ŻYCIE

DEFINIOWALNIE
NIEZDEFINIOWANE


Symbol Lewisa dla węgla w otoczeniu 4 elektronów walencyjnych




Ksiądz Benedykt Chmielowski w swojej
encyklopedii 
o  otaczającym  nas  świecie, 
wydanej  276  lat  temu  pod  tytułem


NOWE ATENY

albo

Akademia  Wszelkiey Scyencyi Pełna,
Na Rozne Tytuły iak na Classes Podzielona,
Mądrym dla Memoryału, Idiotom dla Nauki,
Politykom dla Praktyki,
Melancholikom 
dla Rozrywki Erigowana

Alias

O Bogu, Bożków mnóstwie, Słów pięknych wyborze,
Kwestyj cudnych wiele, o Sybillów zbiorze,
O zwierzu, Rybach, Ptakach o Matematyce,
O Cudach Świata, Ludzi Rządach, Polityce,
O Językach y Drzewach, o Żywiołach, Wierze,
Hieroglifikach, Gadkach, Narodów Manierze;
Co Kraj który ma w sobie dziwnych Ciekawości,
Cały Świat opisany z gruntu w Słów krótkości.
Co wszystko stało się wielką pracą y własnym kosztem Autora

tu enigmatice wyrażonego:

Imię Wiosna zaczyna Wielkiej Nocy blisko,
Głowę w Piwie i Miodzie zawraca Nazwisko

napisał że: „koń jaki jest każdy widzi”

No właśnie, każdy widzi, a czy każdy potrafi zdefiniować konia?
Parafrazując genialnego encyklopedystę, można powiedzieć:

życie
jakie jest, każdy wie!

Jasne, ale czy na pewno?

Słownik Języka Polskiego PWN powiada:
życie, zjawisko biologiczne złożone i wielowymiarowe, którego nie można opisać za pomocą jednej prostej definicji. Znane dotychczas wyłącznie z Ziemi i w tym kontekście definiowane w odniesieniu do dwóch podstawowych znaczeń: 1) na określenie stanu materii (nazywanej organizmem) trwającego od pojawienia się organizmu do zakończenia jego bytu osobniczego, w większości kończącego się śmiercią (biol.); 2) na określenie dynamicznego procesu, który pojawił się na Ziemi ok. 3,8 miliardów lat temu, obejmującego pochodzące od jednej formy wyjściowej wszystkie istniejące w przeszłości i żyjące obecnie organizmy wraz z wszelkimi wzajemnymi relacjami i zależnościami oraz ich wpływem na środowisko.

Zdefiniowanie życia jest problemem towarzyszącym człowiekowi od zarania naszej myśli i ujmowane było w różnych formach przez wielkie religie i systemy filozoficzne. Fenomen życia dotyczy bowiem nas ludzi — my sami jesteśmy istotami ożywionymi i szukamy swojego miejsca w świecie; będąc cząstką życia, odbieramy jego istotę fenomenologicznie, rozumiemy — na różnych poziomach czym jest życie, ale i nie do końca umiemy ów fenomen zdefiniować.

Gdzie indziej PWN powiada krótko:
życie 1. «stan organizmu polegający na nieprzerwanym ciągu procesów umożliwiających reagowanie na bodźce i zwykle poruszanie się oraz odżywianie, wzrastanie i rozmnażanie».

Demokryt z Abdery rzecze:
„Życie bez radości jest jak długa podróż bez gospody.”

Co stosownie konkluduje Albert Einstein
„Życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę, musisz być w ciągłym ruchu.”

Skaldowie dowiedli już 51 lat temu, że "życie jest formą istnienia białka..." 

Młynarski wspiera to piosenką o tej w życiu jedynej https://youtu.be/1efWbRFryn8

Zaś Celińska twierdzi, że życie jest ważne https://youtu.be/sEuka5o5_q8 - być może pod wrażeniem książki profesora Sedlaka "Życie jest światłem", w której powiada on: "życie ma cechy elektromagnetyczne, podobnie jak świadomość. Istnieje Homo electronicus, a elementarnym pratworzywem jest dynamiczna bioplazma - piąty stan materii przynależny tylko żywym istotom."

Na co Jolanta Brach-Czaina, w powieści Szczeliny istnienia tak dopowiada o życiu kiedy ono się kończy: „Kiedy nadchodzi śmierć, powinniśmy z wdzięcznością pomyśleć o tych wszystkich stworzeniach, które w ciągu życia zjedliśmy, bo były ofiarą służącą naszemu istnieniu. I powinniśmy modlić się do tych stworzeń. A następnym powiedzieć: jedzcie! To jest moje ciało i moja krew.”

Brutalność tych ostatnich czterech krótkich zdań jest skondensowanym opisem cyklu życia, czyli tego o czym wiemy wszystko - tak przynajmniej nam się wydaje.
Ale czy można wiedzieć „wszystko” o czymś czego nie da się zdefiniować?
Wiem, wiem, myślisz Czytelniku, że odleciałem, twierdząc, że życie jest niedefiniowalne....
No to podyskutujmy nieco głębiej, fedrując zagadnienie do poziomu dna pokładów wiedzy...
W moim imieniu głos zabiorą naukowcy i filozofowie w tekście opublikowanym przez Carla Zimmera na portalu Quanta Magazine w marcu bieżącego roku, na podstawie jego własnej książki Life’s Edge: The Search for What It Means to Be Alive.




CZYM JEST ŻYCIE?
JEGO OGROMNA RÓŻNORODNOŚĆ WYMYKA SIĘ ŁATWEJ DEFINICJI
Carl Zimmer


Naukowcy walczą o sformułowanie uniwersalnej definicji życia. Czy jest możliwe, że jej nie potrzebują?

Ludzie często czują, że potrafią intuicyjnie rozpoznać, czy coś jest żywe, ale natura jest pełna bytów, które lekceważą łatwą klasyfikację życia i zdefiniowanie czegoś jako żywego lub nieożywionego - wyzwanie to może się tylko nasilać, kiedy planety i księżyce otwierają się na naszą eksplorację. W tym fragmencie swojej nowej książki Life's Edge: The Search for What It Means to Be Alive, opublikowanej 9 marca 2021 roku, popularyzator nauki Carl Zimmer omawia wysiłki sfrustrowanych naukowców zmierzające do opracowania uniwersalnej definicji życia.

W 2018 roku, naukowcy Frances Westall i André Brack wyrazili następującą myśl „jak mówi się powszechnie, istnieje tyle definicji życia, ilu ludzi próbuje je zdefiniować”.

Jako obserwator nauki i naukowców uważam takie stanowisko za dziwne. To tak, jakby astronomowie wciąż wymyślali nowe sposoby definiowania gwiazd. Kiedyś zapytałem mikrobiologa Radu Popę, który zaczął zbierać definicje życia na początku XXI wieku, co myśli o takim stanie rzeczy.

„To jest nie do stolerowania w żadnej dziedzinie nauki” - odpowiedział. „Możesz zaakceptować dziedzinę nauki, w której istnieją dwie lub trzy definicje jednej rzeczy. Ale nauka, w której najważniejszy przedmiot jej badań nie ma definicji? To absolutnie nie do przyjęcia. Jak zamierzamy o tym dyskutować, jeśli uważasz, że definicja życia ma coś wspólnego z DNA, a ja myślę, że ma raczej coś wspólnego z systemami dynamicznymi? Nie możemy stworzyć sztucznego życia, ponieważ nie potrafimy się zgodzić co do tego, czym życie jest. Nie będziemy w stanie znaleźć życia na Marsie, ponieważ nie możemy się zgodzić, co życie przedstawia ”.

Kiedy naukowcy dziedzin ścisłych dryfowali w oceanie definicji, filozofowie wiosłowali, aby podać im pomocną rękę.

Niektórzy próbują wnieść spokój w tę debatę, zapewniając naukowców, że z czasem mogliby nauczyć się żyć z wielopostaciową definicją. Argumentują, że nie ma potrzeby skupiania się na Jednej Prawdziwej Definicji Życia, ponieważ definicje robocze są wystarczająco dobre. NASA może przyjąć dowolną definicję, która pomoże im zbudować najlepszą maszynę do poszukiwania życia na innych planetach i księżycach. Lekarze mogą użyć innej, aby określić niewyraźną granicę, która odróżnia życie od śmierci. „Przydatność tych definicji nie zależy od konsensusu, ale raczej od ich wpływu na badania” – argumentują filozofowie Leonardo Bich i Sara Green .

Inni filozofowie uznają ten sposób myślenia - zwany operacjonizmem - za intelektualny wykręt. Zdefiniowanie życia jest trudne, owszem, ale to nie może być wymówką, by nie próbować. „Operacjonalizm może czasami być nieunikniony w praktyce” - kontruje filozof Kelly Smith - „ale ten kierunek w filozofii i metodologii nauk po prostu nie może zastąpić właściwej definicji życia”.

Smith i inni przeciwnicy operacjonalizmu narzekają, że takie definicje opierają się na tym, na co ogólnie zgadza się pewna grupa ludzi. Ale najważniejsze badania nad życiem koncentrują się na jego obrzeżach, gdzie najtrudniej jest dojść do łatwego porozumienia. „Każdy eksperyment przeprowadzony bez jasnego pojęcia, czego się szuka, niczego nie rozwiązuje” - mówi Smith.

Twierdzi on, że najlepszą rzeczą, jaką można zrobić, jest dalsze poszukiwanie definicji życia, na którą każdy może się zgodzić, czyli takiej, która triumfuje tam, gdzie inne zawiodły. Jednocześnie, Edward Trifonov, genetyk urodzony w Rosji, zastanawia się, czy zadawalająca definicja przypadkiem już nie istnieje, ale jest ukryta wśród wszystkich wcześniejszych prób sformułowania jej.

W 2011 roku Trifonov dokonał przeglądu 123 definicji życia. Każda była inna, ale w wielu z nich wielokrotnie pojawiały się te same pojęcia. Przeanalizował więc strukturę językową definicji i podzielił je na kategorie, odkrywając ich wspólny rdzeń. Doszedł do wniosku, że wszystkie definicje zgadzają się co do jednego: życie to reprodukcja własna z wariancjami. To, co naukowcy NASA wyrazili w jedenastu słowach („Życie jest samowystarczalnym systemem chemicznym zdolnym do przejścia ewolucji darwinowskiej” ), Trifonov załatwił teraz trzema słowami.

Jego wysiłki nie zamknęły jednak sprawy. My wszyscy - w tym naukowcy - mamy osobistą listę tego, co uważamy za żywe lub nieżywe. Jeśli ktoś przedstawi jakąś definicję, sprawdzamy naszą listę, aby zobaczyć, gdzie stawia granicę. Wielu naukowców przyjrzało się wydestylowanej definicji Trifonova i nie spodobało im się umiejscowienie jego linii granicznej. „Wirus komputerowy rozmnaża się samoczynnie z różnymi odmianami. Ale jednak nie żyje ”- oświadcza biochemik Uwe Meierhenrich .

Kiedy naukowcy dryfowali w oceanie definicji,
filozofowie wiosłowali ku nim z pomocna dłonią.

Niektórzy filozofowie sugerują, że powinniśmy uważniej przemyśleć, w jaki sposób nadajemy znaczenie słowom takim jak życie. Zamiast najpierw tworzyć definicje, powinniśmy zacząć od myślenia o rzeczach, które próbujemy zdefiniować i pozwolić im mówić za siebie.

Filozofowie ci podążają za tradycją Ludwiga Wittgensteina, który jeszcze w latach czterdziestych argumentował, że codzienne rozmowy są pełne pojęć niezwykle trudnych do zdefiniowania. Jak, na przykład, odpowiedzieć na pytanie „Co to są gry ?”

Jeśli spróbujesz dać odpowiedź, przedstawiając listę niezbędnych i wystarczających wymagań dotyczących gier, nie uda ci się. Niektóre gry mają zwycięzców i przegranych, ale inne kilka możliwych zakończeń (open-ended). Niektóre gry wykorzystują żetony, inne karty, jeszcze inne kule do kręgli. W niektórych grach gracze otrzymują zapłatę za grę. W innych grach płacą żeby grać, czasami nawet popadając w długi.

Jednak mimo tego zamieszania nigdy nie daliśmy się zwieść, mówiąc o grach. Sklepy z zabawkami są pełne gier na sprzedaż, a mimo to nigdy nie widać dzieci gapiących się na nie ze zdziwieniem. Gry nie są tajemniczą zagadką, argumentuje Wittgenstein, ponieważ łączy je coś w rodzaju rodzinnego podobieństwa. „Patrząc na nie, nie dostrzeżesz czegoś, co byłoby wspólne dla nich wszystkich, ale zauważysz podobieństwa, związki, a nawet całą ich serię”, konkluduje.

Grupa filozofów i naukowców z Uniwersytetu w Lund w Szwecji zastanawiała się, czy na pytanie „Czym jest życie?” lepiej nie odpowiedzieć tak, jak Wittgenstein odpowiedział na pytanie „Co to są gry?” Zamiast wymyślać sztywną listę wymaganych cech, można byłoby znaleźć „podobieństwo rodzajowe”, które mogłyby naturalnie połączyć rzecz w kategorię, jaką nazwalibyśmy życiem.

W latach 90. niektórzy badacze sugerowali, że meteoryt Allan Hills 84001 (po lewej), fragment Marsa, który wylądował na Antarktydzie, zawiera skamieniałości starożytnego życia mikrobiologicznego na Marsie (po prawej). Ich argument został w dużej mierze zignorowany.

W 2019 roku postanowili tę kategorię znaleźć, przeprowadzając ankietę wśród przedstawicieli nauk ścisłych i innych uczonych,. Zebrali listę rzeczy, w tym ludzi, kurczaki, mięczaki amazońskie, bakterie, wirusy, płatki śniegu i tym podobne. Obok każdego z tych pojęć, zespół z Lund przedstawił zestaw terminów powszechnie używanych w dyskusjach o istotach żywych, takich jak porządek, DNA i metabolizm.

Uczestnicy badania zaznaczyli wszystkie terminy, które według nich odnosiły się do każdej z tych rzeczy. Na przykład płatki śniegu mają porządek, ale nie mają metabolizmu. Ludzka krwinka czerwona ma metabolizm, ale nie zawiera DNA.

Badacze z Lund wykorzystali technikę statystyczną zwaną analizą skupień, aby przyjrzeć się wynikom i pogrupować elementy w oparciu o podobieństwa rodzajowe. My, ludzie, znaleźliśmy się w grupie z kurczakami, myszami i żabami - innymi słowy, zwierzętami z mózgami. Mięczaki amazońskie też mają mózgi, ale analiza skupień umieściła je w osobnej grupie, choć zbliżonej do naszej. Ponieważ nie rozmnażają się same, stanowią zbiór nieco oddzielny. Dalej od naszego znaleziono skupisko złożone z bezmózgowych istot, takich jak rośliny i wolno żyjące bakterie. W kolejnej grupie znajdowało się skupisko czerwonych krwinek i innych podobnych do komórek rzeczy, które nie mogą żyć samodzielnie.

Najdalej od nas umieszczone zostało to, czego zwykle nie uznaje się za żywe. Jeden z klastrów obejmował wirusy i priony, będące zdeformowanymi białkami, które mogą zmusić inne białka do nadania im swoich kształtów. Inne to płatki śniegu, gliniane kryształy oraz rzeczy, które nie replikują się w sposób taki jak to co jest żywe.

Badacze z Lund odkryli wiec, że potrafią całkiem dobrze podzielić rzeczy na żywe i nieożywione, bez wdawania się w spór o idealną definicję życia i zasugerowali, że możemy nazwać coś żywym, jeśli ma wiele właściwości, które są związane z byciem żywym. Jednocześnie nie musi to mieć wszystkich tych właściwości, ani nawet nie potrzebuje dokładnie takiego samego zestawu, jaki można znaleźć w dowolnej innej żywej istocie. Podobieństwa w obrębie rodziny wystarczą.

Jedna z filozofek zajęła znacznie bardziej radykalne stanowisko. Carol Cleland uważa bowiem, że nie ma sensu szukać definicji życia ani nawet wygodnego zastępstwa dla tego pojęcia. Twierdzi, że jest to dla nauki niekorzystne, ponieważ powstrzymuje nas przed głębszym zrozumieniem, co to znaczy być żywym. Jej niechęć do funkcji definicji jest tak głęboka, że niektórzy z jej kolegów filozofów mają jej to za złe. Kelly Smith nazwał pomysły Cleland wręcz „niebezpiecznymi”.

Carol Cleland przeszła powolną ewolucję zanim stała się nonkonformistką. Kiedy zapisała się na Uniwersytet Kalifornijski w Santa Barbara, zaczęła studiować fizykę. „Byłam niezdarna w laboratorium, a moje eksperymenty nigdy nie kończyły się pomyślnie” - powiedziała kiedyś ankieterowi. Od fizyki zwróciła się ku geologii i chociaż lubiła pierwotność miejsc, do których zabierały ją badania, jako kobieta nie lubiła czuć się wyjątkiem w dziedzinie zdominowanej przez mężczyzn. Będąc na trzecim roku odkryła filozofię i wkrótce zaczęła zmagania z poważnymi pytaniami z logiki. Po ukończeniu studiów i roku na pracy jako programistka, kontynuowała studia na Uniwersytecie Browna w stanie Rhode Island, gdzie rozważając przestrzeń, czas, przyczynę i skutek uzyskała tytuł doktora filozofii.

Ukończywszy studia, Carol Cleland zajęła się zagadnieniami, o których łatwiej było rozmawiać podczas spotkań towarzyskich. Przez pewien czas pracowała na Uniwersytecie Stanforda, rozważając logikę programów komputerowych. Następnie została adiunktem na Uniwersytecie Colorado w Boulder, gdzie pozostała do końca swojej kariery.

W Boulder Cleland zwróciła swoją uwagę na naturę samej nauki. Badała, jak niektórzy naukowcy, na przykład fizycy, mogli wielokrotnie przeprowadzać eksperymenty, podczas gdy inni, jak geolodzy, nie mogli odtworzyć milionów lat historii. Kiedy zastanawiała się nad tymi różnicami, dowiedziała się o marsjańskiej skale na Antarktydzie, która sama stanowiła filozoficzną zagadkę.

[Skała marsjańska, meteoryt oznaczony jako Allan Hills 84001, została zbadana w 1996 r. przez zespół NASA pod kierunkiem Davida McKaya. Zespół raportował o dostrzeżeniu śladów dawnego życia, w tym skamieniałych drobnoustrojów, ale większość naukowców odrzuciła te dowody jako zbyt niejednoznaczne, aby były wiarygodne.]

Wiele argumentów dotyczących meteorytu Allan Hills 84001 miało mniej wspólnego z samą skałą niż ze sposobem uprawiania nauki. Niektórzy badacze uważali, że zespół NASA wykonał godną podziwu pracę. Inni natomiast uznawali za absurdalne wnioskowanie na podstawie ich odkryć, że meteoryt może zawierać skamieniałości. Planetolog Bruce Jakosky , jeden z kolegów profesor Cleland na Uniwersytecie Colorado, postanowił zorganizować dyskusję publiczną, podczas której obie strony mogłyby przedstawić swoje poglądy. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że debata nad meteorytem Allan Hills 84001 wymaga czegoś więcej niż tylko przeprowadzenia eksperymentów w celu przetestowania minerałów magnetycznych. Przedsięwzięcie to wymagało przemyślenia, w jaki sposób dokonujemy sądów naukowych. Poprosił więc Carol Cleland, aby włączyła się do dyskusji o meteorycie Allani Hills 84001 z pozycji filozofa.

To, co zaczęło się jako przygotowanie na szybko do wykładu, przerodziło się w zanurzenie w pełni w filozofię życia pozaziemskiego. Profesor Cleland doszła do wniosku, że spór o Allan Hills 84001 zrodził się z przepaści między naukami eksperymentalnymi i historycznymi. Krytycy popełniali błąd, traktując badanie meteorytu jako naukę eksperymentalną. Było wręcz absurdalne oczekiwać, że zespół McKaya zweryfikuje historię przez jej powtórzenie. Nie mogli przecież obserwować procesu fosylizacji mikrobów na Marsie przez 4 miliardy lat i sprawdzić, czy efekt jest podobny do tego co reprezentuje próbka Allan Hills 84001. Nie mogli przecież rzucić tysiącem asteroidów w tysiąc kopii Marsa i zobaczyć, co z tego wyszło.

Carol Cleland doszła do wniosku, że zespół NASA przeprowadził właściwą analizę historyczną, porównując wysnute przez nich wnioski z tymi, które objaśniały najlepiej ich dowody. „Hipoteza życia marsjańskiego jest bardzo dobrym kandydatem na najlepsze wyjaśnienie strukturalnych i chemicznych cech marsjańskiego meteorytu” - napisała w 1997 r. W Planetary Report .

Jej praca nad meteorytem wywarła na Jakosky’im takie wrażenie, że w 1998 roku zaprosił ją do jednego z zespołów w nowo utworzonym Instytucie Astrobiologicznym NASA. W następnych latach profesor Cleland opracowała filozoficzny punkt widzenia na temat tego, jak powinna wyglądać astrobiologia. Swoje poglądy formowała, pracując z wieloma naukowcami i prowadząc różnego rodzaju badania, które mieszczą się pod pojęciem astrobiologii. Podróżowała po australijskim odludziu z paleontologiem, szukając odpowiedzi na pytanie o to jak wymarły gigantyczne ssaki 40 000 lat temu. Wyjechała do Hiszpanii, aby dowiedzieć się, jak genetycy sekwencjonują DNA. Spędzała wiele czasu na spotkaniach naukowych, angażując się w wykłady i rozmowy. „Czułam się jak dzieciak w sklepie ze cukierkami” - powiedziała mi kiedyś.

Ale naukowcy, z którymi Carol Cleland spędzała czas „włączali” u niej czasamifilozoficzny alarm. „Wszyscy pracowali nad definicją życia” - wspomina. Szczególnie popularna była definicja NASA, która miała zaledwie kilka lat.

Jako filozof zdała sobie sprawę, że oni popełniali błąd. Ich omyłka nie miała nic wspólnego ze znanymi własnościami lub jakąś subtelną filozofią, rozumianą tylko przez kilku logików. To był fundamentalny błąd, który stanął na drodze samej nauki. Profesor Cleland przedstawiła naturę tego błędu w jednym ze swoich artykułów, a w 2001 roku udała się do Waszyngtonu, aby wyłożyć rzecz na spotkaniu Amerykańskiego Stowarzyszenia na rzecz Postępu Nauk. Stojąc przed publicznością złożoną głównie z przedstawicieli nauk ścisłych, powiedziała im, że próba znalezienia definicji życia nie ma sensu.

„Nastąpiła eksplozja” - wspomina Cleland. „Wszyscy na mnie krzyczeli. To było naprawdę niesamowite. Każdy miał swoją ulubioną definicję i chciał ją wykrzyczeć. I wtedy powiedziałam im, że cały projekt sformułowania definicji jest bezwartościowy ”.

Na szczęście niektórzy uczeni, którzy słyszeli wykład profesor Cleland, pomyśleli że może jednak coś w tym jest. Zaczęła współpracować z astrobiologami, aby szukać implikacji dla swoich pomysłów. W ciągu dwóch dekad opublikowała serię artykułów, których zwieńczeniem jest książka The Quest for a Universal Theory of Life (W poszukiwaniu uniwersalnej teorii życia).

Trudność naukowców ze zdefiniowaniem życia nie miała nic wspólnego z detalami cech charakteryzujących życie, takimi jak homeostaza czy ewolucja. Miało to związek z naturą samych definicji - czymś, nad czym naukowcy rzadko pochylają się w swoich rozważaniach. „Definicje nie są odpowiednimi narzędziami do odpowiedzi na naukowe pytanie >czym jest życie?<, pisała Cleland,

Definicje służą do uporządkowania naszych koncepcji. Weźmy definicję „kawalera”, która jest prosta: niezamężny mężczyzna. Jeśli jesteś mężczyzną i nie jesteś żonaty, z definicji jesteś kawalerem. Bycie mężczyzną nie wystarczy, abyś został kawalerem, tak jak i bycie nieżonatym. Jeśli chodzi o to, co to znaczy być mężczyzną, to może się okazać skomplikowane. Małżeństwo ma swoją własną złożoność. Ale możemy zdefiniować pojęcie „kawaler” bez ugrzęźnięcia w tych zawiłych sprawach. Słowo to po prostu ściśle łączy te pojęcia. A ponieważ definicje mają tak ścisły zakres odziaływania, nie możemy ich zmieniać w drodze badań naukowych. Po prostu nie ma sposobu, abyśmy kiedykolwiek odkryli, że myliliśmy się co do definicji kawalera jako nieżonatego mężczyzny.

Życie to co innego. Nie jest to coś, co można zdefiniować po prostu łącząc ze sobą pojęcia. W rezultacie bezcelowe jest szukanie listy funkcji, które okażą się prawdziwą definicją życia. „Nie chcemy wiedzieć, co oznacza dla nas słowo życie ” – mówi Carol Cleland. „Chcemy wiedzieć, czym ono jest”. Tak więc jeśli chcemy zaspokoić nasze pragnienie, musimy zrezygnować z poszukiwań definicji, argumentuje badaczka.


 V I N

MARIANI


For English version, please scroll down.


Wpadłem na moment do Gastro Obscura – takiej sobie sekcji podkastu Atlas Obskura, który oferuje „krótkie, codzienne świętowanie dziwnych i cudownych miejsc świata.” Czytam pierwsze zdanie i natychmiast łykam temat: wino w towarzystwie rządców dusz i świata, artystycznej ferajny, koronowanych głów, i jajogłowych. Chwytam szkło i nalewam C2H5OH, aromatyczne bordowe w kolorze. Apelacja, rocznik, winnica, winiarz, rodzaj grona – wszystko niezwykle ważne, ale golnę tylko troszeczkę, bowiem nadmiar gwarantuje wahania nastroju, stany lękowe, drażliwość, obojętność uczuciową, wybuchowość, apatię i brak energii, niezdolność do odczuwania przyjemności, zaburzenia koncentracji, zaburzenia pamięci, trudności w myśleniu abstrakcyjnym, zaburzenia w poczuciu odpowiedzialności i nieracjonalne postrzeganie rzeczywistości. To wszakże zaledwie podstawowe objawy psychiczne, do których przylega zestaw objawów fizycznych, takich jak drżenie mięśni, nadciśnienie tętnicze, nudności, wymioty, tachykardia, bezsenność lub zaburzenia snu, rozszerzenie źrenic, wzmożona potliwość, wysuszenie śluzówek, ból głowy, ogólne osłabienie i złe samopoczucie. Ale to nie wszystko, gdyż te objawy wymuszają na alkoholiku dostarczenie do organizmu kolejnej dawki alkoholu, który je złagodzi. 
OK, powiadam sobie, omineło mnie – umiar rządcą mego jestestwa! 
Czytam więc dalej, bowiem autor nęci inną używką, taką której potencji nie zaznałem -  dopowiadam, żeby nie było wątpliwości.

C17H21NO4 – kokaina
Jako substancja psychoaktywna wywołuje euforię, radość, zadowolenie, ustąpienie zmęczenia fizycznego i psychicznego, wyostrzenie percepcji, otwartości umysłu, wzmożoną samoocenę i pewność siebie, zwiększoną sprawność fizyczną i intelektualną, potrzebę kontaktu emocjonalnego z ludźmi, redukcję lęku społecznego i ogólny wzrost aktywności oraz podniecenie seksualne – pozytywne łał! - może jednak trzeba zacząć ćpać? Martwi jednak, że po wciągnięciu kreski pojawia się zahamowanie perystaltyki jelit i żołądka, rozszerzenie źrenic i wytrzeszcz gałek ocznych, przyspieszenie akcji serca i czynności oddechowych oraz wzrost ciśnienia krwi, zahamowanie wydzielania śliny, bezsenność i napady drgawkowe, a nawet sterotypie ruchowe. Oooo, to ostatnie poraża samym swoim brzmieniem, a co dopiero zaznać takiego sterotypia - zdecydowanie negatywne łał! Ejjjj, ta kokaina to taki dobry i zły glina – muszę znowu obejrzeć kika odcinków „Porucznika Columbo”. Wiem wiem, nie ma to nic wspólnego z tym o czym mowa – ot takie sobie asocjacyjne meandry spod kapelusza, ale przysięgam, nic nie tknąłem – cross my heart and hope to die . A jakby tak połączyć moce C2H5OH i C17H21NO4?
No i stało się! W 1863 roku, Korsykanin Mariani, po kilku latach kombinowania wypuścił na rynek wino wzmocnione kokainą.

C18H23NO4 – kokaetanol
Ubzdryngolonemu mocą dwóch używek – takie dwa w jednym – wątroba produkuje in vivo kokaetanol, substancję, której działanie euforyczne jest dłuższe niż kokainy i może ona pozostawać w organizmie przez kilka dni, a we włosach nawet przez szereg miesięcy.
Historię powstania i zastosowanie kokainowego wina pobrałem stąd i z przyjemnością ciskam nią w wasze strony, gdziekolwiek jesteście. Tak ciskam, bowiem nieco wypiłem, ale nienasycanego kokainą wina z Doliny Napa.


Prezydenci i papieże uwielbiali wino z kokainą.

Co łączy Ulyssesa Granta, Thomasa Edisona, królową Wiktorię, Henrika Ibsena, Julesa Verne'a i papieża Leona XIII? Wszyscy publicznie chwalili wino Vin Mariani z domieszką kokainy.

W 1859 roku włoski naukowiec, Paolo Mantegazza, opublikował artykuł na temat potencjalnych korzyści z mało zbadanej rośliny południowoamerykańskiej zwanej koka. Zainspirowany jego odkryciami, francuski chemik Angelo Mariani wynalazł silny tonik, czyli wino Bordeaux z dodatkiem dwudziestu jeden miligramów liści koki na 100 ml napitku. Zachwalał swój napój jako środek na poprawę trawienia, a także jako apertif, wzmacniacz energii i ogólną kurację, bezpieczną nawet dla dzieci (wystarczyło zmniejszyć o połowę standardową dzienną dawkę dwóch lub trzech szklanek).

Vin Mariani stało się rewelacją w Paryżu, a następnie rozeszło się po Europie i Stanach Zjednoczonych. Było to częściowo spowodowane agresywną kampanią marketingową Marianiego, która polegała na zleceniu zaprojektowania reklam słynnym artystom. Poparcie ze strony papieża również nie zaszkodziło: papież wręcz pochwalał skutki wzmacniania się winem tonikowym, „gdy modlitwa nie wystarczała”. Vin Mariani wychwalały tłumy celebrytów, a także prezydenci i lekarze. Magazyn Medical News z 1890 roku potwierdzał, że „żaden uznany preparat medyczny nie otrzymał silniejszego poparcia ze strony lekarzy”.

Nic dziwnego, że Vin Mariani miało swoich fanów. Chociaż spożycie doustne jest znacznie mniej uzależniające niż inne formy zażywania kokainy, to działanie napoju było bardzo silnie. Etanol w winie działał jako rozpuszczalnik, ekstrahując kokainę z liści koki. Kiedy kokaina i alkohol są wchłaniane razem, środki odurzające są metabolizowane w wątrobie i tworzy się trzeci związek chemiczny, zwany kokatylenem. Ta intensywnie psychoaktywna substancja jest bardziej euforyczna, silniejsza i bardziej toksyczna niż sama kokaina czy alkohol.

Ale imprezowanie musi się kiedyś skończyć. W 1906 roku Stany Zjednoczone poprzez ustawę Pure Food and Drug Act zaczęły egzekwować przepisy dotyczące etykietowania produktów. Ruchy na rzecz zakazu spożywania alkoholu zyskały na popularności, a niebezpieczeństwa związane z kokainą stały się powszechnie znane. Wszystko to ograniczyło podaż wina z koką na rynek. Na sprzedaż w Stanach Zjednoczonych została przygotowana wersja Vin Mariani bez koki, ale nie oferowała ona takiego samego pobudzającego działania jak konkurencyjny napój, który również był pierwotnie oparty na kokainie, czyli Coca-Cola.

Mariani walczył ze zmianami prawnymi prawie aż do swojej śmierci w 1914 roku - tego samego roku, w którym wojna przeciwko opiatom i koce oficjalnie rozpoczęła się wraz z ustawą Harrisona o podatku od narkotyków. Vin Mariani zniknęło z półek. W międzyczasie Coca-Cola nadal się rozwijała, oczywiście bez koki, aż stała się jedną z firm odnoszących największe sukcesy na świecie w produkcji napojów bezalkoholowych.

Wino przetrwało okres prohibicji; kokaina nie miała tyle szczęścia. Dobre Bordeaux możesz kupić w lokalnym sklepie z winami, ale Vin Mariani nie ma już w sprzedaży.

*********

P.S. 1.
Jak już popełniłem to co powyżej, podłubałem nieco w sieci i znalazłem dwie perełki na ten sam temat, o których nigdy pewnie nie dowiedziałbym się gdyby nie Gastro Obscura. 
Zachecam do lektury - nie przegrzewa bo czytanie krótkie ale treściwe.

1. Beatka                     2. Rekowski 

P.S. 2
Koka i kokaina to dwa byty ze wspólnym mianownikiem, ale dość odległe od siebie w w skutkach użycia.
Liście koki - świętej rośliny Inków, zawierają w 100 gramach 20 razy więcej wapnia niż mleko i więcej fosforu niż ryby, ułatwiąją pobieranie tlenu, wspomagają trawienie i pomagają pokonać chorobę wysokościową. Niestety, problemem tej wspaniałej rośliny jest jednoprocentowa zawartość kokainy w jej liściach. Dla Indian Ameryki Południowej były one darem bogów.
Krasnodrzew pospolity, koka, krzew kokainowy (Erythroxylum coca) wyrósł ponoć z ciała pewnej zabawowej dziewki, którą zabili kochankowie, ale sa i tacy, którzy twierdzą, że roślina była darem Matki Boskiej dla biednych Indian. Nie wiem co wy na to, ale ja nie umiem się zdecydować, która wersja jest prawdziwa. Wolę pierwszą, ale drugiej nie wykluczam, ot tak na wszelki wypadek...

_______________
Ilustracja: źródło



VIN  MARIANI

INTRO:
I dropped by the Gastro Obscura for a moment - a section of the Atlas Obscura podcast that offers a "short, daily celebration of strange and wonderful places in the world." After reading the first sentence I immediately swallowed the topic: wine in the company of the stewards of both the souls and the world, and artistic gangs, crowned heads, and eggheads. I grabbed the glass and poured C2H5OH, very aromatic, burgundy in color. Appeal, vintage, vineyard, winemaker, type of grapes - everything is extremely important, but I sip only a little, since the excess guarantees mood swings, anxiety, irritability, emotional indifference, explosiveness, apathy and lack of energy, inability to feel pleasure, impaired concentration, memory disturbances, difficulties in abstract thinking, disturbed sense of responsibility and irrational perception of reality. However, these are only the basic mental symptoms to which a set of physical symptoms adhere, such as muscle tremors, hypertension, nausea, vomiting, tachycardia, insomnia or sleep disturbances, pupil dilation, increased sweating, dry mucous membranes, headache, general weakness and malaise. But it is not everything, because these symptoms force the alcoholic to deliver another dose of alcohol to the body to alleviate them.

OK, I tell myself, I missed all that - moderation is the steward of my being! 

So, I read on, because the author tempts with a different stimulant, one whose potency I have not known.

C17H21NO4 - cocaine

As a psychoactive substance, which causes euphoria, joy, satisfaction, sharpening of perception, open-mindedness, increased physical and intellectual fitness, self-esteem, self-confidence, need for emotional contact with people, as well as the reduction of social anxiety and overall increase in activity including sexual arousal - wow, quite a positive WOW! - perhaps it is time to start "drawing the line"? However, what’s worrying, is that afterwards occurs inhibition of intestinal and gastric peristalsis, dilation of the pupils, and eyes bulging; later comes acceleration of heart rate and respiratory function as well as increased blood pressure, inhibition of salivation, insomnia and seizures, and even motor stereotypies appear. Ooh, the latter is shocking just with the way it sounds, let alone to experience such stereotypies - definitely negative wow! On a closer look, this cocaine acts like a good cop and a bad cop, isn't it – perhaps it's time to watch a few episodes of Lieutenant Columbo again. I know, I know, it has nothing to do with what we're talking about - just such associative meandering from under the hat..., and I swear, I didn't touch anything - cross my heart and hope to die . 

But, what if we combine the powers of C2H5OH and C17H21NO4?

And it happened! In 1863, the Corsican Mariani, after several years of trials, launched a wine fortified with cocaine.

C18H23NO4 – cocaethylene

Drunk as a skunk thanks to the power of two stimulants (sort of two-in-one), the liver produces cocaethylene in vivo, a substance whose euphoric effect lasts longer than that of cocaine, and it can remain in the body for several days, or even for several months in the hair.

I have downloaded the story of the origin and use of cocaine wine from here and I am happy to throw it at your side wherever you are. I admit, I drank a little; however, not any cocaine-infused wine, but a great zinfandel from the famous Mokelumne River Appellation near Lodi, California. 


PS 1.
As I have written the above, I searched a bit on the web and found two gems on the same topic that I would never have known if it weren't for the Gastro Obscura. 
I encourage you to read these texts - they will not overheat you thanks to being rather short; however, vey informative.

1.  Beatka                      2. Rekowski   For those two articles, please use the automatic translator.

 

PS 2
Coca and cocaine are two entities with a common denominator, but quite distant from each other in the sense of effects.
Coca leaves, an Inca sacred plant, contain 20 times more calcium per 100 grams than milk and more phosphorus than fish, facilitate oxygen uptake, aid digestion and help to overcome altitude sickness. Unfortunately, the problem with this wonderful plant is the 1% cocaine content in its leaves. For the South American Indians, they were a gift from the gods.
Dwarf wood, in another words coca or coca bush (Erythroxylum coca) grew supposedly from the body of a playful girl who was killed by her lovers, but there are also those who claim that the plant was a gift from the Mother of God to poor Indians. I don't know what you think, but I can't decide which version is true. I prefer the first, but I don't exclude the second, just in case ...


HOMO
PLASTICUS

Creator: Sablin | Credit: Getty Images/iStockphoto


Wymyśliliśmy plastic!

Tak, MY wymyśliliśmy, bowiem jak 57 lat temu powiedział syn angielskich misjonarzy, kenijski archeolog i paleoantroplog Louis Seymour Bazett Leakey, "człowiek jest zręczny", innymi słowy Homo habilis. Wcześniej i później mieliśmy w rodzinie człowiekowatych do czynienia z wieloma rodzajami Homo, takimi choćby jak H. erectus, który onegdaj zamieszkiwał w okolicach Trzebnicy, w Kończycach Wielkich na Śląsku, czy też w pewnej jaskini koło wsi Smoleń na Wyżynie Częstochowskiej. Było to jednak tak dawno temu, że nie pamietał o tym poprzednim nawet nasz genetyczny(a) brat/siostra, Homo neanderthalensis, który bawił na południu dzisiejszej Polski przez dobre kilkadziesiąt tysięcy lat. Nie marszcz czoła H. sapiens(ie)! Neandertalczycy to nasze rodzeństwo – jak komuś ta relacja doskwiera, to po wyjaśnienia zapraszam tutaj.
No, ale revenons à nos moutons!
Ostatnie lata obfitują w zagęszczanie odnóg na ludzkiej gałęzi ssaków – mamy oto znaleziska zaginionych braci, sióstr i kuzynostwa: Homo naledi, Homo denisova, Homo luzonenzis, Homo floresiensis, ot żeby wymienić najważniejszych, bo to nie koniec, a jestem pewien, że będą też następni. Jeden z tych nowych wyłonił się nawet już jakiś czas temu, ale z identyfikacją były małe problemy, tym nie mniej jest, mamy go. To ten, który 159 lat temu, na wystawie w Londynie zaprezentował "parkesinę", kilka lat później dołaczył do niego osobnik z celuloidem, no i tak jak to w Ogrodzie Rozkoszy, posypało się: sztuczny jedwab, bakelit, polistyren, PCV, polietylen, teflon, żywice epoksydowe, poliamidy, aż wreszcie mamy 9 miliardów ton plastikowych śmieci – wielkie dzięki ci Homo plastikus!

O podstawach wyodrębniania się tego nowego osobnika w rodzinie H. sapiens opowiedział w skrócie Matt Simon w artykule opublikowanym na portalu WIRED.


Plastik spada z nieba. Ale skąd się tam bierze?

W dowolnym momencie nad zachodnimi Stanami Zjednoczonymi unosi się 1100 ton mikroplastiku. Nowe modelowanie pokazuje zaskakujące źródła nikczemnego zanieczyszczenia.

Jak znajdziesz się w jakimś ustronnym miejscu na amerykańskim Zachodzie - może w Yellowstone, na pustyniach Utah lub w lasach Oregonu - weź głęboki oddech i zaczerpnij świeżego powietrza wraz z mikroplastikiem. Zgodnie z nowymi danymi, 1100 ton jego unosi się obecnie nad zachodnimi Stanami Zjednoczonymi. Materiał spada z nieba, zanieczyszczając najbardziej odległe zakątki Ameryki Północnej i świata. Jak już kiedyś powiedziałem, plastikowy deszcz to nowy kwaśny deszcz.

Ale skąd to wszystko się bierze? Można by pomyśleć, że popochodzi z pobliskich miast - zachodnich metropolii, takich jak Denver czy Salt Lake City.Jednak nowe modele opublikowane wczoraj w Proceedings of the National Academy of Sciences pokazuje, że 84 procent mikroplastiku unoszącego się w powietrzu na Zachodzie Ameryki pochodzi z dróg między dużymi miastami. Kolejne 11 procent jest nawiewiane od strony oceanu. (Naukowcy, którzy opracowali ten nowy model, szacują, że cząsteczki mikroplastiku unoszą się w powietrzu przez prawie tydzień, a to więcej czasu niż porzeba, aby przemierzyły kontynenty i oceany).

Mikroplastik - cząstki mniejsze niż 5 milimetrów - pochodzą z wielu źródeł. Plastikowe torby i butelki uwalniane do środowiska rozpadają się na coraz mniejsze kawałki. Innym ważnym źródłem jest pralka: podczas prania odzieży syntetycznej maleńkie mikrowłókna wypłukują się i trafiają do oczyszczalni ścieków. Tam część mikrowłókien zostaje odfiltrowana, przez zatrzymanie ich w „szlamie”, czyli oczyszczonych odpadkach ludzkiego pochodzenia, które są następnie wyrzucane na pola uprawne jako nawóz. Tak mikroplastik zostaje zdeponowany w glebę. Następnie oczyszczalnia ścieków wypłucze pozostałe mikrowłókna do morza w już oczyszczonej wodzie. Dzieje się tak od dziesięcioleci, a ponieważ tworzywa sztuczne rozpadają się, ale tak naprawdę nigdy nie znikają, to ich ilość ich w oceanie gwałtownie rośnie.

W rzeczywistości te nowe badania pokazują, że w danym momencie z oceanu może pochodzić więcej mikroplastiku, niż do niego dostaje się. Innymi słowy: w oceanie nagromadziło się go tak dużo, że ląd może być teraz importerem netto mikroplastiku pochodzącego z morza. „To naprawdę uwydatnia rolę tradycyjnych zanieczyszczeń” - mówi Janice Brahney, badaczka zajmująca się środowiskiem na Uniwersytecie Stanowym Utah i współautorka nowego artykułu PNAS. „Ilość tworzyw sztucznych w naszych oceanach jest po prostu przytłaczająca w porównaniu do wszystkiego, co produkujemy w danym roku w środowisku lądowym”

Te mikrodrobiny plastiku nie tylko wyrzucane są na brzeg i gromadzą się na plażach. Kiedy wiatry popychając fale rozbijają się o brzegi, wyrzucają w powietrze kropelki wody morskiej, zawierające sól, materię organiczną i mikrocząstki plastiku. „Następnie woda w wiekszości wyparowuje i zostają tylko aerozole” inaczej mówiąc, unosząca się w powietrzu mgła z cząsteczkami materii - mówi Natalie Mahowald, badaczka z Cornell University, która współprowadziła prace z J. Brahney. „Klasycznie, my, naukowcy zajmujący się atmosferą, zawsze wiedzieliśmy, że w ten sposób depozytowane są sole morskie” - kontynuuje. Ale w zeszłym roku inna grupa badaczy zademonstrowała to zjawisko również jeśli chodzi o mikroplastik, wykazując, że pojawia się on w bryzie morskiej.

Tym razem Mahowald i Brahney, używając modeli atmosferycznych, poszły dalej aby pokazać, jak daleko może podróżować morski mikroplastik po uniesieniu się w powietrze. Przyjrzały się także innym źródłom emisji mikroplastików, takim jak drogi, miasta i pola uprawne. Ustaliły na przykład, ile pyłu unosi się z pól i ile mikroplastiku może znajdować się w tym pyle.

Następnie badaczki połączyły modelowanie atmosfery z danymi ze świata rzeczywistego. Brahney użyła próbników powietrza rozrzuconych w odległych miejscach na Zachodzie Ameryki, żeby móc powiedzieć ile cząstek plastiku spadło z nieba w danym momencie. Modelowanie zastosowane przez Mahowald uwzględniało warunki atmosferyczne i klimatyczne w tym samym czasie, umożliwiając naukowcom prześledzenie, skąd prawdopodobnie przywiane zostały cząstki plastiku.

Okazało się, że pył rolniczy dostarcza tylko 5% mikroplastików atmosferycznych na Zachodzie USA. A, co zaskakujące, miasta dostarczyły tylko 0,4 procenta. „Gdyby zapytano kogoś, w jaki sposób tworzywa sztuczne dostają się do atmosfery, odpowiedziałby, że pochodzą z ośrodków miejskich” - mówi Brahney. „Ja jednak jestem zdania, że najważniejsze są drogi, które wychodzą z miast”.

Kiedy samochód toczy się po drodze, drobinki opon uwalniaja się w ramach normalnego zużycia. Ten materiał nie jest czystą gumą; zawiera dodane syntetyczne tworzywa i mnóstwo innych chemikaliów. Cząsteczki opon są zatem technicznie mikroplastikami i znajduja się wszędzie. W jednym z badań przeprowadzonych w 2019 r.wyliczono, że każdego roku do Zatoki San Francisco spłukiwanych jest 7 bilionów cząstek mikroplastików, w większości z opon.

Miasta faktycznie wytwarzają zdumiewające ilości mikroplastiku poprzez ruch uliczny i rozpadające się śmieci, ale nie wydaje się, aby przedostawał się on wysoko w atmosferę. Brahney i Mahowald myślą, że to z dwóch powodów, mianowicie budynki blokują wiatr przed zbieraniem z powierzchni miasta i przesyłaniem tych fragmentów dalej, a ponadto ludzie jeżdżą samochodami wolniej w obszarach miejskich. To wolniejsze ścieranie opon sprawia, że ich cząsteczki trafiają na jezdnie w znacznie mniejszych ilościach. Ale wyjedźcie na autostradę międzystanową gdzie jest dużo więcej otwartej przestrzeni - tam wiatry mogą łatwo porywać i przenosić odpadki. Poza tym, mówi Mahowald, „samochody poruszają się z prędkością 100 i wiecej kilometrów na godzinę. To dużo energii, a z tą energią do atmosfery łatwo mogą dostawać się maleńkie cząsteczki opon”.

Ale dlaczego zadawać sobie trud modelowania ekstremalnej złożoności atmosfery, zamiast przyjrzenia się charakterystyce mikroplastików, które wylądowały w pojemnikach pułapkach, aby dowiedzieć się, skąd się wzięły? Smutną rzeczywistością jest to, że te tworzywa sztuczne tak dokładnie nasyciły środowisko, iż w pewnym sensie ujednoliciły się. Cząsteczki z syntetycznej odzieży oraz degradujących się butelek i opakowań wydają się przemieszczać w powietrzu między lądem i morzem z taką regularnością - i dostatecznym wymieszaniem - że trudno jest wskazać źródło konkretnego polimeru.

„To nie to, że idwntyfikacja jest trudna - to własciwie jest niemożliwe” - mówi Deonie Allen, badaczka mikroplastików z University of Strathclyde, która nie była zaangażowana w te nowe badania. (Jest współautorką zeszłorocznego badania, które udokumentowało mikrodrobiny plastiku w bryzie morskiej). „Jeśli zastosujesz model, jestes w stanie dowiedzieć się, skąd może pochodzić [plastic]. Ale jeśli spojrzysz tylko na chemiczną sygnaturę rodzajów tworzyw sztucznych, które masz w swoim wiadrze lub w filtrze, nie ma sposobu, abyś mógł stwierdzić, skąd one pochodzą ”. Jeśli potrafisz zidentyfikować kawałek gumy, istnieje duża szansa, że pochodzi on z opony. „Ale reszta z nich”, dodaje Allen, „mogą pochodzić z dowolnego miejsca”.

Dlatego modelowanie atmosfery ma kluczowe znaczenie dla lepszego zrozumienia, w jaki sposób mikrodrobiny plastiku przemieszczają się między środowiskami. Naukowcy dopiero zaczynają to robić - jak dotąd ukazało się zaledwie kilkadziesiąt artykułów. Jednak naukowcy potrzebują znacznie więcej danych na temat tego, ile plastiku spada z nieba i gdzie. Na przykład te nowe badania koncentrowały się na amerykańskim Zachodzie, ale generowanie i dystrybucja cząstek może przebiegać inaczej w innych miejscach. Zachodnie stany są dość suche, więc być może samochodom łatwiej jest tam rozrzucać mikroplastik niż na mokrym Południu. Również w Europie odpady z tworzyw sztucznych są często wprowadzane do dróg jako materiał konstrukcyjny, co jest szlachetnym pomysłem, ale może oznaczać, że te drogi emitują jeszcze więcej tworzyw sztucznych, mieszając się z tymi z opon.

Jednak krok po kroku naukowcy opracowują jaśniejszy obraz tego, jak te cząstki krążą po całej planecie. Wydaje się, że głównym motorem jest transport atmosferyczny wyszczególniony w tych nowych badaniach. „Żyjemy na kuli wewnątrz bańki” - mówi Steve Allen, badacz mikroplastików z University of Strathclyde, który nie był zaangażowany w badania. (On i Deonie Allen są małżeństwem.) „Nie ma granic, nie ma krawędzi. A to wyraźnie pokazuje, że mikroplastik trafia do morza i wychodzi z morza. Pada na lądzie, a potem znowu zostaje wyrzucony w powietrze, by przenieść się w inne miejsce. Nie da się go zatrzymać, gdy już się wydostanie ”.

„Może po prostu bez końca poruszać się po powierzchni Ziemi” - zgadza się J. Brahney. „Uświadomienie sobie tego jest naprawdę przerażające”.

Post scriptum

Może jednak poradzimy sobie z pomocą grzybków?
Podobno w lasach Amazonii na plastiku żeruje pestalotiopsis microspora, konsumujac poliuretany i robi to nawet szybciej niż pospolity na całym świecie aspergillus niger (kropidlak czarny), kojarzony chetnie z klątwą Tutanchamona. Trzeci do kompletu, aspergillus tubingensis, lubi wysypiska śmieci w Pakistanie - tam przyuważono go kilka lat temu jak opychał się plastikami.
Czyż po H. plastikusie nie mogłaby nadejść epoka Homo fungusiensis?

WYKAŁACZKA

NEANDERTALCZYKA


Cyfrowy model D3 trzonowca S5000 z Jaskini Stajnia © Stefano Benazzi


Neandertalczycy używali wykałaczek i higieny
jamy ustnej już 46 000 lat temu!!!

Jak się 
kiedyś okaże, iż stosowali cynamon do higieny osobietej, to zapytam: gdzie jesteś ludu znad Wisły wieku dwudziestego pierwszego ze swoją dbałością o zęby, pachy, pachwiny, pięty i inne ukochane partie swego cielska?
a
Póki co, jak donoszą dentyści ze swoich sterylnych gabinetów z rozkładanymi fotelami, szybkoobrotowymi wiertłami, schładzanymi bezpośrednim natryskiem i z podręcznym zestawem wszelkich środków znieczulajacych, prawie wszyscy Polacy boją się dentysty, a 15 procent krajan deklaruje paniczny lęk przed stomatologiem. Ale to nie wszystko, gdyż 800 tysięcy Polaków nie ma szczoteczki do zębów, a 4 miliony nigdy zębów nie myje. Nie sądzę żeby taki stan rzeczy był dzisiaj 
wciąż jeszcze pokłosiem ascezy zalecanej przez wczesne chrzescijaństwo. Czasy nigdy niemyjącej się świętej Agnieszki, to bardzo dawne czasy, tak jak i świetego Bernarda z Clairvaux, który zwykł mawiać, że „tam, gdzie śmierdzą wszyscy, nie czuć nikogo.” Bliższa naszym czasom królowa Elżbieta I myła się raz w miesiącu, będąc jedną z najczystszych osób w Anglii. Nie chcę przesądzać sprawy, ale być może postępowała tak z obawy przed dżumą, która wedle ówczesnej wiedzy, z łatwościa wnikała w pory ciała otwarte ciepłą kąpielą. Między Bugiem a Odrą jest wszakże zdecydowanie lepiej, oczywiście obecnie. Wiemy o tym z najnowszego  badania opinii publicznej, z którego wynika, iż co czwarty Polak po 45. roku życia myje się nawet raz w tygodniu(!) - na szczęście Polki ponoć wolą częstsze kąpiele.

Żeby nie wdawać się za wiele w historię brudu (a można o tym na prawdę dłuuugo mówić), przypomnę artykuł o praktykach higieny w latrynach starożytnego Rzymu, jaki zamieściłem na tym blogu pewien czas temu, ot choćby dla porównania z dekretem Ludwika XIV z początków osiemnastego wieku(!), w którym zaleca on żeby we francuskich pałacach i zamkach uprzatano odchody z pokoi i korytarzy przynajmniej raz w tygodniu – tak z korytarzy, bo WC-tów nie było nawet w Wersalu, a przecież smród kału przeplatał się tam pysznie z zapachem moczu, krwi, potu, nasienia i rzygów.

Ludzie, toż ten nasz „polski” neandertalczyk z przedgórza sudecko-karpackiego, to na prawdę miał łatwo. Wystarczyło przecież w odległym kącie jaskini zasypać urobek piachem lub/i przywalić rumoszem skalnym, podczas gdy resztę załatwiała naturalna klima. Ponadto, biorąc pod uwagę porównanie kubatury jaskiń i pałaców w stosunku do populacji z potrzebami, a także fakt, iż w jaskini zawsze można było jeszcze jakimś stalaktytem wszystko odsunąć dalej, to nic nie pobije higienicznych praktyk naszego kuzyna N. Przecież do niedawna neandertalczyk robił za przykład wypaczenia w naturze rodzaju ludzkiego. Był synonimem brutalności, przy jakiej Wandal powinien się rumienić ze wstydu jak panienka, której na powitanie księcia wysmyknął się z emocji bącal. Tymczasem, dzisiaj już nie tylko wiemy, że ów kuzyn, a może nawet brat nasz, uprawiał sztukę i praktyki magiczno-religijne, chował swoich zmarłych i opiekował się rannymi. Teraz doszły do tego także zabiegi pielęgnacyjne jamy ustnej.


Przeczytajcie...
Na podstawie artykułu "Nowe badania ujawniają, że neandertalczycy używali wykałaczek" opublikowanego na portalu HERITAGEDAILY   ...  Tłumaczenie moje.




Międzynarodowy zespół naukowców odkrył, że neandertalczycy przed około 46 000 lat używali „wykałaczek i higieny jamy ustnej”.

Zespół pod kierownictwem dr Wioletty Nowaczewskiej z Katedry Biologii Człowieka Uniwersytetu Wrocławskiego, badając dwa zęby wydobyte z plejstoceńskich warstw Jaskini Stajnia (Wyżyna Krakowsko-Częstochowska), znalazł ślady pozostawione przez wykałaczkę.

„Wygląda na to, że właściciel zęba stosował higienę jamy ustnej, powiedziała badaczka „Prawdopodobnie między dwoma ostatnimi zębami były resztki jedzenia, które należało usunąć. Nie wiemy, z czego zrobił wykałaczkę - z kawałka gałązki, kości lub ości rybiej. Musiał to być dość sztywny, cylindryczny przedmiot, którego osobnik używał wystarczająco często, aby zostawić wyraźny ślad”.

To drugi znany przykład takich zabiegów higienicznych praktykowanych przez neandertalczyków z Jaskini Stajnia. Podobne ślady zachowały się na innym zębie znalezionym wcześniej w tej jaskini.

Naukowcy uważają również, że zęby, ząb mądrości (trzeci dolny trzonowiec) i górny przedtrzonowiec należały do osoby powyżej 30 roku życia, a drugi do nieco młodszego dwudziestokilkuletniego mężczyzny.

Jednak nie znaleziono patologicznych zmian wskazujących na zaburzenia wzrostu szkliwa, hipoplazję lub próchnicę. Badacze zauważają, że ząb mądrości wykazuje oznaki silnego zużycia, które może być związane ze spożywaniem twardych pokarmów.

Aby określić, czy ząb należał do naszego bezpośredniego przodka (Homo sapiens), czy do archaicznego krewnego (Homo neanderthalensis), naukowcy przebadali strukturę korony zęba, grubość szkliwa, kontur powierzchni zębiny i mikrourazy powierzchni korony.

Porównali dane z innymi danymi dotyczącymi zębów neandertalczyków, a także starożytnych oraz współczesnych przedstawicieli naszego gatunku.

Dr Nowaczewska mówi: „Zespół cech, takich jak występowanie określonej kombinacji parametrów charakterystycznych dla neandertalczyków wskazuje, że należały do nich też kolejne zęby z Jaskini Stajnia. W przypadku dolnego trzonowca widać skomplikowaną budowę z dużą liczbą guzków. W przedniej części korony znajdowało się również charakterystyczne zagłębienie i sposób sformowania emalii.

„Dobry stan przedtrzonowca pozwolił nam na wykonanie dwu- i trójwymiarowej analizy grubości szkliwa, cyfrowej rekonstrukcji, wirtualnego ‘wyciągania’ czapeczki szkliwa oraz oceny grubości szkliwa, które u neandertalczyków jest cieńsze niż u H. sapiens. Wszystkie te cechy razem wzięte wskazują na neandertalczyków”.

Zęby odkryto oryginalnie w 2010 roku wraz z licznymi szczątkami fauny podczas prac wykopaliskowych prowadzonych pod kierunkiem dr. Mikołaja Urbanowskiego.

Ale dopiero niedawno zostały one przeanalizowane przy użyciu mitochondrialnego DNA. Dr Mateja Hajdinjak z Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maxa Plancka przeprowadził testy wraz z dodatkowymi analizami, aby potwierdzić, że zęby należały do neandertalczyków.

Szczątki kości neandertalczyka są rzadkimi znaleziskami w Europie Środkowej i Wschodniej (natomiast jest nieco więcej stanowisk związanych z narzędziami neandertalczyków). W dzisiejszej Polsce takie znaleziska koncentrują się na południu. Północna Polska długo pozostawała w zasięgu lodowca, gdzie warunki do przetrwania były trudne.

Oficjalnie potwierdzone odkrycia są nieliczne i z niewielką ilościa materiału: cztery zęby. Trzy z nich odkryto w Jaskini Stajnia, a jeden w Jaskini Ciemnej (także na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej).

Dr Nowaczewska uważa, że to nie koniec odkryć na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej. Mówi: „Kiedy patrzę na te tereny jako paleoantropolog, mam wrażenie, że czas tam stoi w miejscu… Jeśli nadal pozostały do znalezienia jakieś kości neandertalczyka, poszukiwania powinny skupić się na Wyżynie i innych miejscach południowej Polski. Ze względu na ówczesne warunki klimatyczne był to obszar o najlepszych warunkach bytowych [na terenie naszego kraju]”.

Badania przeprowadzili naukowcy z Uniwersytetu Wrocławskiego i Uniwersytetu Śląskiego, Instytutu Systematyki i Ewolucji Zwierząt PAN, Państwowego Instytutu Geologicznego, Uniwersytetu Bolońskiego (Włochy), Muzeum Historii Naturalnej w Londynie (Wielka Brytania), Max Planck Institute for Evolutionary Anthropology (Niemcy). Wyniki zostały przedstawione w Journal of Human Evolution.

Wirtualne modele zębów przygotował dr Marcin Binkowski z Uniwersytetu Śląskiego przy wsparciu technicznym Michała Walczaka i Martyny Czaji oraz prof. Stefano Benazzi i Antonino Vazzana z Uniwersytetu Bolońskiego.

PAP - Nauka w Polsce, Anna Ślązak

________________
P.S. -- kilka słów wiecej o znalezieniu szczątków najstarszego neandertalczyka w Europie Środkowej polecam do przeczytania w Przeglądzie Uniwersyteckim On-Line Uniwersytetu Wrocławskiego  

EBU  GOGO
Model Homo floresiensis w D. H. Koch Hall of Human Origins w Smithsonian National Museum of Natural History.
Zdjęcie: Ryan Somma / Flickr


W rolach głównych: Ebu Gogo i Homo floresiensis
Czas akcji: późny Homo erectus do +/- dzisiaj
Miejsce akcji: górzyste partie wyspy Flores
Gatunek: legenda vs nauka

Rzekł Bóg:
„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi.” Wyglądało na to, że spisaliśmy się nie najgorzej i wypełniając bożą dyrektywę, wygasiliśmy plejstocen żeby rozkwitnąć i popanoszyć się w epoce antropocenu. Nie tylko rozmnożyliśmy się, ale i sami zaczęliśmy latać, pływać pod woda i pełzać z warkotem po ziemi.
 
Ale oto między późnym Trumpem i wczesnym Bidenem nastąpiła faza covidova i udupione zostały latajła, podwodne i nawodne ekskursje oraz ograniczona do minimum radość pełzania z warkotem.
 
Pycha z poddania sobie ziemi przygasła.
Czyżby zatem Pan Bóg zapomniał o jakimś elemencie istnienia w swoim zaleceniu? Może nie zapomniał, ale po prostu zignorował wirusa, który nie będąc organizmem, omsknął się Stwórcy w wyliczance.
 
No cóż, tak bywa.

Wirus, przepraszam, koronawirus – niewidzialny, wszechobecny, żarłoczny, lubujący ujeżdżać jaskiniowy zwierzostan zaczął rządzić światem. Pomnożywszy się błyskawicznie, zawładnął Ziemią i uczynił ją sobie poddaną, a my staliśmy się jego pożywką..., i to właśnie wtedy gdy planowałem polecieć na Flores na spotkanie z Ebu Gogo. Oczywiście, zakładając, że znalazłbym jędzulę.
 
Małe to-to, włochate, żarłoczne i od dawna nie widziane. 
Ebu – czyli prababka oraz Gogo – a więc ta, która je wszystko.
 
Przed 400 laty, pierwsi kupcy portugalscy raportowali widywanie Ebu Gogo wielokrotne, w tym także grupowe wcielenia tej istoty. Sto lat później zanotowano w kronikach następujące wydarzenie: lokalni wieśniacy, wkurzeni porwaniami dzieci, zebrali sporą ilość palmowych włókien i zanieśli je w podarunku dla Ebu Goo, żeby ci mogli sobie utkać przyodziewki. Podziękowawszy, Ebu Gogo zabrali prezenty do jednej ze swoich jaskiń, a kiedy byli już w środku, podstępni wieśniacy wrzucili za nimi żagwie, od których zajęły się ogniem palmowe włókna, a wraz z nimi zgorzała cała grupa Ebu Gogo.

No może nie cała, bowiem jednej parze podobno udało się wydostać z jaskini i umknąć wyżej, w góry. Byłoby to zgodne z prawdą o tyle, że ponoć widzenia Ebu Gogo zdarzały się przez następne dwieście lat, ale później ustały i przez długi czas było o nich cicho. Aż w 1977 roku jakby odżyły i dały znowu znać o sobie. A potem, na poczatku dwudziestego pierwszego wieku stało się coś, co zdumiało na dłużej nawet najtęższe paleoantropologiczne mózgi.

O tym wszakże, czy Ebu Gogo rzeczywiście stanowi element historii wyspy Flores, a przy okazji jest naszym kuzynem na drzewie życia, wspaniale opowiedziała Paige Madison, doktorantka w Instytucie Pochodzenia Człowieka Uniwersytetu Stanowego w Arizonie. Jej artykuł ukazał się w cyfrowym magazynie pomysłów, filozofii i kultury, Aeon. Tłumaczenie moje.







ROZWAŻANIA O HOMO FLORESIENSIS
I  LEGENDZIE  EBU GOGO
Paige Madison

Legenda z indonezyjskiej wyspy Flores mówi o tajemniczej, dzikiej babce z lasu, która zjada wszystko: czyli „Ebu Gogo”. Według ludowych podań, tacy drobni, włochaci ludzie jak ona żyli kiedyś obok współczesnych ludzi w tamtejszych tropikalnych lasach, jedząc ich plony, a czasem nawet ludzkie mięso. Przez dziesięciolecia etnografowie dokumentowali opowieść, zapisując szczegóły mowy Ebu Gogo, mamroczacej bełkotliwie w swoje obwisłe piersi, a wszystko to przy założeniu, że jest to po prostu mit. Jednakże, kiedy głęboko w jednej z jaskiń na tej samej wyspie odkryto kości równie małego, wcześniej nieznanego krewniaka człowieka, legenda stała się nagle postrzegana w zupełnie nowym świetle.

Ogłoszenie w 2004 o znalezieniu nowej gałęzi na drzewie ewolucyjnym człowieka było, delikatnie mówiąc, zaskakujące. Mierzący nieco ponad metr hominin nazwany Homo floresiensis miał mały mózg, oczywistą zdolność do pełnych trudu przepraw przez wody i bez wątpliwości doskonałe umiejętności produkowania kamiennych narzędzi. Większość anatomii tego naszego krewniaka wyglądała na prymitywną, ale zebrane dowody, dotyczące ich zachowań, wskazywały na zaawansowaną, ludzką istotę. Ten hominin był z pozoru tak dalece mityczny, że zespół badawczy sięgnął po jego przydomek do źródeł fikcyjnego świata JRR Tolkiena i nazwano go hobbitem.

Prawdopodobnie najdziwniejszym aspektem historii maleńkich homininów była sugestia, że przetrwali oni do czasów nieodległej przeszłości, żyjąc w lasach tropikalnych i na stokach starych wulkanów jeszcze 12 000 lat temu. Datowanie takie było zaskakujące nie tylko z powodu naukowego przekonania, że Homo sapiens był w tym czasie jedynym przedstawicielem gatunku Homo na planecie, ale także dlatego, że żyliby oni tam jeszcze długo po przybyciu współczesnych ludzi na ten obszar - w rzeczywistości przez dziesiątki tysięcy lat. Czy zatem przez cały ten czas hobbici po prostu żyli obok nas?

Skojarzenia między Ebu Gogo i H. floresiensis pojawiły się natychmiast po wybuchu medialnego szaleństwa hobbitowego. Od nagłówków wiadomości po spotkania naukowe, ludzie zastanawiali się: czy te dwa stworzenia mogą być jednym i tym samym? Czyżby miejscowi [H. sapiens] tylko wyobrażali sobie mitycznych, dzikich ludzi z lasu - czy może po prostu o nich informowali? Być może pozornie fikcyjna legenda od początku miała podstawy empiryczne. Media podchwyciły ten tok myślenia w pełni, ale i niektórzy naukowcy rozważali to także jako możliwe - podsycając nadzieję, że legenda mogłaby wskazywać, iż żywego, oddychającego H. floresiensis udałoby się znaleźć w jakiejś odległej części wyspy.

Proponowany związek między szczątkami kostnymi a mitem wywołał interesujące pytanie, zadawane przez antropologów w innych częściach świata: mianowicie, jak daleko w przeszłość tradycje ustne mogą precyzyjnie opisywać jakieś wydarzenia? Niektórzy badacze studiujący pamięć tubylczą sugerują, że tradycje ustne zawierają niezwykle wiarygodne zapisy prawdziwych wydarzeń, które miały miejsce tysiące lat temu. Gdzie są więc granice między legendą, pamięcią, mitem i nauką? Czyżby mieszkańcy wyspy Flores zachowali do dzisiaj ustny przekaz o Homo floresiensis?

Etnograf, który pierwotnie udokumentował opowieść o Ebu Gogo, Gregory Forth z Uniwersytetu Prowincji Alberta w Kanadzie, argumentuje, że antropolodzy są zbyt skłonni do odrzucania przekazów ludowych jako wytworów wyobraźni, podczas gdy inni wskazują na liczne podobieństwa istniejące między opisami Ebu Gogo i H. floresiensis. Na przykład obie postacie były opisywano jako mające długie ramiona i niewielki wzrost. Wielu badaczy było zaintrygowanych ekstremalnymi szczegółami legendy; z pewnością żywy opis „obwisłych piersi”, które Ebu Gogo rzekomo zarzucała na ramiona, musiał być zniewalająco przekonujący. Forth nawet ubolewał, że „rozmiary kobiecych piersi są niestety jedną z wielu rzeczy, których nie można ocenić na podstawie dowodów paleontologicznych”.

Od początku istniały jednak słabsze ogniwa w proponowanym związku między prehistorycznymi kośćmi a mityczną legendą. Po pierwsze, te dwa byty związane są z zupełnie innymi regionami wyspy Flores. Mityczna postać Ebu Gogo należy do ludu Nage, który mieszka za zdradliwymi górami i w gęstej dżungli, ponad 100 kilometrów od miejsca odkrycia H. floresiensis w Liang Bua. Ponadto, rejon jaskini hobbitów jest środowiskiem odmiennej kulturowo i językowo grupy ludzi, znanych jako Manggarai. Chociaż jest wysoce prwdopodobne, że H. floresiensis mógł eksplorować także i te tereny, to całkiem zastanawiajacy wydaje sie być fakt, iż Ebu Gogo nie jest wymysłem ludu Manggarai. Szybkie spojrzenie na archipelag ujawnia również, że historie o małych leśnych stworzeniach nie są unikalne tylko dla wyspy Flores, co wcale nie musi być zaskakujące, biorąc pod uwagę, że obszar ten jest pełen jest żyjących tam człekopodobnych naczelnych. Na przykład powszechnie znane orang-pendek (w miejscowym języku: niscy ludzie) z pobliskiej Sumatry są uważane za opisy orangutanów. Co prawda, Flores nie ma orangutanów, ale jest tam mnóstwo makaków.

Te niedostatki nie zapobiegają jednak powracaniu opowieści i dyskusji o Ebu Gogo. Ekspedycje badawcze starały się znaleźć żyjących wciąż dzikich ludzi, mając nadzieję spojrzeć w ich zwierzęce oczy. Miejscowi mieszkańcy zaczęli również zgłaszać, że niektórych z nich zabili. Pseudo-dokumentalny film „zainspirowany prawdziwym odkryciem naukowym” - Kanibal w dżungli (2015) - opowiada o ludożerczym morderstwie w lesie, za które obwiniono zagranicznego badacza, który został uniewiniony dopiero po odkryciu H. floresiensis i uznaniu, że zbrodnia została popełniona przez Ebu Gogo. Bawiąc się faktami i fikcją, film łączy autentyczny materiał z wykopalisk hobbitów z ekscentrycznymi aktorami i fałszywymi nagłówkami gazet. Film zawiera nawet wywiady z prawdziwymi naukowcami i ekspertami, których komentarze na temat „wyjątkowego” odkrycia skamieniałości zostały wplecione w fikcyjną narrację.

Mit trwał nadal, nawet gdy prawdziwi naukowcy kpili sobie z niego. Ale ostatecznie oczka w tkance legendy kojarzącej Ebu Gogo z H. floresiensis stały się zbyt duże, aby można je było zignorować. Każda wyprawa badawcza, po doniesieniach o zaobserwaniu tej tajemniczej istoty, ujawniała pustą jaskinię lub makaka. Nowe dowody naukowe również sprawiły, że powiązanie to stawało się coraz bardziej nieprawdopodobne, zwłaszcza po korekcie datowania, które przesunęło zniknięcie hobbitów na czasy prawie 50 000 lat temu. Dla ekspertów Ebu Gogo była tak samo realna jak legendarna Wróżka Zębuszka.

Więc co mamy zrobić z mitem o Ebu Gogo? Dlaczego tak urzekła nas idea pradawnych dzikich ludzi z lasu?

Pewna wina leży w samych kościach. W ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci, przy gwałtownych postępach w paleoantropologii, odkrycia takie jak H. floresiensis obaliły podstawowe założenia dotyczące naszej przeszłości. Jednym z przykładów jest zmieniająca się świadomość, że zagadnienie różnorodności homininów w czasach istnienia Homo sapiens na tej planecie przedstawia obraz znacznie bardziej zatłoczony i zagmatwany, niż wcześniej sądzono – obraz, który w dużej mierze został „przemalowany” przez H. floresiensis, a następnie jeszcze udoskonalony przez dodatkowe odkrycia.

Być może więc znaczenie splecionych ze sobą historii H. floresiensis i Ebu Gogo polega na uświadomieniu sobie, że odkrycia naukowe - zwłaszcza te nieoczekiwane - mają moc zmiany sposobu myślenia. Stawiając naukowców wobec czegoś tak nieprzewidywalnego, te małe szczątki kostne otworzyły drzwi do wielkich spekulacji.

Odkrycie H. floresiensis ujawniło nam, że przeszłość była bardziej dziwaczna, niż sobie wyobrażaliśmy, pełna ewolucyjnych zygzaków, nieoczekiwanych migracji i życia w zaskakujących miejscach. I chociaż legenda o Ebu Gogo nie znalazła odniesienia do rzeczywistości paleoantropologicznej, to takie nieudane powiązania nie muszą być czymś niewłaściwym. Badacze, od geologii po paleontologię, zwracają się ku folklorowi, a wydarzenia, od erupcji wulkanów po odkrycia skamieniałości, pokazały że nauka może zyskać na obcowaniu z legendami. Nawet baśniowa postać z ciałem lwa i orlim dziobem, przedstawiana greckim podróżnikom jako gryf, była prawdopodobnie pochodną natkniecia się na kośći dinozaurów. Współzależność między nauką a mitem staje się coraz bardziej złożona i bardziej interesująca. W końcu, skoro hobbici mieszkali swego czasu na odległej indonezyjskiej wyspie, to należy zapytć, co jeszcze innego było kiedyś możliwe?

 12 / 8 / 2026 POLSZCZYZNA Język polski jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Najdobitniejszym dowodem na to wydaje mi si...