7 / 20 / 2020
C2H5OH
Piwnice Opactwa Klosterneuburg koło Wiednia - 900 lat tradycji winiarskich


Piję!

Owszem, piję alkohol, i wcale nie wychodzę z tym z szafy żeby się ujawnić. Powiem wiecej, mebel ten odegrał istotną rolę we wczesnym stadium moich eksperymentów z trunkiem – tak, w wieku lat czterech piłem wino w szafie. Mimo to, twierdzę i podkreślam, iż publiczne ujawnienie faktu mojego picia, nie ma nic z poczucia konieczności oczyszczenia w sensie arystetolejskim, natomiast posiada głęboko ugruntowane podłoże w filogenezie człowieka – innymi słowy, jest pochodną grubych milionów lat doświadczeń z dobrodziejstwami depresantów narkotycznych w postaci etanolu. 


No bo jak inaczej na to spojrzeć, skoro nawet palczak madagaskarski, gatunek małpiatki, popularnie zwanej aj-aj, z którym nasza linia rozwojowa wzięła rozbrat jakieś 70 milionów lat temu, ma wysoką skłonność do nektaru eugejsony, takiej palmy, której soki w wyniku naturalnej fermentacji osiagają niemal 4% koncentracji alkoholu. Aj-aj pije, bowiem posiada tę samą mutację enzymu ADH4, jaka sprawiła, że znalazłem się w szafie z butelką owocowego wina tatulowej produkcji. 

Zauważyć muszę wszakże, iż w naszej linii rozwojowej ten sam poziom możliwości przyswajania wyżej-procentowych trunków osiagnęliśmy o dziwo niepomiernie później. Kiedy aj-aj przez całe 60 milionów lat golił etanol wysokoprocentowo, nasi protoplaści jechali na niskich procentach i do tego na truciźnie, jaką były alkohole takie jak geraniol, cynamonowy, koniferylowy czy anisowy. Bez wątpienia nie raz przedawkowali, ale ostatecznie enzym ADH4 zlitował się i przed 10 milionami lat zmutował, zyskując sympatyczną właściwość błyskawicznego metabolizowania etanolu i przemieniania go z łatwością, najpierw w aldehyd octowy, a na końcu procesu w dwutlenek wegla i wodę. 

Mutant stoi zatem za faktem, iż fraza „pół litra na dwóch” stała się definicją pojęcia ‘nic’, bowiem przyspieszenie jakiego wówczas doznał okazało się czterdziestokrotne. Właściwie, słowo ‘przyspieszenie’ zupełnie nie oddaje tego co na prawdę się stało, gdyż rozkładanie się etanolu 40 razy szybciej, pozwoliło naszym pra-razy(e)n-przodkom i ich kuzynom golnąć sobie wreszcie solidnie palmowego wina, w którym alkohol osiąga poziom nawet 7% objetości. Jak to się stało, że aj-aj ma podobne do nas upodobania do łykania (golenia, jeśli ktoś woli) oraz możliwości absorbcji alkoholu nie wiadomo i pewnie nie ma to nawet znaczenia. Najwżniejsze, że hominidy załapały się na tę przyspieszoną mutację dehydrogenazy alkoholowej i dalej już poleciało jak z płatka. Można było golić więcej, dużo mocniejszego trunku, i tak nam już zostało. Dowodzi tego fakt, że dzisiejsze aj-aje, z zaproponowanego im zestawu napitków z zawartością alkoholu od 0 do 5 procent, wybierają tylko te pojniki, które oferują napój 3- i wiecej procentowy – słabizną gardzą zupełnie, ja zresztą też. 

Tradycja opychania się owocami, nektarem, sokiem mlecznym roślin i nasionami, które jako zasobne w cukry łatwo fermentują, ginie w pomrokach parahistorii wraz z doświadczeniami nierzadkich przypadków ostrego zatrucia alkoholowego. Że tak bywało, wiemy z dzisiejszych, dobrze udokumentowanych przypadków ubzdryngolenia się przez naszych „braci mniejszych” zarówno niechcący jak i na nasze osobiste życzenie. A sami, o homo sapiens mówię, mamy źródłowo poświadczone 13 000 lat produkcji piwa i kapkę mniej lat znajomości z innymi napojami, otrzymywanymi w rezultacie kontrolowanej fermentacji, w tym wina.
To ostatnie stało się moją pasją.

Z wdzięczności wszystkim ubzdryngolonym przodkom i ku przyjemności moich czytelników przedkładam artykuł Anny Ślązak, opublikowany oryginalnie w dniu 9 lipca, 2020 roku na portalu Nauka w Polsce.



CZEMU PIJE PTAK?(naukowe spojrzenie na ptaki i alkohol)
Alkohol spożywają ptaki z aż 55 gatunków. Szpaki jedzą sfermentowane owoce, kury biją się o resztki z domowej produkcji "win". U papug i krukowatych upodobanie do alkoholu spotyka się z wyjątkową inteligencją – mówią naukowcy badający te relacje.

Etanol to naturalny produkt uboczny procesu fermentacji, np. słodkich owoców. Lubią go nie tylko ludzie. Sfermentowanych owoców obojętnie nie miną dziki, niedźwiedzie, małpy czy słonie (ich pijaństwo w Indiach stanowi czasem problem, bo po "spożyciu" te wielkie, silne ssaki potrafią nawet tratować wioski). Reakcja zwierząt na alkohol może się ludziom wydać znajoma: bezskutecznie walczą z grawitacją, wydają dziwne dźwięki albo rozrabiają (terapeuta uzależnień powiedziałby może nawet: podejmują ryzykowne zachowania). A potem odsypiają.

Mniej oczywiste mogą się wydać pijackie skłonności ptaków. I one jednak nie grzeszą wstrzemięźliwością, a spożycie przez nie alkoholu nie jest zjawiskiem rzadkim. Ptaki pozyskują go z poddanych naturalnej fermentacji przejrzałych owoców albo soków drzew, np. brzozy. "Bardzo dobrze znamy to zjawisko np. u jemiołuszek albo szpaków, które zajadają się czereśniami albo winogronami. W pewnym momencie część tych owoców jest przejrzała i zaczyna fermentować. I one właśnie stają się w jakiś sposób dla ptaków atrakcyjne" - mówi prof. Piotr Tryjanowski, dyrektor Instytutu Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Kwestią ptaków pijących alkohol zoolog z Poznania zajął się wraz z grupą naukowców z uniwersytetów przyrodniczych w Lublinie i czeskiej Pradze, a także Uniwersytetu Zielonogórskiego i brytyjskiego University of Cambridge. Chcieli sprawdzić, jaki alkohol jest najczęściej spożywany przez ptaki dzikie i udomowione - i jakie gatunki mają do niego pociąg.

"Chcieliśmy też zobaczyć, co dzieje się z ptakami, który wypiły alkohol bądź przyjęły go w innej formie" - mówi współautor badań, student weterynarii UP w Poznaniu Mateusz Hetman.

Informacje na temat konsumpcji alkoholu przez ptaki można znaleźć w naukowej literaturze, ale bogatszym źródłem okazały się zasoby internetu, dzięki którym rozszerzono listę gatunków ptaków, próbujących alkoholu.

Autorzy badania zaznaczają, że ptakom nie jest trudno dotrzeć do alkoholu pozostawionego przez ludzi. Przypadki ptaków dojadających czy dopijających resztki po ludziach (np. resztki ze szklanek, pozostawionych na stolikach) są filmowane i udostępniane w internecie. Takie doniesienia mają często zabarwienie sensacyjne, a gatunki są zwykle źle opisane. Jednak nagrania te budzą zaciekawienie.

Naukowcy analizowali takie właśnie materiały wideo, opublikowane w internecie, głównie na portalu YouTube (w języku angielskim, hiszpańskim, portugalskim i rosyjskim). Wyselekcjonowali 179 nagrań przedstawiających ptaki pijące alkohol. Analizując je, naukowcy zwracali uwagę na rodzaj alkoholu, liczbę i gatunek ptaków, ich interakcję z ludźmi, otoczenie czy reakcję na nagranie innych internautów.

Jak ustalili, alkoholem nie gardzą ptaki należące co najmniej do 55 gatunków. W publikacjach naukowych i na nagraniach wideo powtarzały się zwłaszcza trzy gatunki: jemiołuszka cedrowa, jemiołuszka zwyczajna i szpak.

Wszystkie trzy gatunki badano już wcześniej pod kątem wpływu alkoholu - zaznaczają autorzy badania. Eksperymenty na zeberkach wykazały np., że etanol może się rozkładać w ich krwi i wpływać na ich śpiew (ptaki zaczynają "bełkotać"). U innych ptaków zmieniały się zachowania godowe.

Większą szansę na to, by dopaść alkohol w różnej formie, np. piwo, wino czy destylaty, mają ptaki dzikie, żyjące w pobliżu osiedli ludzkich. Najłatwiej jest jednak ptakom hodowanym. "Bardzo duża część dostępnych informacji dotyczy ptaków przetrzymywanych w domach, choćby drobiu, któremu wyrzuca się wysłodki browarniane, albo resztki po winogronie, albo porzeczki po pędzeniu wina" - zauważa prof. Tryjanowski.

Stosunkowo często do alkoholu dobierają się papugi, np. papużka falista, czy przedstawiciele krukowatych, jak wrona siwa. Obie grupy często pojawiały się na nagraniach z YouTube. Obie są też bardzo inteligentne. Mają też ciekawe relacje z człowiekiem, np. są przez niego dokarmiane albo kradną mu jedzenie, zyskując dostęp do nowych, niespotykanych w warunkach naturalnych form pokarmu - zauważają autorzy badania.

Prof. Tryjanowski zastrzega jednak: nie wiadomo, czy inteligencja ma tu faktyczny związek z upodobaniem do alkoholu. "Papugi są po prostu najczęściej hodowane, a krukowate często przebywają wśród ludzi i mają najniższy dystans ucieczki. Znacznie może mieć nawet to, że sami chętniej przyglądamy się zwierzętom bardziej inteligentnym" - mówi.

Jaki sens ma upodobanie ptaków do alkoholu? Sfermentowanych owoców mogą one poszukiwać ze względu na etanol, który dostarcza organizmowi niemal dwa razy więcej energii, niż glukoza - tłumaczą autorzy badania.

"Glukoza jest szybkim zasobem energetycznym, który podawany razem z alkoholem powoduje, że ptaki stają się jednocześnie `frywolne` - mówi prof. Tryjanowski. - Nie od dziś wiadomo, że pokrzewki czarnołbiste - gatunek sztandarowy, jeśli chodzi o badania ptasich migracji - tuż przed rozpoczęciem wędrówki rzucają się na fermentujące owoce. Zjadają je i szybko lecą. Tu może chodzić nie tylko o energię, ale też jakiś rodzaj `odwagi`".

Autorzy badania sugerują, że cena za energię z tego źródła może być wysoka. Ptaki narażone są bowiem na większe ryzyko wypadków (np. zderzeń z budynkami), a ich reakcja na obecność drapieżników jest spowolniona. Według zoologa z IZUP oznacza to konkretne zagadnienia praktyczne: "na przykład, czy przy domach o dużych szybach należy sadzić drzewa owocowe, do których będą leciały ptaki, zjadały owoce i odlatując - mogą w te szyby uderzać? To przecież jedno z największych źródeł śmiertelności".

"Można się śmiać, że to dziwne badania. Ale często właśnie takie prace mają ciekawe implikacje; w tym wypadku - przede wszystkim z punktu widzenia analizy ryzyka: czy warto podejmować ryzyko picia alkoholu - i jakie są tego plusy i minusy - mówi profesor. - Nie wiemy, jak naprawdę jest z tym alkoholem. A może związane z jego spożywaniem podejmowanie ryzyka może mieć sens adaptacyjny, zwłaszcza w nowych warunkach? Wyobraźmy sobie, że w okolicy pojawia się jakiś nowy owoc. Ten, kto go pierwszy spróbuje, może się otruć i źle skończyć. Ale jak odkryje rzeczywiście nowe źródło cukrów, to jest ewolucyjnym zwycięzcą".

Filmy ptaków pijących za sprawą człowieka można zobaczyć np. TU I TU I TU.





6 / 26 / 2020
LENIN
Lenin na Fremont Place North w Seattle (fot.)


For English version, please scroll down 

Rzadko ostatnio oglądam telewizję, ale kilka dni temu jakiś kaprys wcisnął mi do ręki pilota i nagle przede mną rozpostarł się pejzaż centrum miasta Seattle w stanie Waszyngton. Kamera właśnie zawęziła pole widzenia do postaci reportera stojącego na tle jakiegoś pomnika. Na łączach mojej szarej masy doszło wówczas do starcia między poczuciem niedowierzania i procesowanym obrazem. Milczałem. Zmysł wzroku informował o dostrzeżeniu postaci Lenina, podczas gdy zasoby wiedzy ogólnej negowały kompletnie to co gały widziały. „To przecież pomnik Lenina” powiedziała siedząca obok mnie Bożena, zadając dotkliwy cios mojemu przekonaniu iż towarzysza Ulianowa nigdy w tym mieście nie było, ani żywego ani pomnikowego. A jednak był! Był wielki, z brązu, w postawie emanujacej nieskończoną miłość do pracującego ludu miast i wsi, z twarzą wyrażającą bezdenną wiarę w świetlaną przyszłość towarzyszy w uszankach, kufajkach i walonkach. Zresztą sami zobaczcie! Piękny, prawda?



Zanim opowiem o Leninie w Seattle, skąd i dlaczego tam się wziął, kilka słów refleksji nad aktualnymi wydarzeniami, a dzieje się mnóstwo, i to niekoniecznie po tej najlepszej stronie naszego istnienia. Ogrom paskudztwa jakie szerzy się w świecie od początku tego roku, sprawia że dotknę wybiórczo tylko kilku zdarzeń wplatających się mniej lub bardziej w tematykę pomnikową.

Mamy w USA, tak w całym wielkim kraju, pomnikofobię. Stan lęków przed pomnikami oraz nazewnictwem miast, organizacji, klubów sportowych, et cetera. Bulgotało tutaj to już od dawna, ale w zasadzie było to ot takie sobie pyrkanie na malutkim gazie, bez emanacji na szerszą skalę. W czerwcu zadrgało, a następnie zaczęła się erupcja lawy nienawiści wszystkimi możliwymi kanałami. Co istotne, siły niszczycielskie wystąpiły z brzegów słusznego poniekąd oburzenia społecznego, ale tylko po to aby przybrać barwy walki politycznej. Dzisiaj, pod koniec tego miesiąca wrzawy i wrzenia, nie ma już wątpliwości, że powolna indoktrynacja młodego pokolenia dokonała zapalenia lontu, którego płomień ma zdetonować fundament naszego istnienia, to znaczy świadomość narodową.

Póki co, detonacja ta obejmuje obszary klasycznie zawładnięte przez skrajnie socjalizujące pędy chwastów społecznych, do jakich przed ponad stu laty z solidnym okładem zaliczali się nawet bracia Piłsudscy. Rzecz w tym, że oni „zapłacili” za to aresztowaniami i wycieczkami po rozum, ale czy obecni „pseudo-rewolucjoniści” doczekają choćby obrączek na przegubach dłoni, solidnie wątpię. Jak sądzę, w swej próbie budowania republiki ludowej, liczą oni na pomoc Seattle-ańskiego Lenina – ozdoby miasta, które od lat warczy na Amerykę.

A z Leninem było tak:

W 1988 roku, w mieście Poprad, u podnóży Tatr, na Słowackim (wówczas Czechosłowackim) Spiszu, stanął pięciometrowy Lenin z brązu, zamówiony siedem lat wcześniej przez Komunistyczną Partię Czechosłowacji. Rok później nastąpiła Aksamitna Rewolucja, która obalając „ludowa demokrację”,  wprowadziła ten kraj na drogę budowy demokracji parlamentarnej. Ta natychmiast zbanowała Lenina na lokalne złomowisko. Tak więc, dzieło powstałe z inspiracji KP Czechosłowacji i artystycznego trudu bułgarskiego rzeźbiarza Emila Venkova, miało wkrótce zostać pocięte na kawałki w ramach odzyskiwania cennego metalu, I oto wtedy, pewnego zimowego dnia w 1993 roku, na złomowisku zawitał dżentelmen o nazwisku Lewis E. Carpenter, nauczyciel języka angielskiego w lokalnej szkole. 

Onże, wiedząc może czego szuka, zoczył Lenina wykonanego z grubej blachy mosiężnej, leżącego na grzbiecie niczym jego cielesny pierwowzór, z tym że wewnatrz Lenina mieszkał pewien bezdomny człek zupełnie niezależnej już Republiki Słowackiej, która właśnie wyodrębniła się z Československa. Nie wiem ile piw popłyneło, ale bezdomny się wyprowadził. Zresztą i tak musiałby to zrobić gdyby towarzysza Ulianowa zaczęto na poważnie rżnąć. Pan Carpenter, oryginalnie z miasta Issaquah w stanie Waszyngton, nieco na wschód od Seattle, dogadał się następnie także zarówno z rzeźbiarzem jak i z Radą Miasta Poprad, i 16 marca 1993 roku, za sumę 13 000 dolarów (na dzisiaj, jakieś 20 000 USD) kupił leninowskiej statule nowy żywot.

Nauczyciel kombinował dosyć szybko i po zastawieniu w banku swojego amerykańskiego domu, zyskał środki na transport brązowego truchła do Rotterdamu, a nastepnie do Issaquah, dokąd dzieło sztuki dotarło już pięć miesięcy później, za niebagatelną cenę 75 000 USD, wedle dzisiejszej taryfy. Miłośnik Lenina zamierzał postawić go przed lokalną słowacką restauracją, ale zanim do tego doszło, zginął pół roku później w wypadku samochodowym. Zrozpaczona rodzina postanowiła odsprzedać masywną statuę do odlewni metali w Seattle, co i uczynili jak sądzę z ulgą, odzyskując kasę wydaną na dziwny kaprys seniora rodu. 

Właściciel odlewni zamiast upłynnić Lenina i wykorzystać metal na inne wyroby z brązu, dogadał się z władzami dzielnicy Fremont i 3-go czerwca 1995 roku rzeźba „ożyła” na prywatnym terenie przy skrzyżowaniu dwóch lokalnych ulic. Rok później Lenin powędrował kilka przecznic dalej i od tego czasu patronuje lokalnym biznesom czekając na kupca. Tak, tak, Lenin jest na sprzedaż za 250 000 dolarów. Póki co towariszcz bywa często przedmiotem licznych zabiegów skrwawiania rąk posągu dla upamiętniania kilku milionów ofiar jego rządów, czasami zaś na daszku „leninówki” pojawia się solidnych rozmiarów czerwona gwiazda. 

 Od kilku tygodni zaś Lenin przygląda się radośnie komunizującym masom, które w centrum miasta zaprowadzają „porządki” w stylu sprzed 103 lat. Kontrowersję dotyczącą sprowadzenia i ustawienia w amerykańskim mieście wizerunku miłośnika sierpa i młota skwitował mocnym słowem lokalny artysta Frederick Edelblut, tuż po wtórnym odsłonięciu dzieła Venkova, mówiąc „To nie jest dzieło sztuki. To hańba, symbol poniżenia milionów ludzi, którzy zginęli w Europie Wschodniej z powodu dominacji komunistycznej. Jest to wysoce niestosowne w naszej społeczności. Co będzie następne? Pomnik Hitlera?”



<<<<<<<<<<> | <>>>>>>>>>>

LENIN

Avoiding TV has been my habit for a relatively long time now, but a few days ago some whim stuck a remote control in my hand, and suddenly the landscape of downtown Seattle in Washington State spread out in front of me. The camera just focused on a figure of the reporter standing in front of a monument. On the circuitry of my gray matter there was a sudden clash between the feeling of disbelief and the image that was being processed.  I was silent.  My sense of sight informed me about appearance of the figure of Lenin on the screen, while all resources of my general knowledge completely negated what I saw. "This is a monument of Vladimir Lenin," said Bożena quietly, inflicting a severe blow to my conviction that comrade Ulianow was never in this city, neither living nor monumental. And yet there he was! Oh yes, he was great, made of bronze, in an attitude emanating infinite love for working people of towns and villages, with a face expressing a bottomless faith in a bright future of comrades in ushankas, stained donkey jackets, and felt boots. Sceptics, please look above - on the the top  it’s him - beautiful, isn't he?


Before I tell you more about Lenin in Seattle - where and why he got there, let me drop in a few words of reflection on current events.  A lot is happening, and not necessarily on the best side of our existence. The huge amount of filth that has been spreading around the world since the beginning of this year, makes me touch selectively on a few events only that are more or less interwoven with the theme of the strange monument.

We have reached in America a terrible monument-phobia – yes, in the whole great country of the USA. The state of fear of monuments as well as the names of cities, organizations, sports clubs, et cetera has surfaced recently with force. It has been bubbling here for a long time, but basically like a pot on a low flame burner, without any emanation on a larger scale. In June, it trembled, and then the lava eruption of hatred began oozing through all possible channels. The destructive forces spilled over the banks of everyday order in a justifiable social outrage, but only to take on the colors of political struggle. Today, at the end of this month of turmoil and boiling, there is no doubt that the slow indoctrination of the young generation 
has ignited a fuse, which flame is to detonate the foundation of our existence, that is, national consciousness.

For now, this explosion covers areas typically infested by extremely left-wing shoots of social weeds, which hundred and forty years ago included even the Pilsudski brothers. However, it is important to remember that they "paid" for their actions with arrests and coming to their senses, but whether the current "pseudo-revolutionaries" will see any handcuffs on their wrists, I doubt it. I think that in their attempt to build a people's republic, they count on the help of Seattle-Lenin – an ornament of the city that has been growling at America for years.

And with Lenin it was like this:

In 1988, a five-meter bronze Lenin, ordered seven years earlier by the Communist Party of Czechoslovakia, was set and unveiled in the city of Poprad, at the foot of the Tatra Mountains, in the Slovak (then Czechoslovakian) region of Spisz. A year later there was the Velvet Revolution, which by overthrowing "people's democracy", set the country on the path to building parliamentary democracy. The new Republic immediately sent Lenin to the local junkyard. That meant, the work, inspired by the KP of Czechoslovakia and the artistic effort of the Bulgarian sculptor Emil Venkov, was soon to be cut into pieces to recover precious metal that could be used for other purposes. However, one winter day in 1993, before it came to that, a gentleman named Lewis E. Carpenter, an English language teacher at the local school, visited the junkyard,

Knowing, perhaps, what he was looking for, Mr. Carpenter found Lenin made of thick brass sheet metal, lying on its back like his bodily prototype, except that inside a hollow Lenin lived a homeless citizen of the very independent Slovak Republic, which had just separated from Československo. I don't know how many bottles of beer went down, but the homeless man moved out. He would have to do that anyway if comrade Ulianov would begin to be seriously chopped. As a next step, Mr. Carpenter, originally from the city of Issaquah, Washington, just east of Seattle, made quick arrangements with both the sculptor and the City Council of Poprad, and on March 16, 1993, for a sum of $13,000 ($20,000 today), he bought a new life for his statue.

The teacher acted quickly and after mortgaging his American home in the bank, he obtained funds for transporting the bronze body to Rotterdam, and then to Issaquah, where the work of art arrived five months later, for a considerable cost of $75,000, in today's dollars. The lover of Lenin intended to put the statue in front of a local Slovak restaurant, but before this happened, he expired in an unfortunate car accident. The distressed family quickly decided to sell the massive statue to the Seattle metal foundry, which they did with a relief, I think, recovering the money, spent 
by the family senior on his strange caprice.

Instead of liquefying Lenin and using metal for other bronze products, the foundry owner got along with the authorities of the Fremont district in Seattle and on June 3, 1995 the sculpture "came alive" in a private area at the intersection of two local streets. A year later, Lenin wandered a few blocks further and has been patronizing local businesses since then, while patiently waiting for a buyer. Yes, yes, Lenin is for sale for $250,000. The story wouldn’t be complete without mentioning that ever since the placement of the comrade in its current location, it has been the subject of frequent red painting of the statue's hands to commemorate several million victims of his reign, and sometimes a solid red star appears on the front of his hat (leninovka).

Currently, for several weeks, Lenin has been cheerfully watching communist-like masses that are bringing "order" in the center of Seattle after the style introduced in 1917 by the Bolshevik Revolution. The controversy over bringing in and displaying in the American city the statue of "a hammer and sickle" lover was strongly condemned by local artist Frederick Edelblut, just shortly after the second unveiling of Venkov's work. He said, "This is not a work of art. It is a disgrace, a symbol of humiliation of millions of people who died in Eastern Europe because of communist domination. This is highly inappropriate in our community. What will be next? A statue of Hitler?"

SLAVERY

NIEWOLNICTWO


Tippu Tip - a slave hunter from Zanzibar, Tanzania,
owner of 10 000 slaves (source)


6 / 22 / 2020

***

155 lat temu, 19 czerwca 1865 roku żołnierze Unii, pod dowództwem generała majora Gordona Grangera, przybyli do Galveston w Teksasie z wiadomością, że wojna się skończyła, i że zniewoleni są teraz wolni. Dzień ten stał się znany jako Juneteenth, mieszanka dźwięków dwóch słów w postaci nowego słowa, które stało się synonimem emancypacji niewolników w Stanach Zjednoczonych. Juneteenth jest jest obchodzone jako jednodniowy, słabo upowszechniony festiwal w USA, ale obecnie trwa dyskusja nad ewentualnym ustanowieniem tego dnia świętem federalnym.
Oryginalny tekst w języku polskim jest do przeczytania tutaj


155 years ago, on June 19, 1865 soldiers of the Union, led by Major General Gordon Granger, arrived at Galveston, Texas with news that the war had ended and that the enslaved were now free. The day became known as Juneteenth, a blend of sounds of two words in the form of a new word, which signifies the emancipation of those who had been enslaved. It became the oldest nationally celebrated commemoration of the ending of slavery in the United States. 

I am presenting a short history of modern age slavery in my translation of a text published originally in June 2016 by Polish author Wojciech Lada in ciekawostkihistpryczne.pl | The Polish speaking readers may access the original text here.





The Uncomfortable Secret of Slavery. 
Negroes were Selling Negroes!


Contrary to popular belief, it was not Europeans who hunted for black slaves in Africa. They were only driving the demand. Africans were captured and sold ... by their neighbors and brothers. When fabulous fortune loomed on the horizon, no one cared about human dignity.

Sir John Hawkins had many virtues. For one, he developed a completely new model of a warship that not only improved navigation and provided the British fleet with an advantage at sea, but also completely changed the strategy of naval warfare. Furthermore, he was a very efficient agent of the British crown and outstanding navigator who, among others marked out, a roundabout trade route across the Atlantic. All these qualities gave him the rank of admiral and considerable influence at court.

It was an entirely different talent however, which brought him his fortune; a talent which revealed itself in the early 1660s. Namely, he was able to provoke tribal wars in Africa like no other man. For effective brokerage and cooperation in obtaining slaves, he later accepted some of them as payment.

If during his first African expedition in 1562, he did not shun using force and managed to capture three hundred slaves - as he wrote - with the help of a sword and partly by other means, then come four years time there was no more mention nor need of a sword.

On the coast of Sierra Leone, by inciting tribal wars of one African ruler against another, he nearly doubled his inventory of “black merchandise,” all for the glory of England and conveniently his own purse. This simple system of acquiring free labor for the plantations of the Americas became the most common method of doing so, until the end of the of 19th century.


Monopoly on "black goods"

Slavery wasn’t anything special in Africa. As in all other parts of the world, slavery could have been the result of losing a war, debt or due to a serious crime. But this was not slavery in the sense that planters in the United States developed later - it was more like serfdom in feudal Europe rather, than chains and a whip in Alabama.

There was also nothing peculiar in transatlantic slave trade with Arab and European countries. Europeans began this process as early as the fifteenth century, and the Portuguese being its initiators, remained monopolists for almost a century.

Similarly to what Hawkins did later, they also began with using force, namely by abducting in a pirate style the people of the Gold Coast in the Gulf of Guinea, where the modern Ghana is and the so-called Slave Coast existed (today's Nigeria, Benin and Togo).

Further exploration deep into the continent was prevented, however, by relatively strong countries of the region - flourishing then kingdoms of Songhaj, Mali and the highly developed Congo. The rulers of these countries were not concerned by the mere kidnapping of members of the smaller tribes, but they were troubled by the fact that they did not gain anything from it.

Their armed resistance and the commercial sense of the Portuguese led very quickly to creation of a proficiently functioning human trafficking, in which the role of suppliers provided highly specialized trading companies of dark-skinned merchants, some smaller groups of hunters greedy for quick profit, and the African kingdoms themselves.

We have no data for this period, but the proportions look interesting. Even though the customers changed in the eighteenth century, the mechanics of the market remained the same. For example, out of six hundred slaves delivered to the Slave Coast, as much as seventy percent were provided by large sale organizations, twenty percent by smaller hunters, and only the remaining ten percent officially by the state.

As a result of that strategic change, on the west coast of Africa existed for several centuries organizations exclusively for dealing in the business of capturing and selling the local people into slavery. Besides that, the word "coast" does not fully reflect the scale of penetration of the African interior. If, in the 17th century, in the region around Senegal, the average distance that slaves had to walk to the European ships, anchored in harbors, was sixty miles, then a century later, it was often three hundred fifty miles or more.

Of course, they could not function without the permission of the local rulers, what the Europeans understood very well. Congo, the most Europeanized of these monarchies, has even made an official alliance with Portugal. Nzinga, the ruling there ‘mani’ - as his official title was called - became even baptized and ruled later under the name of Alfonso.

Then, a bishopric was established in Congo, and the sons of the local elite were often sent to Portugal to study and obtain there their formal education. After returning to the country they served as intermediaries, guides and translators. The new state on the map of the Christian world did not forget about its benefactors. In 1520s, in the port of Kabinda, two thousand slaves waited for them every year at the mouth of the Zaire River, and a decade later the amount even doubled.


For beads and weapons

It was a common belief that one African was worth four Indians writes Adam Węgłowski in his book "Living Dead". - In addition, the use of already Christianized Indian tribes was opposed Jesuits at that time. Black Africans, > pagans < (animists, Muslims, etc.) when bought from slave traders, could not count on similar considerations.

The profitability of trade with Europeans caused a sort of race for monopoly in human trafficking of the local population. The people of Hueda, Allada, Oyo, Dahomey and Akwamu kingdoms were particularly active. When the latter conquered the important port of Accra in 1681, merchants were officially banned from operating inside the country to prevent them from hunting for slaves; the goal of the law was to ensure the exclusive right of the state in this regard.

The rulers of Dahomey did the same by establishing a monopoly on their territories and selling from twelve to twenty thousand slaves a year. Slightly more to the east of the continent – within the zones of Arabic influence, whose methods were absolutely no different from those of European powers - we can find the roots of today’s bloody and ongoing conflict between the Hutu and Tutsi tribes.

Slave hunts have become increasingly violent over the years. The political destabilization of the continent has reached the level of anarchy. This was, of course, very convenient for European powers - they fueled this process by increasing the demand for "live commodities" from year to year. Not only that, however. Henryk Zins wrote:

In the slave trade between African intermediaries and European buyers, the means of payment were iron bars, which became a form of money from Senegal to Ivory Coast. In a region around Ghana, the same role was played by bracelets, Indian cloth, shells, beads, and gold sand.
Along with the development of business, however, more and more often guns and gunpowder would become the money, which in time brutalized the primitive war tactics of African countries. Much has also changed on the European side.

Until the end of the 16th century, Portugal was a monopolist in the trade of African slaves - reselling them to America, but also willingly using them in their own estates. It was there, specifically on Portugal island of Madeira, that the experiment with the plantation system based on slave labor was developed and used for the first time - a precursor to what later became widely used in the USA.

However, at the beginning of the 17th century, the Netherlands entered the slave trade and quickly gained the advantage. Amsterdam became the largest "transshipment" port of captured Africans. This situation lasted approximately until the middle of the century, when the huge profitability of this business draws in other European countries - not only England and France, which since then constantly fight for the first place on the podium, but also Sweden, Denmark and even Brandenburg-Prussia.

The scale of the phenomenon is so serious that in both France and England special African Companies are established, which are granted a monopoly in the trade of black slaves. The crowned heads of these countries and a large part of aristocracy participate in them. A bit of piquancy adds here the fact that a great advocate of freedom, the philosopher John Locke, also had shares in the Royal African Company.

It is not known how many Africans were taken captive. Extreme estimates range between ten and one hundred million, with the latter figure seemingly too exaggerated. For the African continent, the case was so catastrophic that all participating states formally abolished slavery at the Congress of Vienna in 1815.

Of course, one should not assume the excessive humanitarianism of the European elites – that was more or less when the era of African colonialism began. Nobody needed depopulated colonies. Regardless of the formal acts, the business was too good to be stopped with one document.

In practice, black slaves were traded several dozen years longer, until the end of the 19th century. Only the suppliers changed - they were not, as for four hundred years, African countries, but the largest European powers. However undoubtedly, they used the help of local "businessmen".
5 / 14 / 2020
RYZYKO




Dzisiaj ode mnie tylko kilka słów, bowiem za wprowadzenie do zasadniczej części postu niech posłuży fragment z tekstu Jonathana Kay opublikowanego 23 kwietnia w Quilette, tekstu zresztą, na którym bazował swój artkuł Erin Bromage opublikowany 6 maja, 2020 roku – to jego treść w moim tłumaczeniu przedkładam pod rozwagę.

Intro

W 1899 roku niemiecki bakteriolog Carl Flügge udowodnił, że drobnoustroje mogą być przenoszone balistycznie przez duże kropelki, emitowane z wielką prędkością z jamy ustnej i nosa. Jego metodą udowodnienia istnienia tych „kropelek Flügge” (jak zostały nazwane) było skrupulatne policzenie kolonii drobnoustrojów rozmnażających się na laboratoryjnych płytkach hodowlanych, na które opadły wydalone wydzieliny zainfekowanych osób. To nie mogła być przyjemna praca. Ale jego odkrycia uratowały niezliczone życia. Ponad 12 dekad później te duże krople oddechowe zostały zidentyfikowane jako tryb transmisji COVID-19 .

Studenci Carla Flügge kontynuowali jego pracę przez wiel lat w XX wieku, eksperymentując z różnymi podmiotami wydalającymi na różne sposoby kropelki flegmy i śliny . W końcu ustalili, jak stwierdził raport z 1964 r. w Proceedings of the Royal Society of Medicine, że ilość wydalonych kropelek Flügge różni się znacznie w zależności od sposobu oddychania: „Bardzo niewiele, jeśli w ogóle… kropelek powstaje podczas spokojnego oddychania, aczkolwiek zostają one wydalane podczas takich czynności, jak rozmowa, kaszel, dmuchanie i kichanie.” Wiadomo, że pojedyncze ciężkie kaszlnięcie może wydalić nawet ćwierć łyżeczki płynu w postaci kropelek Flügge. Im wyższa prędkość wyjściowa kaszlu, tym większe globulki mogą zostać wydalone.

Gdyby jednak Flügge był dzisiaj z nami, mógłby być zaskoczony, jak mało jego nauka została zaawansowana w ciągu ostatnich kilku pokoleń. Jak niedawno w publikacji w JAMA Insights zauważyła Lydia Bourouiba z MIT Fluid Dynamics of Disease Transmission Laboratory, podstawowe modele używane do reprezentowania przenoszenia chorób układu oddechowego z człowieka na człowieka, takie jak COVID-19, pozostają zakorzenione w erze gruźlicy. Zgodnie z modelem binarnym ustanowionym w latach 30. XX wieku, kropelki zazwyczaj klasyfikuje się jako (1) duże globule odmiany Flüggian - wyskakujące w powietrzu jak piłka tenisowa, aż grawitacja sprowadzi je na ziemię; lub (2) mniejsze cząstki o średnicy mniejszej niż pięć do 10 mikrometrów (około dziesiątej szerokości ludzkiego włosa), które leniwie dryfują w powietrzu jako drobne aerozole.


 
RYZYKA - POZNAJ JE, UNIKAJ ICH
Erin Bromage

Wygląda na to, że wiele osób odczuwa ulgę, ale nie jestem pewien, dlaczego. Krzywa epidemiczna ma względnie przewidywalny wzrost, a po osiągnięciu szczytu można również przewidzieć odwrócenie krzywej. Mamy solidne dane dotyczące wybuchów epidemii w Chinach i we Włoszech, które pokazują, że koniec krzywej umieralności maleje powoli, a zgony utrzymują się przez miesiące. Zakładając, że właśnie osiągnęliśmy szczyt śmierci w wysokości 70 tys. Osób, możliwe jest, że stracimy kolejne 70 000 osób w ciągu następnych 6 tygodni, gdy zjedziemy z tego szczytu. Tak się stanie w przypadku zachowania blokady.

Gdy poszczególne stany ponownie się otwierają, dajemy wirusowi więcej paliwa, a wtedy wszystkie założenia znikają. Rozumiem powody ponownego otwarcia gospodarki, ale powiedziałem wcześniej, że jeśli nie rozwiążemy zagadniena z dziedziny biologii, gospodarka nie odrodzi się.

Istnieje bardzo niewiele stanów, które wykazały stały spadek liczby nowych infekcji. W rzeczywistości, od 3 maja w większości problem nadal rośnie, a mimo to ponownie się otwierają. Jako prosty przykład trendu w USA, jeśli pominąć dane z Nowego Jorku, to warto zauważyć, że na pozostałym obszarze Stanów Zjednoczonych, liczba codziennych zakażeń rośnie. Podsumowując: jedynym powodem, dla którego całkowita liczba nowych przypadków w USA wygląda teraz płasko, jest to, że epidemia w Nowym Jorku była tak duża i teraz została już zatrzymana.

Zatem, otwierając kraj ponownie, dodajemy nowego paliwa do wirusowego ognia w tej większej części kraju. Stanie się tak, czy mi się to podoba, czy nie, więc moim celem tutaj jest ostrzec cię przed zagrożeniami sytuacyjnymi wysokiego ryzyka.


Gdzie ludzie chorują? 

Wiemy, że większość ludzi zaraża się we własnym domu. Członek gospodarstwa domowego zaraża się wirusem na zewnatrz i wprowadza go do domu, w którym ciągły kontakt między członkami gospodarstwa domowego prowadzi do infekcji.

Ale w jakim środowisku ludzie łapią tę infekcję? Regularnie słyszę ludzi martwiących się o sklepy spożywcze, przejażdżki rowerowe, nieostrożnych biegaczy, którzy nie noszą masek ... czy są to rzeczywiście miejsca niepokojące? Cóż, nie za bardzo. Pozwól mi to wyjaśnić.

W celu zarażenia musisz zostać narażony na zakaźną dawkę wirusa; w oparciu o badania dawek zakaźnych z innymi koronawirusami, niektórzy szacują, że zaledwie 1000 cząsteczek wirusa SARS-CoV2 wystarczy do wywołania infekcji. Pamiętaj, że nadal wymaga to ustalenia eksperymentalnego, ale możemy użyć tej liczby, aby zademonstrować, w jaki sposób może wystąpić infekcja. Zakażenie może nastąpić przez 1000 cząstek wirusowych otrzymanych w jednym oddechu lub z jednego potarcia oka, albo 100 cząstek wirusowych wdychanych przy każdym oddechu w ciągu 10 oddechów lub 10 cząstek wirusowych w 100 oddechach. Każda z tych sytuacji może prowadzić do infekcji.


Ile wirusów jest uwalnianych do środowiska?

Łazienka: Łazienki mają wiele powierzchni dotykowych - klamki, krany, drzwi do kabin. Zatem ryzyko przenoszenia materiału zakaźnego w tym środowisku może być wysokie. Nadal nie wiemy, czy dana osoba uwalnia materiał zakaźny z kałem, czy po prostu tylko zdefragentowanego wirusa, ale wiemy, że spłukiwanie toalety powoduje aerozolowanie wielu kropelek. Traktuj łazienki publiczne z większą ostrożnością (powierzchnie i powietrze), dopóki nie dowiemy się więcej o ryzyku.

Kaszel: Pojedyncze kaszlnięcie uwalnia około 3000 kropelek, które przemieszczają się z prędkością 80 kilometrów na godzinę. Większość kropelek jest dosyć duża i te szybko opadają (grawitacja), ale inne pozostają w powietrzu i moga przelecieć przez pomieszczenie w ciągu kilku sekund.

Kichnięcie: pojedyncze kichnięcie uwalnia około 30 000 kropel, poruszających się z prędkością do 320 kilometrów na godzinę. Większość kropelek jest niewielka i pokonuje duże odległości (łatwo rpznoszą się przez pokój).

Jeśli dana osoba jest zarażona, krople w jednym kaszlu lub kichnięciu mogą zawierać aż 200 000 000 (dwieście milionów) cząstek wirusa, które wszystkie mogą zostać rozproszone w otaczającym nas środowisku.

Oddech: pojedynczy oddech uwalnia 50 - 5000 kropelek. Większość z nich ma małą prędkość i szybko opada na ziemię. Jeszcze mniej kropelek uwalnia się przez oddychanie przez nos. Co ważne, z powodu braku siły wydechowej, cząsteczki wirusowe z dolnych obszarów oddechowych nie są wydalane z normalnym oddechem.

W przeciwieństwie do kichania i kaszlu, które uwalniają ogromne ilości materiału wirusowego, krople oddechowe uwalniane z oddechu zawierają jedynie małe ilości wirusa. Nie mamy jeszcze właściwej liczby dla SARS-CoV2, ale możemy użyć grypy jako przykładu. Badania wykazały, że osoba zarażona grypą może uwalniać do 33 zakaźnych cząstek wirusowych na minutę. Ale ja zamierzam użyć liczby 20 dla uproszczenia obliczeń.

Zapamiętaj formułę: Udane zakażenie = ekspozycja na wirusa x czas

Jeśli ktoś kaszle lub kicha, te 200 000 000 cząstek wirusowych trafia wszędzie. Część wirusów wisi w powietrzu, część spada na okoliczne powierzchnie, większości spada na ziemię. Jeśli więc rozmawiasz twarzą w twarz z kimś, a ta osoba kicha lub kaszle prosto na ciebie, łatwo zauważyć, jak można wziąć z wdechem powietrza 1000 cząstek wirusa i zarazić się.

Ale nawet jeśli ten kaszel lub kichnięcie nie były skierowane na ciebie, niektóre zainfekowane kropelki - najmniejsze z małych - mogą wisieć w powietrzu przez kilka minut, wypełniając każdy zakątek skromnego pokoju zakaźnymi cząsteczkami wirusowymi. Wszystko, co musisz zrobić, to wejść do tego pokoju w ciągu kilku minut od kaszlu / kichania i wziąć kilka oddechów - potencjalnie dostajesz wtedy wystarczającą ilość wirusa, aby zapewnić infekcję.

Przy normalnym oddychaniu i przekazywaniu do środowiska 20 cząsteczek wirusa na minutę, nawet jeśli każdy wirus trafiłby do płuc (co jest bardzo mało prawdopodobne), do zakażenia potrzebne byłoby 1000 cząsteczek wirusa, co podzielone przez 20 jednostek na minutę wymagałoby 50 minut przebywania w pomieszczeniu

Mówienie zwiększa uwalnianie kropelek oddechowych około 10-krotnie; ~200 cząstek wirusa na minutę. Ponownie, zakładając, że każdy wirus jest wdychany, potrzeba około 5 minut na rozmowę twarzą w twarz, aby otrzymać wymaganą dawkę.

Formuła, ekspozycja na wirua x czas, stanowi podstawę śledzenia kontaktów. Każdy, z kim spędzasz więcej niż 10 minut w bezpośredniej sytuacji, jest potencjalnie zainfekowany. Każdy, kto dzieli z tobą miejsce (np. biuro) przez dłuższy czas, jest potencjalnie zainfekowany. Dlatego tak ważne jest, aby ludzie, którzy mają symptomy, pozostali w domu. Twoje kichnięcia i kaszel wydalają tyle wirusów, że możesz zarazić cały pokój ludzi.


Jaka jest rola osób bez objawów w rozprzestrzenianiu się wirusa?

Ludzie z objawami nie są jedynym sposobem, w jaki wirus jest szerzony. Wiemy, że co najmniej 44% wszystkich zakażeń - i większość wirusów transmitowanych w warunkach socjalnych – dokonuje się od osób bez objawów (bezobjawowcy lub przedobjawowcy). Człowiek może przenosić wirusa do środowiska już na 5 dni przed wystąpieniem objawów.

Ludzie zakażeni bywają w każdym wieku i wszyscy wyrzucają różne ilości wirusów. Poniższa ilustracja pokazuje, że bez względu na wiek (oś X), możesz mieć mniejszą lub większą ilość wirusa (oś Y).


Ilość wirusa uwolnionego od zainfekowanej osoby zmienia się w trakcie infekcji i różni się również w zależności od osoby. Obciążenie wirusowe zwykle narasta do momentu, gdy osoba staje się objawowa. Tak więc tuż przed pojawieniem się objawów wypuszczasz najwięcej wirusów do środowiska. Co ciekawe, dane pokazują, że zaledwie 20% zainfekowanych osób jest odpowiedzialnych potencjalnie za 99% wirusów jakie zostają uwolnione do środowiska.

Przejdźmy teraz do sedna. Gdzie są nasze osobiste zagrożenia związane z ponownym otwarciem?

Kiedy myślisz o ogniskach epidemii, to gdzie są te największe? Większość ludzi powiedziałaby statki wycieczkowe. Niestety, mylisz się. Statki jako ogniska zakażeń, choć bywają niepokojące, nie mieszczą się w 50 największych epidemiach do tej pory.

Pomijając straszne wybuchy epidemii w domach opieki, okazuje się, że największe wybuchy mają miejsce w więzieniach, podczas obrzędów religijnych i w miejscach pracy, takich jak zakłady pakowania mięsa i centra telefoniczne. Każde zamknięte środowisko o słabej cyrkulacji powietrza i dużej gęstości zaludnienia oznacza problemy.


Niektóre z miejsc o największym potencjale super-rozprzestrzeniających się zakażeń to:

Paczkowalnie mięsa: W zakładach przetwórstwa mięsnego gęsto skupieni pracownicy muszą komunikować się między sobą w ogłuszającym hałasie maszyn przemysłowych i w zimnych pomieszczeniach będących doskonałym środowiskiem do przetrwania wirusa. Obecnie istnieja epidemie w 115 placówkach w 23 stanach, jest ponad 5000 zarażonych pracowników a 20 zmarło.

Wesela, pogrzeby, urodziny: 10% wszystkich wczesnych zakażeń

Spotkania biznesowe: konferencje, takie jak konferencja Biogen w Bostonie pod koniec lutego.

Spójrzmy na to, co może się zdarzyć kiedy wrócimy do pracy lub podziemy do restauracji.

Restauracje: Pewne naprawdę świetne dane epidemiologiczne wyraźnie wykazały wpływ pojedynczego bezobjawowego nosiciela na otoczeniu restauracji (patrz poniżej). Zarażona osoba (A1) usiadła przy stole i zjadła obiad z 9 przyjaciółmi. Obiad trwał około 1 do 1,5 godziny. Podczas tego posiłku bezobjawowy nosiciel uwolnił w swoim oddechu raczej niewielką ilość wirusa. Przepływ powietrza (z różnych otworów wentylacyjnych w restauracji) był od prawej do lewej. Około 50% osób przy stole zarażonej osoby zachorowało w ciągu następnych 7 dni. 75% osób przy sąsiednim stole, w stronę którego działał nawiew z wentylacji, zostało zarażonych. I nawet dwie z siedmiu osób przy stole pod wiatr zostało zainfekowanych (przypuszczalnie w wyniku turbulentnego przepływu powietrza). Nikt przy stołach E loraz F nie został zainfekowany, bowiem znajdowały się one poza głównym przepływem powietrza z klimatyzatora po prawej stronie wentylatora wyciągowego i po lewej stronie pomieszczenia.


Miejsca pracy: Kolejnym świetnym przykładem jest epidemia w centrale telefoniczne (patrz poniżej). Zarażony pracownik przyszedł do pracy na 11. piętrze budynku. Na tym piętrze pracowało 216 osób. W ciągu tygodnia 94 z tych osób zostało zarażonych (43,5%: niebieskie krzesła). 92 z 94 osób zachorowało, 2 osoby pozostały bezobjawowe. Zauważmy, że przede wszystkim jedna strona biura jest zainfekowana, a po drugiej stronie jest bardzo mało osób zakażonych. Dokładna liczba osób zarażonych kropelkami oddechowymi / ekspozycją oddechową w stosumku do metod przenoszena materiału zakaźnego (klamki, wspólne chłodnice wody, przyciski windy itp.) jest nieznana. Służy to podkreśleniu, że przebywanie w zamkniętej przestrzeni oraz dzielenie tego samego powietrza przez dłuższy czas zwiększa szanse na ekspozycję i infekcję. Kolejne 3 osoby na innych piętrach budynku zostały zainfekowane, ale autorzy nie byli w stanie prześledzić infekcji w stosunku do głównej grupy na 11. piętrze. Co ciekawe, pomimo znacznych interakcji między pracownikami na różnych piętrach budynku w windach i w holu, ognisko było w większości ograniczone do jednego piętra. Podkreśla to znaczenie ekspozycji i czasu w rozprzestrzenianiu się SARS-CoV2. 


Chór: lokalny chór w stanie Waszyngton. Ludzie będąc świadomi wirusowego zagrożenia, podjęli kroki w celu zminimalizowania możliwości zakażania się; np. zaniechali tradycyjnego podawania dłoni i powitalnych uścisków, przynieśli własne nuty, aby uniknąć wspólnego korzystania z nich oraz dystansowali się społecznie podczas prób. Dołożyli nawet wszelkich starań, aby powiedzieć członkom chóru przed praktyką, że każdy, kto ma objawy, powinien zostać w domu. Niestety, pojedynczy bezobjawowy nosiciel zainfekował większość obecnych osób. Chór śpiewał przez 2 i pół godziny w zamkniętej sali prób, która była mniej więcej wielkości boiska do siatkówki.

Śpiewanie, w większym stopniu niż mówienie, wyjątkowo dobrze aerozoluje kropelki oddechowe. Głębokie oddychanie podczas śpiewania ułatwiło kroplom oddechowym przedostanie się głęboko do płuc. Dwie i pół godziny ekspozycji sprawiły, że ludzie byli narażeni na dostateczna ilość wirusa przez wystarczająco długi okres czasu, aby mogło dojść do infekcji. W ciągu 4 dni u 45 z 60 członków chóru wystąpiły objawy, 2 zmarło. Najmłodszy zarażony miał 31 lat, ale średnia wieku wyniosła 67 lat.

Sporty halowe: choć może to być wyjątkowo kanadyjskie zdarzenie, podczas imprezy w curlingu w Kanadzie miał miejsce przypadek super-rozprzestrzenienia wirusa. Curling, w którym wzięło udział 72 uczestników, stał się kolejnym ważnym punktem transmisji. Curling zapewnia zawodnikom i członkom zespołu bliski kontakt w chłodnym pomieszczeniu z intensywnym oddychaniem przez dłuższy czas. W rezultacie tego turniej spowodował zarażenie 24 z 72 osób.

Urodziny / pogrzeby: aby zobaczyć, jak proste mogą być drogi infekcji, przyjrzyjmy się zdarzeniu jakie miało miejsce w Chicago. Imię jest zmienione - Bob został zainfekowany, ale nie wiedział o tym. Bob zjadł z 2 członkami rodziny posiłek na wynos, serwowany we wspólnych naczyniach z daniami. Kolacja trwała 3 godziny. Następnego dnia Bob wziął udział w pogrzebie, przytulając członków rodziny i innych, aby wyrazić kondolencje. W ciągu 4 dni obaj członkowie rodziny, którzy dzielili z nim posiłek, zostali chorzy. Trzeci członek rodziny, który przytulił Boba na pogrzebie, zachorował także. Ale Bob na tym nie skończył. Uczestniczył potem w przyjęciu urodzinowym z 9 innymi osobami. Obejmowali się i dzielili jedzeniem na 3-godzinnej imprezie. Siedmiu z tych ludzi zachorowało. W ciągu następnych kilku dni Bob także zachorował, był hospitalizowany, wentylowany, ostatecznie jednak zmarł. Ale spuścizna Boba trwała. Trzy osoby zarażone przez Boba podczas urodzin poszły do ​​kościoła, gdzie śpiewały, podawały innym pojemnik podczas kolekty, itp. Niektórzy uczestniczący w tym kościelnym zgromadzeniu zachorowali. W sumie Bob był bezpośrednio odpowiedzialny za zarażenie 16 osób w wieku od 5 do 86 lat. Trzech z tych 16 ludzi zmarło.

Uważa się, że szerzenianie się wirusa w gospodarstwie domowym i rozprowadzenie go w lokalnej społeczności poprzez pogrzeby, urodziny i spotkania kościelne jest odpowiedzialne za szerszą transmisję COVID-19 w Chicago.


Otrzeźwienie, prawda?
Powszechność ognisk

Powodem podkreślenia tych różnych sposobów wybuchu choroby jest pokazanie powszechności epidemii COVID-19. Wszystkie te infekcje miały miejsce wewnątrz, z ludźmi blisko siebie, z dużą ilością mówienia, śpiewania lub krzyczenia. Głównymi źródłami infekcji są dom, miejsce pracy, transport publiczny, spotkania towarzyskie i restauracje. Stanowi to 90% wszystkich zdarzeń transmisji. Natomiast rozprzestrzenianie się epidemii w rezultacie zakupów wydaje się być odpowiedzialne za niewielki procent wykrytych infekcji.

Co ważne, w krajach, które prawidłowo śledzą kontakty, zgłoszono tylko jeden wybuch choroby ze środowiska zewnętrznego (mniej niż 0,3% wykrytych infekcji).

Wróćmy do pierwotnej myśli mojego postu.

Przestrzenie wewnętrzne, z ograniczoną wymianą powietrza lub powietrzem z recyklingu i z dużą ilością ludzi, są niepokojące z punktu widzenia transmisji. Wiemy, że 60 osób w sali (chór) wielkości boiska do siatkówki powoduje masowe infekcje. Ta sama sytuacja jest z restauracją i centralami telefonicznymi. Zasady dotyczące dystansu społecznego nie sprawdzaja sie w pomieszczeniach, w których spędzasz dużo czasu, czego dowodzi fakt, że ludzie po przeciwnej stronie pokoju zostali zainfekowani.

Zasadą jest ekspozycja wirusowa przez dłuższy okres czasu. We wszystkich tych przypadkach ludzie byli narażeni na wirusa w powietrzu przez dłuższy czas (godziny). Nawet jeśli znajdowali się w odległości 15 metrów (chór lub centrala telefoniczna), to nawet niewielka dawka wirusa w powietrzu docierająca do nich przez dłuższy czas wystarczała, aby spowodować infekcję, a w niektórych przypadkach śmierć.

Zasady dystansowania społecznego naprawdę chronią cię podczas krótkich ekspozycji lub ekspozycji na zewnątrz. W takich sytuacjach nie ma wystarczająco dużo czasu, aby osiągnąć zakaźne miano wirusa. Gdy stoisz 2 metry od siebie lub gdy wiatr i nieskończona przestrzeń zewnętrzna wpływają na rozcieńczenie ilości wirusa, znacznie zmniejsza się jego miano. Wpływ światła słonecznego, ciepła i wilgoci na przetrwanie wirusowego zagrożenia służy minimalizacji ryzyka dla wszystkich przebywających na zewnątrz.

Oceniając ryzyko zakażenia (przez oddychanie) w sklepie spożywczym lub centrum handlowym, należy wziąć pod uwagę objętość przestrzeni powietrznej (bardzo duża), liczbę osób (ograniczona), czas przebywania ludzi w sklepie (pracownicy - cały dzień; klienci - godzina). Podsumowując, dla osoby dokonującej zakupów: niska gęstość, duża objętość powietrza w sklepie, wraz z ograniczonym czasem spędzanym tamże, oznaczają że możliwość otrzymania dawki zakaźnej jest niska. Jednak dla pracownika sklepu dłuższy czas spędzony w sklepie oznacza większą szansę na otrzymanie dawki zakaźnej i dlatego praca staje się bardziej ryzykowna.

Zasadniczo, jak regulacje dotyczące zamknięcia wielu miejsc prac ulegają poluzowaniu, a my zaczynamy podejmować więcej działań, być może nawet wznawiając działalność w biurze, musisz spojrzeć na swoje otoczenie i osądzić ile tu jest ludzi, ile powietrza wokół mnie i jak długo będę w tym środowisku. Jeśli pracujesz w biurze typu z otwartą przestrzenią, naprawdę musisz krytycznie ocenić ryzyko (objętość, ludzie i przepływ powietrza). Jeśli wykonujesz pracę, która wymaga rozmowy twarzą w twarz lub, co gorsza, krzyczenia, musisz ocenić ryzyko.

Jeśli siedzisz w dobrze wentylowanej przestrzeni, z niewielką liczbą osób, ryzyko jest niskie.

Jeśli jesteś na zewnątrz i przechodzisz obok kogoś, pamiętaj, że potrzeba „dawki i czasu” na infekcję. Musisz być w ich strumieniu powietrza przez ponad 5 minut, aby mieć szansę na infekcję. Podczas gdy biegacze mogą wypuszczać więcej wirusów z powodu głębokiego oddychania, pamiętaj, że czas ekspozycji jest również krótszy ze względu na ich szybkość. Zachowaj dystans fizyczny, ale ryzyko infekcji w tych scenariuszach jest niskie. Oto świetny artykuł w Vox, który szczegółowo omawia niskie ryzyko biegania i jazdy na rowerze.

Chociaż skupiłem się tutaj na ekspozycji oddechowej, nie zapominaj o powierzchniach. Te zainfekowane krople oddechowe lądują gdzieś. Często myj ręce i przestań dotykać twarzy!
Ponieważ możemy znowu swobodniej poruszać się w naszych środowiskachach i mieć regularny kontakt z większą liczbą osób w większej liczbie miejsc, ryzyko dla nas samych i naszej rodziny jest znaczne. Nawet jeśli jesteś gotów na ponowne otwarcie i wznowienie działalności, jak zwykle, zrób swoją część i załóż maskę, aby zmniejszyć ilość uwolnionego do środowiska patogenu. Pomożesz wszystkim, w tym twojemu biznesowi.

O autorze

Dr Erin S. Bromage jest profesorem nadzwyczajnym biologii na University of Massachusetts Dartmouth. Dr Bromage ukończył School of Veterinary and Biomedical Sciences James Cook University w Australii, gdzie jego badania koncentrowały się na epidemiologii i odporności na choroby zakaźne u zwierząt. Studia podoktoranckie odbył w College of William and Mary, Virginia Institute of Marine Science w Laboratorium Immunologii Porównawczej, zmarłego już dr Stephena Kaattari.

Badania dr Bromage koncentrują się na ewolucji układu odpornościowego, mechanizmach immunologicznych odpowiedzialnych za ochronę przed chorobami zakaźnymi oraz na projektowaniu i stosowaniu szczepionek do zwalczania chorób zakaźnych u zwierząt. Koncentruje się również na projektowaniu narzędzi diagnostycznych do wykrywania zagrożeń biologicznych i chemicznych w środowisku w czasie rzeczywistym.

Dr Bromage dołączył do Wydziału University of Massachusetts Dartmouth w 2007 r., gdzie prowadzi kursy z immunologii i chorób zakaźnych. W wiosennym semestrze 2020 roku prowadził wykłady na temat ekologii chorób zakaźnych, które koncentrowały się na powstaniu epidemii SARS-CoV2 w Chinach.


5 / 9 / 2020
CHAOS

Source: Asymmetrical symbol of Chaos



Zamiarem moim było pociągnąć temat w pięciu odsłonach. Niestety, na tym co teraz czytacie lub nie, poprzestanę – powód jest tak oczywisty, że go po prostu przemilczę. Podejrzliwym wyjaśniam pośpiesznie: mój koronawirusowy pięcioksiąg z „Torą” nie miał mieć nic wspólnego.
Następnym artykułem jaki miałem na tapecie, był tekst opublikowany w ostatnich dniach kwietnia w amerykańskim magazynie The Atlantic, który nielicznym, głęboko zainteresowanym, polecam w oryginale: Dlaczego koronawirus tak nas konfuduje? Przewodnik do zrozumienia problemu, który stał się tak wielki, że nikt go nie może w pełni pojąć.
Na zakończnie, w mojej Piątce, szykowałem głos z Niemiec. W Przeglądzie Niemieckim Tomasza Gabisia znajdziecie trylogię o koronawirusowej debacie za Odrą – gorąco polecam.


Konkluzja

Na początku było zdziwienie, potem ciekawość, a za chwilę nieco wstępnej złości. Druga faza to dramat, lekceważenie, wydumane pomysły, budowanie palisad i nosogębny welon. Po miesiącu euforia, bowiem okazuje się, że w kilka tygodni od wprowadzenia obowiązkowej, wszechświatowej hibernacji, oddychamy czystszym powietrzem, w płytkich zbiornikach wodnych światło słoneczne sięga dna, ptactwo wykorzystując niezwykłą ciszę kracze, ćwierka lub tokuje od świtu do późnej nocy, a czworonożna zwierzyna, pełna zdumienia zaczyna przejmować w posiadanie trawniki przed budynkami lub urządzać majówki w śródmiejskich parkach (ostatnio dziki w Zielonej Górze). Wygląda na to, że gdy kozy z lubością strzygą żywopłoty, my zapędziliśmy się w kozi róg. Ekran telewizora stał się nam ołtarzem głównym, bocznym zaś monitor kompa, i pompujemy się wirtualnym istnieniem z przerwą na niespokojny sen. Łykamy garściami mądrość z lewa, z prawa i w centrum. Potem ogłaszamy światu w mediach społecznościowych produkt naszej szarej masy, który wkrótce tonie w odmętach ekskrementalnych opinii, wyrażonych z głębokim poczuciem nienawiści do zasad ortografii, logiki wykładu i kultury dyskursu, uczonych onegdaj powszechnie i z powagą. Ostatecznie, nie o to jednak tutaj chodzi. Tym co bardzo trudno mi pojąć, jest poczucie bezradności i chaosu, jaki dystrybutują ze swych ambon, mędrcy wszystkich stosownych dziedzin wiedzy oraz polityki, gospodarki i aparatu decyzyjnego. Natomiast zupenie niepojęte jest to, że niezależnie z jakiego zakątka świata tuba nadaje (z wyjątkiem Chin), stopień chaosu w chaosie mieści się w sztywnych granicach stuprocentowego wysycenia, zgodnie z zasadami pomiaru ustalonymi przez Mistrza Bareję już w 1972 roku. Innymi słowy, opiniotwórczy warkot nie słabnie, decyzje zapadają bez konsensusu, po prostu bezhołowie, jak przed laty powiedziałaby moja niania. Taki mam obraz koronawirusowego cesarstwa w ten sobotni wieczór, w 75 lat po kapitulacji Niemiec. Wygrzebiemy się z tego paskudztwa, tak jak i wtedy, ale rany bedziemy lizać długo, bardzo długo!

Powinienem na tym zakończyć, ale w związku z napływającymi do mnie różnymi przekazami medialnymi lub pytaniami co sądzę o tym czy tamtym artykule, wypowiedzi audio lub wideo, posłużę się jednym przykładem do zobrazowania chaosu jakim nasiąkamy, chcemy tego czy nie chcemy. Oto wywiad z dr. Mikovits (z polskim tekstem) i komentarz na temat jej wypowiedzi opublikowany przez American Association for the Advancement of Science.


Wywiady z Judy Mikovits: 
Wideo_link 1  |  Wideo_link 2  |  Wideo_link 3




AAAS - Science
Martin Enserink, Jon Cohen | 8 maja, 2020, 18:20  |  (tłumaczenie moje)

W filmie, który w ostatnich dniach eksplodował w mediach społecznościowych, wirusolog Judy Mikovits twierdzi, że nowy koronawirus jest niesłusznie obwiniany za wiele zgonów. Serwuje też druzgocące stwierdzenia na temat wirusa - na przykład, że jest on „aktywowany” przez maski na twarz.

Mikovits oskarża również Anthony'ego Fauci, szefa amerykańskiego Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych (NIAID) oraz wybitnego członka Grupy Roboczej Koronawirusa Białego Domu, o bycie odpowiedzialnym za śmierć milionów ludzi w pierwszych latach pandemii HIV / AIDS . Film twierdzi, że Mikovits była częścią zespołu, który odkrył HIV, zrewolucjonizował leczenie HIV, a następnie bez formalnego oskarżenia została uwięziona za swoje poglądy naukowe.

Zespół portalu Science (AAAS) obejrzał wideo. Żadne z tych twierdzeń nie jest prawdziwe. Film jest fragmentem nadchodzącego filmu Plandemic, który obiecuje „ujawnić elitę naukową i polityczną, która kieruje oszustwem, jakim jest nasz globalny system opieki zdrowotnej”. YouTube, Facebook i inne platformy usunęły film z powodu nieścisłości. Wideo powraca jednak na nowo, w tym na stronie internetowej Plandemic, która „próbując ominąć strażników wolności słowa” zachęca ludzi do pobrania filmu i opublikowania go ponownie.


Ale po pierwsze, kim jest Judy Mikovits?

Mikovits rozpoczęła karierę jako technik laboratoryjny w National Cancer Institute (NCI) w 1988 roku. Została naukowcem i  w 1991 roku uzyskała stopień doktora nauk medycznych z biochemii i biologii molekularnej w George Washington University. W 2009 roku została dyrektorem badawczym Whittemore Peterson Institute (WPI), prywatnego centrum badawczego w Reno w stanie Nevada, ale pozostała w dużej mierze nieznana społeczności naukowej. Jednak w tym samym roku została współautorką artykułu naukowego, w którym zasugerowano, że niejasny czynnik o nazwie wirus ksenotropowej mysiej białaczki wywołany wirusem XMRV powoduje zespół przewlekłego zmęczenia (CFS).

Przyczyna mukowiscydozy, zwanej także mielgicznym zapaleniem mózgu i rdzenia, od dawna pozostaje nieuchwytna, ale ta dziedzina badań została zaniedbana w nauce. Badania stworzyły nadzieję, że CFS możnaby leczyć za pomocą leków przeciwwirusowych. Niektórzy pacjenci zaczęli nawet przyjmować leki przeciwretrowirusowe stosowane przez osoby zakażone wirusem HIV. Ale atykuł wzbudził również obawy, że XMRV może rozprzestrzeniać się przez podawanie krwi.

Inni badacze wkrótce zakwestionowali te wyniki, a w ciągu następnych 2 lat ustalenia zawarte w artykule rozpadły się. Badacze wykazali, że XMRV powstał przypadkowo w laboratorium podczas eksperymentów na myszach, ale nigdy nie zainfekował żadnego człowieka. Autorzy najpierw wycofali dwie liczby i tabelę z artykułu w październiku 2011 r. Mniej więcej w tym samym czasie badania przeprowadzone przez kilka laboratoriów, w tym także przez WPI, wykazały, że wyników nie można powtórzyć.

Dwa miesiące później cały artykuł naukowy został wycofany. Mikovits odmówiła podpisania powiadomienia o wycofaniu, ale wzięła udział w kolejnej dużej próbie replikacji [wirusa]. To badanie o wartości 2,3 miliona dolarów, prowadzone przez Iana Lipkina z Columbia University i finansowane przez National Institutes of Health, było „ostateczną odpowiedzią”, powiedziała Mikovits na konferencji prasowej we wrześniu 2012 r., na której ogłoszono wyniki. Rygorystyczne badanie poszukiwało XMRV w tzw. ślepych próbkach krwi pobranych od prawie 300 osób, z których połowa miała chorobę, ale żadna nie miała wirusa . „Nie ma dowodów na to, że XMRV jest ludzkim patogenem”, przyznała Mikovits.

Dział naukowy Science , który działa niezależnie od strony redakcyjnej, ściśle śledził tę sagę i opublikował szczegółową rekonstrukcję fiaska we wrześniu 2011 roku. (Tekst ten wygrał Communications Award przyznawaną przez Amerykańskie Towarzystwo Mikrobiologiczne).

Mniej więcej w tym samym czasie Mikovits zmuszona została przeżyć gwałtowne rozstanie się z WPI. W listopadzie 2011 r. Instytut złożył przeciwko niej pozew o rzekome usunięcie notesów laboratoryjnych i przechowywanie innych zastrzeżonych informacji na swoim laptopie, pendrivie oraz osobistym koncie e-mail. Została aresztowana w Kalifornii pod zarzutem przestępstwa, że była uciekinierką przed wymiarem sprawiedliwoci i uwięziona na kilka dni. Prokuratorzy hrabstwa Washoe w stanie Nevada ostatecznie wycofali zarzuty karne przeciwko niej w czerwcu 2012 r.

Mikovits nie opublikowała niczego w literaturze naukowej od 2012 roku. Wkrótce jednak zaczęła ponownie promować hipotezę XMRV i atakować badania Lipkina, które jak sama wcześniej przyznała, położyły kres temu problemowi. Włączyła się w debatę na temat autyzmu, z kontrowersyjnymi teoriami na temat przyczyn i leczenia schorzenia. Jej zdyskredytowana praca i prawne kłopoty sprawiły, że niektórzy uważają ją za męczennicę.

Teraz pojawia się raptownie szerzące się wideo, będące pogłębionym wywiadem z Mikovits oraz nowa książka, której jest współautorką, Plague of Corruption: Restoring Faith in the Promise of Science (Plaga korupcji: przywracanie wiary w obietnicę nauki) - afiszowanana jako „spojrzenie zza kulis na problemy i chciwość, które będą decydować o przyszłym zdrowiu ludzkości”

Magazyn Science poprosił Mikovits o wywiad dla ninejszego artykułu. Odpowiedziała, wysyłając pusty e-mail, a w załączniku, kopię swojej nowej książki i prezentację w formacie PowerPoint z 2019 r. zatytułowaną „Prześladowania i tuszowanie prawdy”.

Poniżej znajdują się niektóre z głównych roszczeń i zarzutów prezentowanych w wideo, w konfrontacji z faktami.

Przeprowadzający wywiad (PW): Dr Judy Mikovits została uznana za jedną z najwybitniejszych naukowców swojego pokolenia.

Mikovits napisała 40 artykułów naukowych, ale nie była szeroko znana w społeczności naukowej, zanim opublikowała pracę w 2009 roku, w której twierdziła, że istnieje związek między nowym retrowirusem a CFS. Artykuł okazał się później błędny i został wycofany.

PW: jej praca doktorska z 1991 roku zrewolucjonizowała leczenie HIV / AIDS.

Praca dr Mikovits „Negatywne regulowanie ekspresji HIV w monocytach” nie miała zauważalnego wpływu na leczenie HIV / AIDS.

PW: u szczytu swojej kariery dr Mikovits opublikowała przebojowy artykuł w czasopiśmie Science. Kontrowersyjny artykuł wyołał szok w społeczności naukowej, ponieważ autorka ujawniła, że powszechne stosowanie tkanek płodowych zwierząt i ludzi wyzwala niszczycielskie plagi przewlekłych chorób.

Artykuł niczego takiego nie ujawnił; dowodził jedynie, że w jednym przypadku istnieje związek między CFS i retrowirusem myszy.

Mikovits: Byłam przetrzymywana w więzieniu, bez zarzutów.

Prokurator okręgowy hrabstwa Washoe w stanie Nevada złożył skargę karną przeciwko Mikovits, w którym oskarżona ona została o nielegalne pozyskanie danych komputerowych i związanej z tym własności WPI. Oskarżenie zostało anulowane, częściowo z powodu problemów prawnych, z jakimi borykał się jej były pracodawca.

Mikovits: Szefowie całego naszego HHS [Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej] zmówili się i zniszczyli moją reputację, a Departament Sprawiedliwości i FBI przysiedli na sprawie i trzymali ją pod zamknięciem.

Mikovits nie przedstawiła żadnych bezpośrednich dowodów na to, że szefowie HHS zmówili się przeciwko niej.

Mikovits: [Fauci] zarządził utajnienie. I w rzeczywistości wszyscy inni zostali zapłaceni, i to zpłaceni wielkimi pieniądzmi, w milionach dolarów, przez Tony'ego Fauci oraz z funduszu Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych. Ci śledczy, którzy popełnili oszustwo, do dziś otrzymują duże wynagrodzenia z NIAID.

Nie jest jasne, o którym oszustwie i o czym dokładnie mówi Mikovits. Nie ma dowodów na to, że Fauci był zaangażowany w tuszowanie lub że ktoś został opłacony ze środków pochodzących od niego lub z jego instytutu. Nikt nie został oskarżony o oszustwo w związku z zarzutami Mikovits.

Mikovits: Zaczęło się tak naprawdę, gdy miałam 25 lat i należałam do zespołu, który wyizolował wirusa HIV ze śliny i krwi pacjentów z Francji, gdzie wirusolog Luc Montagnier pierwotnie wyizolował wirusa. … Fauci wstrzymuje publikację tego artykułu przez kilka miesięcy, podczas gdy Robert Gallo pisze własny artykuł i przypisuje sobie całą zasługę, i oczywiście dochodzą do tego patenty. To opóźnienie zatwierdzenia artykułu, jak wiesz, doprowadziło do rozprzestrzeniania się wirusa wokół, no i jak wiesz, dosłownie do uśmiercenia milionów.

W momencie odkrycia HIV Mikovits była technikiem laboratoryjnym w laboratorium Francisa Ruscettiego w NCI i nie miała jeszcze doktoratu. Nie ma dowodów na to, że była częścią zespołu, który jako pierwszy wyizolował wirusa. Jej pierwszy opublikowany artykuł, we współautorstwie z Ruscettim, był na temat HIV, ale opublikowany w maju 1986 roku, dwa lata po tym, jak magazyn Science opublikował cztery przełomowe artykuły łączące HIV z AIDS (wtedy wirus był zwany przez laboratorium Gallo jako HTLV-III). Pierwszy artykuł Ruscettiego na temat HIV ukazał się w sierpniu 1985 roku. Nie ma dowodów na to, że Fauci wstrzymał pracę nad tym dokumentem, lub że doprowadziło to do śmierci milionów.

PW: Jeśli wprowadzimy obowiązkowe szczepionki na całym świecie, wyobrażam sobie, że ludzie ci zarobią setki miliardów dolarów z tytułu praw do szczepionek.

Mikovits: I zabiją miliony, jak to już zrobili ze szczepionkami. W planach nie ma obecnie szczepionki na żadnego działającego wirusa RNA.

Szczepionki nie zabiły milionów; uratowały miliony istnień ludzkich. Wiele szczepionek, które działają przeciwko wirusom RNA, jest dostępnych na rynku, w tym przeciwko grypie, odrze, śwince, różyczce, wściekliźnie, żółtej febrze i wirusowi Ebola.

PW: Więc muszę cię zapytać, czy jesteś antyszczepionkowcem?

Mikovits: Och, absolutnie nie. W rzeczywistości szczepionka jest immunoterapią, podobnie jak interferon alfa jest immunoterapią, więc nie jestem antyszczepionkowcem. Moim zadaniem jest opracowywanie terapii immunologicznych. Czyli tego czym są szczepionki.

W innym niedawnym filmie Mikovits ma na sobie kapelusz z napisem VAXXED II, będący kontynuacją filmu, który łączy szczepionkę przeciw śwince, odrze i różyczce z autyzmem, co jest od dawna obaloną teorią. Powtarza również kilka twierdzeń osób kierujących ruchem przeciwszczepionkowym. W prezentacji PowerPoint, którą wysłała do Science, wzywa do „natychmiastowego moratorium” na wszystkie szczepionki.

PW: Czy uważasz, że ten wirus SARS-CoV-2 został stworzony w laboratorium?

Mikovits: Nie użyłabym słowa „stworzony”. Ale nie można powiedzieć, że występuje naturalnie, jeśli pochodziłby z laboratorium. Jest więc jasne, że ten wirus został zmanipulowany. Ta rodzina wirusów została zmanipulowana i była badana w laboratorium, do którego zwierzęta zostały dostarczone, i to właśnie zostało uwolnione, celowo lub nie. To nie może naturalnie występować. To nie tak, że ktoś poszedł na targ, wziął nietoperza, wirus przskoczył bezpośrednio na ludzi. Nie tak to działa. To przyspieszona ewolucja wirusów. Gdyby było to zjawisko naturalne, zajęłoby to do 800 lat.

Szacunki naukowe sugerują, że wirus najbliższy SARS-CoV-2, ten powodujący COVID-19, jest koronawirusem nietoperza, zidentyfikowanym przez Wuhan Institute of Virology (WIV).  „Odległość” w czasie ewolucyjnym tego wirusa najbliższego do SARS-CoV-2, wynosi około 20 do 80 lat. Nie ma dowodów na to, że ten wirus od nietoperzy został zmanipulowany.

PW: Czy masz jakieś pomysł, gdzie to się wydarzyło?

Mikovits: O tak, jestem pewna, że miało to miejsce między laboratoriami Północnej Karoliny w Fort Detrick, Amerykańskim Wojskowym Instytutem Badań Medycznych Chorób Zakaźnych tamże i laboratorium Wuhan.

Nie ma dowodów na to, że SARS-CoV-2 pochodzi z WIV. Finansowanie przez NIAID amerykańskiej grupy współpracującej z laboratorium Wuhan zostało wstrzymane [dwa lata temu - mój dopisek], co oburzyło wielu naukowców .

Mikovits: Włochy mają bardzo starą populację. Mają wiele schorzeń o charakterze zapalnym. Na początku 2019 r. otrzymali niesprawdzoną nową formę szczepionki przeciw grypie, która zawierała cztery różne szczepy grypy, w tym wysoce patogenny H1N1. Szczepionkę whodowano w linii komórkowej, psiej linii komórkowej. Psy mają wiele koronawirusów.

Nie ma dowodów, które wiązałyby jakąkolwiek szczepionkę przeciw grypie lub psi koronawirus z epidemią COVID-19 we Włoszech.

Mikovits: Noszenie maski dosłownie aktywuje twojego własnego wirusa. Chorujesz od własnych reaktywowanych ekspresji koronawirusa, a jeśli tak się dzieje z SARS-CoV-2, masz duży problem.

Nie jest jasne, co Mikovits rozumie przez „ekspresję koronawirusa”. Nie ma dowodów na to, że noszenie maski może aktywować wirusy i powodować choroby.

Mikovits: Dlaczego zamknąłbyś plażę? Masz sekwencje w ziemi, w piasku. W słonej wodzie oceanu masz lecznicze mikroby. To szaleństwo.

Nie jest jasne, co Mikovits rozumie przez „sekwencje” piasku lub gleby. Nie ma dowodów na to, że drobnoustroje w oceanie mogą wyleczyć pacjentów z COVID-19.

A teraz czas na końcowe pytanie:

KOMU WIERZYSZ?

 12 / 8 / 2026 POLSZCZYZNA Język polski jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Najdobitniejszym dowodem na to wydaje mi si...