlomo got educated solidly, became a philosopher, political scientist, professor, high-ranking government official, lecturer at world universities, including Polish as well. Over the years he published a number of scientific papers, won many decorations, and on February 16, 2020 at 4:32 pm - yes, a few days ago - in an article published in Haaretz, an over 100-year-old journal Hebrew language paper, available now also in the English, he wrote the following:
"Germany is Guilty, but both Russia and Poland Bear Responsibility, Too."
I would gladly respond to such "wisdom" in the field of recent history, but less than 22 hours later, that is February 17, 2020 at 2:27 pm, the same daily Haaretz, published a response by the Polish historian Dr. Sławomir Dębski, who in his article revealed the nonsense of Shlomo Avineri's argument to the bare bone. Kudos to Dr. Dębski, kudos to Haaretz for the journalistic balance.

As for George W. aka Shlomo A., his repetition of proclaiming the view about the passivity of the Polish underground toward the occupier seems quite interesting, because as it turns out he expressed an identical views, already in September 2016, which was then reported by Rzeczpospolita, and one may suspect, he has probably done the same earlier, but I gave up and did not check. I would like to mention only that if you read this older article you get initially the impression that the author is doing great in the trenches of Polish history of the World War II. However, from the subsection entitled "The Gloomy Shadow", you will begin to notice the gloomy character of the author and complete ahistoricism of his speculation of “what if?”. Dr Dębski addresses that question with might and main in his current analysis of the '(un)-intellectual integrity' of Professor Avineri, as you already know, originally from Bielsko-Biała, Poland.

Please read the original text below; or click the link to go to the source.


Enough of the Brezhnev-era Soviet propaganda.
Enough of the perverse, deceitful, intellectually
dishonest attempts to blame Poland for WW2,
and the Polish resistance for not halting the Holocaust


Shlomo Avineri's recent article on Poland's "responsibility" for the outbreak of WW2 (Germany Is Guilty – but Russia and Poland Both Bear Responsibility, Too) has indeed shocked me. Being a historian, one who has dedicated much of his life to investigating German-Soviet relations between 1939-1941, I will not stand by. One cannot claim "intellectual honesty," which Avineri does, and behave in an openly deceitful way.

At first glance, Avineri’s article seems to be balanced: Yes, Germany and the Soviets indeed attacked Poland. Yes, the Hitler-Stalin pact is an undeniable fact, and had a hand in partitioning Poland. Yes, the NKVD, the Soviet secret police, murdered Polish officers. However, Poles are…guilty, too.

Avineri declares Poles are guilty because they fought, instead of inviting the Soviets to occupy their country without firing one single bullet. This logic, offered by the former director-general of Israel's Foreign Ministry, is at least ill-intended, if not perverse.

Writing about the outbreak of the WW2 he claims something no serious historian has ever done: Had Poland allowed Red Army to "help" them against the Nazis in 1939, the Holocaust and WW2 "would not have happened the way they did." As if we had reasons to believe that all Stalin wanted in 1939 was to prevent Hitler from tearing the Versailles system into pieces.

When, after perestroika and the break-up of the Soviet Union in 1991, the Soviet-era archives were open for a brief moment, and historians had a chance to look inside. I was privileged to be among them. When those historians, including many Russian historians, conducted their independent research, what they verified the opposite: that the idea that Soviet foreign policy on the eve of WW2 had peaceful aspirations was a myth.

I am shocked that after all the research done on Soviet foreign policy, hundreds of books and thousands of articles and archival documents published over the last 30 years, Prof Avineri still sticks with the Brezhnev-era Soviet propaganda universe populated by falsehoods.

One example. In early October 1938, Stalin made a speech commenting on the Sudetenland crisis. He clearly said that the Bolsheviks were not, and had never been, pacifists pining for peace. There are his words: "Bolsheviks themselves will attack if the war is just…. The fact that today we are shouting about peace is just a veil." But 82 years later, Prof Avineri mistakes this veil for the truth!

In fact, Stalin was not interested at all in defending peace, but was looking to acquire territory at the expense of the Baltic states, Poland, Finland and Romania. Therefore, the Soviet security guarantees in 1939 for Poland and other Central European countries were as credible as Iranian guarantees for Israel would be today. I assume Prof Avineri would not consider establishing military bases of the Iranian Revolutionary Guards on Israel's territory to protect Israel from its Sunni Muslim neighbors, even – in his own words – "under certain conditions."

No “intellectually honest" individual should be surprised, then, that countries of Central Europe didn’t trust Stalin in 1939. No, their peoples did not want to share the fate of the millions of victims of deliberate famine, the 1932-33 Holodomor in Ukraine, nor did they want to fall victim to the Great Terror, Stalin's still on-going mass purge. At that point in time, the Soviet Union was the first country responsible for genocides on such a massive scale.

Avineri is so keen to put the blame on Poland for striving to protect its freedom, and criticizing Poland rejecting any chance of allowing the Soviets to "liberate" Poles from the burden of their independence. He writes: "[I]f the Poles had let the Red Army enter their country – under certain conditions – to repel a Nazi invasion, history would have turned out differently. Certainly World War II and the Holocaust would not have happened the way they did."

But Avineri finds no space in his article to state the obvious: had the Soviets not invaded Poland and helped the Nazis break Polish defense lines "certainly World War II and the Holocaust would not have happened the way they did." Much simpler and much closer to the truth.

The next area of untruths concern the Polish resistance. Avineri writes that the Polish Home Army, operating under the command of the Polish government-in-exile in London, didn’t carry out significant resistance operations against the German occupation.

This is a complete historical nonsense. It’s obvious that the Polish Home Army was no match for the Wehrmacht, the SS and other Nazi occupation forces. In 1943, the Home Army was only building its capacity, producing hand-made weapons and begging for supplies from the Allied forces; its major task was to lead a nation-wide uprising, had any of the Allied armies approached.

At the same time regular and significant Polish forces fought alongside the Allies: in the Battles of France and Britain, in Norway, Italy, Africa, and later on in liberating France, Belgium and Holland. The Polish Home Army was active in passing information about the Nazis' V1 flying bombs and V2 ballistic rockets, decoding many German plans, and disrupting German supply lines to the eastern Front.

But Avineri’s suggestion that the Poles could have staged the Warsaw Uprising in 1943 to help the city's Jewish Ghetto fighters in their uprising, is just utter nonsense. The Nazis crushed the Warsaw Uprising of 1944 leading to the loss of about 200,000 Polish civilian lives and those of 20,000 fighters. The city was razed to the ground. And all this happened when the Germans were in full retreat. The Soviets were close by, but stopped on the other side of the Vistula river, watching the Germans annihilating the Polish freedom fighters.

There have been fierce discussions in Poland about whether the 1944 Uprising was a strategic mistake by the Polish Home Army high command. But to suggest that the Poles should have done this in 1943, when they were even weaker, and the Germans far stronger, is thorough ahistorical madness.

No, there was no chance to help the insurgents within the ghetto. The only thing that the Polish resistance could do (and did) was to help evacuate the remaining fighters and shelter thousands of Jews who had escaped to the Polish side. Shlomo Avneri believes the French resistance was more active than the Home Army. That sounds more like a terrible under-education rather than a deliberate distortion. I do not know of any respected French historian who would subscribe to this strange point of view.

Avineri claims Tito’s partisans were more active, which is true, but forgets to look at a map: Yugoslavia and particularly Bosnia, where most of units operated, is a chain of mountains, hard to access and offering shelter to guerilla units who could control larger territories.

Poland is flat like a table. It’s like criticizing Israel for not resolving the lack of water in the Middle East. "Look, the Swiss have done it." Of course, mentioning that neither the "heroic" French resistance nor Tito’s partisans launched a nationwide uprising when Jews were deported from Drancy or Zagreb is a step too far for an "intellectually honest" writer.

"Intellectual honesty," Professor Avineri claims, leads him to accuse the Polish Home Army of standing by and watching when three million Polish Jews were slaughtered, but avoids the fact that it also "stood by and watched" when three million Polish non-Jews were slaughtered. There is not even the slightest supposition that a Polish Home Army, in which some fighters were barely armed with pistols, had no real possibility of halting neither the Holocaust nor the massive genocide on Poles.

Finally, Pro Avineri refers to a "harsh exchange between Vladimir Putin and Polish President Andrzej Duda" during the events marking 75 years since the liberation of Auschwitz. There was no such exchange, because the Polish president decided not to give credibility to Vladimir Putin’s claims by responding to them. He was even criticized for his silence.

Again, the words "intellectual honesty" sound in my ears. Naturally, opinions differ and perspectives change, but facts matter. That is something which cannot change.

Dr Sławomir Debski is the director of the Polish Institute of International Affairs and author of "Between Berlin and Moscow: German-Soviet Relations, 1939-1941" (Moscow, 2018). Twitter: @SlawomirDebski
2 / 18 / 2020

Oficjalny plakat filmu /// Official poster of the film


For English version, please scroll down.
Obejrzałem film! (zwiastun)
Ściśle rzecz biorąc, jeden, dokładnie jeden film o tytule „Jeden”, a ujmując rzecz precyzyjnie, to „1”.
Streszczenie streszczenia angielskojęzycznego oryginału z portalu IMDb w tłumaczeniu na język polski brzmi następująco:
„Nic nie jest takie, jak się wydaje na początku, [bowiem] pasja i intryga budują się do samego końca.”
I tak na prawdę jest!
W pagórkowatej głuszy terkocze helikopter, piszczą opony, damy toczą bój o oziębłego faceta, jest tajemnicza waliza, samozapłon i trup na gęsto. Są też zdezorientowane dzieci, które wychodzą na wszystkim najlepiej.

Ten 98-minutowy dreszczowiec ma ogrom zalet i jedno piekielnie denerwujące niedopowiedzenie, mianowicie, nie wiadomo co było w w walizce. Zakładam, że mógłby tam być zapis alternatywnego zakończenia dzieła, choć podejrzewam, że raczej była to fałszywa kasa - jakieś ruble albo drachmy, ze względu na ich potencjał nabywczy. Co by to jednak nie było, jestem przekonany, że nie pozostanę w niepewności do końca życia. Liczę na reżysera, ufając iż kiedyś dopowie mi rzecz przy kielichu, przecież gościa znam......

Andrzej Kozłowski, twórca tego obrazu, nakręconego w 12 dni za równowartość używanego samochodu, powiada:
„...być może najbardziej wyjątkową cechą tego filmu jest to, że przemawia on swoistą kompletnością. Film jest po prostu większy niż suma jego elementów. W tym leży jego wielkość i trwałe oddziaływanie.”

Historia filmu jako formy sztuki jest wieloetapowa, a zaczęło się już w roku 1828.
Etap pierwszy wykorzystał zjawisko bezwładności wzroku, którym jest opóźnienie w czasie między powstaniem wrażenia wzrokowego u obserwatora a bodźcem wywołującym to wrażenie oraz trwanie tego wrażenia po zaniknięciu bodźca. Obrazy pojawiające się częściej niż co 0,1 sekundy zlewają się ze sobą i sprawiają wrażenie ruchu.

Etap drugi to era filmu niemego, który po fazie wieloletniego ewoluowania, osiągnął wiek dojrzałości w roku 1894, kwitnąc przez trzydzieści lat z okładem i przejrzewając ostatecznie w roku 1927, kiedy to kolejny etap zaanonsował pierwszy film dźwiękowy pod tytułem „Śpiewak jazzbandu”.

Kolor imał się kliszy filmowej przez wiele lat okresu „niemego” i wczesnego dźwiękowego, ale ostatecznie etap trzeci - filmu kolorowego - rozpoczął się wejściem na ekrany Czarnoksiężnika z Oz, na kilka dni przed hitlerowskim atakiem na Polskę, a wkrótce potem było wiekopomne „Przeminęło z wiatrem”.

Następnych etapów, a może raczej etapików w rozwoju filmu można byłoby doliczyć się bez liku, aczkolwiek nową poważną cezurą, przynajmniej dla mnie, jest dzień 16 maja 2019 roku, kiedy to na ekrany wszedł „1”.

Powód: UNIWERSALIZM!

Pojęcie to oddaje precyzyjnie fakt, iż film ten, z muzyką splatającą każdą nutę z gestem, kolorytem i nastrojem, jest bez żadnych dodatkowych zabiegów gotów do odbioru w identycznym stopniu w Filadelfii, Augustowie, Nairobi i na wyspach Oceanii. Nie może być inaczej, skoro przez 98 minut projekcji nie pada ani jedno słowo, nie zostaje wypowiedziana nawet jedna sylaba.
Nie ma dialogu, kropka!
A jednak siedzisz i chłoniesz „kompletność” obrazu Kozłowskiego, złożoną z barwy, ruchu, cieni, muzyki, hałasu i ciszy. Filmów bez dialogu, zanim pojawił się „1”, było co najmniej tyle samo co filmów w kolorze, zanim kolor stał się normą, jednakże żaden wcześniejszy nie spełniał warunków kantowskiej estetyki transcendentalnej – natomiast film „1” jest jej kwintesencją.

_ ___________________ _

I saw the film! (trailer)
Strictly speaking, one, exactly one film with the title "One", and to be precise, just "1".
The summary of the summary from the IMDb website reads as follows:
" Nothing is what it seems to be at the beginning [because] passion and intrigue keep building to the very end."
And they really are! In the hilly wilderness, a helicopter rattles, tires squeak, ladies fight for a frigid guy, there is a mysterious suitcase, self-ignition and density of corpse. There are also confused children who at the end make the best of the situation.

This 98-minute thriller has a lot of qualities and one terribly annoying unanswered question, namely, it is not known what was in the suitcase. One might assume it could be a record of an alternative ending, although suspecting some pile of cash - perhaps rubles or drachmas, due to their minimal purchasing power would make more sense. Whatever it was, I guess I will not remain unknown for the rest of my life. I do count on the director to remove some day the veil of uncertainty  over a glass of wine, I know the fella, after all .....

Andrzej Kozlowski, the director of this picture, shot it in 12 days for the money equivalent to the used car value. He says: “…perhaps the most unique quality of the film is that it speaks as a whole. The film is greater than the sum of its elements. This is where lays its potential greatness and lasting impact.”

The multi-stage history of the film industry development began as early as 1828. The first stage used the phenomenon of persistence of vision, which is defined as the delay in time between the appearance of the visual impression of the observer and the stimulus that causes the impression and the duration of this impression after the disappearance of the stimulus. Images appearing more often than every 0.1 seconds blend together and give the impression of movement.

The second stage is the era of the silent film, which after many years of evolution, reached the age of maturity in 1894. It was flourishing for thirty plus years, to finally surrender in 1927, when the next period got announced with the release of the first sound film titled "The Jazz Singer". Color was used to appear on celluloid for many years during the "silent" era and early sound period, but eventually the real color film stage began in 1939 with the release of The Wizard of Oz,  just a few days before Germany attacked Poland and then, shortly afterwards, the same year, came the “Gone with the Wind”.

The next stages, or rather episodes in the development of the film could be counted in a dime a dozen; however, the new serious turning point, at least for me, occurred on May 16, 2019, when "1" got released to the screens.

The reason: UNIVERSALISM!

The term accurately reflects the fact that this film, with music interwoven with every note into the movement, color and mood, is without any additional measures ready to be received the same way in Philadelphia, Augustów, Nairobi and the Islands of Oceania. Actually, how else it could be, since through 98 minutes of the projection, not a single word is uttered, not a single syllable is spoken? There is no dialogue, period; and yet one sits and absorbs the "completeness" of Kozlowski's picture, consisting of noise, action, emotions and silence. The movies without dialogue that had been released before the appearance of "1", were at least as numerous as the color films before color became the norm. However, none of the previous one met the conditions of Kant's transcendental aesthetics – whereas the movie "1" is simply its embodiment.

MATMA 2.0


obejrzyjcie i wysłuchajcie po przeczytaniu

1 / 30 / 2020

Ivars Peterson, matematyczny turysta, jak sam siebie przedstawia, powiada tak:

Dla większości ludzi z zewnątrz współczesna matematyka jest jak 
nieznane terytorium ogrodzone wysokim murem technicznych terminów.  W jego krajobrazie dominuje plątanina zaszyfrowanych równań i niezrozumiałych pojęć. Tylko  nieliczni  wiedzą,  że  świat  współczesnej  matematyki pełen jest żywych barw, jasnych obrazów i prowokujących idei.

Przyznam, że brzmi to fascynująco, ale najwyraźniej nie dojrzałem nigdy do takiego rozumienia tej dziedziny. Nie chodzi o to, żem nie kumaty... egzamin na politechnikę zdałem, ale gdzieś w połowie drogi do dyplomu uzmysłowiłem sobie, iż mój sens liczbowy oscyluje tylko nieco powyżej uzdolnień bliskiego mi genetycznie kuzynostwa, a nie w obszarze "żywych barw, jasnych obrazów i prowokujących idei."  Potwierdzenie mojego przekonania znalazłem w znanym powiedzeniu Eryka T. Bella, szkockiego z urodzenia, ale wyedukowanego i pracującego całe życie w USA matematyka, który w zadumie nad swoimi zdolnościami do rachunków, rzucił taką oto myśl:

Dziwne rzeczy dzieją się na świecie, a najdziwniejszą jest to, że matematykę mogą uprawiać bliscy potomkowie małp.

Przyszło mu to głowy jakieś 100 lat temu, ale ciekaw jestem jak przemodelowałby tę swoją myśl gdyby dowiedział się, że wedle dzisiejszego stanu wiedzy, w zasadzie cały świat ożywiony kalkuluje. To znaczy, my i nasze 97-procentowo genetycznie zgodne kuzynostwo szympansów, mamy zdolność do wykonywania operacji rachunkowych w tej samej części mózgu, nazywanej korą nową, którą posiadają wszystkie ssaki, ale tylko ssaki. Wobec powyższego, dość deprymujący wydaje się być fakt, że żaby, ptaki, ryby i owady, kory nowej nie posiadające, często kalkulują lepiej niż niejeden ssak. No bo, weźmy jako przykład naszych czworonożnych ulubieńców, psiaczki ukochane, o których mądrości niejeden właściciel z zachwytem peroruje... Otóż, jeśli chodzi o rachunki, domowe psy przegrywają sromotnie nawet z żabą, nie mówiąc już o tym, że wilki rachują od nich o całe niebo lepiej.  Wniosek z tego nasuwa mi się taki: awansując cywilizacyjnie, gubimy kawałki zasobów naturalnych, z których istnienia onegdaj, zdajemy sobie sprawę retrospektywnie, wkraczając na obszary wiedzy jeszcze wczoraj niedostępnej. Brian Butterworth, emerytowany profesor neuropsychologii poznawczej uważa, że raczej nie ma zwierząt, które nie potrafią liczyć, po czym dodaje „...my ludzie, potrafimy liczyć lepiej i na wyższym poziomie niż zwierzęta, ale podstawową zdolność liczenia dzielimy z nimi.”

Może zatem skłonność do rachowania jest immanentna wszelkiemu stworzeniu? 

Oto jest pytanie! 


Zobaczmy zatem jak z matmą radzą sobie pszczółki.
Opowiada o tym Susan D’Agostino w artykule-wywiadzie z dr. Scarlett Howard z Uniwersytetu w Tuluzie.
Tekst ukazał się w internetowym wydaniu Quanta Magazine z 22 stycznia, 2020 roku.
Tytuł oryginału: „Secrets of Math From the Bee Whisperer”. *
Zapraszam do wersji w języku polskim – tłumaczenie moje.


TAJEMNICE MATEMATYKI 
WPROST OD ZAKLINACZKI PSZCZÓŁ


Kiedy Scarlett Howard nauczyła pszczoły miodne wykonywania arytmetyki. One pokazały jej, jak funkcjonalnie istotne znaczenie mogą mieć liczby dla wszystkich rodzajów mózgów.

Scarlett Howard nauczyła pszczoły miodne, jak dodawać, odejmować i rozumieć zero.
Ich pomysłowość sugeruje, że wszystkie zwierzęta mogą mieć więcej talentu matematycznego, niż nam się wydawało. 


Scarlett Howard uczy pszczoły miodne matematyki. Zaczęła od kilku uli na betonowym balkonie Uniwersytetu RMIT w Melbourne, kiedy była doktorantką z zoologii. Dziś na uniwersytecie w Tuluzie, gdzie jest doktorem habilitowanym, jej lekcje odbywają się na terenie niewielkiego pola z około 50 ulami.

Może się to wydawać trochę dziwne - w końcu pszczoły to owady. Co one wiedzą o matematyce? Okazuje się, że dużo. Te eusocialne latające owady potrafią dodawać, odejmować, a nawet rozumieć pojęcie zera.

„Można obserwować ich procesy decyzyjne na podstawie ruchów i sposobów aranżacji lotów” - powiedziała dr. Howard. Podejmując decyzję, która z dwóch odpowiedzi jest poprawna, często lecą w kierunku jednego z rozwiązań, po czym zdają się pomyśleć o tym nieco głębiej i ewentualnie polecieć w drugim kierunku.

Badaczka uczy tylko jedną pszczołę na raz, umieszczając ją obok aparatu zwanego labiryntem Y, zakrytym pudełkiem w kształcie drukowanej litery Y. Pszczoła wchodzi w dolną nogę litery Y i widzi matematyczne pytanie wyrażone kształtami i kolorami. Na lekcjach arytmetyki niebieskie kształty oznaczają „dodaj 1” do podanej liczby kształtów, a żółte kształty oznaczają „odejmij 1.” Aby odpowiedzieć na pytanie, pszczoła wybiera jedno z dwóch możliwych rozwiązań umieszczonych przy wejściach do górnej części ramienia Y. W ramieniu związanym z prawidłową odpowiedzią, pszczoła znajdzie nagrodę - wodę z cukrem -, a w ramieniu z nieprawidłową odpowiedzią, karą będzie tonik z wodą, który pszczoły odczuwają gorzko.

Aby nauczyć pszczoły pojęcia wartości zerowej, najpierw wyszkoliła je w zrozumieniu pojęcia „mniej niż”. Podobnie jak w przypadku problemów z dodawaniem i odejmowaniem, oferowała nagrody dla właściwych wyborów. Gdy pojedyncza pszczoła wykazała, że ​​rozumie „mniej niż”, badaczka przenosiła ją do fazy testowej swojego eksperymentu, w której pszczoła musiałaby zdecydować, czy jakakolwiek liczba kształtów jest mniejsza niż zero - liczby, której nigdy wcześniej nie spotkała. Każda pszczoła miała tylko jedną szansę na odpowiedź. Pszczoły często identyfikowały „kształty zerowe” jako mniejsze niż dowolna liczba kształtów, a Howard doszła do wniosku, że muszą posiadać wrodzone zrozumienie tego, iż zero jest mniejsze niż jakakolwiek dodatnia liczba całkowita.

W każdym eksperymencie badaczka szkoli i testuje około 100 losowych pszczół z tysięcy pszczół w swoich ulach. Zajęcie to jest w miarę proste. Po każdym prawidłowym wyborze pszczoła leci sama z powrotem do ula, aby odebrać słodką nagrodę. W pewnym momencie wróci. To dlatego, że pszczoły stosują zasadę centralnego miejsca żerowania, co oznacza, że ​​będą pamiętać eksperyment i powrócą w to miejsce po dodatkowe zasoby. Aby przygotować się do kolejnego ucznia, Howard zmienia bodźce w labiryncie Y. Ma setki, być może tysiące wydrukowanych i laminowanych stymulantów.

„Są laminowane, abyśmy mogli je wyczyścić etanolem, ponieważ pszczoły oznaczą zapachowo stymulant”, powiedziała dr. Howard. "Są sprytne! Zrobią wszystko, aby oszukać nas. Oznaczą prawidłową odpowiedź, bowiem wcale nie są tak bezmyślne, jak kiedyś uważaliśmy, lub jak nawet co poniektórzy nadal uważają ”.

Scarlett Howard udzieliła ostatnio wywiadu Quanta Magazine. Wywiad został skrócony zedytowany dla jasności przekazu.

 

  Scarlett Howard sprawdza pszczoły miodne w ulu kominowym w ogrodach Uniwersytetu w Melbourne. Maleńkie owady sprawdziły się znakomicie w uczeniu się różnych pojęć arytmetycznych.

Co zainspirowało cię do zbadania matematycznych zdolności pszczół? Czy byłaś fanką insektów?
Zawsze bardzo bałam się pszczół. Ale kiedy byłam na uniwersytecie w Australii, Adrian Dyer, który pracuje nad zdolnościami poznawczymi pszczół, powiedział mi: „Pszczoły potrafią robić naprawdę fajne rzeczy. Potrafią rozpoznawać ludzkie twarze i nawigować w labiryncie. Pomyślałam: „Rzeczywiście? Czy to prawda? Chcę to zobaczyć na własne oczy. ”Więc zainteresowałam pomysłem pracy nad zdolnościami poznawczymi pszczół ewentualnych promotorów mojej pracy doktorskiej.

Pomyśleliśmy: „Możemy zrobić coś na poziomie wysokiego ryzyka/wysokiej nagrody, lub możemy pójść mniej ryzykowną ścieżką, ale też mniej interesującą.” No więc popróbowaliśmy najpierw czegoś ryzykownego – mianowicie, badając czy pszczoły są w stanie rozumieć pojęcie zera na tym samym poziomie, jak to robią niektóre naczelne i ptaki.

Większość zwierząt wie na przykład, czy ma przed sobą „trochę jedzenia” czy „zero jedzenia”. Czy pszczoły naprawdę mają więcej niż to podstawowe rozumienie zera?
Pszczoły są w stanie umieścić zero w kontinuum numerycznym. Wiedzą, że zero to mniej niż 1, mniej niż 2 i to mniej niż 3. Wiedzą również, że zero oznacza dużo „mniej niż 6” aniżeli „mniej niż 1.”

Wiele zwierząt ma trudności z zerem. Liczba 1 może być najniższą liczbą, jaką kiedykolwiek widziały. Kiedy uzyskaliśmy pozytywne wyniki z tego eksperymentu pokazujące, że pszczoły wiedziały, iż zero oznacza mniej niż jakakolwiek dodatnia liczba całkowita, było to naprawdę ekscytujące.

Oczywiście, pszczoły różnią się jedna od drugiej, w związku z czym, proces uczenia się przebiega u nich też różnie. Niektóre radzą sobie od samego początku dobrze, a niektóre naprawdę bardzo słabo. Nie chcemy ich zbytnio antropomorfizować, ale zauważalny jest ten moment, w którym zaczynają wszystko robić coraz lepiej - obserwowanie jak się uczą jest naprawdę niesamowite.

Chwileczkę - niektóre pszczoły są lepsze w matematyce niż inne pszczoły?
Właściwie, to skwantyfikowaliśmy ten problem. W naszym zespole jest fizyk teoretyczny, który pracuje nad umiejętnościami numerycznymi pszczół. Przeprowadził analizę bayesowską moich wyników. Mieliśmy nadzieję znaleźć moment, o którym moglibyśmy powiedzieć: „OK, od niezbyt dobrego rozumienia zadania arytmetycznego pszczoły przechodzą do zrozumienia go w tym określonym momencie”. Ale nie znaleźliśmy spójności między poszczególnymi osobnikami. Moment, w którym pojedyncza pszczoła przechodziła z bardzo słabego rozumienia zagadnienia do pojmowania go bardzo dobrze, wydarzyła się na innym etapie dla każdej pszczoły.

Mózgi pszczół miodnych mają mniej niż milion neuronów, ale nadal mogą wykonywać złożone zadania numeryczne,
co sugeruje, że wyczuwanie liczby może być nieodłączną cechą zwierząt.

Innymi słowy, tak jak ludzie. Czy istnieje jeszcze jakaś inna zbieżność? Czy rozumiejąc zdolności liczbowe pszczół, uzyskujemy wgląd w możliwości numeryczne ludzi?
Ludzi i pszczoły dzieli ponad 600 milionów lat ewolucji. Jeśli oba gatunki są w stanie wykonywać podobne zadania liczbowe, możemy uzyskać wgląd w ewolucję zdolności numerycznych. Czy ta ewolucja jest rozbieżna? Zbieżna? Paralelna?

Toczy się duża debata na temat zdolności numerycznych zwierząt. Jedna strona argumentuje, że postrzeganie numeryczne takich złożonych zadań, jak dodawanie, odejmowanie, mnożenie i dzielenie jest możliwe tylko ze względu na język i kulturę, a zwłaszcza ludzkie umiejętności zapisywania ich i mówienia o nich. Druga strona twierdzi, że zwierzęta mają ewolucyjną potrzebę przetwarzania informacji liczbowych.

Nasze badania popierają drugi argument. Widzimy, jak owad wykonuje dodawanie i odejmowanie oraz jak uczy się „więcej niż” i „mniej niż”. Naukowcy zaobserwowali zdolności liczbowe u wielu różnych gatunków. Zdolności te wydają się być ewolucyjnie odwieczne - coś, co miało miejsce u wspólnego przodka dawno temu. Moja hipoteza jest taka, że ​​pszczoły i inne zwierzęta mogą przetwarzać informacje liczbowe bez kultury i bez języka, ponieważ jest to potrzeba istniejąca konsekwentnie przez cały czas.

Scarlett Howard opowiada dlaczego i jak uczyła pszczoły matematyki.
Wideo w języku angielskim

Jakiego rodzaju potrzeba? Dlaczego pszczoły miałyby korzystać z tych umiejętności numerycznych?
Pracujemy nad tym pytaniem. Staramy się zobaczyć, jak przydatne może być rozróżnianie i rozpoznawanie liczb w ich działaniach żerujących. Być może liczby pomagają im ustalić, która rabatka kwiatowa może być dla nich bardziej korzystna. One dbają o ilość kwiatów. Możliwość liczenia punktów orientacyjnych może być bardzo przydatna do nawigacji między ulem a miejscami  żerowania. Istnieje również pewien starszy artykuł, który sugeruje, że pszczoły używają liczby płatków do rozróżniania gatunków kwiatów.

Nasze obecne badania różnią się od tego, co zrobiliśmy wcześniej, ponieważ zadanie, jakie pszczoła ma wykonać w ich naturalnym środowisku, musi być dla nich ekologicznie sensowne. Chcemy przyjrzeć się, jak dokonują wyborów w przypadku braku szkolenia. Mianowicie, czy w celu otrzymania cukru nadal chcą lub muszą wykonywać obliczenia, jednak bez nacisku, aby nauczyć się zadania, być może nieistotnego dla nich. Jest to więc pytanie o to „co zrobiłyby one same z siebie?”

Zatem, jeśli masz rację, że owa świadomość liczb naprawdę wykracza poza język i kulturę, to co to oznacza dla naszego własnego rozumienia liczb?
Dopiero zaczynamy pytać o konsekwencje. Jednocześnie, artykuł mojego zespołu badawczego właśnie otrzymał akceptacje do publikacji w jednym z czasopism dotyczących zagadnień nauczania. Nasz artykuł sugeruje, że sposób, w jaki uczymy pszczoły do ​​rozwijania umiejętności numerycznych, ma wpływ nie tylko na uczenie się człowieka, ale także na sztuczną inteligencję i projektowanie. Ale nie zalecam karmienia dzieci substancją o gorzkim smaku z powodu złych odpowiedzi!


 
Każdy eksperyment uczenia ich matematyki obejmował 100 losowo wybranych pszczół spośród tysięcy w każdym ulu.

Rozważamy możliwość zbudowania modelu komputerowego bazującego na mózgu pszczoły. Mózg pszczeli składa się z mniej niż 1 miliona neuronów w porównaniu z naszym, który ma ich ponad 100 miliardów. Pszczoły są w stanie wykonać te naprawdę skomplikowane zadania przy użyciu bardzo małego procesora i zużyciu niewielkiej ilości energii – to jest tyle ile zawiera kropla wody z cukrem. Gdybyśmy zdołali opracować sposób, w jaki uczą się tak efektywnie, moglibyśmy zastosować to do uczenia komputerowego. Nasze komputery zużywają dużo energii, więc zrozumienie, jak pszczoły uczą się i wykonują złożone zadania, mogłoby pomóc nam poprawić efektywność różnych elementów komputerologii.

A co z wyższą matematyką? Czy pszczoły rozumieją liczby ujemne lub operacje takie jak mnożenie i dzielenie?
Planujemy przyjrzeć się także niektórym z tych pojęć. Chciałabym spróbować dzielenia. Na przykład „podziel tę liczbę na pół”. Moglibyśmy sprawdzić, czy wolą zaokrąglić wynik w górę, czy w dół. Czy jest w tym konsekwencja, czy raczej rządzi tym losowość?
W zespole dużo mówi się o liczbach ujemnych, ale nie dopracowaliśmy szczegółów. Są wyzwania. Jaki bodziec może reprezentować liczbę ujemną? W jaki sposób należałoby upewnić się, że pszczoła uważa coś za ujemne?

W przypadku owadów dużo pracy wymaga upewnianie się, że pytanie zostało zadane we właściwy sposób. Nie można dać im testu takiego jak daje się ludziom. Pszczoły potrzebują właściwej tylko dla nich motywacji. Muszą zrozumieć pytanie, aby móc na nie odpowiedzieć.

Można zatem śmiało powiedzieć, że nie boisz się już pszczół?
Jeśli w moim domu jest owad, nie zabijam go. Upewniam się, że wydostanie się na zewnątrz. Szczególną częścią mojej pracy jest rozmawianie z ludźmi o pszczołach. Rozmawiam z nieznajomymi, przyjaciółmi, z każdym zainteresowanym. Słyszę o pszczołach w miejscach takich jak Flinders Street Station w Melbourne lub na dachu Notre Dame. Rodzina i przyjaciele podchodzą do mnie i mówią: „Widziałem pszczołę któregoś dnia!”, lub „Widziałem przelatującą pszczołę!”, albo „Ostatnio w moim ogrodzie pojawiły się pszczoły!” Odpowiadam: „To świetnie!” Zauważenie pszczoły jest czymś absolutnie normalnym, natomiast to, że oni chcą mi o tym opowiedzieć jest naprawdę ważne.
________________________________________________
* - Z wyjątkiem pierwszej ilustracji i linku do wideo, wszystkie pozostałe oraz cytaty pochodzą z oryginału opublikowanego w Quanta Magazine

 12 / 8 / 2026 POLSZCZYZNA Język polski jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Najdobitniejszym dowodem na to wydaje mi si...