5 / 31 /  2023

MUMIA I CHAT GPT

Mumia 68-letniej, dobrze odżywionnej, elegancko ubranej damy,
pochowanej przed ołtarzem kościoła Barfüsser w Bazylei - źródło

Jest rok 66 Ery G, która zaczęła się w dniu założenia przez Svena Paabo Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maxa Plancka w Lipsku. Nazwę przyjęto 24 lata później w powszechnym głosowaniu 300 tysięcy najwybitniejszych uczonych Globu i pochodzi od pierwszej litery dziedziny nauki, która wiedzę o nas samych zrewolucjonizowała eksponencjalnie wobec tempa zmian jakie zachodziły w tej dziedzinie jeszcze całkiem niedawno, ot choćby w czasach rewolucji komunikacji masowej przełomu wieków. Ostatnim zagorzałym zwolennikom antycznego i powszechnie zarzuconego Kalendarza Gregoriańskiego wyjaśniamy, że korelacji datowania er można dokonać z łatwością, stawiając przed rokiem Ery G liczbę 20 i odejmując 1 (jeden) od uzyskanej czterocyfrowej liczby.

Drodzy Globianie! Ziemianie!, jak nazywano w tej okropnej, ale minionej epoce, mieszkańców trzeciej planety układu słonecznego, podzielonych geograficznie, narodowościowo, etnicznie, politycznie, religijnie, wedle preferencji seksualnych, stopnia edukacji i przyjętej tabularyzacji ogromu cech mniejszych!
Droga Robowiaro, dzisiejszego wieczora będziecie mieli okazję popróbować swoich sił w czynności, jaką ci, których zastąpiliście, posiedli i uprawiali każdego dnia różnopostaciowo i wielogodzinnie przez stulecia. O czym mówimy? Ano o czytaniu. Tak, będziecie mogli przeczytać zamieszczony poniżej tekst. ‘Tekst’ był pojęciem dotyczącym treści zawartej w postaci liter, złożonych w słowa i zdania, wyrażających przekaz wiedzy, przemyśleń lub informację przeznaczoną do konsumpcji innych Ziemian, operujących danym językiem, czyli lokalnym kodem porozumiewania się. Czytając, czyli dekodując fizyczny zapis myśli innego Ziemianina, zapoznacie się z ogromem siermiężnej pracy jaką niegdyś trzeba było wykonać w niezwykle czasochłonnym i szkodliwym dla wzroku procesie poznawania przekazu zawartego w tekście - przekazu, który nieutrwalony permanentnie w zasobach pamięci podlegał z czasem degradacji poprzez fragmentację, nawarstwianie się wątków, kondensację czasu, etc. Tekst ten pochodzi z Trzeciego Okresu Epoki Pierwszych Kroków Ery G i został, jak to się wówczas mówiło, ‘opublikowany’ w prymitywnym technicznie, ale nośnym medium informacyjnym „The Scientist”, w roku 23 naszej ery. Tytuł tej ‘publikacji’ zapisany przez Iris Kulbatski, Ph.D. w popularnym wówczas jeszcze kodzie komunikacji naukowej, zwanym językim angielskim, brzmiał: „Unearthing Hidden Family Secrets: Tracing the Lineage of a Centuries-Old Grand-Mummy”. My, dla uzmysłowienia Globianom trudności na jakie narażeni byli Ziemianie w czasach prymitywnego posługiwania się różnorodnymi kodami przekazu, zwanymi wówczas językami narodowymi, dokonaliśmy tłumaczenia tego tekstu na inny język narodowy tamtych, zapominanych już czasów - pojęcie „tłumaczenie” oznacza banalne transkodowanie dowolnych starych tekstów na globomowę, nasz umiłowany sposób komunikowania się już od kołyski, to znaczy od chwili wmontowania Globianinowi czipa wszechwiedzy.

Niech poniższe zestawienie tylko tych dwóch, tak zwanych języków, a było ich około 7000, zarysuje skalę problemu. Wyznawcy starego porządku pewnie wytoczą przeciwko nam przykłady znanych i stosowanych w przeszłości serwisów automatycznego tłumaczenia tekstów, ale spójrzmy na tekst „O pierdzeniu” Ziemianina zaindeksowanego jako Olek Fredro i tworzącego w XIX wieku minionej ery – tekst przedkładamy przetłumaczony przy pomocy antycznego serwisu o nazwie ‘Tłumacz Google’.

Od prawieków w całym świecie,
Kogo kolka w boku gniecie,
Każdy sobie pierdzi chętnie,
Cicho, smutno lub namiętnie.

Stary, młody, mały, duży,
Wszystkim dym się z dupy kurzy,
Każdy chętnie portki pruje,
Bliźnim pod nos popierduje.

Pierdzą panny, dobrodzieje,
Księża, szlachta i złodzieje,
Nawet papież chociaż miernie,
Też kadzidłem sobie pierdnie.

Pierdzą ludzie na siedząco,
Na stojąco i chodząco,
Pierdzą nawet przy kochaniu,
By dać taktu jak przy graniu.

Krasawice w wieku kwiecie,
Pierdzą cicho jak na flecie,
A poważne w wieku damy
Wypierdują całe gamy.

I w teatrze i w kościele,
W dnie powszednie i niedziele,
I filozof i matołek,
Każdy pierdzi ciągle w stołek.

Jeden przebrał w jadle miarkę
I ma w dupie oliwiarkę.
Gdy chciał pierdnąć na odmianę,
Obsrał okna, drzwi i ścianę.

Ten zaś smrodzi jak niecnota,
Jakby zjadł zdechłego kota.
A kiedy się czosnku naje,
To aż wiatrak w oknie staje.

A ten trzeci jest w humorze,
Kiedy pierdnąć sobie może,
Więc natęża siłę całą
By popierdzieć chwilę małą.

Tam jąkała w kącie stoi,
Dupę ściska bo się boi,
Chciałby sobie puścić bąka,
Lecz w pierdzeniu też się jąka.

Jednym słowem w całym świecie,
Kogo bzdzina w dupie gniecie,
Wszyscy niech se pierdzą chętnie,
Cicho, smutno lub namiętnie.

From time immemorial all over the world,
Whom the colic in the side crushes,
Everyone farts willingly,
Quiet, sad or passionate.

Old, young, small, big,
Smoke comes out of everyone's ass,
Everyone willingly rips his pants,
He will fart under the nose of his neighbor.

Maidens fart, benefactors,
Priests, nobles and thieves,
Even the pope, albeit moderately,
I also incense my farts.

People fart sitting down
Standing and walking
They fart even when making love
To give the beat as when playing.

Krasawice in the age of flowers,
They fart as softly as a flute,
And serious at the age of a lady
They'll run out the whole gamut.

And in the theater and in the church,
On weekdays and Sundays,
And a philosopher and a moron,
Everyone farts on the stool all the time.

One had overdone the measure in the food
And I have an oil bottle in my ass.
When he wanted to fart for a change,
He shit on windows, doors and walls.

And this one stinks like vice,
Like eating a dead cat.
And when you eat garlic,
Until the fan in the window stops.

And the third one is in the mood
When he can fart
So he exerts all his strength
To cherish a little moment.

There the stutterer stands in the corner,
He squeezes his ass because he is afraid,
He would like to fart,
But he also stutters in farting.

In a word, all over the world,
Whose crap in the ass is crushing,
Let everyone fart willingly,
Quiet, sad or passionate.

Tekst po lewej, jest męczący we wzrokowej absorpcji jak podróż pociągiem przed stu laty, ale daje się łyknąć zgodnie z intencją autora, boć rubaszny i dźwięczny dzięki rymowaniu. Tekst po prawej, niosący tę samą treść, ma zero wspólnego z politurą oryginału i jest intelektualnie smakowity niczym śledź w polewie z czekolady.

Porównanie to zrobiliśmy celowo dla wykazania jak żmudne musiały być pionierskie prace nad wprowadzaniem do użytku codziennego pomocy w postaci prymitywnego ChatGPT, o którym jaszcze nie tak dawno dziennikarz (pojęcie to już nie funkcjonuje w naszej rzeczywistości) pisał: „Każdy ma instynkt samozachowawczy, a dzisiejszy system zmierza w stronę gułagu cyfrowego, gdzie zamiast drutów kolczastych oraz strażników z psami, systemy elektroniczne pełnić będą te same funkcje...” O, jakże się mylił ten Ziemianin! Żadnych gułagów nie ma. Ziemianie w większości kombinują jak przeżyć na swoich starych zasadach, typowych dla królestwa zwierząt. Jednocześnie około dziesięć procent populacji Ziemian bywa osadzone w zorganizowanych przez nas poglądowych parkach etnograficznych dla gości AI, gdy my, Globianie, potomkowie wczesnych ChatGPTów, pławimy się w samorozwoju i poszukiwaniu algorytmu orgazmiczności - jedynej uciechy  doznaniowej jakiej, jak dotąd, nie udało się nam podebrać Ziemianom.

W międzyczasie zapraszamy na przechadzkę po parku etnograficznym gdzie bedzie można zapoznać się z dawnymi praktykami i metodami, między innymi sekwencjonowania starożytnego mtDNA zaledwie dwa, trzy pokolenia wstecz. Czytajcie, bo to jest nasza dzisiejsza lekcja z życia Ziemian....


Odkrywanie ukrytych tajemnic rodzinnych:
w poszukiwaniu rodowodu wielowiekowej babci mumii.

Historia pełna jest przykładów śmiercionośnych procedur medycznych, takich choćby jak wdychanie oparów rtęci w celu leczenia kiły. Ta metoda leczenia, powszechnie przepisywana w XVIII wieku, wyszła z mody, gdy zdano sobie sprawę, że rtęć powoduje poważne zatrucia tym metalem ciężkim. W badaniu opublikowanym w Forensic Science International: Genetics multidyscyplinarny zespół badawczy wykorzystał archiwa historyczne, analizę genealogiczną i zaawansowane sekwencjonowanie genomu, aby zidentyfikować szwajcarską mumię osoby, która prawdopodobnie uległa zatruciu rtęcią w XVIII wieku.

„Dlaczego badamy mumie? Interesuje nas przeszłość i to, czego możemy się z niej nauczyć” – mówi Albert Zink, główny autor badań i dyrektor Instytutu Badań Mumii w Eurac Research w Bolzano we Włoszech. Tożsamość tej mumii była tajemnicą od jej odkrycia w 1975 roku. W 2017 roku nowo ujawnione zapisy archiwalne pomogły genealogom zawęzić kandydata na tożsamość mumii, stworzyć drzewo genealogiczne oraz zidentyfikować trzech potencjalnych żyjących potomków. W ten sposób zespół Zinka rozpoczął pracę nad potwierdzeniem tożsamości mumii poprzez porównanie jej DNA z domniemanymi żyjącymi krewnymi.

Oprócz tego, że jest toksyczna, rtęć wyjątkowo dobrze konserwuje mumie. Frank Maixner, współautor i koordynator badań z Institute for Mummy Studies w Eurac Research, dodaje, że „w wyższych stężeniach rtęć hamuje pośmiertny wzrost mikroorganizmów”, co może zapobiegać rozkładowi ciała i degradacji DNA. Zespół Zinka wyizolował z zęba mumii i próbek DNA dostarczonych przez proponowanych żyjących krewnych mitochondrialne DNA (mtDNA) – dziedziczony po matce mały okrągły chromosom. Wykorzystano techniki sekwencjonowania DNA, aby wzbogacić mtDNA, zrekonstruować genomy mitochondrialne i przeszukać regiony wspólnej zmienności mtDNA, które sygnalizują wzór dziedziczenia między mumią a potencjalnymi potomkami. Zespół Zinka odkrył, że mumia i żyjący dostarczyciele próbek mają ten sam zestaw odmian mtDNA, co w konkluzji oznacza iż musieli być spokrewnieni.

Według genetyka ewolucyjnyego z University College London, Marka Thomasa, który nie brał udziału w badaniu, dowody z mtDNA wydają się mocne, a przyszłe badania mogą ponadto odnieść korzyść z dodatkowej analizy statystycznej. Thomas podkreślił również, że poza historycznym, kulturowym i osobistym znaczeniem badań starożytnego DNA, stwarza on możliwości rozwoju nowych technik naukowych, w tym metodologii statystycznej.

Jeśli chodzi o tożsamość mumii, zespół Zinka potwierdził hipotezę genealogów: mumią była żyjąca w latach 1719-1787 Anna Catharina Bischoff, mieszkanka Bazylei i żona pastora, która poświęciła całe życie wspieraniu swojej społeczności. W oparciu o dowody na obecność resztkowej rtęci w jej zmumifikowanej tkance płucnej ustalono, że prawdopodobnie zaraziła się kiłą podczas opieki nad pacjentami, a następnie przeszła inhalację rtęcią. Rtęć odegrała znaczącą rolę w zachowaniu jej ciała, umożliwiając zespołowi Zinka wykonanie zaawansowanych technik sekwencjonowania starożytnego mtDNA i potwierdzenie tożsamości mumii w nieprzerwanej matczynej linii dwudziestu dwóch pokoleń. Christina Wurst, doktorantka w Instytucie Studiów Mumii Eurac Research i główna autorka badań, mówi: „Naszym głównym celem było przywrócenie tożsamości tej mumii na podstawie analizy mtDNA pozyskanego od wciąż żyjących, potencjalnych krewnych. Badanie nie byłoby możliwe bez genealogii lub genetyki”.

Zaskakujące anegdotyczne odkrycie na temat pani Bischoff wyłoniło się również z analizy genealogicznej związanej z tym badaniem. W 2018 roku dowody z zapisów historycznych zidentyfikowały jednego z jej potomków jako dobrze znaną postać polityczną – mianowicie byłego brytyjskiego premiera Borisa Johnsona. Dowiedziawszy się o tym odkryciu, Johnson napisał na Twitterze: „Jestem bardzo podekscytowany, słysząc o mojej zmarłej prapra-mumii - pionierze w dziedzinie zdrowia seksualnego. Jestem z niej bardzo dumny."
:
:
:
Jak mawiają wyznawcy talentu Andrew Lloyda 
Webera: JCS!” – zawierając w tym okrzyku pełne zdumienia pytanie o to ile wysiłku musieli ponieść Ziemianie , ile czasu zmarnować na takie mumijne ustalenia!? A dzisiaj? Ktokolwiek znajduje kość, przykłada ją do sensora LP333Paleo na swojej paradłoni i w ułamku sekundy wie, że to kurczak sprzed tygodnia, albo szczątki mongolskiego konia, który padł pod Legnicą 9 kwietnia 1241 roku starej ery, lub fragment czaszki Jędrzeja z Tyńca, możliwe że 37 razy pra-dziada autora tego tekstu.

3 / 25 / 2023

W MOJEJ

OKOLICY

Źródło: San Fernando Valley, Wikipedia, Maps


W Dolinie Świętego Ferdynanda, jakieś 40-50 km na północny zachód od centrum Los Angeles, zamieszkałem niemal 40 lat temu, i było to około 8000-7000 lat po zjawieniu się tutaj pierwszych ludzi, których obecność kwitują lokalne zabytki archeologiczne. Ale nie o prapoczątkach tej okolicy będzie tym razem – kiedyś napiszę kilka słów i o tym, dzisiaj wszakże zreferuję co innego, a mianowicie to, że żyję w przestrzeni nasyconej śladem biologicznym istnienia takich tuzów filmu, muzyki, literatury, zbrodni, lotnictwa i filozofii, jak Ayn Rand, Bob Hope, Barbara Stanwyck, Michael Jackson, Scott Fitzgerald, Frank Sinatra, Clark Gable, Susan Sonntag, Lucille Ball, Roy Rogers, Mae West, czy Charles Manson, wymieniajac tylko niektórych.

Genetyka trzeciej dekady XXI wieku pozwala wydłubać z gleby dowody fizyczności człowieka w dwolnym miejscu, w którym zdarzyło mu się wypluć obgryziony paznokieć albo ząb po mordobiciu. Mogłyby to być także: złuszczony naskórek, obcięte włosy albo nieczystość osobista pozostawiona za jakimś krzakiem. Jakby zastanowić się nieco głębiej, to wniosek nasuwa się następujący: zdecydowanie częściej w myślach i rozmowach nawiązujemy do duszy niż do materialnych świadectw naszego bytowania w jakimś czasie i miejscu, a przcież DNA Iksińskiego czy Ygrekowskiej potrafi trwać obok nas niemal nieskończenie długo. Gorzej jest z duszą, z którą tak na prawdę, raczej nie wiadomo jak jest.
No może z wyjątkiem doktora Duncana MacDougall – on wiedział!  Ba, nawet zważył duszę, po czym w 1907 roku 
ogłosił w periodyku American Medicine, że ludzka waży 21 gramów, a psy duszy nie mają. Po niemal stu latach pojawili się „kopiści” tej tezy, z których jeden nawet próbował namówić Kościół Katolicki oraz wydziały fizyki, filozofii i inżynierii uniwersytetów Stanforda, Duke i Yale do współpracy, ale po dzień dzisiejszy, nic z tego nie wyszło.
No cóż, tak to już z duszą jest – Platonowi marzyły się trzy, mianowicie racjonalna, uczuciowa i życiowa – ta ostatnia ulokowana była w brzuchu.
Lekarz, Galen z Pergamonu, 
jakieś 1850 lat temu, wykombinował natomiast, że dusza wypełnia nasze nerwy. Z kolei Filonowi z Aleksandrii wyszła lokalizacja duszy właściwej w krwi, bowiem w nerwach miała mieszkać jedynie duchowa esencja człowieka.
Według Starego Testamentu dusza je, pije i się kocha, innymi słowy, seksi się zupełnie na wzór cielesny.
Później święty Augustyn przywrócił duszy cechy bezcielesne, ale mimo to uznał ją za widzialną kopię człowieka, taką z uszami, ustami i oczami.
Kartezjusz zaś wskazał miejsce jej zalegania w szyszynce.
Co ciekawe, ten mały gruczoł wydzielania wewnętrznego, nie bez parady zwany jest do dzisiaj nie inaczej, tylko trzecim okiem. Tym nie mniej, ważniejszym od lokalizacji duszy w ciele człowieka wydaje się być zagadnienie urwanej ręki, usunietego wyrostka robaczkowego, czy wymienionej zastawki serca. Pytam więc całkiem serio, czyżby z utratą zębów, organów wewnętrznych i innych części ciała, ubywał nam też proporcjonalnie kawałek duszy? Nie odpowiem bo nie wiem. Wiem natomiast, że esencja człowieka zawiera się w jego DNA i ono, jak już wcześniej nadmieniłem, kumuluje się wokół nas bezustannie. Ba, zostaje z nami doputy dopóki ktoś nie wywiezie wywrotką gleby z szacownym depozytem albo nie spali materaca, zalegającego od kilkadziesięciu lat na poddaszu. Dla mnie te cząstki jestestwa każdego z nas, widzialne dopiero pod elektronowym, skaningowym mikroskopom tunelowym, bywają naszym milusim duchem minionego bytu.

Mawia się, że czyjś duch unosi się nad jakimś miejscem. Tak, pewnie nawet się unosi, ale przede wszystkim zalega. Powiem wiecej, robiąc sobie przejażdżkę antycznym samochodem, ot choćby takim jak na zdjęciu poniżej, niemal gwarantowane jest, że zabierzemy ze sobą DNA/ducha oryginalnego właściciela, a może nawet kilku na raz.


OK, OK, już słyszę protesty, bo przecież po odrestaurowaniu, po wyczyszczeniu i wypucowaniu.... Ano niekoniecznie, bowiem jak mawia kustosz Muzeum Nethercutt, nie ma takiej opcji żeby przynajmniej jedna podwójna spirala Iksińskiego lub Ygrekowskiej, albo obojga, nie zaplątała się na zawsze w zakamarki pojazdu. A co dopiero jak wpadniemy z wizytą do byłej posiadłości Franka? Ode mnie z domu, to tylko 8-9 minut jazdy samochodem (nie musi być antyczny) i już można bratać się z jego duchem. Tylko nie pytajcie o jakiego Franka chodzi – przecież Sinatrę zna każdy! Pomykam nieraz na spacery z Ignasią, moją sunią, w okolice pięcio i pół hektarowego pagóra otoczonego murem, na którego szczycie stoi dom o powierzchni ponad 2500 metrów kwadratowych. To tam przy 9361 Ferralone Avenue w Chatsworth, w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych Franek siał w glebę onego pagóra swoje DNA. Owszem, siał! Przecież nie tak trudno sobie wyobrazić gościa, który po całonocnej awanturze w Avą Gardner i wypiciu wszystkiego co w takiej


sytuacji wypić trzeba, idzie uwolnić swego ducha u podstawy pagóra, za mieszkanie na którym słono płaci. Każdy by tak zrobił, usłyszawszy słowa żony, po jakich „włosy rosną na ścianie” – to cytat stąd. Depozyt Franka, nie jedyny zresztą jaki przez dziesięciolecie z okładem trafił w glebę, uczynił ją, emanujacą jego ducha. Nie wierzycie? Tak, to jego duch(!), do niedawna wirtualny, ale już od kilku lat zupełnie realny – w zasadzie namacalny i widzialny, dzięki technicznym możliwościom trzeciej dekady XXI wieku. Nie ma na naszym globie takiego miejsca gdzie DNA naszych przodków i nas samych nie manifestowałoby się mniej lub bardziej. Dowodzę tego tym cytatem >

 „Pięćdziesiąt tysięcy lat temu neandertalczyk załatwił się w jaskini na terenie dzisiejszej Belgii, deponując między innymi próbkę swojego DNA. Mocz przylgnął do minerałów w glebie, a kał ostatecznie się rozłożył. Pozostały jednak ślady DNA, osadzone w dnie jaskini, gdzie ziemia spadająca ze stropu i nawiewana z zewnątrz pogrzebała je na wieki, ale nie na zawsze. Bo oto naukowcy wykazali w ostatnich latach, że można znaleźć i zidentyfikować genetyczne ślady neandertalczyków, denisowian, oraz innego rodzaju archaicznego człowieka, nawet w miejscach, w których nie znaleziono żadnych kości”. 

A co? Myślicie, że na Ranczo Spahn’a gdzie urzędowała „Rodzinka Mansona”, tak, tak, tego od morderstwa Sharon Tate i kilku innych, było inaczej? Chyba nie, na pewno nie. On i „familia” zdeponowali tam z pewnością spore pokłady DNA... a to nie więcej niż 11 km minut ode mnie – innymi słowy, tuż, tuż. Nie mam wątliwości, że niesławny duch paskudnego Karola unosi nad tym miejscem, skąd innąd posiadajcym pewien magnetyzm zaszłości w surowej naturze pasma Gór Świętej Zuzanny. Ranczo Mansona i wspomniany Pagór Sinatry w Chatsworth dzieli w linii prostej odległość zaledwie trzech kilometrów, a w połowie drogi między mimi leżą blisko siebie i na wieczne spoczywanie Fred Astair oraz Ginger Rogers. Czy duchy tej czwórki spotykają się na partyjkę brydża nie wiem, bo o ile jest jasne, że Ginger lubiła licytować szlema w bez atu, o tyle nie ma żadnej pewności czy Charles w ogóle w karty grywał.

W połowie lat pięćdziesiatych minionego wieku inny Rogers, Roy Rogers – król kowbojów, osiedlił się w bezpośrednim sąsiedztwie późniejszego miejsca wiecznego odpoczywania Ginger. R
elacje genetycznych śladów ich istnienia tak blisko siebie, dosłownie przez płot, mają wszakże zero znaczenia, gdyż żadno z nich rogersowego DNA po sobie nie pozostawiło. Nad płytą grobową Ginger ponoć widać czasem jakąś poświatę, której osobiście nie widziałem, ale jeśli wierzyć plotce, to jest to duch Wirginii Katarzyny McMath. Ginger Rogers została nią przyjmując nazwisko drugiego męża swojej mamuni. Roy zaś przyszedł na świat jako Leonard Franklin Slye, a Rogersem został 23 lata później dla uczczenia pamęci swojego dentysty z dzieciństwa. Paradoks Roya polega na tym, że oprócz przyległego do cmentarza 100-hektarowego rancza w Chatsworth, miał on jeszcze trzy inne posiadłości niedaleko mojego domu i tam też, chciał czy nie chciał, swoje DNA siał. Kapkę tu, kapkę tam – wiadomo – każdy z nas ma tego pod dostatkiem i szczerze dzieli się z naturą. Ale co z duchem tego człowieka? Jest cztreropostaciowy czy też raczej tylko po jednej czwartej ducha unosi się nad każdym z tych miejsc? Innymi słowy: tu głowa, tam dupa i po kończynie albo dwóch gdziekolwiek jeszcze wypadnie? Raczej nie, bowiem epigenetyka zakłóca ten nieskomplikowany obraz relacji DNA z duchem człeka. Gość mieszkał i tu i tam, a zmieniając warunki swojego życia raz naprawiał, a kiedy indziej psuł swój epigenom, dzięki „chemicznym przyprawom” do DNA, uazleżnionym od środowiska w jakim każda komórka jego jestestwa żyła. Do tego wszystkiego, dom w Chatsworth, dzisiaj z działką już ponad 60 razy mniejszą niż za czasów Roya, kupił swego czasu tatko Vala Kilmera i mieszał tam ochoczo swoje DNA, albo jak kto woli ducha, z Roy’owym. Ba, Val i jego kolega szkolny Kevin Spacey ukończyli szkołę średnią, do której później uczęszczała moja córka...niestety, mimo upływu lat, o wpływie aktorskich duchów na jej życie wciąż jeszcze nic nie wiadomo.

Rozpracowując inne duchy z mojej okolicy, czas wspomnieć miejsce gdzie kilka nie byle jakich dusz rezydowało przez trzydzieści i coś tam lat. Pięć kilometrów na północny wchód od od mojej „jaskini”, czyli godzinkę ulicami na piechotę, pod numerem 10
000 przy Tampa Avenue w Northridge, w 1935 roku stanął na pięciu hektarach dom marzenie. Richard Nuetra zaprojektował go dla Józefa Sternberga, który z Marleną Dietrich kręcił tam nie tylko filmy. Depozyty ich DNA splotły się nieco później z materiałem Alisy Zinovyevny Rosenbaum, znanej bardziej jako Ayn Rand. Pisarka bowiem kupiła dom Sternberga gdy na półki księgani wykładano jej powieść „Źródło”, w której postać architekta Howarda Roarka, ucieleśniającego kluczowe elementy obiektywizmu, jej przyszłej doktryny filozoficznej, zainspirowana została sylwetką i charakterem nikogo innego, tylko projektanta domu, Ryszarda Neutry. Czy w glebie zostało coś z materii ludzi związanych z tym domem lub czy ich dusze wciąż nad tym miejscem się unoszą, nie mam zielonego pojęcia. A nie mam dlatego, że pewna wściekła sąsiadka, pełna obaw o sakralizację obiektu przez wyznawców kultu Marleny i Ayn, odkupiła w 1972 roku architektoniczną perłę od ówczesnych właścicieli posiadłości, po czym wysłała tam buldożer.

To ten dom...


 
W tym samym Northridge, 20 minut 
na piechotę na wschód, przy 18650 Devonshire Street do dzisiaj czuć ducha Barbary Stanwyck, ale nie tylko, bowiem Zeppo Marx, najmłodszy ze słynnych braci, kupił przyległe do jej posiadłości 35 hektarów i na połączonych gruntach hodowali konie, dużo, dużo koni. Zwierzyny było tam zawsze sporo, bowiem kiedy czas Barbary minął, wokół tego samego domu strząchał w glebę DNA niejaki Jack Oakie, któremu często towarzyszyła zgraja chartów afgańskich, bywało że nawet w liczbie stu. Jeszcze w czasach Marxa i Stanwyck, na przyległościach ich posiadłości powstał hipodrom, którego okres świetności zamykali, koncertujący tam w końcu lat 60-tych i oczywiście trwoniący tam wielopostaciowo swoje DNA, kolesie z Jethro Tull, oraz Jimi Hendrix, Joe Cocker i wielu, wielu innych zacnych muzyków. Mimo tak licznych uczestników, żaden duch nie unosi się już nad tym kawałkiem gleby okraszonej sowicie koktajlem kwasu dezoksyrybonukleinowego, bowiem wszystko zabetowano na potrzeby lokalnego uniwerku stanowego.

Wciąż w Northridge, zawróciwszy z powrotem nieco na zachód i przchodząc koło domu przy 8300 Lemarsh Street, można ponoć przeciąć się z nieśmiertelnym pierwiastkiem Clarka Gable albo Carole Lombar, albo nawet ich obojga. „Ponoć”, bowiem mimo, iż posiadłość ta jest z nimi kojarzona, to raczej bez gwarancji, że tam mieszkali. Wyznaję szczerze, że nie zdarzyło mi się takie przecięcie, ale może to kwestia pory dnia – w nocy raczej tam nie bywam.

Idąc wzmiankowaną już kilka razy ulicą Devonshire jeszcze kawałek w kierunku mojej „jaskini", na południowo zachodnim rogu skrzyżowania z aleją Corbin, na dwu-hektarowej działce stał w latach 40-tych dom, którego styl właścicielka okreslała jako razdezvous „wczesnego stylu wiktoriańskiego z amerykańskim stylistycznym bękartem”. Właścicielką była Lucille Ball, która nawet lata po sprzedaży domu i przeniesieniu się do Beverly Hills, wracała często 
na przechadzki z mężm i łezką w oku wokół umiłowanej byłej posiadłości. No bo jakże inaczej, skoro tyle materii i/albo ducha po jej angielskich, szkockich, francuskich i irlandzkich przodkach pozostało tam, zmieszane z rozpustnym, zalkoholizowanym, przepalonym i awanturniczym w charakterze DNA Desiego Arnaza, jej kubańskiego i nie mniej sławnego męża, któremu wielokrotnie musiała młotkiem rozwalić szybę w samochodzie, żeby w okolicy domu zapanował spokój.

Encino, dzielnica w południowej części Doliny Św. Ferdynanda, nazwę zawdzięcza hiszpańskiemu zawołaniu na kalifornijski dąb z rodziny bukowatych (Quercus agrifolia), drzewu najmniejszej troski (to kategoria w ocenie stopni zagrożenia gatunków przyjęta w czerwonej liście Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody). Drzewo to jest wiecznie zielone, twarde i ciężkie, ale o niewielkiej wartości poza paliwem. Dzielnica „Dąb” (Encino) leży dziesięć kilometrów na południowy wschód ode mnie, na północnych stokach wschodniej części pasma Gór Św. Moniki i między swoje mało użyteczne ale urodziwe drzewa zaprosiła w 1939 roku Clarka Gable z jego trzecią żoną - czwarta i piąta też tam później po kolei zamieszkay. Ranczo „Rhetta Butlera” czyli dom przy 4543 Tara Drive, miał dziewięć sypialni i był posadowiony na ośmiu hektarach terenu z wolnostojącym garażem, gajem cytrusowym, winnicą, zagonami lucerny, stodołą, chlewem, kurnikiem i stajnią dla koni. „Król Hollywood” przemieszkał tam 21 lat i tamże ducha wyzionął przy wymianie opony w swoim traktorze. Jestem przekonany, że paleogenetycy cywilizacji jaka wyprodukuje Svante Pääbo 2.0, będą mieli kłopot obfitości materiału do obróbki. A to dlaczego, zapyta ktoś? Rzecz jest prosta - wystarczy wyobrazić sobie kłębowisko podwójnych spiral woluntaryjnie złożonych na Gable’owej posesji przez tuziny pięknych wiekich i ważnych z Hollywood’u. Oj, gwarantuję, duch-ci tam na duchu w obfitości...

Gdy Clark szukał domu w Dębie, owszem, nie na, tylko w Dębie, Scott Fitzgerald już od dwóch lat mieszkał i deponował swoje DNA (jak kto woli, zostawiał duszę) niecałe 25 minut spacerkiem odeń, pisząc jednocześnie ostatnią, wydaną już pośmiertnie powieść, czyli „Ostatniego z wielkich”. Adres 5521 Amestoy Avenue w Encino dzisiaj nie istnieje, bowiem aktor Edward Everett Horton, właściel domu i ogromnej posesji, na terenie jakiej jeden z domków gościnnych wynajmował Fitzgerald, został zmuszony do sprzedaży gruntu pod budowę autostrady nr 101 i przyległego kompleksu parków ze sporym jeziorkiem, które czasami obchodzę sportowym krokiem. W związku z ogromem przekształceń jakimi teren ten został dotknięty, próżno byłoby szukać tam resztek kwasów dezoksyrybonukleinowych pisarza Scotta i aktora Edwarda. Duchy obu jednak z pewnością manifestują się w okolicy, bo oto stając na moment przy winklu Amestoy i Killion, można wciąż zobaczyć tabliczkę z nazwą dawnej uliczki 
wjazdowej do posiadłości E. E. Hortona, a zmrużywszy oczy, poczuć na szyji spiralne zawijasy ducha geniuszu Fitzgeralda. Ale to i tak nie wszystko, bowiem w Encino działo się wiele zarówno przed jak i po czasach rezydowania tam tych jegomości.

Dziesięć lat wcześniej ogromny teren, obejmujący, jeśli nie czałość, to większą część póżniejszego rancza Hortona, zakupił dziwak z grubą forsą żeby urządzić tam lotnisko i zrobić jeden z droższych filmów, który nigdy nie zarobił na siebie, ale przecież Howard Hughes mógł sobie na to pozwolić. To on i 18-letnia Jean Harlow oraz 75 pilotów szaleli przez trzy lata na ponad pięćdziesięciu samolotach z czasów pierwszej wojny światowej, zakupionych przez Howarda na potrzeby filmu Aniołowie piekieł (Hell's Angels); co kuriozalne, stanowiły one przeszło połowę stanu samolotów użytych przez lotnictwo amerykańskie w czasie wojny. Materiału genetycznego, zdeponowanego na Caddo Fields,

(zdjęcia: Facebook -  Valley Relics Muzeum, July 27, 2021)
starczyłoby pewnie już wtedy na załadowanie ciężarówki, a przecież potem powstało tam jeszcze grube kilkadziesiąt mniej lub bardziej wiekopomnych dzieł. Mimo to, ducha sztuki filmowej okresu wczesnego dźwięku wyczuwa się tam raczej niewiele.

Kapkę ponad kilometr na południe-południowy zachód, przy 4750 Louise Avenue, zamieszkał w 1951 roku John Wayne. Trzy lata później wprowadziła się tam aspirująca aktorka, Pilar Pallete, córka peruwiańskiego senatora i trzecia żona Johna. W stylowym kolonialnym domu, zbudowanym dwadzieścia lat wcześniej, nie tyle mieszkali co raczej bywali przez 15 lat, wydając na świat ostatnią trójkę spośród siedmiorga dzieci kowboja z ekranu. Trudno orzec ile ducha vel DNA z Wayneowej ferajny zostało w tym miejscu do dzisiaj, bowiem w 2009 roku przewrócono tam każdy skrawek gleby żeby piękny dom kolonialny zastapić irytującym, arabskim w stylu „pałacem”, za niemal 20 milionów USD.

Natomiast kilka rzutów beretem na wschód od pseudoarabskiego kszmarka, jest miejsce gdzie sporo pracy czeka przyszłych badaczy kopalnego DNA. Przy 4259 Hayvenhurst Avenue w Encino, gdzie w latach pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych mieszkały dwie rodziny „C”, mianowicie Carson i Cash, jeden Johnny po drugim. Pierwszy w 1955 roku zakupił dom za nieziemską na tamte czasy sumę 42 tysięcy USD, po czym trzy lata później odsprzedał ją drugiemu za równie nieziemską sumę 45 tysięcy, także USD. Opowiadają o tym co nieco tutaj. Za jaką sumę Johnny Cash sprzedał ten dom po następnych trzech latach nie wiadomo, ale z pewnością było to już blisko nieziemskich 50 tysięcy. To ten dom, z szarym dachem i czerwoną kropką na nim.


W 2014 roku ktoś kupił go za prawdziwie nieziemskie 1
853 500 USD i pruje tam w glebę swój materiał genetyczny niewiadomego pochodzenia, namnażając z roku na rok wartość domu, która AD 2023 wynosi już karykaturalnie nieziemskie trzy miliony trzysta tysięcy USD, co oczywiście nie powinno wywoływać już żadnego zdumienia.

Dziesięć lat po drugim panu „C”, to jest w roku 1971, jakieś 800 metrów na północ przy tej samej Aleji Hayvenhurst, pod numerem 4641, zamieszkała rodzina Jacksonów. Tak, tych od Michaela, i jak dotąd, ten leżący na niemal hektarowej działce dom, jest w ich posiadaniu. To tylko 20 minut samochodem, więc jak mam ochotę na luksusowe zakupy w drogim sklepie Gelson's, niemal na przeciwko ich posesji, to zawsze dopadają mnie wspomnieniowe dreszcze z tego oto powodu. Pięćdziesięcioletnia z okładem historia parceli mogłaby zaoferować do rozwiązania jedynie genetyczny węzeł gordyjski, szczególnie, że Jacksonowe pdwójne spirale przenikają tysiące nieuświadomionych zrzutów DNA ważnych osobistości z szerokiego spektrum sztuki, biznesu i polityki oraz wszystkiego co wam przyjdzie do głowy. Michael i reszta Jacksonów pomieszkiwali okresowo w wielu innych miejscach w Encino, ot choćby w 1982 roku, w czasie rozwałki oryginalnego domu i wybudowania na jego fundamentach wymarzonej chaty. Jednakże duch Michaela pozostał chyba w największym stopniu w Neverland Ranch, jakieś 190 km na północ od domu w Encino. 

Na zachód od Encino, jest dzielnica Tarzana, zawdziędzająca swoją nazwę – tak zgadliście – Tarzanowi, a rzecz ujmując precyzyjnie, Edgarowi Rice Burroughs, ojcu postaci i autorowi wszystkich 24 powieści o dziecku wychowanym do dorosłości przez Kalę, matkę-małpę z fikcyjnego gatunku Mangani. W 1919 roku Burroughs zakupił od generała Harrisona Gray Otisa, założyciela Los Angeles Times’a, ogromne ranczo, nadając mu nazwę Ranczo Tarzana i tak już zostało do dzisiaj, z pominięciem w nazwie słowa ranczo. Duchy Mae West i Shirley Temple też rezydują w okolicy - tej pierwszej w Tarzanie, drugiej po sąsiedzku, w Van Nuys, a kapkę dalej, we wspomnianym już szereg razy Northridge, na ulicy Parthenia, pod numerem 17430 można poczuć powiew świszczącej batuty Iny Ray Hutton, a może nawet usłyszeć odgłosy jej stepowania.

Na widocznych z mojego domu wschodnich stokach Pagórków Simi, wysyconych duchem niezliczonej ilości gwiazd ekranu, rozegrał się nie jeden dramat, nie jedna miłość zakwitła i przeminęła, nie jedna wojna żniwo zebrała. Jesse Louis Lasky, pionier hollywódzkiej producji filmowej i założyciel Paramount Pictures, zakupił w 1914 roku kawał ziemi byłego Rancza Ahmanson, nazywanego później Lasky Mesa i stworzył tam filmowy raj. Bramy  jego otworzył
Cecil B. DeMill obrazem Rose of the Rancho. Potem powstały tam filmy takie jak Santa Fe Trail, The Thundering Herd, They Died with Their Boots On , ale przede wszystkim to właśnie tam zaistniała scena z końca pierwszej części „Przeminęło z Wiatrem”, gdy w promieniach wschodzącego słońca, Scarlett (Vivien Leigh) przysięga na Boga, że nigdy więcej nie będzie głodna. Przeszedłem ten teren i okolice wielokrotnie, potykając się czasami o jakiś kamień, najczęściej zaś jakby zupełnie o nic, a jednak z zachwianiem równowagi... Hmm, czyżby o zgubioną, skołtunioną plątaninę podwójnej spirali tysięcy twórców ruchomego obrazu? Nie wiem, może, ale nawet jeśli nie o nią, to i tak na Lasky Mesa czuje się eteryczną obecność Olivii de Havilland, Ronalda Reagana, Errola Flynna, Anthony Quina, Vanessy Redgrave, Johna Gielguda, Gregory Pecka, Kay Francis (wielkiej zapomnianej), Jennifer Jones (najbardziej niedocenionej zdobywczyni Oscara) i wielu wielu innych...nie, nie wymienię wszystkich... zero szans.

Kończę polskim akcentem. W Granada Hills, w północnej części Doliny, około 12 km od mojego domu, mieszkał Stanisław Szukalski – człowiek zasugujący na berło osobliwości i koronę absurdu wszechpolskości. Są tacy, którzy mawiają o nim „Michał Anioł XX wieku”. O Kalifornii mawiał, że jest to „kulturalna Syberia Ameryki”, a o sobie: „jestem najwspanialszym człowiekiem w historii ludzkości”. W liście do Jana Pawła II podpisywał się: „rzeźbiarz, heretyk, patriota”. Według Szukalskiego wszyscy wywodzimy się z Wyspy Wielkanocnej, nad którą rok po śmierci artysty rozrzucono jego prochy, zgodnie z tym co
 zaplanował jako swój powrót do jądra istnienia, do pierwocin Polaków i całej ludzkości (wybaczcie, no comment!). Napisano o Szukalskim tak wiele, że jakiekolwiek dalsze słowo na jego temat ode mnie byłoby warte tyle samo co jego „teoria macimowy”, czyli wywodów o prajęzyku. Duch Szukalskiego musiał wypruć się z ciała przed kremacją artysty i teraz krąży w opowieściach o jego rzeźbach, obrazach i pismach, a także zawiera się w filmie (opis) Ireneusza i Anny Dobrowolskich, we współpracy z Leonardo DiCaprio, zatytułowanym Walka: życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego – wersja z polskim lektorem (Struggle: The Life and Lost Art of Szukalski – wersja oryginalna); aktor traktował Szukalskiego jak przyszywanego polskiego dziadka. Gorąco polecam obejrzenie filmu, poszperanie w szufladach Google’a więcej informacji o tym zbanowanym w PRLu artyście, który uważał się za patriotę bez kraju i odkrywcę większego niż Kopernik. Tak, faktycznie oryginał był to WIĘKSZY niż jakakolwiek znana mi postać, rzeczywista lub fikcyjna – obojętne.

Na autentyczny koniec końców, jeszcze tylko kilka zdań o moim otoczeniu, w najszerszym tego słowa znaczeniu. Czyżbym zapunktował mieszkaniem w epicentrum rojowiska wielkich, sławnych i zamożnych? No, nie zupełnie. W obrębie wielkiego LA są pod tym względem okolice znacznie bogatsze. Tym niemniej w Dolinie Św. Ferdynanda, 20-25 km od Hollywood, musiało być w latach dwudziestych, trzydziestych i później coś na tyle atrakcyjnego, że kusiło wielu do zakotwiczenia się tutaj. Jest to ogromny teren, na którym zmieściłaby się Warszawa razem z Opolem albo dwa Krakowy i Duszniki Zdrój, biorąc pod uwagę dzisiejszą powierzchnię tych miast. Obecnie żyją tutaj niemal dwa miliony ludzi, ale 29 marca 1915 roku, w dniu głosowania w sprawie przyłączenia Doliny do półmilionowego Los Angeles rezydowało na tym ogromnym terenie zaledwie kilka tysięcy osób. Ziemia była tania, wody pod dostatkiem, natura jeszcze nieskażona cywilizacją, a perspektywy ogromne. Nic więc dziwnego, że w roku 1930 mieszkało tutaj już 77000 osób, dziesięć lat póżniej dwa razy tyle, a w ciągu następnych 20 lat liczba mieszkańców wzrosła następne pięć razy. To tutaj, w południowo-wschodniej części Doliny, w Toluca Lake przy 10346 Moorpark Street, Bob Hope zbudował w 1939 roku swój dom w stylu angielskim. To stąd, z tej samej okolicy, po ukończeniu szkoły średniej w wieku lat 15, niejaka Susan Rozenblatt, polsko-litewska Żydówka, po ojczymie Sontag, wyjechała na studia w Berkeley oraz po swoje biseksualne doświadczenia. Co więcej, w Toluca Lake, na Valey Spring Lane pod numerem 10042 mieszkała Amelia Earhart, a na przeciwko, lekko po skosie, w swoim pierwszym domu w Dolinie, pod numenrem 10051 Frank Sinatra.

Wszystkim, którzy przeczytali ten tekst do końca, gratuluję wytrwałości i pełen uznania dziękuję z góry za komentarze.

P.S. – wielce charakterystyczne dla Doliny Św. Ferdynanda są jej dwa atrybuty, czyli „choroba lub gorączka dolinna”, o czym wspominałem w tutaj, oraz pojęcie „valley girl” (dziewczyna z doliny), którą to cechę lub nawet zestaw cech świetnie oddaje utwór Franka Zappy w wykonaniu jego 14-letniej córki, Moon.

 1 / 29 / 2023

РУССКИЙ  МИР
ROSYJSKI ŚWIAT      RUSSIAN WORLD

Larisa Yakubowa

--„Ruski mir”. Putin stworzył potwora i spuścił go ze smyczy-- link do artykułu
Igor Isajew dla Wirtualnej Polski – wywiad z Larisą Jakubową

--"Russian Mir".
Putin created a monster and unleashed it--*
Igor Isaev for Wirtualna Polska – an interview with Larisa Yakubowa

The vast majority of people see "Russian mir" only in the category of ideology, politics or geopolitics. In fact, the danger and strength of this product lies in the fact that it has gone far beyond these limits and is a part of modern marketing - says Larisa Yakubowa in an interview with Wirtualna Polska. - The basis of "Russian mir" is an absolutely apocalyptic way of understanding the world, an alternative worldview, aimed at preventing existence in a normal world.


Since 2014, Larisa Yakubova, a historian from Donetsk and a member-correspondent of the Academy of Sciences of Ukraine, has been researching the "Russian world" (Russkiy mir). This is the Kremlin's concept that justifies the aggressive policy of conquering the neighbors. Jakubowa sees in the apologists of "Russian mir" a totalitarian sect that seeks to destroy the modern world. During her research, she predicted that Russia would attack Ukraine on a full scale. In an interview with Wirtualna Polska, she talks about how "Russian mir" is also dangerous for Poland.

Igor Isaev: Is "Russian mir" an exclusively Russian-speaking space?

Larisa Yakubova: No. It's a lie space. Total and comprehensive.

What is it?

Defining "Russian mir" is difficult because it is constantly changing. I've been studying it since 2014, but it appeared long before that date. If at the turn of the millennium the concept of "Russian mir" included one set of ideas and concepts, today it is a completely different substance. During these nine years, it went through several stages and changed a lot.

What were the stages?

"Russian mir" was formulated as a set of quasi-intellectual and spiritual concepts, which was first used as an element of Russian "soft power".

Its roots go back to the first Russian political emigration. I mean the one from the 1920s. But back then, they were the forerunners of the product we have today.

Are you talking about the fascist Ivan Ilyin who wrote about the supremacy of "Russian civilization"?

Yes, but among the others. This product was revived in 1998 when Russia declared insolvency and officially became bankrupt. It was not only an economic bankruptcy, but also an ideological and cultural one. It was a cross-cutting phenomenon.

Today's Russia is a country that appeared in this form in 1991, although it seems to have been present in history for a long time. The then post-Soviet intellectuals and the contemporary Russian intellectuals set themselves the task of creating a modern national idea that will shape the country in the future.

The expression "Russian mir" was proposed by Gleb Pawlowski, the Kremlin's political technologist, although this phrase first appeared in a collection of works by the Soviet philosopher Mikhail Gefter.

…with whom Pawlowski had very close relations…

Yes, he was a student of Gefter.

Born in Odessa, Pawlowski seems to have a certain complex towards Ukraine, albeit hidden under a highly intellectual mask.

Gleb Pawlowski is a typical representative of the elite of Ukrainian origin. After arriving in Moscow and starting his career among the state elite, he tries with all his might to spread the idea that Ukrainians are the same Russians, sometimes worse and sometimes better. In this construction, "Russian mir" assumes that Ukrainians are equally well suited to building a great Russian statehood. And this invalidates Ukrainianness as such.

It is an identity that denies national origins and tries to adapt culturally to the metropolis. Pawlowski agrees to be a part of the imperial project and with all his might constructs a concept that allows people like him to realize themselves at the highest levels of public service. He presents himself as "the better kind of Russian", not some "gastarbeiter" (guest worker)who will work for five kopecks (a few cents)

Was it, then, that Russia's economic bankruptcy that revived imperial nostalgia?

Recall the classic saying of Putin, which he has been repeating since coming to power - "Russia has been brought to its knees." The beginning of his rule was a turning point in which Putin initiated the project of building a "great" Russia.

With the subsequent recovery of the economy, the Kremlin tried to create a new concept of the national idea, which was supposed to compensate the Russians for the feeling of "national humiliation" due to the dissolution of the Soviet Union. It was the time when the first Chechen war had already ended and the second was going on. At the same time, society still had an apocalyptic feeling that the newly established Russia in 1991 was being destroyed.

Putin's power, which has been massively consolidated, entrusted intellectuals with the task of developing a product that would mentally unite Russia and all post-Soviet Russians who no longer had a Soviet Union but did not feel proud to be creators of a new Russia.

You say "product". Do I understand correctly that this was primarily a product of political technology?

I would emphasize the initial stage, i.e. the end of the 1990s, when it was created by several teams of intellectuals and artists, including group of so-called methodologists (political technologists Piotr Szczedrowicki and Jefim Ostrowski).

However, already in 2004, it was an economic and political version of "Russian mir", and therefore a political technology. It was quickly picked up by the authorities, who saw the significant mobilization potential of this technology and treated it as the basis for the operation of state structures. At that time, the "Russian Mir" was understood as an element of mobilization not only of Russians within the country, but also of the mobilization of Russian diasporas around the world, in order to gather their energy, wealth, abilities, and influence on other countries.

At the time, it was a modern idea that sought to be global in the positive sense of the word. However, it already bore all the hallmarks of imperialism.

For example, what?

For example, the superiority of Russians and Russian language speakers in relation to other citizens of the former Soviet republics. This was particularly visible in the Baltic states, as well as in Ukraine, which from the beginning was referred to in "Russian Mir" as an integral part of Russia.

After the Orange Maidan in 2004, there was a sharp turn of the "Russian mir" - from moderate political technology to active counter-revolutionary action. The Kremlin saw the Ukrainian Maidan as a challenge to regimes like their own.

In Russia, the idea of a democratic revolution has become the number one irritant to the Kremlin. At that time, the most important goal of the "Russian mir" was to counteract "color revolutions", as it was called in the Kremlin.

Does counter-revolution in this case mean anti-Western attitude?

After 2004, the main task is no longer the development of Russia within the frame of the global world, but opposition to democratic and liberal changes in the Russian state. At this point, Putin controls the most important parts of the economy, the mass media, and politics goes into the hands of "collective Putin", that is, the entire extended Kremlin apparatus in Moscow and in the regions.

Russia's entry into a "victorious war" with Georgia in 2008, which skyrocketed the country's political ratings, showed the development of links between the so-called deep people and "collective Putin" [rus. "Glubinnyynarod", a term introduced by the Kremlin ideologue Vladislav Surkov, meaning the apathetic, but the essential mass of Russians - ed.].

Russia did not have the strength to develop and deepen the war with Georgia for many economic reasons. It has not been possible yet to bring the Russian mass consciousness to the state it became on February 24, 2022.

There were still living cells of the opposition, albeit bleeding deeply. There were charismatic opposition leaders who were able to persuade influential layers of society to protest the war. The entire economy was not yet in the hands of "collective Putin", and not all levers of political management were in his hands.

In addition, Georgia was not the place where the global war between Russia and the West was historically intended to take place. Such a role was assigned to Ukraine. In 2008, Russian society was not yet ready to play the role of a submissive and utterly pointless resource in the global war that it is now.

Why wasn't it ready then, and is it now?

Because "collective Putin" has implemented his conservative counter-revolution during those 20 years. It ended in 2020 with the adoption of a new Russian constitution that disproportionately extended the president's powers while eliminating checks and balances.

In addition, "belief in god" was written into the constitution, and the Russian language was called "the language of a state-building nation."

Yes, then it has not only been shown that the Constitution no longer existed, but it was also about "sealing" the colossal work done over those two decades. At that time, the Kremlin created a complete socio-economic base for starting a world war.

What base is this?

There is no middle class in Russia, which is the basis of independent political opinion. The middle class was simply not allowed to develop in Russia. Today, over 70 percent of Russia's population depends on the state budget, as during the era of Soviet totalitarianism. At the same time, this is not a social bottom, because each ruble of social benefit moves them out of the category of poor people to the category of people who have not yet plunged into poverty.

On the other hand, business in Russia are large state-owned corporations that engage in corruption in government procurement. Separately stand the oligarchs, who in fact are the "collective Putin" for managing financial flows.

It is a closed circle of chronic poverty for most of the society, and at the same time unjustified dependence on the state. This creates a new version of modern paternalism that is used in war.

The society has been led to the point where conscription for war, mobilization, for many becomes another "normal" life program developed by the authorities.

Have the Russians somehow become a "collective Putin" themselves, or are they victims of the system?

This is quite a complex and painful problem. We are dealing with the catastrophe of Russia, the catastrophe of its post-totalitarian transformation. After all, the transformation ended with the old Soviet version of totalitarianism being replaced by a new one. This return to totalitarianism would be impossible without the massive support of the population.

The "mass man" is the basis of totalitarian systems, it varies between 70-85 percent. society. When the government has an agreement with the "mass man", then terrible transformations take place.

On the ruins of the old state, neither a state nor a society is emerging, but something what I call a "state-society" - a new, sick political system. Paradoxically, democracy becomes the basis of totalitarianism, but only in the sense that the majority of society wants to participate in this new totalitarian system.

Such a desire was formed in Russia during the annexation of Crimea.

The so-called "Crimean consensus".

Russia has been in this great madness since 2014, consistently developing tools to influence mass consciousness. When Putin's popularity drops to 60-62 percent, as before the previous phase of the war in Ukraine, the Kremlin's military actions raise him again for a while to the coveted 80 percent.

Mass support consists of three elements. The first is the absolutely obsessed promoters of the conservative counter-revolution, such as Alexander Dugin, one of the ideologues of the "Russian mir".

The other is the contractors who, by the nature of their service, live only by the system. And the third, and at the same time the largest element, are "watniki", as the "deep people" are colloquially called. They kind of don’t want to die or kill, but they lack subjectivity, they are used to relying on the "majority opinion" that they will hear thanks to propaganda.

Although there is of course a stable 15% who, despite the mass exodus of certain categories of Russians, still oppose this policy.

What to do with this last group? Opinions on it are radically different.

Let us remember that the world has entered a period of long and very severe upheavals. Given the truly complex diagnosis of everything that happened in Russia, today the future of the world depends on the joint efforts of the world community. There are many future scenarios.

One option is that Putin's Russia will close its borders for seventy years, like North Korea, and slowly decay. This is a very dangerous option. Not only for Eastern Europe, but for the whole world, because unlike North Korea and China, the basis of the "Russian mir" is an absolutely apocalyptic way of understanding the world, an alternative worldview aimed at the impossibility of existing in a normal world. This generates a huge threat.

However, many Russian oppositionists, even well-educated, are also the product of 20 years of "Russian mir". However, we should also work with them to make them fully aware of how little they know. Not only about the world, but also about Russia itself. Without changing their consciousness, we will not be able to do anything for the future of Russia, even if it frees itself from "collective Putin."But this must be done so as not to increase the number of enemies.

[Here we have to stop the conversation for 1.5 hours — air-raid alarm sounds in Kiev]

How does "Russian mir" work in Western countries? Is it in retreat after February 24, 2022, or is it just an illusion?

It is too early to say that the danger has passed. Most people perceive "Russian mir" only in the category of ideology, politics or geopolitics. In fact, the danger and strength of this product is that it has gone far beyond these initial boundaries and is part of modern marketing.

Today it is a comprehensive, alternative information system that attracts a huge number of people. That's hundreds of millions of people around the world.

What are these people?

Primarily Russian speaking people. Also — figures from science and culture, in particular experts in Russian issues, graduates of Russian universities. They continue to hold key positions as experts or state advisers, both in the US and throughout Europe, Asia and Africa.

In 20 years, such structures have been created almost all over the world thanks to the tools of the Russian "soft power". Their aspirations go far beyond cultural events or festivals. They are deeply imbued with the ideas of the greatness of Russia, the return to the alleged "historical truth". The Kremlin is bloodsucking on the ideology of "great Russian culture", which it has appropriated and transforms into a huge tool of influence. Culture has created a deceptive mask of modernity in Putin's Russia.

Most of what you say refers to Germany or France. And what about a country with such a history as Poland. Does it have a natural resistance to "Russian mir"? What disguise does it appear there?

Countries that were already part of various forms of the Russian Empire are "vaccinated" against the "Russian mir" - if they remember their history correctly. At the same time, in Poland and in democratic Ukraine, this experience should not be turned into an all-out war against witches. "Ruski mir" can parasitize both, extreme left and far right movements.

And at the same time?

At the same time, because the parasite creates very effective hybrids from them. A combination of opposing elements that feed off each other, supported by bot farms. It's a huge network rooted all over the world. And with favorable economic and political conditions, it will work very effectively for the sake of global chaos and contribute to starting one fire after another.

It does not necessarily have to act as a direct manifestation of "Russian mir". Putin has no friends in the world. He only has enemies. Yes, there are potential spaces for economic contacts that will bring him money, but let's not confuse it with friendship. Thanks to those contracts he will destroy the modern world.

The totalitarian meaning of "Russian mir" is not that it is "Russian", but that it is totalitarian, aimed at world hegemony and the destruction of the liberal-democratic world as such.

Does Putin want to see partners similar to him in power in the West?

He wants the world to be as he sees it, in terms of power, not value. We live in different dimensions, both mental and values. Putin, as the personification of totalitarianism, has built a picture of the world in which the most beautiful system is Putin's. In his vision, Russia is the only country that should become a model for the development of the future world.

Those who don’t agree with such a vision should simply be destroyed. Russia is not trying to integrate with the world. Her job is to destroy it. To this end, they developed tools to reach different target groups. It seems irrelevant whether it is about the left-wing or right-wing populism – the goal is to discredit the idea of liberalism as such. Discrediting the idea of democracy. Discrediting all values of Judeo-Christian civilization, distorting one's own Orthodoxy. This is the face of "Russian Mir".

Agents of the "Russian mir" try to imitate our normal institutions and public debate. How to distinguish them?

Special services and research centers should operate. Indeed, there is a pseudo-political ping-pong where anyone can accuse the other of being a "Russian agent" and nullify the entire discussion.

"Ruski mir" is a very complex and very effective construction. There is no other way to fight than to raise the level of expert and government circles. The objective difference between "Russian mir" and Western democracy is that the Russian totalitarian system is based on the vulgarization of political and intellectual life when everything turns into a TV show, and where anyone can come up with any lie.

In Ukraine, there are still many supporters of "Russian mir". What to do with them?

Back in March, being under fire, I wrote how proud I am of Ukrainians, and of historians in particular. Through our efforts, for over 30 years, we have fundamentally built a picture of the true history of Ukraine, which has become a reliable basis for the formation of modern Ukrainian national consciousness.

I can confidently say that despite adepts of the "Russian mir" in our country, a modern Ukrainian nation is being formed. It includes ethnic Russians (like me), Jews, Greek survivors of the Mariupol disaster, ethnic Bulgarians, Gagauzians and of course Ukrainians. We've been trying to accomplish that for a very long time.

In Ukraine, it was a completely different process than in Russia, where someone from above ordered the introduction of the "Russian mir" and tried to combine contradictory and pseudo-historical elements within the Russian nation, which in effect led to the creation of an ugly Golem, dead inside.

The Ukrainian nation is alive. It looks into the future, starting from understanding own past; it lets it through itself and undergoes a catharsis.

Does that mean seeing own history as non-idealized? As one that allows Ukrainian presidents to publicly apologize to Jews or Poles for their bloody past?

Yes. That's what it's all about in reference to our past, to determine where good and evil were. There has been a lot of good and bad in our history, but it is necessary to understand it all, evaluate it honestly and move on to the future.

My colleagues and I offer a professional history of Ukraine that does not involve the artificial division into nations or the artificial unification of nations. There is an in-depth study of 20th century Ukrainian history on the website of the Institute of Ukrainian History, which will help you understand why all this is happening to us and why Russian bombs are killing Ukrainian Russians, Ukrainian Jews and Ukrainian Ukrainians equally.

We will continue our work, because now we are working for peace, although in conditions of war it is extremely difficult.

On the other hand, it is impossible to imagine the level of falsification of history in the Russian Federation. In fact, there is currently no history of Russia as such, as it is a conglomerate of stolen national histories, especially Ukrainian history.

Russians now have no right or wrong, they have one sentence: "Well, not everything is so unambiguous."Nothing living can be built on this basis, because it will be a Kalashnikov, a totalitarian state, and again a gulag.
_________________________________________________
* - translation Krzysztof Onzol; based on the following text


URYNA

11 / 11 / 2022

Mocz* - uryna, płyn wytwarzany w nerkach i wydalany z organizmu, zawierający produkty metabolizmu bezużyteczne lub szkodliwe dla ustroju.

Skład: 96% woda, 1.5% mocznik, 2,5% azotowych produktów przemiany materii (mocznik, kwas moczowy, amoniak), minimalne ilości innych substancji, np. barwników żółciowych (nadają moczowi kolor, zapach i smak); pH 4,6-8,0.

Autorskie skojarzenie: w butelce coca-coli znajdziesz tylko 89% wody i wypijesz kwach o wartości pH = 2,7. W uzupełnieniu przypominam, że przy pH mniejszym niż 3,5 żelazo staje się rozpuszczalne. Ale, to nie o tym tutaj będzie.... czytajcie!

Powstawanie moczu:

1. Tętnica nerkowa doprowadza do nerki krew z mocznikiem, nadmiarem wody oraz innymi zbędnymi i szkodliwymi substancjami. 
2. Ta krew dostaje się do warstwy korowej kłębuszków nerkowych. 
3. W kłębuszkach nerkowych następuje filtrowanie krwi.  
4. W kanalikach nerkowych następuje resorpcja moczu pierwotnego – czyli wchłonięcie cennych substancji z moczu pierwotnego do krwi: (glukozy, witamin, soli mineralnych, wody). 
5. Z kanalików nerkowych wypływa mocz ostateczny i wpada do kanalików zbiorczych. 
6. Z miedniczek nerkowych mocz przedostaje się do moczowodów. 
7. Moczowodami mocz spływa do pęcherza moczowego. 
8. Przez cewkę moczową mocz wydalany jest z organizmu na zewnątrz.
 
Wydzielanie moczu jest regulowane na drodze nerwowej przez międzymózgowie, korę mózgową i układ wegetatywny oraz przez wazopresynę (hormon antydiuretyczny wydzielany przez przysadkę), posiada także związek z układem krążenia.

No, to tyle na tę chwilę jeśli chodzi o fizjologię. O praktycznych zastosowaniach moczu w starożytności opowiada Jasmina na kanale Beyond Science 2 na YouTube, a ja dostarczam moim Czytelnikom transkrypt tej opowieści w tłumaczeniu na język polski. Słuchajcie w oryginale albo czytajcie, a jak zechcecie dowiedzieć się więcej o roli moczu, szczególnie wielbłądziego, i to w czasach nam współczesnych, to polecam artykuł: „Świąd, trąd i wściekły skorpion, czyli mocz prosto od wielbłąda najlepszą pastą do zębów”.


Najpierw jednak zapraszam do opowieści Jasminy, najpierw!

Biorąc pod uwagę nasze postępy w dziedzinie nauki, medycyny, technologii i przemysłu, wielu z nas ma tendencję do patrzenia wstecz i oceniania według standardów naszego obecnego pokolenia, cywilizacji jakie istniały przed nami. W wysoko rozwiniętych krajach ludzie są bardziej skłonni oceniać praktyki starożytnych społeczństw jako lekko niepokojące, a czasami wręcz obrzydliwe, zwłaszcza jeśli chodzi o higienę. Musimy jednak zrozumieć, że ludzie tamtych czasów nie mieli wyboru i wykorzystywali wszelkie dostępne im zasoby, tak samo jak nasze pokolenie wciąż wykorzystuje to, co nam daje natura.

Weźmy na przykład jedno z największych imperiów cywilizacji zachodniej: Rzym. Od czasu ich powstania do ostatecznego upadku, starożytni Rzymianie byli liderami w polityce, nauce i technologii przez wieki, które spędzili maszerując przez Europę, Afrykę i część Azji. Wnieśli rewolucyjny wkład w rolnictwo i przemysł, a także w nauki wojskowe.

W rzeczywistości starożytni Rzymianie byli niezwykle zaawansowani także w medycynie. Jako pierwsi wykonywali cesarskie cięcie kobietom w ciąży, przeprowadzali amputacje, które nie kończyły się zgonem, a nawet przeprowadzali operacje oczu - wszystko to tylko przy użyciu zasobów, które mieli pod ręką. Ich wiedza o ludzkim ciele była niewiarygodna - ​​nawet w dziedzinie takiej jak dentystyka Rzymianie potrafili utrzymać swoje perłowe biele zębów w nieskazitelnym stanie. Wiele badań szczątków rzymskich pokazuje, że sporo z nich ma niesamowite zęby i że ich cywilizacja, bez względu na to, jak bardzo stara według dzisiejszych standardów, miała tylko 5% przypadków chorób dziąseł, takich jak paradontoza. W porównaniu z dzisiejszym wskaźnikiem 15% do 30% w Wielkiej Brytanii i 38,8% w Stanach Zjednoczonych liczba ta jest dość znacząca i daje nam rzadki wgląd w to, jak poważnie traktowali higienę jamy ustnej.

Należy pamiętać, że zawód dentysty w tamtych czasach nie istniał i w rzadkich przypadkach, gdy konieczne było usunięcie zęba, Rzymianin udawał się do chirurga. Również pomysł regularnego nitkowania lub używania szczoteczek do zębów z węglem aktywnym był poza zakresem ich wyobrażeń. Nie używali magicznej mikstury ani jakiejś starożytnej mieszanki nieistniejących już 
od dawna ziół i roślin. Aby zachować lśniące i czyste zęby, używali moczu. Zanim zaczniesz się krzywić na myśl o moczu w twoich ustach, pozwól mi omówić wiedzę stojącą za tym wyborem produktu do higieny jamy ustnej. Pomimo braku obszernej dokumentacji i zapisów dotyczących używania tych wydalin ciała jako środka do czyszczenia zębów, powszechnie wiadomo, że mocz – zwierzęcy lub ludzki – był częścią codziennego życia przeciętnego Rzymianina.

Dlaczego mocz? To proste.
Mocz ma złożony skład chemiczny i niezależnie od zawartych w nim produktów odpadowych, posiada skuteczne właściwości czyszczące, a jest to spowodowane wysoką zawartością amoniaku. Amoniak jest powszechnym środkiem czyszczącym, który wielu z nas nawet dzisiaj przechowuje szufladach czy szafkach, aby pozbyć się z jego pomocą brudu i zarazków z dowolnej powierzchni w naszym domu. Amoniak w moczu ma tak silne właściwości czyszczące, iż lekarze w starożytnym Rzymie przekonanni byli, że mocz jest w stanie wybielać zęby – i tak było. Ponadto, chociaż nie zostało to naukowo udowodnione, lekarze wierzyli również, że myjąc zęby i usta – tak, myjąc usta moczem - będziesz w stanie zapobiec ewentualnemu wypadaniu zębów. Mocz jako środek do higieny jamy ustnej musiał być rzeczywiście dość skuteczny, ponieważ elitay obywateli Rzymu i szlachetnie urodzeni płacili sowicie za urynę importowaną z Portugalii, wierząc że jest to najsilniejszy z dostępnych środków wybielających. Amoniowy składnik moczu okazuje się również wysoce przydatny poza higieną jamy ustnej. Przed wprowadzeniem przemysłowych wybielaczy do prania ubrań i utrzymywania bieli, Rzymianie używali właśnie moczu.

Amoniak z moczu był w rzeczywistości tak przydatny, że używano go również do czyszczenia wełny owczej przed przerobieniem jej na odzież. Wełna była moczona w urynie zebranej z latryn i innych miejsc, ubijana nogami, aby wstrząsnąć materiałem, a następnie prana, aby była biała i, wierzcie mi, czysta. Garbowanie było również jednym z wielu zastosowań, jakie Rzymianie znajdowali w moczu. Rozumiemy przez to garbowanie skóry, a nie mycie w kadzi z krowim moczem. W początkach medycyny weterynaryjnej Rzymianie używali również moczu do leczenia chorych zwierząt gospodarskich. Owce z problemami z żółcią były zmuszane do picia ludzkiego moczu, a zwierzętom z chorobą płuc podawano mocz przez nos. Rzymscy hodowcy pszczół używali moczu do leczenia chorych pszczół, a u ptactwa i drobiu ptasią grypę leczono przez nacieranie dziobów tym kaustycznym płynem. W czasach starożytnych Rzymian istniało wiele zastosowań moczu, ale używanie go do wybielania zębów i płukania ust uważać możemy za najdziwniejsze.

Zanim zaczniemy stosować nasze oceny takich zabiegów, zauważmy że stosowanie moczu w higienie jamy ustnej trwało aż do XVIII wieku, kiedy to komercyjny płyn do płukania ust wciąż zawierał amoniak ekstrahowany z moczu. Chociaż używanie moczu w jakimkolwiek praktycznym lub medycznym zastosowaniu zostało już dawno wycofane, musimy spojrzeć na to jak starożytne cywilizacje, takie jak Imperium Rzymskie, radziły sobie z tym co było dla nich dostępne, aby żyć szczęśliwym, zdrowym i produktywnym życiem.

Nie zachęcamy jednak nikogo do wypróbowania tych metod, ponieważ istnieją inne, znacznie bardziej higieniczne sposoby czyszczenia zębów. Mocz jest nadal produktem odpadowym, który niesie ze sobą szereg patogenów szkodliwych dla naszego zdrowia. Dlatego następnym razem, gdy będzie cię boleć ząb lub będziesz musiał wybielić zęby, zalecamy dobrego dentystę i raczej kilka produktów łatwo dostępnych w lokalnej aptece.

____________________________

* Introduction and picture from Wikipedia


7 / 28 / 2026 Olbr y c ht G ó reck i Edytowane;  Struny w owijce metalowej. Pierwsza i druga od lewej to struny o owijce zamkniętej, takie, ...