MANIACTWO

BEZPIECZEŃSTWA


SJP PWN


Zielona Góra, 4 marca, 2020 roku –
dzień pierwszy
   


Polski pacjent „Zero” z koronawirusem zameldował się w Szpitalu Uniwersyteckim. Wiadomość szleściła w mediach jakbyśmy załapali się do ucieczki z peletonu krajów zainfekowanych paskudem. Tymczasem w Państwie Środka chorował już jeden na 17500 Chińczyków – pedałowali na czele. Żeby stawić się Chińczykom, w Polsce musiałoby zachorować niemal 2200 obywateli. Powiało zgrozą!

Deutsche Welle donosi z trumiennym przerażeniem: „W ciągu kilku dni liczba zachorowań we Włoszech (60 milionów mieszkańców – mój dopisek) przekroczyła 100. Władze izolują całe miasta. [...] W Korei Południowej (58 milionów) liczba potwierdzonych infekcji przekroczyła już 600, co najmniej pięć osób zmarło. Niejasna jest jeszcze sytuacja w Iranie (83 milony) - do niedzieli zarejestrowano tam 40 zachorowań i osiem przypadków śmiertelnych.”  W świat idą także dramatyczne wiadomości i zdjęcia z Nowego Jorku...

Zielona Góra, 23 maja, 2021 roku –
minęło 445 dni

Czyżby spełniała się Apokalipsa św. Jana?
Szatańskie hordy kowidowej zarazy atakują, ale hufce medyków opancerzają się, spuszczają przyłbice i żgają, tną wroga...
Czy ‘paskud’ został uwolniony z Czeluści po to by przegrać ostateczną walkę?
Czy rzeczywiście spełnia się zapowiedź Armagedonu?
Czy po to świat niemal wszędzie zastygł na rok żeby odbudować się jako miejsce gdzie żyją wyłącznie dobrzy ludzie, bez chorób, głodu, śmierci, płaczu i smutku?
Jan Hus, zanim go spalono krzyknął: o, sancta simplicitas!
Husytą nie jestem, ale wrzeszczę jak i on, o, sancta simplicitas!

Przecież Chiny są daleko za peletonem, na 98 miejscu wśród krajów dotkniętych przez paskuda – u nich, w liczbach, w zasadzie nic nie drgnęło; stosunek chorych do populacji zamarzł. Tymczasem gorsza sytuacja jest w Finlandii, Estonii, Słowenii, Bułgarii. W Holandii i Czechach, liczby bezwzględne chorych na COVID-19  są niemal 20 razy wyższe niż oficjalne dane podawane z Pekinu na temat Chin, a w Polsce jeden na 13 Polaków zaliczył już oficjalne spotkanie z koronowirusem.

Ameryka, przez ten rok z okładem, przejechała się na rollercoasterze lęków i ponurej wizji przyszłości bez koloru. Ale spojrzałem na tabelę śmiertelności w USA w okresie ostatnich 10 lat i natychmiast odleciałem w kierunku krainy maniaków bezpieczeństwa żeby im pogrozić (będzie o tym dużo więcej poniżej).

Tabela przedstawiała się następująco: (klik)

Rok

Zgony / 1000

2020

8,9

2019

8,8

2018

8,7

2017

8,6

2016

8,5

2015

8,4

2014

8,3

2013

8,2

2012

8,1

2011

8,1


W latach 1950-1976 współczynnik ten był zawsze wyższy niż wynik z roku 2020 -  wynosił spadkowo pomiędzy 9,5 i 9,0. W latach 1977-1991 był to wynik równy ubiegłorocznemu. Przez następne 21 lat trend był spadkowy, po czym przez kolejnych 8 lat ruszyła wędrówka w górę, ale blady strach spowił Amerykę i inne narody dopiero w tym ostatnim roku. W Anglii sytuacja przedstawia się też interesująco. Wedle danych za lata 1838-2020 zawsze było tam gorzej niż w roku 2020, z wyjątkiem lat 2004-2019, kiedy wskaźnik ten był lekko niższy. Innymi słowy, w Anglii na przestrzeni blisko dwóch wieków, tylko przez 15 lat było kapkę lepiej, aczkolwiek okres ten kurczy się do lat 10, jeśli weźmiemy pod uwagę współczynnik śmiertelności standaryzowany wiekiem.

Zatem, co do diabła się stało?

Dlaczego przyszło nam cierpieć z powodu maseczek, ograniczeń w przemieszczaniu się, zdalnego uczenia na wszystkich poziomach edukacji, odwołanych imprez lokalnych i światowej rangi, zamkniętych obiektów kultury i użyteczności publicznej, upadających biznesów, bezrobocia i niedowładu służb medycznych?

Kto do cholery nakarmił i napoił nas LĘKIEM?

Próbę odpowiedzi na to pytanie podjął David Eberhardt, psychiatra ze Sztokholmu. 
W wykładzie z kwietnia br., przedstawionym na konferencji TEDx i zatytułowanym „Syndrom maniaka bezpieczeństwa - Jak zapauzowanie świata prowadzi do katastrofy” (The Security Junkie Syndrome - How Pausing the World Leads to Catastrophe) mówił bez ogródek w czym leży problem i kogo winić.

Zapraszam do wysłuchania prezentacji w oryginale (klik), lub do poniższego tekstu, który jest transkryptem wykładu w moim tłumaczeniu.



W krainie maniaków bezpieczeństwa
David Eberhardt

Cześć, nazywam się David Eberhardt, jestem psychiatrą. Jestem starszym konsultantem i szefem personelu kliniki Prima Maria Addiction Care w Sztokholmie. Jako psychiatra pracuję od 1986 roku, a przez ostatnie 13 lat pracowałem w psychiatrycznej komisji pogotowia sztokholmskiego, w tym przez ostatnie pięć lat jako szef sztabu. Podsumowując, można powiedzieć, że całe swoje dorosłe życie spędziłem w psychiatrycznej izbie przyjęć, gdzie spotyka się ludzi, którzy przeszli traumę nie do pojęcia - ludzi, którzy stracili wszystkie dzieci, osoby które zostały zgwałcone, napadnięte albo torturowane. Jeśli pracujesz w pogotowiu psychiatrycznym, widziałeś wszystko lub prawie wszystko. Zwykle myślimy, że wydarzenia życiowe, przez które przeszliśmy, są przyczyną wielu naszych późniejszych problemów, ale jest to tylko częściowo prawdą. Pracując na psychiatrycznym oddziale ratunkowym, zauważysz że wiele osób szuka pomocy z zupełnie błahych powodów. Takich na przykład jak zazdrość wobec brata lub siostry, którzy dostawali ładniejsze prezenty świąteczne w dzieciństwie, a teraz czują się z tego powodu gorzej niż facet z sąsiedniego pokoju, który był torturowany. Jak się zastanowisz nad tym, to okaże się, że wcale nie jest to takie dziwne, ponieważ powody, dla których stajemy się takimi jakimi jesteśmy, są bardzo złożone.

Ma to związek zarówno z genetyką, jak i czynnikami środowiskowymi, ale większość czynników środowiskowych nie ma nic wspólnego z wychowaniem i rodzicielstwem lub zewnętrznymi urazami. Większość z nich jest czysto przypadkowa, ale to jak zarządzamy swoim życiem i jak reagujemy na zagrożenia i przeszkody w życiu, ma związek z naszymi oczekiwaniami wobec życia. Na te oczekiwania wpływa kultura, w której żyjemy przez ostatnie cztery lub pięć dziesięcioleci. Życie w zachodnim świecie jest obecnie wyjątkowo bezpieczne. Nie trzeba nawet cofać się o sto lat wstecz, aby zrozumieć, że ludziom w całej historii było naprawdę ciężko - wiedli krótkie, niebezpieczne i niesprawiedliwe życie. Całe ich istnienie było konsekwencją ponurej racji bytu, sprowadzającej się do przetrwania najlepiej przystosowanych osobników, toczących groteskową, bezsensowną walkę z naturą.

Z historycznego punktu widzenia, najlepszą strategią ewolucyjną naszych przodków zawsze było dążenie do poszukiwania i zapewnienia sobie jak największego bezpieczeństwa. W 2006 roku napisałem książkę „In the Land of the Security Junkies”. W swojej pracy klinicznej zauważyłem bowiem, że generacja zaczynająca się od pokolenia millenialsów, straciła w znacznym stopniu kontakt z naturą, co skłoniło ich do szukania pomocy psychiatrycznej w sprawach, które poprzednie pokolenia uważały za naturalne elementy życia.

Zauważyłem jednocześnie, że takie zachowawcze postępowanie wyjaśnia w znacznym stopniu reakcję społeczeństwa na to zjawisko. Widać to po tym, jak funkcjonowały instytucje oraz zasady prawne. Mimo że społeczeństwo stało się bezpieczniejsze i ostrożniejsze, wszyscy i wszędzie wciąż starają się chronić przed wszystkim, nawet przed tym wszystkim, czego żadne poprzednie pokolenie nie uważałoby za szkodliwe. Jeśli mieszkasz w wystarczająco bezpiecznym miejscu, będziesz miał wystarczająco dużo czasu, aby wziąć pod uwagę fakt, że w takim świecie wszystko jest potencjalnie niebezpieczne. Nie będzie miało znaczenia, że obiektywnie rzecz biorąc, świat nigdy nie był bezpieczniejszy, i że wskaźnik spodziewanej długości życia zbliża się coraz bardziej do 100 lat, niezależnie od tego, jak wiedziemy nasze życie. Nigdy nie możesz być za ostrożny, bowiem im większe masz bezpieczeństwo, tym więcej bezpieczeństwa szukasz.

Jeśli mieszkasz w nienaturalnym dla siebie środowisku, wszystko o czym czytasz, wszystko o czym słyszysz, może ci zaszkodzić. Lista potencjalnie niebezpiecznych rzeczy jest nieskończona, ponieważ samo życie jest niebezpieczne. To efekt tego, że ludzie nie są już częścią natury. Wszyscy wiemy, że śmiertelność wynosi 100 procent. Środków, które staramy się podjąć, aby zabezpieczyć się przed czymkolwiek co mogłoby się zdarzyć, nigdy nie może być zbyt wiele. W przesadnie bezpiecznym społeczeństwie musimy zadać sobie pytanie o to, jaki byłby idealny sposób na śmierć? Dużo o tym myślałem i sadzę, że mam odpowiedź na to pytanie.

W takim nadmiernie bezpiecznym społeczeństwie idealnym sposobem na śmierć byłby moment kiedy mając 95 lat więdniesz w domu dla osób starszych, bowiem twoje dzieci stały się tak stare, że wpadły w demencję i całkowicie o tobie zapomniały. Nie ma innego akceptowalnego sposobu na śmierć. Wszystko inne byłoby umieraniem bez sensu.

Istnieją dwa różne powody, dla których we współczesnym zachodnim świecie staliśmy się zbyt niechętni do podejmowania ryzyka. Jednym z nich jest zasada ostrożności, która mówi nam, że wszystko, co nie jest w 100% bezpieczne, najlepiej traktować jako niebezpieczne. Istnieją jednak problemy z tą strategią, przynajmniej jeśli posuwasz się za daleko. Zasada ostrożności w swojej skrajności prowadzi do stagnacji, ponieważ może kreować zupełnie nowe, nieoczekiwane niebezpieczeństwa i jest niezwykle kosztowna, co samo w sobie może również prowadzić do tych dwóch pierwszych skutków. Innym powodem naszej awersji do ryzyka jest to, że reagujemy na zdarzenia zamiast na racjonalne czynniki ryzyka. W analizie ryzyka widać, że ludzie mają skłonność do przesadnych reakcji na dwa rodzaje czynników ryzyka.

Uznajemy ryzyko za nadmierne, przyjmując że jeśli przewidywany rezultat nastąpi, to doprowadzi do pewnej śmierci. Uznajemy z
azwyczaj, za nadmierne także wtedy, gdy nie możemy kontrolować sytuacji.  Na przykład, ryzyko bycia częścią katastrofy lotniczej. Jeśli samolot się rozbije, prawdopodobnie zginiesz, a ponieważ normalnie nie pilotujesz samolotu, nie masz kontroli nad tą sytuacją. Z kolei, zabranie samochodu na lotnisko jest ponad 1000 razy bardziej niebezpieczne, a mimo to uznajemy jazdę samochodem za całkiem bezpieczną. Pochodzę ze Szwecji, kraju wiodącego na świecie, jeśli chodzi o zasady ostrożności. A jednak na to co wydarzyło się w 2020 roku, Szwecja początkowo zadziałała z podejściem leseferystycznym. podczas gdy reszta krajów świata w ramach zabezpieczania się przed skutkami COVID-19, konkurowała co do autorytarnych strategii zamykania krajów, prowadząc do globalnej pauzy, której nigdy wcześniej w historii nie zaznaliśmy, i której skutków absolutnie jeszcze nie widzimy w pełni. 

To było tak, jakby cały świat objęty został epidemią w pełnej skali, rodzaj globalnego zespołu paniki; a rok po tym, podobnie jak cała reszta świata, również Szwecja została zarażona lękiem. Niestety, fajna początkowa reakcja wydaje się nie mieć nic wspólnego z podejściem opartym na faktach. Zamiast tego wydawało się, że takie podejście było konieczne, wynikające z faktu, że pełna blokada byłaby i tak niemożliwa, gdyż żadna część kraju nie przygotowywała się od dziesięcioleci na jakąkolwiek katastrofę.

W rzeczywistości jest to symptom zaawansowanej postaci tego, co nazywam syndromem uzależnienia od bezpieczeństwa. Wydaje się, że powód niepodejmowania działań ma więcej wspólnego z brakiem odpowiedzialności, a mniej z racjonalnym myśleniem. Rząd nie był nawet w stanie przyjąć założenia, że naprawdę może się zdarzyć coś złego, więc nie zrobili nic - była to więc forma dylematu bezpieczeństwa. Można zatem argumentować, że reszta świata działała całkowicie logicznie i tylko Szwecja zrobiła wszystko źle. Nie można winić większości krajów za bierność. Czy nie jest normalną reakcją na śmiertelne zagrożenie, aby przygotować się do przeciwdziałania na nie? Jeśli społeczeństwo jest zagrożone, to wydawałoby się istotne, żeby podjąć szybkie działania. A więc, czy strategia globalnej blokady nie była zasadna?

Czy nie było konieczne, aby świat się zatrzymał? Powiedziałbym, że nie. Od początku pandemii przeprowadzono kilka badań, w których próbowano oszacować śmiertelność COVID-19. Według większości z nich, m.in. raportu WHO, napisanego przez Johna Ioannidisa, profesora epidemiologii na Uniwersytecie Stanforda, śmiertelność z powodu COVID-19 waha się między 0,15 a 0,25 procent. W przypadku osób w wieku poniżej 70 lat, śmiertelność wynosi od 0,03 do 0,04 procent. W porównaniu z grypą hiszpańską o śmiertelności 2,5%, która dotykała głównie dzieci i młodzież, średni wiek osób umierających z powodu COVID-19 wynosi 84 lata, przy czym średnia długość życia w Szwecji wynosi 82 lata. Dlatego ważne jest, aby zadać pytanie, czy umierasz z powodu COVID-19, czy raczej z COVIDem-19, zwłaszcza, że ogromna część osób starszych, które zmarły, cierpiała na kilka innych chorób zagrażających życiu. Wydaje się również, że strategie blokowania nie mają wpływu na wzrost zachorowań lub mają niewielki wpływ na wskaźniki śmiertelności.

Jedynymi czynnikami poza wiekiem, dla których wykazano istotny wpływ na liczbę zgonów na poziomie krajowym, są wskaźniki masy ciała (BMI) populacji i PKB kraju; im wyższe, tym więcej zgonów. Wskazuje to, że istotnymi czynnikami ryzyka są więc otyłość i wiek. Skoro wysokie PKB jest najprawdopodobniej skorelowane z obydwoma czynnikami, to dlaczego zamiast podawać liczbę zwiększonej śmiertelności, która jest jedynym istotnym miernikiem, media od ponad roku donoszą o globalnej ilości zgonów?

Może nie jest to takie dziwne, iż ludzie zaczynają myśleć, że jak zachorują, to z pewnością umrą. Ale przecież ludzie umierają cały czas. Ma to związek z faktem, że ludzie są śmiertelni. Jednak normalnie nie widzimy tego na co dzień w telewizji w godzinach największej oglądalności. Społeczeństwo nabiera poczucia, że wszystko wymyka się spod kontroli, co prowadzi do przesadnej oceny ryzyka. Jeśli każdego dnia podawana jest liczba zgonów, ludzie widzą zbliżającą się katastrofę i odpowiednio do tego reagują. Wywołuje to panikę i tak właśnie się stało. Cały świat zareagował na informacje o wydarzeniach, zamiast przeprowadzić odpowiednią analizę ryzyka. Rządy na całym świecie wprowadziły daleko idące blokady i godziny policyjne. Świat dokonał mimowolnego wyłączenia mocy, i im dłużej trwała pandemia, tym bardziej drakoniczne środki były przez rządy podejmowane. W dziwacznym konkursie sił, wszędzie tam, gdzie starano się pokazać potęgę władzy, narzucano coraz bardziej totalitarne ustawodawstwo - działania, które sprawiały wrażenie, że są czujni i silni.

Biorąc pod uwagę dane, wręcz kusi aby przypisać wiele działań podejmowanych przez różne rządy efektowi Dunninga-Krugera. Efekt Dunninga-Krugera jest błędem poznawczym, mówiącym o tym jak ignoranci przeceniają własne kompetencje i dlatego popełniają ogromne błędy. Twierdziłbym jednak, że nie może to być jedyne wyjaśnienie, ponieważ do paniki przyczyniło się wielu bardzo dobrze wykształconych ludzi, także epidemiologów, którzy oczywiście wiedzą najwięcej o epidemiologii.

Zjawisko to przypomina mi esej „Podstawowe prawa ludzkiej głupoty”, napisany w 1976 roku przez włoskiego historyka ekonomii, Carlo Chipolę. W tej małej perełce, Chipola opisuje pięć praw dotyczących głupców, które wyjaśniają wiele problemów społecznych. Zaczyna od twierdzenia, że liczba głupich ludzi nie jest skorelowana ani z poziomem wykształcenia, ani z inteligencją zdefiniowaną przez IQ. Wszędzie znajduje się głupich ludzi, nawet wśród laureatów Nagrody Nobla. To, co definiuje ludzi głupich, to to, że ich działania prowadzą do złych skutków dla nich samych, jak i dla innych ludzi. Szacowanie ponad miarę niebezpieczeństwa infekcji ze wskaźnikiem śmiertelności na poziomie około 0,2%, i jednocześnie ignorowanie ogromnie negatywnych skutków swoich działań, nie może być opisane w lepszy sposób. Widzimy całe pokolenie dzieci, które od ponad roku nie chodzą do szkoły. Widzimy ogromnie negatywne skutki gospodarcze dla przedsiębiorstw oraz bezrobocie i bankructwa jako konsekwencję, ale jak na razie, nie zaczęliśmy nawet dostrzegać pełnego zakresu ubocznych skutków psychicznych, jakie wywołuje to w społeczeństwie.

W książce „In the Land of the Security Junkies” zdefiniowałem syndrom, który nazwałem syndromem paniki narodowej. Aby cały kraj cierpiał na tę chorobę, muszą zaistnieć objawy paniki i zachowań unikowych. Im więcej objawów, tym ciężej.

Syndrom ten jest spowodowany, a w błędnym kole również prowadzi do tego, że ludzie są zbyt przestraszeni faktem, że mogą umrzeć. To sprawia, że populacja jest mniej gotowa i zdolna do rzeczywistego radzenia sobie. Ludzie mieszkający w krajach cierpiących na ogólnokrajowy syndrom paniki mogą łatwo rozwinąć syndrom kompletnego uzależnienienia od bezpieczeństwa, który charakteryzuje się poszukiwaniem sposobów zabezpieczania się na coraz większym poziomie. Mimo, że żyjemy w najbezpieczniejszych czasach w historii, to czujemy się coraz bardziej niepewnie, gdyż im bezpieczniej się czujesz, tym więcej rzeczy wydaje ci się przerażających.

Prawdziwe niebezpieczeństwa są dobrze zrozumiane, ale dla każdego prawdziwego niebezpieczeństwa, którego się pozbędziesz, pojawia się co najmniej 10 prawie tak samo niebezpiecznych rzeczy, które zostają podniesione do rangi faktycznych niebezpieczeństw. Efekt jest więc taki, że mamy coraz więcej rzeczy, których należy się bać. Kiedy będziesz się bać, prawdopodobniej staniesz się leniwy i na pewno będziesz zachowywał się jak tchórz. Ale co najważniejsze, stale bojąc się, będziesz bardzo łatwy do kontrolowania, co widzieliśmy podczas pandemii. Ogólnokrajowy syndrom paniki przekształcił się w globalne samookaleczenie, ale pamiętaj, że to wszystko jest w twojej głowie.

Aby społeczeństwo mogło wyzdrowieć, wszyscy musimy przestać zachowywać się niechętnie do podejmowania ryzyka. Zamiast tego musimy w racjonalny sposób zacząć kwestionować nasze lęki. Pamiętajmy, że średnia długość życia w zachodnim świecie wynosi znacznie ponad 80 lat. Prawdopodobieństwo śmierci z powodu infekcji, której śmiertelność wynosi około 0,2%, jest pomijalne, przynajmniej jeśli nie należysz do żadnej grupy wysokiego ryzyka. Jeśli nie, jeśli nie jesteś w tej grupie, ryzyko jest jeszcze mniejsze i cokolwiek robisz, pamiętaj, że życie nie polega na tym, aby żyć jak najdłużej, ale jak najlepiej. Jeśli żyjesz w strachu i izolacji, nie ma sensu żyć. Nie zamykaj się w sobie i nie pozwól innym robić tego tobie. Postaraj się wieść dobre życie w stosunkowo krótkim czasie, ponieważ jak powiedział kiedyś mędrzec, życie jest trudne, a potem umierasz - nie czyń go jeszcze trudniejszym!

 ŻYCIE

DEFINIOWALNIE
NIEZDEFINIOWANE


Symbol Lewisa dla węgla w otoczeniu 4 elektronów walencyjnych




Ksiądz Benedykt Chmielowski w swojej
encyklopedii 
o  otaczającym  nas  świecie, 
wydanej  276  lat  temu  pod  tytułem


NOWE ATENY

albo

Akademia  Wszelkiey Scyencyi Pełna,
Na Rozne Tytuły iak na Classes Podzielona,
Mądrym dla Memoryału, Idiotom dla Nauki,
Politykom dla Praktyki,
Melancholikom 
dla Rozrywki Erigowana

Alias

O Bogu, Bożków mnóstwie, Słów pięknych wyborze,
Kwestyj cudnych wiele, o Sybillów zbiorze,
O zwierzu, Rybach, Ptakach o Matematyce,
O Cudach Świata, Ludzi Rządach, Polityce,
O Językach y Drzewach, o Żywiołach, Wierze,
Hieroglifikach, Gadkach, Narodów Manierze;
Co Kraj który ma w sobie dziwnych Ciekawości,
Cały Świat opisany z gruntu w Słów krótkości.
Co wszystko stało się wielką pracą y własnym kosztem Autora

tu enigmatice wyrażonego:

Imię Wiosna zaczyna Wielkiej Nocy blisko,
Głowę w Piwie i Miodzie zawraca Nazwisko

napisał że: „koń jaki jest każdy widzi”

No właśnie, każdy widzi, a czy każdy potrafi zdefiniować konia?
Parafrazując genialnego encyklopedystę, można powiedzieć:

życie
jakie jest, każdy wie!

Jasne, ale czy na pewno?

Słownik Języka Polskiego PWN powiada:
życie, zjawisko biologiczne złożone i wielowymiarowe, którego nie można opisać za pomocą jednej prostej definicji. Znane dotychczas wyłącznie z Ziemi i w tym kontekście definiowane w odniesieniu do dwóch podstawowych znaczeń: 1) na określenie stanu materii (nazywanej organizmem) trwającego od pojawienia się organizmu do zakończenia jego bytu osobniczego, w większości kończącego się śmiercią (biol.); 2) na określenie dynamicznego procesu, który pojawił się na Ziemi ok. 3,8 miliardów lat temu, obejmującego pochodzące od jednej formy wyjściowej wszystkie istniejące w przeszłości i żyjące obecnie organizmy wraz z wszelkimi wzajemnymi relacjami i zależnościami oraz ich wpływem na środowisko.

Zdefiniowanie życia jest problemem towarzyszącym człowiekowi od zarania naszej myśli i ujmowane było w różnych formach przez wielkie religie i systemy filozoficzne. Fenomen życia dotyczy bowiem nas ludzi — my sami jesteśmy istotami ożywionymi i szukamy swojego miejsca w świecie; będąc cząstką życia, odbieramy jego istotę fenomenologicznie, rozumiemy — na różnych poziomach czym jest życie, ale i nie do końca umiemy ów fenomen zdefiniować.

Gdzie indziej PWN powiada krótko:
życie 1. «stan organizmu polegający na nieprzerwanym ciągu procesów umożliwiających reagowanie na bodźce i zwykle poruszanie się oraz odżywianie, wzrastanie i rozmnażanie».

Demokryt z Abdery rzecze:
„Życie bez radości jest jak długa podróż bez gospody.”

Co stosownie konkluduje Albert Einstein
„Życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę, musisz być w ciągłym ruchu.”

Skaldowie dowiedli już 51 lat temu, że "życie jest formą istnienia białka..." 

Młynarski wspiera to piosenką o tej w życiu jedynej https://youtu.be/1efWbRFryn8

Zaś Celińska twierdzi, że życie jest ważne https://youtu.be/sEuka5o5_q8 - być może pod wrażeniem książki profesora Sedlaka "Życie jest światłem", w której powiada on: "życie ma cechy elektromagnetyczne, podobnie jak świadomość. Istnieje Homo electronicus, a elementarnym pratworzywem jest dynamiczna bioplazma - piąty stan materii przynależny tylko żywym istotom."

Na co Jolanta Brach-Czaina, w powieści Szczeliny istnienia tak dopowiada o życiu kiedy ono się kończy: „Kiedy nadchodzi śmierć, powinniśmy z wdzięcznością pomyśleć o tych wszystkich stworzeniach, które w ciągu życia zjedliśmy, bo były ofiarą służącą naszemu istnieniu. I powinniśmy modlić się do tych stworzeń. A następnym powiedzieć: jedzcie! To jest moje ciało i moja krew.”

Brutalność tych ostatnich czterech krótkich zdań jest skondensowanym opisem cyklu życia, czyli tego o czym wiemy wszystko - tak przynajmniej nam się wydaje.
Ale czy można wiedzieć „wszystko” o czymś czego nie da się zdefiniować?
Wiem, wiem, myślisz Czytelniku, że odleciałem, twierdząc, że życie jest niedefiniowalne....
No to podyskutujmy nieco głębiej, fedrując zagadnienie do poziomu dna pokładów wiedzy...
W moim imieniu głos zabiorą naukowcy i filozofowie w tekście opublikowanym przez Carla Zimmera na portalu Quanta Magazine w marcu bieżącego roku, na podstawie jego własnej książki Life’s Edge: The Search for What It Means to Be Alive.




CZYM JEST ŻYCIE?
JEGO OGROMNA RÓŻNORODNOŚĆ WYMYKA SIĘ ŁATWEJ DEFINICJI
Carl Zimmer


Naukowcy walczą o sformułowanie uniwersalnej definicji życia. Czy jest możliwe, że jej nie potrzebują?

Ludzie często czują, że potrafią intuicyjnie rozpoznać, czy coś jest żywe, ale natura jest pełna bytów, które lekceważą łatwą klasyfikację życia i zdefiniowanie czegoś jako żywego lub nieożywionego - wyzwanie to może się tylko nasilać, kiedy planety i księżyce otwierają się na naszą eksplorację. W tym fragmencie swojej nowej książki Life's Edge: The Search for What It Means to Be Alive, opublikowanej 9 marca 2021 roku, popularyzator nauki Carl Zimmer omawia wysiłki sfrustrowanych naukowców zmierzające do opracowania uniwersalnej definicji życia.

W 2018 roku, naukowcy Frances Westall i André Brack wyrazili następującą myśl „jak mówi się powszechnie, istnieje tyle definicji życia, ilu ludzi próbuje je zdefiniować”.

Jako obserwator nauki i naukowców uważam takie stanowisko za dziwne. To tak, jakby astronomowie wciąż wymyślali nowe sposoby definiowania gwiazd. Kiedyś zapytałem mikrobiologa Radu Popę, który zaczął zbierać definicje życia na początku XXI wieku, co myśli o takim stanie rzeczy.

„To jest nie do stolerowania w żadnej dziedzinie nauki” - odpowiedział. „Możesz zaakceptować dziedzinę nauki, w której istnieją dwie lub trzy definicje jednej rzeczy. Ale nauka, w której najważniejszy przedmiot jej badań nie ma definicji? To absolutnie nie do przyjęcia. Jak zamierzamy o tym dyskutować, jeśli uważasz, że definicja życia ma coś wspólnego z DNA, a ja myślę, że ma raczej coś wspólnego z systemami dynamicznymi? Nie możemy stworzyć sztucznego życia, ponieważ nie potrafimy się zgodzić co do tego, czym życie jest. Nie będziemy w stanie znaleźć życia na Marsie, ponieważ nie możemy się zgodzić, co życie przedstawia ”.

Kiedy naukowcy dziedzin ścisłych dryfowali w oceanie definicji, filozofowie wiosłowali, aby podać im pomocną rękę.

Niektórzy próbują wnieść spokój w tę debatę, zapewniając naukowców, że z czasem mogliby nauczyć się żyć z wielopostaciową definicją. Argumentują, że nie ma potrzeby skupiania się na Jednej Prawdziwej Definicji Życia, ponieważ definicje robocze są wystarczająco dobre. NASA może przyjąć dowolną definicję, która pomoże im zbudować najlepszą maszynę do poszukiwania życia na innych planetach i księżycach. Lekarze mogą użyć innej, aby określić niewyraźną granicę, która odróżnia życie od śmierci. „Przydatność tych definicji nie zależy od konsensusu, ale raczej od ich wpływu na badania” – argumentują filozofowie Leonardo Bich i Sara Green .

Inni filozofowie uznają ten sposób myślenia - zwany operacjonizmem - za intelektualny wykręt. Zdefiniowanie życia jest trudne, owszem, ale to nie może być wymówką, by nie próbować. „Operacjonalizm może czasami być nieunikniony w praktyce” - kontruje filozof Kelly Smith - „ale ten kierunek w filozofii i metodologii nauk po prostu nie może zastąpić właściwej definicji życia”.

Smith i inni przeciwnicy operacjonalizmu narzekają, że takie definicje opierają się na tym, na co ogólnie zgadza się pewna grupa ludzi. Ale najważniejsze badania nad życiem koncentrują się na jego obrzeżach, gdzie najtrudniej jest dojść do łatwego porozumienia. „Każdy eksperyment przeprowadzony bez jasnego pojęcia, czego się szuka, niczego nie rozwiązuje” - mówi Smith.

Twierdzi on, że najlepszą rzeczą, jaką można zrobić, jest dalsze poszukiwanie definicji życia, na którą każdy może się zgodzić, czyli takiej, która triumfuje tam, gdzie inne zawiodły. Jednocześnie, Edward Trifonov, genetyk urodzony w Rosji, zastanawia się, czy zadawalająca definicja przypadkiem już nie istnieje, ale jest ukryta wśród wszystkich wcześniejszych prób sformułowania jej.

W 2011 roku Trifonov dokonał przeglądu 123 definicji życia. Każda była inna, ale w wielu z nich wielokrotnie pojawiały się te same pojęcia. Przeanalizował więc strukturę językową definicji i podzielił je na kategorie, odkrywając ich wspólny rdzeń. Doszedł do wniosku, że wszystkie definicje zgadzają się co do jednego: życie to reprodukcja własna z wariancjami. To, co naukowcy NASA wyrazili w jedenastu słowach („Życie jest samowystarczalnym systemem chemicznym zdolnym do przejścia ewolucji darwinowskiej” ), Trifonov załatwił teraz trzema słowami.

Jego wysiłki nie zamknęły jednak sprawy. My wszyscy - w tym naukowcy - mamy osobistą listę tego, co uważamy za żywe lub nieżywe. Jeśli ktoś przedstawi jakąś definicję, sprawdzamy naszą listę, aby zobaczyć, gdzie stawia granicę. Wielu naukowców przyjrzało się wydestylowanej definicji Trifonova i nie spodobało im się umiejscowienie jego linii granicznej. „Wirus komputerowy rozmnaża się samoczynnie z różnymi odmianami. Ale jednak nie żyje ”- oświadcza biochemik Uwe Meierhenrich .

Kiedy naukowcy dryfowali w oceanie definicji,
filozofowie wiosłowali ku nim z pomocna dłonią.

Niektórzy filozofowie sugerują, że powinniśmy uważniej przemyśleć, w jaki sposób nadajemy znaczenie słowom takim jak życie. Zamiast najpierw tworzyć definicje, powinniśmy zacząć od myślenia o rzeczach, które próbujemy zdefiniować i pozwolić im mówić za siebie.

Filozofowie ci podążają za tradycją Ludwiga Wittgensteina, który jeszcze w latach czterdziestych argumentował, że codzienne rozmowy są pełne pojęć niezwykle trudnych do zdefiniowania. Jak, na przykład, odpowiedzieć na pytanie „Co to są gry ?”

Jeśli spróbujesz dać odpowiedź, przedstawiając listę niezbędnych i wystarczających wymagań dotyczących gier, nie uda ci się. Niektóre gry mają zwycięzców i przegranych, ale inne kilka możliwych zakończeń (open-ended). Niektóre gry wykorzystują żetony, inne karty, jeszcze inne kule do kręgli. W niektórych grach gracze otrzymują zapłatę za grę. W innych grach płacą żeby grać, czasami nawet popadając w długi.

Jednak mimo tego zamieszania nigdy nie daliśmy się zwieść, mówiąc o grach. Sklepy z zabawkami są pełne gier na sprzedaż, a mimo to nigdy nie widać dzieci gapiących się na nie ze zdziwieniem. Gry nie są tajemniczą zagadką, argumentuje Wittgenstein, ponieważ łączy je coś w rodzaju rodzinnego podobieństwa. „Patrząc na nie, nie dostrzeżesz czegoś, co byłoby wspólne dla nich wszystkich, ale zauważysz podobieństwa, związki, a nawet całą ich serię”, konkluduje.

Grupa filozofów i naukowców z Uniwersytetu w Lund w Szwecji zastanawiała się, czy na pytanie „Czym jest życie?” lepiej nie odpowiedzieć tak, jak Wittgenstein odpowiedział na pytanie „Co to są gry?” Zamiast wymyślać sztywną listę wymaganych cech, można byłoby znaleźć „podobieństwo rodzajowe”, które mogłyby naturalnie połączyć rzecz w kategorię, jaką nazwalibyśmy życiem.

W latach 90. niektórzy badacze sugerowali, że meteoryt Allan Hills 84001 (po lewej), fragment Marsa, który wylądował na Antarktydzie, zawiera skamieniałości starożytnego życia mikrobiologicznego na Marsie (po prawej). Ich argument został w dużej mierze zignorowany.

W 2019 roku postanowili tę kategorię znaleźć, przeprowadzając ankietę wśród przedstawicieli nauk ścisłych i innych uczonych,. Zebrali listę rzeczy, w tym ludzi, kurczaki, mięczaki amazońskie, bakterie, wirusy, płatki śniegu i tym podobne. Obok każdego z tych pojęć, zespół z Lund przedstawił zestaw terminów powszechnie używanych w dyskusjach o istotach żywych, takich jak porządek, DNA i metabolizm.

Uczestnicy badania zaznaczyli wszystkie terminy, które według nich odnosiły się do każdej z tych rzeczy. Na przykład płatki śniegu mają porządek, ale nie mają metabolizmu. Ludzka krwinka czerwona ma metabolizm, ale nie zawiera DNA.

Badacze z Lund wykorzystali technikę statystyczną zwaną analizą skupień, aby przyjrzeć się wynikom i pogrupować elementy w oparciu o podobieństwa rodzajowe. My, ludzie, znaleźliśmy się w grupie z kurczakami, myszami i żabami - innymi słowy, zwierzętami z mózgami. Mięczaki amazońskie też mają mózgi, ale analiza skupień umieściła je w osobnej grupie, choć zbliżonej do naszej. Ponieważ nie rozmnażają się same, stanowią zbiór nieco oddzielny. Dalej od naszego znaleziono skupisko złożone z bezmózgowych istot, takich jak rośliny i wolno żyjące bakterie. W kolejnej grupie znajdowało się skupisko czerwonych krwinek i innych podobnych do komórek rzeczy, które nie mogą żyć samodzielnie.

Najdalej od nas umieszczone zostało to, czego zwykle nie uznaje się za żywe. Jeden z klastrów obejmował wirusy i priony, będące zdeformowanymi białkami, które mogą zmusić inne białka do nadania im swoich kształtów. Inne to płatki śniegu, gliniane kryształy oraz rzeczy, które nie replikują się w sposób taki jak to co jest żywe.

Badacze z Lund odkryli wiec, że potrafią całkiem dobrze podzielić rzeczy na żywe i nieożywione, bez wdawania się w spór o idealną definicję życia i zasugerowali, że możemy nazwać coś żywym, jeśli ma wiele właściwości, które są związane z byciem żywym. Jednocześnie nie musi to mieć wszystkich tych właściwości, ani nawet nie potrzebuje dokładnie takiego samego zestawu, jaki można znaleźć w dowolnej innej żywej istocie. Podobieństwa w obrębie rodziny wystarczą.

Jedna z filozofek zajęła znacznie bardziej radykalne stanowisko. Carol Cleland uważa bowiem, że nie ma sensu szukać definicji życia ani nawet wygodnego zastępstwa dla tego pojęcia. Twierdzi, że jest to dla nauki niekorzystne, ponieważ powstrzymuje nas przed głębszym zrozumieniem, co to znaczy być żywym. Jej niechęć do funkcji definicji jest tak głęboka, że niektórzy z jej kolegów filozofów mają jej to za złe. Kelly Smith nazwał pomysły Cleland wręcz „niebezpiecznymi”.

Carol Cleland przeszła powolną ewolucję zanim stała się nonkonformistką. Kiedy zapisała się na Uniwersytet Kalifornijski w Santa Barbara, zaczęła studiować fizykę. „Byłam niezdarna w laboratorium, a moje eksperymenty nigdy nie kończyły się pomyślnie” - powiedziała kiedyś ankieterowi. Od fizyki zwróciła się ku geologii i chociaż lubiła pierwotność miejsc, do których zabierały ją badania, jako kobieta nie lubiła czuć się wyjątkiem w dziedzinie zdominowanej przez mężczyzn. Będąc na trzecim roku odkryła filozofię i wkrótce zaczęła zmagania z poważnymi pytaniami z logiki. Po ukończeniu studiów i roku na pracy jako programistka, kontynuowała studia na Uniwersytecie Browna w stanie Rhode Island, gdzie rozważając przestrzeń, czas, przyczynę i skutek uzyskała tytuł doktora filozofii.

Ukończywszy studia, Carol Cleland zajęła się zagadnieniami, o których łatwiej było rozmawiać podczas spotkań towarzyskich. Przez pewien czas pracowała na Uniwersytecie Stanforda, rozważając logikę programów komputerowych. Następnie została adiunktem na Uniwersytecie Colorado w Boulder, gdzie pozostała do końca swojej kariery.

W Boulder Cleland zwróciła swoją uwagę na naturę samej nauki. Badała, jak niektórzy naukowcy, na przykład fizycy, mogli wielokrotnie przeprowadzać eksperymenty, podczas gdy inni, jak geolodzy, nie mogli odtworzyć milionów lat historii. Kiedy zastanawiała się nad tymi różnicami, dowiedziała się o marsjańskiej skale na Antarktydzie, która sama stanowiła filozoficzną zagadkę.

[Skała marsjańska, meteoryt oznaczony jako Allan Hills 84001, została zbadana w 1996 r. przez zespół NASA pod kierunkiem Davida McKaya. Zespół raportował o dostrzeżeniu śladów dawnego życia, w tym skamieniałych drobnoustrojów, ale większość naukowców odrzuciła te dowody jako zbyt niejednoznaczne, aby były wiarygodne.]

Wiele argumentów dotyczących meteorytu Allan Hills 84001 miało mniej wspólnego z samą skałą niż ze sposobem uprawiania nauki. Niektórzy badacze uważali, że zespół NASA wykonał godną podziwu pracę. Inni natomiast uznawali za absurdalne wnioskowanie na podstawie ich odkryć, że meteoryt może zawierać skamieniałości. Planetolog Bruce Jakosky , jeden z kolegów profesor Cleland na Uniwersytecie Colorado, postanowił zorganizować dyskusję publiczną, podczas której obie strony mogłyby przedstawić swoje poglądy. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że debata nad meteorytem Allan Hills 84001 wymaga czegoś więcej niż tylko przeprowadzenia eksperymentów w celu przetestowania minerałów magnetycznych. Przedsięwzięcie to wymagało przemyślenia, w jaki sposób dokonujemy sądów naukowych. Poprosił więc Carol Cleland, aby włączyła się do dyskusji o meteorycie Allani Hills 84001 z pozycji filozofa.

To, co zaczęło się jako przygotowanie na szybko do wykładu, przerodziło się w zanurzenie w pełni w filozofię życia pozaziemskiego. Profesor Cleland doszła do wniosku, że spór o Allan Hills 84001 zrodził się z przepaści między naukami eksperymentalnymi i historycznymi. Krytycy popełniali błąd, traktując badanie meteorytu jako naukę eksperymentalną. Było wręcz absurdalne oczekiwać, że zespół McKaya zweryfikuje historię przez jej powtórzenie. Nie mogli przecież obserwować procesu fosylizacji mikrobów na Marsie przez 4 miliardy lat i sprawdzić, czy efekt jest podobny do tego co reprezentuje próbka Allan Hills 84001. Nie mogli przecież rzucić tysiącem asteroidów w tysiąc kopii Marsa i zobaczyć, co z tego wyszło.

Carol Cleland doszła do wniosku, że zespół NASA przeprowadził właściwą analizę historyczną, porównując wysnute przez nich wnioski z tymi, które objaśniały najlepiej ich dowody. „Hipoteza życia marsjańskiego jest bardzo dobrym kandydatem na najlepsze wyjaśnienie strukturalnych i chemicznych cech marsjańskiego meteorytu” - napisała w 1997 r. W Planetary Report .

Jej praca nad meteorytem wywarła na Jakosky’im takie wrażenie, że w 1998 roku zaprosił ją do jednego z zespołów w nowo utworzonym Instytucie Astrobiologicznym NASA. W następnych latach profesor Cleland opracowała filozoficzny punkt widzenia na temat tego, jak powinna wyglądać astrobiologia. Swoje poglądy formowała, pracując z wieloma naukowcami i prowadząc różnego rodzaju badania, które mieszczą się pod pojęciem astrobiologii. Podróżowała po australijskim odludziu z paleontologiem, szukając odpowiedzi na pytanie o to jak wymarły gigantyczne ssaki 40 000 lat temu. Wyjechała do Hiszpanii, aby dowiedzieć się, jak genetycy sekwencjonują DNA. Spędzała wiele czasu na spotkaniach naukowych, angażując się w wykłady i rozmowy. „Czułam się jak dzieciak w sklepie ze cukierkami” - powiedziała mi kiedyś.

Ale naukowcy, z którymi Carol Cleland spędzała czas „włączali” u niej czasamifilozoficzny alarm. „Wszyscy pracowali nad definicją życia” - wspomina. Szczególnie popularna była definicja NASA, która miała zaledwie kilka lat.

Jako filozof zdała sobie sprawę, że oni popełniali błąd. Ich omyłka nie miała nic wspólnego ze znanymi własnościami lub jakąś subtelną filozofią, rozumianą tylko przez kilku logików. To był fundamentalny błąd, który stanął na drodze samej nauki. Profesor Cleland przedstawiła naturę tego błędu w jednym ze swoich artykułów, a w 2001 roku udała się do Waszyngtonu, aby wyłożyć rzecz na spotkaniu Amerykańskiego Stowarzyszenia na rzecz Postępu Nauk. Stojąc przed publicznością złożoną głównie z przedstawicieli nauk ścisłych, powiedziała im, że próba znalezienia definicji życia nie ma sensu.

„Nastąpiła eksplozja” - wspomina Cleland. „Wszyscy na mnie krzyczeli. To było naprawdę niesamowite. Każdy miał swoją ulubioną definicję i chciał ją wykrzyczeć. I wtedy powiedziałam im, że cały projekt sformułowania definicji jest bezwartościowy ”.

Na szczęście niektórzy uczeni, którzy słyszeli wykład profesor Cleland, pomyśleli że może jednak coś w tym jest. Zaczęła współpracować z astrobiologami, aby szukać implikacji dla swoich pomysłów. W ciągu dwóch dekad opublikowała serię artykułów, których zwieńczeniem jest książka The Quest for a Universal Theory of Life (W poszukiwaniu uniwersalnej teorii życia).

Trudność naukowców ze zdefiniowaniem życia nie miała nic wspólnego z detalami cech charakteryzujących życie, takimi jak homeostaza czy ewolucja. Miało to związek z naturą samych definicji - czymś, nad czym naukowcy rzadko pochylają się w swoich rozważaniach. „Definicje nie są odpowiednimi narzędziami do odpowiedzi na naukowe pytanie >czym jest życie?<, pisała Cleland,

Definicje służą do uporządkowania naszych koncepcji. Weźmy definicję „kawalera”, która jest prosta: niezamężny mężczyzna. Jeśli jesteś mężczyzną i nie jesteś żonaty, z definicji jesteś kawalerem. Bycie mężczyzną nie wystarczy, abyś został kawalerem, tak jak i bycie nieżonatym. Jeśli chodzi o to, co to znaczy być mężczyzną, to może się okazać skomplikowane. Małżeństwo ma swoją własną złożoność. Ale możemy zdefiniować pojęcie „kawaler” bez ugrzęźnięcia w tych zawiłych sprawach. Słowo to po prostu ściśle łączy te pojęcia. A ponieważ definicje mają tak ścisły zakres odziaływania, nie możemy ich zmieniać w drodze badań naukowych. Po prostu nie ma sposobu, abyśmy kiedykolwiek odkryli, że myliliśmy się co do definicji kawalera jako nieżonatego mężczyzny.

Życie to co innego. Nie jest to coś, co można zdefiniować po prostu łącząc ze sobą pojęcia. W rezultacie bezcelowe jest szukanie listy funkcji, które okażą się prawdziwą definicją życia. „Nie chcemy wiedzieć, co oznacza dla nas słowo życie ” – mówi Carol Cleland. „Chcemy wiedzieć, czym ono jest”. Tak więc jeśli chcemy zaspokoić nasze pragnienie, musimy zrezygnować z poszukiwań definicji, argumentuje badaczka.


 V I N

MARIANI


For English version, please scroll down.


Wpadłem na moment do Gastro Obscura – takiej sobie sekcji podkastu Atlas Obskura, który oferuje „krótkie, codzienne świętowanie dziwnych i cudownych miejsc świata.” Czytam pierwsze zdanie i natychmiast łykam temat: wino w towarzystwie rządców dusz i świata, artystycznej ferajny, koronowanych głów, i jajogłowych. Chwytam szkło i nalewam C2H5OH, aromatyczne bordowe w kolorze. Apelacja, rocznik, winnica, winiarz, rodzaj grona – wszystko niezwykle ważne, ale golnę tylko troszeczkę, bowiem nadmiar gwarantuje wahania nastroju, stany lękowe, drażliwość, obojętność uczuciową, wybuchowość, apatię i brak energii, niezdolność do odczuwania przyjemności, zaburzenia koncentracji, zaburzenia pamięci, trudności w myśleniu abstrakcyjnym, zaburzenia w poczuciu odpowiedzialności i nieracjonalne postrzeganie rzeczywistości. To wszakże zaledwie podstawowe objawy psychiczne, do których przylega zestaw objawów fizycznych, takich jak drżenie mięśni, nadciśnienie tętnicze, nudności, wymioty, tachykardia, bezsenność lub zaburzenia snu, rozszerzenie źrenic, wzmożona potliwość, wysuszenie śluzówek, ból głowy, ogólne osłabienie i złe samopoczucie. Ale to nie wszystko, gdyż te objawy wymuszają na alkoholiku dostarczenie do organizmu kolejnej dawki alkoholu, który je złagodzi. 
OK, powiadam sobie, omineło mnie – umiar rządcą mego jestestwa! 
Czytam więc dalej, bowiem autor nęci inną używką, taką której potencji nie zaznałem -  dopowiadam, żeby nie było wątpliwości.

C17H21NO4 – kokaina
Jako substancja psychoaktywna wywołuje euforię, radość, zadowolenie, ustąpienie zmęczenia fizycznego i psychicznego, wyostrzenie percepcji, otwartości umysłu, wzmożoną samoocenę i pewność siebie, zwiększoną sprawność fizyczną i intelektualną, potrzebę kontaktu emocjonalnego z ludźmi, redukcję lęku społecznego i ogólny wzrost aktywności oraz podniecenie seksualne – pozytywne łał! - może jednak trzeba zacząć ćpać? Martwi jednak, że po wciągnięciu kreski pojawia się zahamowanie perystaltyki jelit i żołądka, rozszerzenie źrenic i wytrzeszcz gałek ocznych, przyspieszenie akcji serca i czynności oddechowych oraz wzrost ciśnienia krwi, zahamowanie wydzielania śliny, bezsenność i napady drgawkowe, a nawet sterotypie ruchowe. Oooo, to ostatnie poraża samym swoim brzmieniem, a co dopiero zaznać takiego sterotypia - zdecydowanie negatywne łał! Ejjjj, ta kokaina to taki dobry i zły glina – muszę znowu obejrzeć kika odcinków „Porucznika Columbo”. Wiem wiem, nie ma to nic wspólnego z tym o czym mowa – ot takie sobie asocjacyjne meandry spod kapelusza, ale przysięgam, nic nie tknąłem – cross my heart and hope to die . A jakby tak połączyć moce C2H5OH i C17H21NO4?
No i stało się! W 1863 roku, Korsykanin Mariani, po kilku latach kombinowania wypuścił na rynek wino wzmocnione kokainą.

C18H23NO4 – kokaetanol
Ubzdryngolonemu mocą dwóch używek – takie dwa w jednym – wątroba produkuje in vivo kokaetanol, substancję, której działanie euforyczne jest dłuższe niż kokainy i może ona pozostawać w organizmie przez kilka dni, a we włosach nawet przez szereg miesięcy.
Historię powstania i zastosowanie kokainowego wina pobrałem stąd i z przyjemnością ciskam nią w wasze strony, gdziekolwiek jesteście. Tak ciskam, bowiem nieco wypiłem, ale nienasycanego kokainą wina z Doliny Napa.


Prezydenci i papieże uwielbiali wino z kokainą.

Co łączy Ulyssesa Granta, Thomasa Edisona, królową Wiktorię, Henrika Ibsena, Julesa Verne'a i papieża Leona XIII? Wszyscy publicznie chwalili wino Vin Mariani z domieszką kokainy.

W 1859 roku włoski naukowiec, Paolo Mantegazza, opublikował artykuł na temat potencjalnych korzyści z mało zbadanej rośliny południowoamerykańskiej zwanej koka. Zainspirowany jego odkryciami, francuski chemik Angelo Mariani wynalazł silny tonik, czyli wino Bordeaux z dodatkiem dwudziestu jeden miligramów liści koki na 100 ml napitku. Zachwalał swój napój jako środek na poprawę trawienia, a także jako apertif, wzmacniacz energii i ogólną kurację, bezpieczną nawet dla dzieci (wystarczyło zmniejszyć o połowę standardową dzienną dawkę dwóch lub trzech szklanek).

Vin Mariani stało się rewelacją w Paryżu, a następnie rozeszło się po Europie i Stanach Zjednoczonych. Było to częściowo spowodowane agresywną kampanią marketingową Marianiego, która polegała na zleceniu zaprojektowania reklam słynnym artystom. Poparcie ze strony papieża również nie zaszkodziło: papież wręcz pochwalał skutki wzmacniania się winem tonikowym, „gdy modlitwa nie wystarczała”. Vin Mariani wychwalały tłumy celebrytów, a także prezydenci i lekarze. Magazyn Medical News z 1890 roku potwierdzał, że „żaden uznany preparat medyczny nie otrzymał silniejszego poparcia ze strony lekarzy”.

Nic dziwnego, że Vin Mariani miało swoich fanów. Chociaż spożycie doustne jest znacznie mniej uzależniające niż inne formy zażywania kokainy, to działanie napoju było bardzo silnie. Etanol w winie działał jako rozpuszczalnik, ekstrahując kokainę z liści koki. Kiedy kokaina i alkohol są wchłaniane razem, środki odurzające są metabolizowane w wątrobie i tworzy się trzeci związek chemiczny, zwany kokatylenem. Ta intensywnie psychoaktywna substancja jest bardziej euforyczna, silniejsza i bardziej toksyczna niż sama kokaina czy alkohol.

Ale imprezowanie musi się kiedyś skończyć. W 1906 roku Stany Zjednoczone poprzez ustawę Pure Food and Drug Act zaczęły egzekwować przepisy dotyczące etykietowania produktów. Ruchy na rzecz zakazu spożywania alkoholu zyskały na popularności, a niebezpieczeństwa związane z kokainą stały się powszechnie znane. Wszystko to ograniczyło podaż wina z koką na rynek. Na sprzedaż w Stanach Zjednoczonych została przygotowana wersja Vin Mariani bez koki, ale nie oferowała ona takiego samego pobudzającego działania jak konkurencyjny napój, który również był pierwotnie oparty na kokainie, czyli Coca-Cola.

Mariani walczył ze zmianami prawnymi prawie aż do swojej śmierci w 1914 roku - tego samego roku, w którym wojna przeciwko opiatom i koce oficjalnie rozpoczęła się wraz z ustawą Harrisona o podatku od narkotyków. Vin Mariani zniknęło z półek. W międzyczasie Coca-Cola nadal się rozwijała, oczywiście bez koki, aż stała się jedną z firm odnoszących największe sukcesy na świecie w produkcji napojów bezalkoholowych.

Wino przetrwało okres prohibicji; kokaina nie miała tyle szczęścia. Dobre Bordeaux możesz kupić w lokalnym sklepie z winami, ale Vin Mariani nie ma już w sprzedaży.

*********

P.S. 1.
Jak już popełniłem to co powyżej, podłubałem nieco w sieci i znalazłem dwie perełki na ten sam temat, o których nigdy pewnie nie dowiedziałbym się gdyby nie Gastro Obscura. 
Zachecam do lektury - nie przegrzewa bo czytanie krótkie ale treściwe.

1. Beatka                     2. Rekowski 

P.S. 2
Koka i kokaina to dwa byty ze wspólnym mianownikiem, ale dość odległe od siebie w w skutkach użycia.
Liście koki - świętej rośliny Inków, zawierają w 100 gramach 20 razy więcej wapnia niż mleko i więcej fosforu niż ryby, ułatwiąją pobieranie tlenu, wspomagają trawienie i pomagają pokonać chorobę wysokościową. Niestety, problemem tej wspaniałej rośliny jest jednoprocentowa zawartość kokainy w jej liściach. Dla Indian Ameryki Południowej były one darem bogów.
Krasnodrzew pospolity, koka, krzew kokainowy (Erythroxylum coca) wyrósł ponoć z ciała pewnej zabawowej dziewki, którą zabili kochankowie, ale sa i tacy, którzy twierdzą, że roślina była darem Matki Boskiej dla biednych Indian. Nie wiem co wy na to, ale ja nie umiem się zdecydować, która wersja jest prawdziwa. Wolę pierwszą, ale drugiej nie wykluczam, ot tak na wszelki wypadek...

_______________
Ilustracja: źródło



VIN  MARIANI

INTRO:
I dropped by the Gastro Obscura for a moment - a section of the Atlas Obscura podcast that offers a "short, daily celebration of strange and wonderful places in the world." After reading the first sentence I immediately swallowed the topic: wine in the company of the stewards of both the souls and the world, and artistic gangs, crowned heads, and eggheads. I grabbed the glass and poured C2H5OH, very aromatic, burgundy in color. Appeal, vintage, vineyard, winemaker, type of grapes - everything is extremely important, but I sip only a little, since the excess guarantees mood swings, anxiety, irritability, emotional indifference, explosiveness, apathy and lack of energy, inability to feel pleasure, impaired concentration, memory disturbances, difficulties in abstract thinking, disturbed sense of responsibility and irrational perception of reality. However, these are only the basic mental symptoms to which a set of physical symptoms adhere, such as muscle tremors, hypertension, nausea, vomiting, tachycardia, insomnia or sleep disturbances, pupil dilation, increased sweating, dry mucous membranes, headache, general weakness and malaise. But it is not everything, because these symptoms force the alcoholic to deliver another dose of alcohol to the body to alleviate them.

OK, I tell myself, I missed all that - moderation is the steward of my being! 

So, I read on, because the author tempts with a different stimulant, one whose potency I have not known.

C17H21NO4 - cocaine

As a psychoactive substance, which causes euphoria, joy, satisfaction, sharpening of perception, open-mindedness, increased physical and intellectual fitness, self-esteem, self-confidence, need for emotional contact with people, as well as the reduction of social anxiety and overall increase in activity including sexual arousal - wow, quite a positive WOW! - perhaps it is time to start "drawing the line"? However, what’s worrying, is that afterwards occurs inhibition of intestinal and gastric peristalsis, dilation of the pupils, and eyes bulging; later comes acceleration of heart rate and respiratory function as well as increased blood pressure, inhibition of salivation, insomnia and seizures, and even motor stereotypies appear. Ooh, the latter is shocking just with the way it sounds, let alone to experience such stereotypies - definitely negative wow! On a closer look, this cocaine acts like a good cop and a bad cop, isn't it – perhaps it's time to watch a few episodes of Lieutenant Columbo again. I know, I know, it has nothing to do with what we're talking about - just such associative meandering from under the hat..., and I swear, I didn't touch anything - cross my heart and hope to die . 

But, what if we combine the powers of C2H5OH and C17H21NO4?

And it happened! In 1863, the Corsican Mariani, after several years of trials, launched a wine fortified with cocaine.

C18H23NO4 – cocaethylene

Drunk as a skunk thanks to the power of two stimulants (sort of two-in-one), the liver produces cocaethylene in vivo, a substance whose euphoric effect lasts longer than that of cocaine, and it can remain in the body for several days, or even for several months in the hair.

I have downloaded the story of the origin and use of cocaine wine from here and I am happy to throw it at your side wherever you are. I admit, I drank a little; however, not any cocaine-infused wine, but a great zinfandel from the famous Mokelumne River Appellation near Lodi, California. 


PS 1.
As I have written the above, I searched a bit on the web and found two gems on the same topic that I would never have known if it weren't for the Gastro Obscura. 
I encourage you to read these texts - they will not overheat you thanks to being rather short; however, vey informative.

1.  Beatka                      2. Rekowski   For those two articles, please use the automatic translator.

 

PS 2
Coca and cocaine are two entities with a common denominator, but quite distant from each other in the sense of effects.
Coca leaves, an Inca sacred plant, contain 20 times more calcium per 100 grams than milk and more phosphorus than fish, facilitate oxygen uptake, aid digestion and help to overcome altitude sickness. Unfortunately, the problem with this wonderful plant is the 1% cocaine content in its leaves. For the South American Indians, they were a gift from the gods.
Dwarf wood, in another words coca or coca bush (Erythroxylum coca) grew supposedly from the body of a playful girl who was killed by her lovers, but there are also those who claim that the plant was a gift from the Mother of God to poor Indians. I don't know what you think, but I can't decide which version is true. I prefer the first, but I don't exclude the second, just in case ...


HOMO
PLASTICUS

Creator: Sablin | Credit: Getty Images/iStockphoto


Wymyśliliśmy plastic!

Tak, MY wymyśliliśmy, bowiem jak 57 lat temu powiedział syn angielskich misjonarzy, kenijski archeolog i paleoantroplog Louis Seymour Bazett Leakey, "człowiek jest zręczny", innymi słowy Homo habilis. Wcześniej i później mieliśmy w rodzinie człowiekowatych do czynienia z wieloma rodzajami Homo, takimi choćby jak H. erectus, który onegdaj zamieszkiwał w okolicach Trzebnicy, w Kończycach Wielkich na Śląsku, czy też w pewnej jaskini koło wsi Smoleń na Wyżynie Częstochowskiej. Było to jednak tak dawno temu, że nie pamietał o tym poprzednim nawet nasz genetyczny(a) brat/siostra, Homo neanderthalensis, który bawił na południu dzisiejszej Polski przez dobre kilkadziesiąt tysięcy lat. Nie marszcz czoła H. sapiens(ie)! Neandertalczycy to nasze rodzeństwo – jak komuś ta relacja doskwiera, to po wyjaśnienia zapraszam tutaj.
No, ale revenons à nos moutons!
Ostatnie lata obfitują w zagęszczanie odnóg na ludzkiej gałęzi ssaków – mamy oto znaleziska zaginionych braci, sióstr i kuzynostwa: Homo naledi, Homo denisova, Homo luzonenzis, Homo floresiensis, ot żeby wymienić najważniejszych, bo to nie koniec, a jestem pewien, że będą też następni. Jeden z tych nowych wyłonił się nawet już jakiś czas temu, ale z identyfikacją były małe problemy, tym nie mniej jest, mamy go. To ten, który 159 lat temu, na wystawie w Londynie zaprezentował "parkesinę", kilka lat później dołaczył do niego osobnik z celuloidem, no i tak jak to w Ogrodzie Rozkoszy, posypało się: sztuczny jedwab, bakelit, polistyren, PCV, polietylen, teflon, żywice epoksydowe, poliamidy, aż wreszcie mamy 9 miliardów ton plastikowych śmieci – wielkie dzięki ci Homo plastikus!

O podstawach wyodrębniania się tego nowego osobnika w rodzinie H. sapiens opowiedział w skrócie Matt Simon w artykule opublikowanym na portalu WIRED.


Plastik spada z nieba. Ale skąd się tam bierze?

W dowolnym momencie nad zachodnimi Stanami Zjednoczonymi unosi się 1100 ton mikroplastiku. Nowe modelowanie pokazuje zaskakujące źródła nikczemnego zanieczyszczenia.

Jak znajdziesz się w jakimś ustronnym miejscu na amerykańskim Zachodzie - może w Yellowstone, na pustyniach Utah lub w lasach Oregonu - weź głęboki oddech i zaczerpnij świeżego powietrza wraz z mikroplastikiem. Zgodnie z nowymi danymi, 1100 ton jego unosi się obecnie nad zachodnimi Stanami Zjednoczonymi. Materiał spada z nieba, zanieczyszczając najbardziej odległe zakątki Ameryki Północnej i świata. Jak już kiedyś powiedziałem, plastikowy deszcz to nowy kwaśny deszcz.

Ale skąd to wszystko się bierze? Można by pomyśleć, że popochodzi z pobliskich miast - zachodnich metropolii, takich jak Denver czy Salt Lake City.Jednak nowe modele opublikowane wczoraj w Proceedings of the National Academy of Sciences pokazuje, że 84 procent mikroplastiku unoszącego się w powietrzu na Zachodzie Ameryki pochodzi z dróg między dużymi miastami. Kolejne 11 procent jest nawiewiane od strony oceanu. (Naukowcy, którzy opracowali ten nowy model, szacują, że cząsteczki mikroplastiku unoszą się w powietrzu przez prawie tydzień, a to więcej czasu niż porzeba, aby przemierzyły kontynenty i oceany).

Mikroplastik - cząstki mniejsze niż 5 milimetrów - pochodzą z wielu źródeł. Plastikowe torby i butelki uwalniane do środowiska rozpadają się na coraz mniejsze kawałki. Innym ważnym źródłem jest pralka: podczas prania odzieży syntetycznej maleńkie mikrowłókna wypłukują się i trafiają do oczyszczalni ścieków. Tam część mikrowłókien zostaje odfiltrowana, przez zatrzymanie ich w „szlamie”, czyli oczyszczonych odpadkach ludzkiego pochodzenia, które są następnie wyrzucane na pola uprawne jako nawóz. Tak mikroplastik zostaje zdeponowany w glebę. Następnie oczyszczalnia ścieków wypłucze pozostałe mikrowłókna do morza w już oczyszczonej wodzie. Dzieje się tak od dziesięcioleci, a ponieważ tworzywa sztuczne rozpadają się, ale tak naprawdę nigdy nie znikają, to ich ilość ich w oceanie gwałtownie rośnie.

W rzeczywistości te nowe badania pokazują, że w danym momencie z oceanu może pochodzić więcej mikroplastiku, niż do niego dostaje się. Innymi słowy: w oceanie nagromadziło się go tak dużo, że ląd może być teraz importerem netto mikroplastiku pochodzącego z morza. „To naprawdę uwydatnia rolę tradycyjnych zanieczyszczeń” - mówi Janice Brahney, badaczka zajmująca się środowiskiem na Uniwersytecie Stanowym Utah i współautorka nowego artykułu PNAS. „Ilość tworzyw sztucznych w naszych oceanach jest po prostu przytłaczająca w porównaniu do wszystkiego, co produkujemy w danym roku w środowisku lądowym”

Te mikrodrobiny plastiku nie tylko wyrzucane są na brzeg i gromadzą się na plażach. Kiedy wiatry popychając fale rozbijają się o brzegi, wyrzucają w powietrze kropelki wody morskiej, zawierające sól, materię organiczną i mikrocząstki plastiku. „Następnie woda w wiekszości wyparowuje i zostają tylko aerozole” inaczej mówiąc, unosząca się w powietrzu mgła z cząsteczkami materii - mówi Natalie Mahowald, badaczka z Cornell University, która współprowadziła prace z J. Brahney. „Klasycznie, my, naukowcy zajmujący się atmosferą, zawsze wiedzieliśmy, że w ten sposób depozytowane są sole morskie” - kontynuuje. Ale w zeszłym roku inna grupa badaczy zademonstrowała to zjawisko również jeśli chodzi o mikroplastik, wykazując, że pojawia się on w bryzie morskiej.

Tym razem Mahowald i Brahney, używając modeli atmosferycznych, poszły dalej aby pokazać, jak daleko może podróżować morski mikroplastik po uniesieniu się w powietrze. Przyjrzały się także innym źródłom emisji mikroplastików, takim jak drogi, miasta i pola uprawne. Ustaliły na przykład, ile pyłu unosi się z pól i ile mikroplastiku może znajdować się w tym pyle.

Następnie badaczki połączyły modelowanie atmosfery z danymi ze świata rzeczywistego. Brahney użyła próbników powietrza rozrzuconych w odległych miejscach na Zachodzie Ameryki, żeby móc powiedzieć ile cząstek plastiku spadło z nieba w danym momencie. Modelowanie zastosowane przez Mahowald uwzględniało warunki atmosferyczne i klimatyczne w tym samym czasie, umożliwiając naukowcom prześledzenie, skąd prawdopodobnie przywiane zostały cząstki plastiku.

Okazało się, że pył rolniczy dostarcza tylko 5% mikroplastików atmosferycznych na Zachodzie USA. A, co zaskakujące, miasta dostarczyły tylko 0,4 procenta. „Gdyby zapytano kogoś, w jaki sposób tworzywa sztuczne dostają się do atmosfery, odpowiedziałby, że pochodzą z ośrodków miejskich” - mówi Brahney. „Ja jednak jestem zdania, że najważniejsze są drogi, które wychodzą z miast”.

Kiedy samochód toczy się po drodze, drobinki opon uwalniaja się w ramach normalnego zużycia. Ten materiał nie jest czystą gumą; zawiera dodane syntetyczne tworzywa i mnóstwo innych chemikaliów. Cząsteczki opon są zatem technicznie mikroplastikami i znajduja się wszędzie. W jednym z badań przeprowadzonych w 2019 r.wyliczono, że każdego roku do Zatoki San Francisco spłukiwanych jest 7 bilionów cząstek mikroplastików, w większości z opon.

Miasta faktycznie wytwarzają zdumiewające ilości mikroplastiku poprzez ruch uliczny i rozpadające się śmieci, ale nie wydaje się, aby przedostawał się on wysoko w atmosferę. Brahney i Mahowald myślą, że to z dwóch powodów, mianowicie budynki blokują wiatr przed zbieraniem z powierzchni miasta i przesyłaniem tych fragmentów dalej, a ponadto ludzie jeżdżą samochodami wolniej w obszarach miejskich. To wolniejsze ścieranie opon sprawia, że ich cząsteczki trafiają na jezdnie w znacznie mniejszych ilościach. Ale wyjedźcie na autostradę międzystanową gdzie jest dużo więcej otwartej przestrzeni - tam wiatry mogą łatwo porywać i przenosić odpadki. Poza tym, mówi Mahowald, „samochody poruszają się z prędkością 100 i wiecej kilometrów na godzinę. To dużo energii, a z tą energią do atmosfery łatwo mogą dostawać się maleńkie cząsteczki opon”.

Ale dlaczego zadawać sobie trud modelowania ekstremalnej złożoności atmosfery, zamiast przyjrzenia się charakterystyce mikroplastików, które wylądowały w pojemnikach pułapkach, aby dowiedzieć się, skąd się wzięły? Smutną rzeczywistością jest to, że te tworzywa sztuczne tak dokładnie nasyciły środowisko, iż w pewnym sensie ujednoliciły się. Cząsteczki z syntetycznej odzieży oraz degradujących się butelek i opakowań wydają się przemieszczać w powietrzu między lądem i morzem z taką regularnością - i dostatecznym wymieszaniem - że trudno jest wskazać źródło konkretnego polimeru.

„To nie to, że idwntyfikacja jest trudna - to własciwie jest niemożliwe” - mówi Deonie Allen, badaczka mikroplastików z University of Strathclyde, która nie była zaangażowana w te nowe badania. (Jest współautorką zeszłorocznego badania, które udokumentowało mikrodrobiny plastiku w bryzie morskiej). „Jeśli zastosujesz model, jestes w stanie dowiedzieć się, skąd może pochodzić [plastic]. Ale jeśli spojrzysz tylko na chemiczną sygnaturę rodzajów tworzyw sztucznych, które masz w swoim wiadrze lub w filtrze, nie ma sposobu, abyś mógł stwierdzić, skąd one pochodzą ”. Jeśli potrafisz zidentyfikować kawałek gumy, istnieje duża szansa, że pochodzi on z opony. „Ale reszta z nich”, dodaje Allen, „mogą pochodzić z dowolnego miejsca”.

Dlatego modelowanie atmosfery ma kluczowe znaczenie dla lepszego zrozumienia, w jaki sposób mikrodrobiny plastiku przemieszczają się między środowiskami. Naukowcy dopiero zaczynają to robić - jak dotąd ukazało się zaledwie kilkadziesiąt artykułów. Jednak naukowcy potrzebują znacznie więcej danych na temat tego, ile plastiku spada z nieba i gdzie. Na przykład te nowe badania koncentrowały się na amerykańskim Zachodzie, ale generowanie i dystrybucja cząstek może przebiegać inaczej w innych miejscach. Zachodnie stany są dość suche, więc być może samochodom łatwiej jest tam rozrzucać mikroplastik niż na mokrym Południu. Również w Europie odpady z tworzyw sztucznych są często wprowadzane do dróg jako materiał konstrukcyjny, co jest szlachetnym pomysłem, ale może oznaczać, że te drogi emitują jeszcze więcej tworzyw sztucznych, mieszając się z tymi z opon.

Jednak krok po kroku naukowcy opracowują jaśniejszy obraz tego, jak te cząstki krążą po całej planecie. Wydaje się, że głównym motorem jest transport atmosferyczny wyszczególniony w tych nowych badaniach. „Żyjemy na kuli wewnątrz bańki” - mówi Steve Allen, badacz mikroplastików z University of Strathclyde, który nie był zaangażowany w badania. (On i Deonie Allen są małżeństwem.) „Nie ma granic, nie ma krawędzi. A to wyraźnie pokazuje, że mikroplastik trafia do morza i wychodzi z morza. Pada na lądzie, a potem znowu zostaje wyrzucony w powietrze, by przenieść się w inne miejsce. Nie da się go zatrzymać, gdy już się wydostanie ”.

„Może po prostu bez końca poruszać się po powierzchni Ziemi” - zgadza się J. Brahney. „Uświadomienie sobie tego jest naprawdę przerażające”.

Post scriptum

Może jednak poradzimy sobie z pomocą grzybków?
Podobno w lasach Amazonii na plastiku żeruje pestalotiopsis microspora, konsumujac poliuretany i robi to nawet szybciej niż pospolity na całym świecie aspergillus niger (kropidlak czarny), kojarzony chetnie z klątwą Tutanchamona. Trzeci do kompletu, aspergillus tubingensis, lubi wysypiska śmieci w Pakistanie - tam przyuważono go kilka lat temu jak opychał się plastikami.
Czyż po H. plastikusie nie mogłaby nadejść epoka Homo fungusiensis?

 12 / 8 / 2026 POLSZCZYZNA Język polski jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Najdobitniejszym dowodem na to wydaje mi si...