MATMA

101201230123401234501234560123456701234567801234567890




3 / 4 / 2019

Właśnie wpadł mi w ręce 2317. numer Przekroju z 19 listopada 1989 roku. Na okładce cena 300 zł i kilka linijek nabazgrolonych matematycznych symboli, takich o których Stanisław Ulam powiada w przedmowie do swojej książki "Przygody matematyka": „Wciąż jest dla mnie źródłem nieustającego zdziwienia, że kilka znaków nagryzmolonych na tablicy lub na kartce papieru może zmienić bieg ludzkich spraw". Zacząłem kartkować niemal trzydziestoletni magazyn i już na piątej stronie trafiam na „Ludzką twarz matematyki”, artykuł który przedkładam poniżej in extenso, bowiem mimo upływu czasu treść nie straciła nic ze swojej świeżości. Tekst uzupełniam kilkoma zdaniami ciekawostek dotyczących matematyków, o których opowiadają autorzy, Krystyna Bochenek i Maciej Sablik.


LUDZKA TWARZ MATEMATYKI


  • Jakich splendorów może oczekiwać matematyk oprócz uznania ze strony wąskiej grupy swoich kolegów?
  • Najwyższym wyróżnieniem jest Medal Fieldsa, przyznawany podczas Miedzynarodowych Kongresów Matematycznych, które odbywają się co cztery lata.
  • Są też inne wyróżnienia o znaczeniu lokalnym.
  • A nagroda Nobla? Dlaczego nie przyznaje się jej za osiągnięcia w matematyce?
  • Jedyną znaną nam odpowiedź daje nastepująca historia: Alfred Nobel rywalizował w młodości o względy pewnej pani ze szwedzkim matematykiem Mittag-Löfflerem, który tę rywalizację wygrał. Wiele lat później, gdy Nobel projektował swą fundację, rozważał moźliwość ustanowienia nagrody w dziedzinie nauk matematycznych. Napisał w tej sprawie do Dawida Hilberta, światowego autorytetu matematycznego, zapytując czy Mittag-Löffler mógłby do takiej nagrody pretendować. Pozytywna odpowiedź Hilberta w połączeniu z dawną urazą spowodowały wykreślenie matematyki z listy nagradzanych dziedzin. A szkoda, może mielibyśmy kolejnych polskich noblistów. 

Współczesny matematyk amerykański węgierskiego pochodzenia, Paul Halmos, powiedział kiedyś: „Smuci mnie fakt, że nawet wykształceni ludzie nie wiedzą, iż mój przedmiot istnieje naprawdę...” Nie wypada, by człowiek uważający się za inteligenta nie znał nazwisk twórców kultury czy sztuki, medycyny, czy nawet gwiazd sportu. Nie przynosi mu jednak ujmy czy hańby to, że poza Pitagorasem nie słyszał o żadnym innym matematyku. Nie wstydzi się ignorancji matematycznej, nie musi znać historii tej nauki.

Być może niewiedza ta ma swoje źródło w tym co Bertrand Russel – współtwórca filozofii matematyki – wyraził słowami; „...matematyka – to wiedza w której nie jest wiadomo, o czym się mówi, ani czy to, co się mówi jest prawdziwe...”

Czy rzeczywiście? W tym miejscu rozlegnie się zapewne głośny aplauz czytelników, dla których matematyka stała się aż nadto dokuczliwym przeciwnikiem. Matematykę bowiem kojarzymy często wyłacznie z rachunkami, a dziś – gdy rachunki domowe stały się jakże uciążliwym i przykrym codziennym obowiązkiem – mamy dodatkowe powody do animozji. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że takie uprzedzenia dotyczą przedmiotu zwanego matematyką, który ma tyle wspólnego z tą dziedziną wiedzy, co lekcja gimnastyki z biciem rekordów na stadionach olimpijskich. Na szczęście ta fobia matematyczna, czy - jak kto woli – matemafobia, nie jest powszechną. Wciąż znajduja się ludzie, których – bez względu na to, czy uznamy ich za maniaków, czy za geniuszy – ta dziedzina wiedzy oczarowała.

Czy uprawiają oni jedynie sztukę dla sztuki?

Czy ich skomplikowane twierdzenia zanjdują zastosowanie w praktyce? Jaka jest relacja matematyki do rzeczywistości?

Podczas pobytu w Katowicach znany matematyk, Janos Aczél z Kanady, uważany przez swoich kolegów za „papieża” równań funkcyjnych, powiedział: Problemy matematyczne są inspirowane przez rzeczywiste potrzeby , ale często teoria stworzona do ich rozwiązania zaczyna żyć swoim własnym życiem. Życiem pozornie, a może nawet faktycznie, oderwanym od świata realnego. Czasem jednak się zdarza, że te abstrakcyjne – zdawałoby się – idee dają gotowe odpowiedzi na nowe pytania „z życia wzięte”. Tak np. mechanika kwantowa wykorzystała pewne wyniki, które przedtem istniały jedynie w wyobraźni matematyków.

A równania funkcyjne, którymi się zajmuję, przydają się ostatnio, np. w architekturze, do uściślenia pojęć estetyki i proporcji stworzonych przez słynnego architekta Le Corbusiera. Z najnowszych osiągnięć matematyki korzystają też: diagnostyka medyczna, teoria informacji, psychologia, lingwistyka, genetyka. Od rozwoju matematyki ściśle uzależniony jest postęp technologii. Niestety, także technologii wytwarzania bomby atomowej (w amerykańskim ośrodku nuklearnym w Los Alamos pracował wybitny polski matematyk, Stanisław Ulam).

Związek komputerów z matematyką jest chyba oczywisty. Tak więc ta dziedzina wiedzy nie jest oderwana od rzeczywistości, aczkolwiek nie rzeczywistość stanowi główny przedmiot jej zainteresowania. W znacznej swej części pozostaje ona czystą sztuką, do której odbioru przygotowani są tylko nieliczni. Stąd bierze się chyba słuszna opinia, że matematycy stanowią pewną grupę hermetyczną, by nie powiedzieć – klan.

Przyjemnie stwierdzić, że w tym klanie spore wpływy mieli i mają polscy uczeni. Właśnie w tym roku (1989) upływa 70 lat od założenia w Krakowie Polskiego Towarzystwa Matematycznego. Mniej więcej od siedemdziesięciu lat można też mówić o naszej rodzimej szkole matematycznej. Warto kilka słów poświęcić pouczajacej historii jej powstania i sukcesu. Oto w 1918 roku, gdy niepodległość była już tylko kwestią czasu, w Warszawie pracowała grupa zdolnych matematyków, którym przewodzili 30-letni wówczas Zygmunt Janiszewski i Stefan Mazurkiewicz oraz o 6 lat od nich starszy Wacław Sierpiński. Obok poważnego dorobku naukowego nie brakowało im fantazji. Z młodzieńczym wigorem postanowili wyprowadzić swą umiłowaną dziedzinę na szerokie wody. Udało się... Koncepcję polskiej szkoły stworzył Janiszewski, który zaproponował kolegom by wyspecjalizowali się w nowych dziedzinach matematyki – teorii mnogości, topologii, w podstawach matematyki. Koncentracja wysiłków, wspólna praca w tej „kuźni talentów” przyniosła, zgodnie z przewidywaniami, samodzielne stanowisko matematyki polskiej w nauce światowej.

Już w 1920 roku rozpoczęto wydawanie pierwszego czasopisma o zasięgu międzynarodowym Fundamenta Mathematicae, do dziś jednego z najbardziej szanowanych w świecie matematycznym.
Długa jest lista polskich nazwisk, które na trwałe zapisały się w historii tej dziedziny nauki, choćby: Tarski, Kuratowski, Mazur, Łukasiewicz, Steinhaus, czy pracujacy do dziś w Poznaniu Władysław Orlicz... Możnaby jeszcze wymieniać, jednego nazwiska nie sposób jednak pominąć. Stefan Banach tworzący we Lwowie był najwybitniejszym polskim matematykiem. Stworzone przez niego pojęcie tak zwanej „przestrzeni Banacha” zna każdy student nauk ścisłych uniwersytetów całego świata. Banach zmarł w 1945 roku, pochowano go na Cmentarzu Łyczakowskim. Jego śmierć nie oznaczała jednak końca świetności polskiej szkoły matematycznej. Liczni uczniowie i spadkobiercy tradycji międzywojennych pracują dziś na uczelniach nie tylko polskich. Dodajmy, że jest ich dziś znacznie wiecej niż kiedykolwiek przedtem, w czym nie jesteśmy wyjątkiem.

O ile na początku tego wieku (XX) na świecie matematyką zajmowało się około 500 osób, dziś jest ich kilkanaście tysięcy. Nie uwzględnia się w tej liczbie nauczycieli tego przedmiotu, chodzi jedynie o matematyków pracujących twórczo. Duża to grupa zawodowa w skali całego świata czy mała? Zależy od punktu widzenia. Według matematyków – to cała armia, według laików – niewielki oddział, za to elitarny.

Czy to zastęp maniaków czy geniuszy?

Profesor Aczél odpowiedział na to pytanie: „Nawet znajomi pytają moją żonę, jak może żyć z matematykiem. Ona odpowiada, że nie jest to aż tak straszne, bo wbrew powszechnym wyobrażeniom mam, jak twierdzi, duże poczucie humoru. Nie jestem wcale zdziwaczałym molem książkowym”

Banach np. i jego koledzy dyskutowali o matematyce w kawiarni „Szkockiej” we Lwowie. Założyli nawet specjalny zeszyt, Ksiegę Szkocką, do którego zapisywali nie rozwiązane problemy. Odpowiedzi na zawarte tam pytania były premiowane nagrodami. Wiele lat po wojnie profesor Mazur wręczył taką nagrodę pewnemu Szewdowi, króry rozwiązał po latach stawiany przezeń problem. Nagrodą była... żywa gęś. Jak więc widać, matematyk nie jest oderwany od rzeczywistości. Przywołajmy tu jeszcze profesora Steinhausa, który czynnie uczestniczył w życiu kulturalnym Wrocławia.

Kilka lat temu, Ossolineum wydało zbiór jego aforyzmów, zatytułowany „Słownik racjonalny”, w którym znajdujemy takie myśli:
  • Żeby zdobyć majątek, trzeba mieć szczęście. Żeby go utrzymać, wystarczy brak fantazji.
  • Literaci marksistowscy lubią huty, elektrownie i kopalnie dokładnie tak samo, jak Marie Antoinette i jej dwór lubili baranki, chatki i fujarki; miłość par distance.
  • Łatwo usunąć Boga z jego miejsca we wszechświecie. Ale takie dobre posady niedługo wakują.
  • W kraju gdzie telefony funkcjonują, można żyć. Jeszcze lepiej żyje się w kraju bez telefonów. Trudno wytrzymać tylko tam, gdzie są telefony, ale nie funkcjonują.
  • - Społeczeństwo dyrektorów – menageria.
Warto też wspomnieć, że matematykami są znani działacze społeczni, jak poseł Janusz Onyszkiewicz czy senator Roman Duda. Matematycy, jak widać, to ludzie z krwi i kości. Jednak muszą istnieć jakieś predyspozycje do wykonywania zajęcia tak abstrakcyjnego dla olbrzymiej większości mieszkańców naszego globu. Zapytany o to profesor Aczél mówi, że potrzebny jest talent do kojarzenia pomysłów i dostrzegania pewnych związków tam, gdzie inni nic nie widzą. Profesor Jürg Rätz ze Szwajcarii dorzuca, że przyszli matematycy charakteryzują się szybkością uczenia tego przedmiotu, a nawet wyprzedzania programu szkolnego o całe lata. Profesor Walter Benz z Hamburga uważa, że młodzież uzdolniona matematycznie – to jedno z największych bogactw naturalnych. Radzi też, by talentów matematycznych szukać wśród uczniów zainteresowanych liczbami i figurami geometrycznymi bardziej niż ich rówieśnicy. Według Benza nauczyciele powinni zwracać uwagę na tych, którzy samodzielnie i niestandardowo rozwiązują zadania szkolne, unikając na przykład monotonnego liczenia. Matematyka jest bowiem raczej sztuką unikania bądź upraszczania rachunków niż sprawnością obliczeniową.
 
Jedno jest pewne: matematyka – to sztuka porządkujaca wszechświat, wymagająca nie lada wyobraźni, samodzielności, krytycyzmu i... talentu.

________________________________________

Stefan Banach
Wychowywał się w rodzinie zastępczej u pani Franciszki Płowej, właścicielki pralni, i jej córki, Marii Puchalskiej. Znał tylko swojego ojca , z którymi czasami się widywał.
Po maturze pracował w krakowskiej księgarni, a matematykę poznawał jako samouk. W czasie I wojny światowej pracował przy budowie dróg. Mając wadę wzroku i będąc leworęcznym, uniknął zaciągu do wojska. Pewnego dnia w 1916 roku, Hugo Steinhaus przechadzając się krakowskimi Plantami usłyszał przypadkiem jak dwóch młodych ludzi dyskutowało o całce Lebesgue’a – jednym z nich był Banach, który dzieki temu zdarzeniu, cztery lata później bez dyplomu ukończenia studiów, doktoryzował się na UJK, zdając egzamin dzięki podstępowi jakiego użyli jego starsi koledzy. Otóż Banach, posiadający niechęć do dyplomów i tytułów, zabawiał się rozwiązywaniem matematycznych problemów na restauracyjnych serwetkach i przypadkowych kawałkach znalezionego papieru. Popijał zapewne przy tym tęgo bowiem wychodził z lokali zapomniawszy zabrać swoje notatki i rozwiazania, które na zlecenie profesorów skrupulatnie były zbierane przez wydelegowanych do tego asystentów. Na podstawie tychże notatek następnie została napisana przez nich praca doktorska Sur les opérations dans les ensembles abstraits et leur application aux équations intégrales, której autorstwo przypisali Banachowi. Tenże nie zamierzał za żadne skarby stawać przed komisją egzaminacyjną. W związku z tym, któregoś dnia zgarnięto Banacha z uczelnianego korytarza do dziekanatu pod pretekstem wyjaśnienia jakimś przyjezdnym z Warszawy gościom kilku zagadnień z jakimi się borykają. Banach, lubiący tego rodzaju dyskusje, z przyjemnością odpowiedział na wszystkie pytania, nieświadom tego, że właśnie zdaje egzamin doktorski.
Kilka lat temu Narodowy Bank Polski wypuścił trzy monety z podobizną Stefana Banacha, złotą o nominale 200 zł, srebrną dziesięciozłotówkę i dwuzłotową monetę ze stopu Nordic Gold.

Zygmunt Janiszewski
Studiował w Zurychu, Getyndze i Paryżu. Pracę doktorską pt. Sur les continus irréductibles entre deux points, której promotorem był Henri Lebesgue, obronił mając 23 lata, a w komisji egzaminacyjnej byli matematycy tacy jak Henri Poincaré i Maurice Fréchet. Zmarł w wieku 31 lat na grypę, której pandemia w latach 1918–1920 zabiła kilkadziesiąt milionów ludzi, a chorowało na nią ok. 500 mln ludzi, co stanowiło wówczas 1/3 populacji świata. Odziedziczony majątek rodowy oraz część swoich dochodów przeznaczył na cele oświatowe i społeczne.

Stanisław Kuratowski
Studia na Uniwersytecie Warszawskim ukończył mając 22 lata, trzy lata później otrzymał stopień doktora, a następnie, w kilka miesięcy habilitował się. Mając 27 lat został profesorem II Katedry Matematyki na Uniwersytecie Warszawskim. Wykładał w kilkudziesięciu uniwersytetach na świecie. Od 1981 roku, wybitnym młodym matematykom do 30. roku życia, przyznawana jest doroczna Nagroda im. Kazimierza Kuratowskiego.

Jan Łukasiewicz
Po studiach we Lwowie, Berlinie i w belgijskim Louvain, habilitował się na Uniwersytecie Lwowskim mając lat 28.
Był ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego w rządzie Ignacego Paderewskiego, rektorem UW w latach 1922-23 i 1931-32 oraz profesorem uniwersytów Lwowskiego, Warszawskiego i Dublińskiego. 

Stanisław Mazur
Studiował na Uniwersytecie Jana Kazimierza i na uniwersytecie w Paryżu. Studiów nie ukończył, ale pomimo braku magisterium został młodszym asystentem na UJK, gdzie w 1932 roku obronił pracę doktorską, napisaną pod kierunkiem Stefana Banacha.
Podobno posiadał bardzo zjadliwe poczucie humoru.

Profesor Per Henrik Enflo otrzymuje z rąk profesora Mazura żywą gęś za rozwiązanie problemu z Księgi Szkockiej  (źródło: Wikipedia)



Stefan Mazurkiewicz
Od okresu wojny polsko-bolszewickiej współpracował z Biurem Szyftów Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego , uczestnicząc w łamaniu szyfrów i kształceniu polskich kryptologów.
Był ostatnim przedwojennym prorektorem UW, a podczas wojny wykładowcą tajnego Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego.

Włądysław Orlicz
W czasie okupacji niemieckiej Lwowa, wraz z innymi uczonymi, m.in. Stefanem Banachem, był karmicielem wszy w Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami profesora Rudolfa Weigla, zarabiając w ten sposób na utrzymanie i chroniąc się przed represjami hitlerowców.
Zmarł niespełna rok po publikacji artykułu w Przekroju. Został pochowany na Cmentarzu Junikowo w Poznaniu w Alei Zasłużonych.

Alfred Tarski
Dwudziestotrzyletni Tarski doktoryzował się na podstawie rozprawy O wyrazie pierwotnym logistyki, a habilitował się już rok później. W latach 1925–1939 jako docent Uniwersytetu Warszawskiego, nie otrzymywał pensji, w związku z czym na życie zarabiał ucząc w Liceum im. Stefana Żeromskiego w Warszawie.Tuż przed wybuchem wojny wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie pozostał już do końca życia, przyjmując obywatelstwo amerykańskie w czerwcu 1945. Wykladał na Uniwersytecie Harvarda, w Institute for Advanced Study w Princeton, przez 40 lat na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, a także na uniwersytetach w Nowym Jorku, Meksyku, Los Angeles, Chile, Londynie i na Sorbonie.

Wacław Sierpiński
W czasie wojny 1919-1920 pracował razem m.in. ze Stefanem Mazurkiewiczem i Stanisławem Leśniewskim w Wydziale II Radiowywiadu Biura Szyfrów Oddziału II Sztabu Generalnego Naczelnego Dowództwa. W czasie okupacji był urzędnikiem magistratu polskiego w Warszawie. Nadal prowadził działalność dydaktyczną, wykładając w podziemnym uniwersytecie. Niektóre jego prace były publikowane w Sprawozdaniach Akademii Papieskiej w Rzymie. Zebrał 10 doktoratów honoris causa.

Hugo Steinhaus
Mając 24 lata doktoryzował się u Dawida Hilberta na uniwersytecie w Getyndze (1911 r.). W 1915 roku wstapił do Legionów Polskich i walczył jako artylerzysta na Wołyniu. Habilitował się w 1917 roku i trzy lata później został profesorem i kierownikiem I Katedry Matematyki UJK. Jeszcze przed II WŚ wynalazł introwizor – przyrząd do przestrzennej lokalizacji rentgenowskiej niedostępnych przedmiotów, opatentowany w USA. Po zajęciu Lwowa przez Niemców, z racji żydowskiego pochodzenia, ukrywał się najpierw u profesora Benedykta Fulińskiego, a po ucieczce ze Lwowa, w pobliskim Osiczynie, gdzie z pomocą granatowego policjanta, Józefa Laski, uzyskał dokumenty na nazwisko Grzegorz Krochmalny. Dzięki pomocy Mariana Szafrańca ps. "Junosz", profesor uczestniczył w tajnym nauczaniu i przeżył wojnę. Tuż przed wojną wydana została jego popularnonaukowa książka "Kalejdoskop matematyczny", omawiająca wybrane zagadnienia matematyki. Co ciekawe, na zamówienie amerykańskiego wydawnictwa G. E. Stecherta, książka ta przyjmując tytuł "Mathematical Snapshots" , wydrukowana została również w języku angielskim. W ciągu następnych 60 lat, ukazała się ona w kolejnych, poprawianych i rozszerzanych wydaniach, w przekładach na kilka języków.

Stanisław Ulam
Był piątkowym uczniem, z wyjątkiem kaligrafii i rysunków. Najpierw podjął studia inżynierskie na Politechnice Lwowskiej, ale wkrótce przeniósł się na matematykę. Mając lat 20 opublikował swoją pierwszą pracę, a przed końcem pierwszego roku studiów drugą, co ostatecznie zdecydowało o wyborze matematyki. W 1935 roku został zaproszony do Pinceton gdzie zaprzyjaźnił się z von Neumannem i spotkał z Einsteinem. Następnie pracował na Harvardzie, ale na wakacje wracał do Polski. W sierpniu 1939 roku wyjechał ponownie na kolejny rok pracy na Uniwersytecie Harvarda, zabierając ze sobą młodszego brata – o wybuchu wojny dowiedzieli się po przybyciu do USA. W wojnie zginęła jego cała rodzina. Od 1945 roku pracował w Uniwersytecie Południowej Kalifornii (USC) w Los Angeles, mieszkając ze swoją francuską żoną i córeczką na wyspie Balboa w Newport Beach. W następnych latach pracował w kilku innych uniwersytetach amerykańskich, zostajac profesorem i dziekanem wydziału matematyki uniwersytetu stanowego w Boulder, Kolorado, gdzie nieco później został również profesorem biomatematyki na wydziale medycznym.
Na podstawie książki Ulama "Przygody matematyka" powstał scenariusz polsko-kanadyjsko-niemieckiego filmu w reżyserii Thorstena Kleina. Film jest obecnie w produkcji; w rolę Ulama wcieli się Philippe Tłokiński, urodzony we Francji, syn Mirosława Tłokińskiego, byłego piłkarza Widzewa Łódź, a na ekranie towarzyszyć mu będą m.in. Fabian Kocięcki jako Johnny von Neuman, Mateusz Więcławek jako Adam - młodszy brat Ulama i Esther Garrell w roli ukochanej Geniusza oraz inni.
WRÓG NIEZBĘDNY


Kilka dni temu, przegladajac ofertę polskiej telewizji, natkąłem się na zupełnie nowy program TVP Kultura pod nazwą „Powidoki filozoficzne”, a konkretnie, jego bodajże trzeci odcinek, poświęcony niemieckiemu filozofowi i teoretykowi prawa o nazwisku Carl Schmitt. Pomijając jego osiągnięcia na niwie naukowej, był to człowiek intrygujący wielotorowo, choć nie wyłącznie z powodu dubeltowego ożenku z Serbkami, ekskomuniki z powodu bigamii i ochotniczego uczestnictwa w pierwszej wojnie śwatowej. Explodował niczym supernowa w czerwcu 1933 roku jako członek NSDAP z miesięcznym stażem, kiedy to został mianowany przez Göringa na stanowisko radcy państwowego, a wkrótce potem poproszony także o prezesowanie Związkowi Prawników Narodowo-Socjalistycznych i objecie jednej z katedr Uniwersytetu Berlińskigo. Wystarczyłoby na niejeden życiorys, ale w przypadku zażartego katolika Schmitta, ważnym zajęciem było także: uzasadnianie na łamach redagowanej przezeń Gazety Prawników Niemieckich rządów Hitlera z punktu widzenia filozofii prawa, popieranie spopielania książek sprzecznych z narodowo-socjalistyczną doktryną oraz usprawiedliwianie morderstw politycznych jako aktów znajdujacych oparcie w najwyższych formach prawa administracyjnego. Ta masa obowiazków nie była dlań przeszkodą także w metodycznym oczyszczaniu niemieckiego prawa z „żydowskiego ducha”. Zabiegany Schmitt nie zauważył przeto jak po trzech latach brykania w zaszczytach po szczytach nazistowskiego establiszmentu nagle stał się oportunistą, antysemitą z pozoru i paskudnym katolikiem myślącym po heglowsku. Zjechał szybko i nisko, choć nie na sam dół, bowiem dobry Göring pozwolił mu utrzymać się na profesorskiej posadzie w uniwersytecie do końca wojny. Niestety, potem wpadł w ręce Amerykanów, którzy zapuszkowali go na rok czasu w obozie internowania. Kiedy wyszedł nikt go nie chciał, żadna uczelnia, bowiem w zażarty sposób odmawiał denazyfikacji. Za jakiś czas zahaczył się na chwilę w Hiszpanii, gdzie wcześniej wydał córkę za prawnika, frakistowskiego falagistę. Związki te zaowocowały „Teorią partyzanta” i teorią wojny, o której dyskutują: Barbara Schabowska (BS), TVP Kultura i filozof, Piotr Nowak (PN), profesor Uniwersytetu Białostockiego.

Carl Schmitt │ Powidoki filozoficzne │ TVP Kultura (VOD)

Wojna - wróg niezbędny


BS: O wrogu i wojnie dziś nie mówi się. Nie wypada bo żyjemy w czasach powszechnej szczęśliwości, pokoju, dobrobytu i przyjaźni. A jednak Carl Schmitt przypomina, że wróg jest podstawą politycznej jedności wspólnoty. Schmitt, to jeden z autorów Kronosa. Dziś porozmawiamy o pojęciu polityczności Carla Schmitta, wybitnego niemieckiego prawnika, konstytucjonalisty, który też przez wiele lat należał do NSDAP, a jednak jego dorobek w dziedzinie filozofii polityki, jest nie do przecenienia.
Czym jest państwo według Schmitta? Czy jest rosnącym organizmem, jest w stanie agonii, upadku? W którym momencie jest dzisiaj?
PN: Schmitt mówił o państwie jako deus mortalis, a więc Bóg śmiertelny, Bóg owszem, panujący, wszchmocny, wszechobecny, ale jednak śmiertelny. Na naszych oczach, powiada Schmitt, zdycha państwo, gnije rozkłada się. Widział w czasie rewolucji listopadowej to na własne oczy, widział jak to państwo się rozłazi, rozkłada. Państwo dla Schmitta, to przede wszystkim twór, który się łączy z terytorium bardzo silnie. To znaczy, państwo musi mieć silnie oznaczone granice terytorialne. No i w tym sensie, na przykład dzisiaj, kiedy granice pomiędzy państwami, zwłaszcza w Europie, one są bardzo płynne, Schengen w końcu.... jeżeli one nie działają, to i te państwa stają się poniekąd amorficzne. A więc upadłe, powiedziałby Schmitt. Podobnie jest z centrum takiego państwa. Dziś nie bardzo wiadomo gdzie to serce bije, kto państwem rządzi... rozmaite siły, których natury do końca nie rozumiemy, oddziałują na decyzje tych, którzy sprawują władzę w tym czy innym państwie, no i gdzie tu jest centrum tego państwa, nie wiadomo.
BS (2:27): Koncepcja Schmitta, bardzo logiczna, wyłożona wręcz z matematyczną precyzją, opiera się na specyficznym pojęciu polityczności. O ile moralność zasadza się na pojęciu dobra i zła, na czym zasadzałaby się ta polityczność Schmitta, na jakiej różnicy.
PN (2:44): Różnica moralna jest ukonstytuowana na tych dwóch wartościach, dobro i zło – one ją tworzą. Podobnie jest z różnicą estetyczną, która jest zbudowana na opozycji między brzydotą i pieknem, czy róznica gospodarcza w opozycji miedzy zyskiem i stratą. U Schmitta, róznica polityczna sprowadza się do różnicy między przyjacielem i wrogiem. Do wroga nigdy nie powinniśmy żywić żadnych osobistych animozji. Wróg jest zawsze wrogiem zbiorowym. To, co dla Schmitta istotne, to pewna konsolidacja jaką osiągamy w obliczu wroga. Ja pamiętam taką książkę Zebalda o wojnie powietrznej i literaturze... i mnie tam uderzyła jedna, bardzo frapująca, skąd innąd myśl, że Niemcy, kiedy przegrywały wojnę w zasadzie, w 1945 roku, myślelibyśmy że ich morale były bardzo osłabione. Nic podobnego... im naloty na miasta niemieckie były intensywniejsze, im większe straty po stronie ludności cywilnej były odnotowywane, tym naród niemiecki bardziej się konsolidował, był jedną pięścią, moglibyśmy powiedzieć. To co alianci chcieli osiągnąć, to znaczy osłabić morale niemieckiego społeczeństwa, to było kompletnie kontrproduktywne.
BS (4:21): Skoro podkreślamy tak to fundamentalne rozróżnienie, ostre cięcie na wroga i przyjaciela, musi to oznaczać, że żyjemy w świecie stałego konfliktu. To znaczy w świecie, w którym nie da się go zażegnać w sposób ostateczny.
PN (4:37): Ostateczne zażegnanie konfliktu politycznego nie wydaje się możliwe, ponieważ to osłabiłoby całą różnicę między wrogiem a przyjacielem, która jest jakby konstytutywna dla myślenia politycznego. Spróbujmy wyeliminować jeden z elementów tej różnicy, to sama różnica przestaje być czytelna. Jeżeli zakwestionujemy róznicę między wrogiem a przyjacielem, to przestaniemy rozumieć samych siebie; przestaniemy rozumieć własną formę istnienia, to znaczy nie będziemy wiedzieli co jest obce, a co jest moje. Będziemy brać obce za to co moje i zarazem poprzez to co obce będziemy starać się zrozumieć nas samych – no to jest poplątanie kompletne. Liberałowie tego nie rozumieja... liberałowie twierdzą, że pokój, a więc taki stan bez wojny, zupełnie utopijny, można sobie kupić za pieniądze. Na to Schmitt nigdy by nie przystał. Ludzkość w swojej historii określała się zawsze poprzez dwie kategorie, poprzez kategorię walki i pracy. Od tego nie uciekniemy.
BS (5:44): A co z pacyfizmem, radykalnym pacyfizmem? Przecież można wydać wojnę przeciwko wojnie. Do tego właśnie sprowadza się istota nagrody Nobla, która jest przyznawana wszystkim tym, którzy bezkompronisowo walczą o pokój.
PN (6:00): W świecie bez wojen nie ma ważnych wskazówek w którą stronę mamy spoglądać, czego bronić, co jest ważne. W świecie bez wojen nie ma za co umierać. Jeżeli w świecie bez wojen myślimy o husarii , to myślimy tylko ironicznie, a nawet prześmiewczo. W świecie bez wojen nie bedzie zrozumiała dla nas historia, nie będziemy w stanie zrozumieć za co nasi przodkowie oddawali życie. Będą to dla nas tematy całkowicie zagmatwane. Jeżeli wydamy wojnę wszystkim wojnom, taką wojnę ostateczną, jeżeli bedziemy chcieli pogrążyć przeciwnika, naszego wroga, naprzód będziemy go musieli zdehumanizować – to jest jakiś przerażający obraz jakiegoś insekta, którego należy rozdeptać. Takie insekty należy eliminować nawet nie za pomocą oddziałów wojskowych, tylko zwykłych policjantów i psychiatrów – pokazać, że to jest jakaś nienormalna narośl i temu się należy jakaś troska lekarska albo policyjna.
BS (7:12): Ofiara z życia, pisze Schmitt, jest czymś co mieści się z logice państwa, to znaczy państwo ochrania, więc wymaga, i to jest dla państwa tym co myślę więc jest...
PN (7:21): To jest obowiązek państwa; państwo nie ma obowiązku gwarantować wolności człowiekowi – ma gwarantować mu opiekę...
BS (7:35): No właśnie, ale co z pojeciem sprawiedliwości? Sprawiedliwość a wojna... Schmitt pisze też: „wojen nie prowadzi się w imię ideałów lub norm prawnych, ich sens polega na walce z prawdziwym wrogiem” – nie ma tu miejsca na sprawiedliwość.
PN (7:46): Sprawiedliwość w świecie działań efektywnych... ona nie może mieć miejsca. No, weźmy przykład sędziego, który wziął kredyt. Taki sędzia podlega przede wszystkim naciskowi ekonomicznemu. Ja nie spodziewam się, że nikt przy zdrowych zmysłach kto idzie do sądu, nie spodziewa się sprawiedliwego wyroku. Tak jest właśnie z takim sędzią – dla niego deską ratunku i jakąś alfą i omegą jest procedura, proceduralizm sprawiedliwości w sądzie, a więc w obszarze działań efektywnych sądu, i to samo jest na wojnie.
BS (8:24): Państwo światowe, z którym mamy chyba dziś do czynienia, nie jest dla Schmitta państwem. Przyzwyczailiśmy się nazywać je państwem, ale państwem nie jest, tak jak ludzkość dla Schmitta nie jest pojęciem politycznym. Dlatego ludzkość nie może prowadzić wojen, bo na planecie Ziemia nie ma wroga dla ludzkości. Czym w takim razie, zastanawia się Schmitt, byłoby to, ta wspólnota światowa, która chciałaby mieć wpływ na przykład na kulturę? Mówi Schmitt, że jest to rodzaj stowarzyszenia producentów – konsumentów. Pytanie jest oczywiście o wolność takich obywateli, do czego ona się sprowadza? Prawdopodobnie do konsumowania i wydalania, ale ta odpowiedź, mówi Schmitt, zależna jest od przyjętej antropologii. To jest ciekawe u Schmitta, że cała polityka opiera się na konkretnej wizji człowieka. No a wiara, liberalna wiara w dobrą naturę człowieka u Schmitta nie rymuje się... pisze tak: „radykalizm w walce z państwem rośnie proporcjonalnie do radykalizmu wiary w naturalną dobroć człowieka”. Liberałowie są naiwni zdaniem Schmitta?
PN (9:34): Człowiek w dzisiejszym świecie jest człowiekiem bardzo wielu lojalności. Niektórzy są zrzeszeni w klubach dla brydżystów, inni są fanami futbolu, jeszcze inni noszą togi – czy będą to profesorowie, czy to będą księża, czy to będą sędziowie. Rzecz w tym, że gdzieś to państwo, które scalało, nadawało sens, ono się rozprasza... te innstytucje państwowe, one nie są silne, państwo zostało sprowadzone do roli ciecia nocnego. W takim państwie myślenie polityczne jest czymś bardzo trudnym, a jednak o człowieku należy myśleć w kategoriach politycznych ponieważ jest bardzo niebezpieczny. Dostojewski powiedział w Notatkach z podziemia, że żyć tak przyjemnie w harmonicznym świecie to bardzo jest miło, ale połamać coś, to też jest bardzo przyjemnie. Więc to nie jest tak, że jak człowiekowi zapewnimy komfort istnienia, on się z tym pogodzi raz na zawsze; nie, on wcześniej czy później to popsuje – taką już ma naturę. Schmitt mówi o jakimś takim antropologicznym residue, które chrześcijanie nazywali grzechem pierworodnym, czy po prostu złem jakie człowiek gdzieś przechowuje w sobie i to jest niereformowalne w żaden sposób.
BS (11:06): Mało tego, on dodaje, że prawdziwe koncepcje polityczne, to są właśnie te, które opierają się na twierdzeniu o złu, radykalnym złu człowieka, albo przynajmniej jego kłopotliwości, problematyczności jego natury.
PN (11:16): Niech pani sobie wyobrazi myślicieli lewicowych, którzy by przyjeli takie założenie. Cały ten świat wartości lewicowych wówczas się rozpada. Schmitt jest głęboko religijnym myślicielem, jest teologiem politycznym, jest katolikiem. Dla niego myśl o jakimś zaklętym złu w człowieku jest czymś nieredukowalnym, powiedziałbym. I teraz, myśliciele lewicowi mówią, ale przecież wystarczy zreformować instytucje, wystarczy wyprostować to rosochate drzewo człowieczeństwa.
BS (11:54): ...drobna korekta...
PN (11:55): ...drobna, czy nie drobna korekta, można to zrobić. Przecież nikt nie jest naiwny. Jeżeli spróbujemy dokonać tej operacji na człowieku, to on sam nie przetrwa, to będziemy mieli do czynienia z innymi formami istnienia.
BS (12:09): Czy postęp, mierzony także dobrobytem nie oznacza, że dziś wojny są anachroniczne?
PN (12:15): Dziś tylko niewiele państw może sobie pozwolić na to żeby prowadzić wojny, ponieważ żeby prowadzić wojnę trzeba być do tego technologicznie przygotowanym, a to jest jak z medycyną, rzecz bardzo kosztowna, więc w stosunku do większości państw stosuje się działania policyjne, czy inaczej dyscyplinujące. To mogą być żołnierze, ale mogą też być instrumenty finansowe. Jest jeszcze coś takiego, czego powinniśmy na prawdę się bać, czyli broń masowej zagłady. Broń masowej zagłady, jak sama nazwa wskazuje, nie jest żadna bronią, ponieważ ona nie ma niczego bronić, może tylko unicestwić. To też jest, powiedziałbym, element jakiejś takiej gry politycznej, czy też element ułatwiający negocjacje polityczne, ale jako taka, to nie jest broń.
BS (13:09): Czego dzisiaj powinniśmy się najbardziej obawiać, i co powiedziałby Schmitt?
PN (13:12): Zawsze powinniśmy się obawiać najbardziej samych siebie. Nie powinniśmy się bać o siebie, ponieważ człowiek zawsze sobie poradzi, tylko samych siebie, takich jakimi jesteśmy, powinniśmy się obawiać tego jak bardzo jesteśmy ludźmi groźnymi, właśnie również dla samych siebie.

PASIECZNE  OPOWIEŚCI


Troszkę już mam, lecę po wiecej (1)

1 / 29 / 2019

Późnym latem 2018 roku wybierałem się z mojego kalifornijskiego matecznika do Polski. Podzieliłem się tą wiadomością z przyjacielem z Meksyku, z którym łączy mnie Matka Karmicielka, w której pobieraliśmy identyczne nauki, a ponadto kontynentalne braterstwo zachodniej półkuli, oraz podobne προβλήματα καρδιολογικής φύσης. Jak będziesz tam, to proszę, zajedź do ‘Pasieki Wielonek’, powiedział. Było po drodze, zajechałem. Łatwo jednak nie poszło. GPS dostał czkawki – niedziela rano, chwila po mszy świętej, może dlatego...?
Patrzę, ktoś starszawy w nieskazitelnym garniturze idzie w moją stronę. O adres pytam, a on z miną ludowego mędrca rzecze, “panie ja tu się urodziłem, ale nie mam pojęcia, natomiast tam pod sklepem, znajdziesz pan pijaków, takich jak ja oczywiście, ale cwańszych, to oni panu powiedzą.” Na szczęście GPS nagle ożył, może usłyszał...? Zaparkowałem przed pasieką i w tym momencie zaczęła się moja pogłębiona przyjaźń z miododajnym, błonkoskrzydłym owadem.

Paleolityczna pszczelarka (3)
Miód, żądło, ule i przysłowiowa pracowitość, to przeciętna głębia wiedzy o pszczelim świecie, który poprzez ponad sto milionów lat koewolucji ze światem kwiatów i ukształtowania 20 000 gatunków pszczół, pozostaje dla nas wciąż nadal słabo poznanym obszarem biologii. Miód i pszczółki były ważnym elementem mitologii różnych kultur, bóstwami ludów zamieszkałych na wszystkich kontynentach, z wyjątkiem Antarktydy, oraz źródłem artystycznej inspiracji od najdawniejszych czasów, ot jak choćby liczące około dziesięć tysięcy lat malowidło z Pajęczej Groty* w Hiszpanii, przedstawiające kobietę wybierającą z ula miód, naturalnie w towarzystwie śmigających wokół pszczół. Ta jaskiniowa pszczelarka, to doskonały pierwowzór pani Katarzyny Wielonek, pszczelarki w trzecim pokoleniu i autorki poniższego tekstu, którym rozpoczynamy cykl pasiecznych opowieści.

Jeśli najlepszy miód na świecie (moim zdaniem, bezdyskusyjnie naj-) oraz inne wyroby na bazie  pasiecznej produkcji są w obrębie waszych smaków i zainteresowań, to włączajcie GPSa i zawijajcie do Raciborowic Górnych. Detale adresowe, telefoniczne, i wszystko o wspaniałym miodzie kremowanym znajdziecie na stronie internetowej Pasieki Wielonek, ale najpierw życzę  słodkiego czytania!




 RZECZ  O  PSZCZOŁACH

Katarzyna Wielonek


Pszczelarstwo, jak żadna dziedzina rolnictwa, jest w wielkiej mierze strefą działania hobbystów.
Zajęcie to jest praktycznie otwarte dla wszystkich niemal osób, bez względu na wiek, płeć czy kondycję. I to pewnie jest przyczyną tego, że stosunkowo niewielu pszczelarzy prowadzi pasieki jako przedsięwzięcie komercyjne.

Tym nie mniej, prace pasieczne wymagają pewnego wysiłku fizycznego, a także głębokiego respektu do tych jakże maleńkich i pracowitych owadów oraz wiedzy o ich świecie. Potrzebny jest zatem pewien talent i umiejętność obserwowania pszczół, a nierzadko również spora doza intuicji.

Pszczelarstwo jest w znacznym stopniu sztuką, a nie tylko czystym rzemiosłem.

Egipski hieroglif pszczoły (4)
Pszczoła miodna (łac. Apis mellifera) prowadzi życie gromadne, to znaczy, że bytowanie każdego osobnika jest możliwe tylko w środowisku, jakie stwarza zespół tysięcy pszczół wzajemnie od siebie uzależnionych. Dlatego w hodowli pszczół mamy do czynienia raczej z pewną jednostką biologiczną, a nie pojedynczymi osobnikami. W skład pszczelej kolonii wchodzi jedna matka pszczela, nazywana królową oraz wiele tysięcy pszczół, tak zwanych robotnic. Od maja do sierpnia w rodzinie pojawiają się także męskie osobniki - trutnie, które powstają poprzez rozmnożenie partenogenetyczne. Dzieworództwo (partenogeza) polega na tym, że matka pszczela może składać oprócz jaj zapłodnionych, także niezapłodnione i to właśnie z tych drugich powstają samce - trutnie. Z praktycznego punktu widzenia, truteń nie ma ojca, ma za to dziadka! 

Rodzina, będąc w komplecie, jest zdolna produkować miód, a jej funkcjonowanie jest przez niektórych pszczelarzy porównywane do „komuny”, dużej wspólnoty osobników wiodących gromadne życie. Mowa tutaj o jednomyślnej strategii pszczelej rodziny oraz sprawiedliwym dysponowaniu zgromadzonymi zasobami w ramach dobra całej społeczności.

W zależności od pory roku, liczba pszczół w rodzinie waha się od 10 do 50 tysięcy! Podczas gdy królowa zajmuje się wyłącznie składaniem jaj, wszystkie pozostałe prace wykonują robotnice. Przewaga samic jest w pszczelej rodzinie normą i podstawą funkcjonowania. Dzieje się tak dlatego, że zadaniem trutni nie jest żadna inna czynność oprócz zapłodnienia matki. Nie zbierają pyłku lub nektaru, nie mają gruczołów woskowych i, co zaskakujące, nie potrafią się samodzielnie odżywiać - zdane są w pełni na łaskę i robotnic. Trwają jednak badania nad funkcjami społecznymi męskich osobników w rodzinie pszczelej. Wydaje się, że ich obecność wpływa korzystnie na produktywność i harmonijny nastrój w społeczności Apis mellifera.

Pszczoła pobierająca nektar z gryki (2)
Pszczoły robotnice mają zredukowane narządy rozrodcze, zatem nie są zdolne do kopulacji. W lotach weselnych, zwanych godowymi uczestniczy matka wraz z trutniami. Pszczele samce mają do spełnienia jedyną, ale krytyczną biologicznie rolę - zapłodnić królową w locie. Zwykle samica, której zdarza się to tylko raz w jej życiu, zostaje zapłodniona przez kilka, a nawet kilkanaście trutni, co w pojęciu dziedziczności, wpływa korzystnie na przyszłościową różnorodność genetyczną rodziny. W tym czasie pszczoły robotnice w zależności od wieku, mają sporo obowiązków, mianowicie: produkcja wosku, budowanie gniazda, pielęgnacja pszczół (robotnic, trutni i matki), zbiór pokarmu, czyszczenie i stróżowanie przed wylotkiem z ula. W pewnym momencie są również odpowiedzialne za eliminację trutni poprzez zagłodzenie i wypędzanie ich z gniazda . „Liga rządzi, liga radzi, liga nigdy was nie zdradzi.” Pojawia się w waszych głowach film pt. Seksmisja?

Będzie miodzik (1)
Każdego ciekawi moment powstawania miodu, nieprawdaż? Pamiętajmy, że wszystko zaczyna się od zbioru nektaru (wytwarzany przez kwiaty) bądź spadzi (wydaliny żerujących na roślinach mszyc, czerwców). Ciecz ta zbierana jest języczkiem do wola pszczoły. W trakcie jej spływania, surowiec miodowy staje się wzbogacony przez ślinę pszczoły, która z kolei zawiera inwertazę, enzym rozkładający cukier na glukozę i fruktozę. Pszczoła zbieraczka podaje następnie kroplę cieczy robotnicy, która dodaje swoją ślinę i pakuje do swojego wola. Tam pewna część surowca miodowego zostaje przetrawiona, a pozostałą nadwyżkę, pszczoła przynosi do ula i zwraca do komórek plastra. W komórce plastra miód dojrzewa około czterech dni, po czym inne robotnice zasklepiają go woskiem, będącym wydzieliną gruczołów woskowych, znajdujących się na brzusznej stronie pszczoły robotnicy. Taki proces powtarza się na okrągło, robią to robotnice, które mają rolę dbania o odpowiednie warunki w ulu, sprawiając tym samym odparowanie wody z miodowego surowca. Produkt powoli ulega zagęszczeniu, a cukry złożone ulegają rozłożeniu na cukry proste.

Pszczoła pobierająca nektar z facelii (2) 
Niezmiernie interesujący jest sposób poszukiwania przez pszczoły źródeł nektaru i/lub spadzi. Ze zmysłów, pszczoły mają znakomicie rozwinięty zmysł węchu - ma to istotne znaczenie dla efektywności poszukiwań pożytkowych. Kwiaty często przywabiają pszczoły swoim wyjątkowym zapachem. Ludzie również mają takie zdolności. Wystarczy wejść na pasieczysko mając na sobie swoje ulubione perfumy lub wodę kolońską. Nie zagrzejmy tam miejsca, a ucieczka sprintem jest murowana! Ponadto, pszczoły mają dodatkowo receptory zmysłu smaku także na „nogach”. Stąd, nawet przypadkowe postawienie nóg w pozbawionym zapachu syropie, generuje ich zainteresowanie.

Pokarm to nie tylko miód, ale również i białko, czyli pyłek kwiatowy. Pszczoły-zbieraczki przynoszą pyłek do ula w koszyczkach (zagłębieniach goleni tylnych nóg), formując go w tak zwane obnóże. Są to grudki zwilżone odrobiną miodu lub nektaru. Obnóże jest składowane w komórkach plastra, a pszczoły nielotne, pracujące w ulu, zwilżają je miodem i dosłownie ubijają. Pyłek kwiatowy jest niezbędny dla rodziny pszczelej i jej rozwoju. Dla ludzi również jest to produkt odżywczy, ponieważ oprócz białek, zawiera on także tłuszcze, węglowodany, składniki mineralne i witaminy, czyli samo zdrowie! Tym niemniej, pszczoły tylko w niewielkim stopniu odżywiają się świeżym pyłkiem, są natomiast jego koneserami w postaci pierzgi. To właśnie ten ubity, zakonserwowany i sfermentowany w cieple ula materiał jest jednym z najlepiej wyposażonych w składniki odżywcze pokarmów jakie spotykamy w naturze. Pierzga jest dla pszczół tym, czym dla nas jest chleb, stąd też bywa nazywana „chlebem pszczelim”.

Czeremcha zwyczajna (2)
Innym niezwykle pożytecznym dla ludzi surowcem jest kit pszczeli, zwany propolisem. Pszczoły używają go do uszczelniania gniazda, zasklepiania otworów, a my stosujemy między innymi do łatania pęknięć pudeł rezonansowych instrumentów muzycznych oraz jako składnik preparatów do konserwacji lakierów samochodowych. Jednocześnie, pod względem fizycznym, jest to kleiste żywiczne ciało i aktywny środek leczniczy, który ma solidne właściwości bakteriostatyczne i odkażające.

Do swojej obrony pszczoły używają żądła. Młode robotnice posiadają niewiele jadu, dopiero wraz z wiekiem jego ilość zwiększa się. Żądło po wbiciu się w ofiarę wyrywa się z ciała pszczoły, powodując tym samym jej śmierć, a u ofiary ból. Usunięcie tego „sztylecika” nie należy do łatwych, a im szybciej się go pozbędziemy, tym mniejszy obrzęk ciała. Mimo trującego działania i bólu, jad pszczeli miał od najdawniejszych czasów zastosowanie w medycynie ludowej. Dzisiaj nazywany jest coraz częściej lekiem przyszłości, stąd pojawienie się apitoksynoterapii, innymi słowy, metody leczenia wielu schorzeń jadem pszczelim.

Pszczoła pobierająca nektar z nawłoci, polskiej mimozy (2)
Mimo ogromu zajęć, w coraz szybciej rozrastającej się liczebnie rodzinie, nie wszystkie robotnice znajdują zatrudnienie. Nagromadzają się przy tym w gnieździe młode pszczoły, a przez ich ilość namnaża się mleczko pszczele, które jest wydzieliną bardzo istotną dla ich rozwoju – karmione nim są larwy robotnic i trutni przez pierwsze dni życia, a także matka pszczela. Mleczko pszczele jest gęstą substancją o dobroczynnych właściwościach nie tylko dla pszczół, ale również dla człowieka. Jednak jego nadmiar w rodzinie pszczelej nie jest dla niej korzystny. Przez szereg wyżej wymienionych czynników, dołączając do tego genetyczne uwarunkowanie, następuje naturalny podział rodziny zwany rójką. Ten sposób rozmnażania się pszczół jest bardzo efektywny, ponieważ na naszych oczach następuje podział ogromnej kolonii, z reguły na dwie rodziny pszczele. Stara matka opuszcza ul z mniej więcej połową osobników, zazwyczaj krótko przed wygryzieniem się młodej matki z matecznika, założonego przez pszczoły robotnice. Wychodzeniu roju z ula towarzyszy bardzo silne podniecenie owadów, aż do momentu kulminacyjnego, kiedy to pszczoły całą chmarą wylatują razem ze starą matką, zwykle w poszukiwaniu schronienia na pobliskie drzewo.

Schemat się powtarza, młoda królowa po wygryzieniu się z matecznika udaje się na lot godowy. Tworzy ona swoją świtę, zapętlając tym samym cały cykl biologii tychże owadów.

Pszczoła z pyłkiem pszczelim na obnóżkach (2)
Pszczoły niewątpliwie stanowią bardzo ważny element środowiska. Za zapylenie jednej rośliny odpowiada aż kilka gatunków owadów, są to trzmiele, pszczoły dzikie oraz pszczoły miodne. Na świecie zapylają one 70 procent gatunków roślin, gwarantując w ogromnym stopniu wzrost wielkości plonów. Pszczołom zawdzięczamy sporą część tego, co znajdujemy codziennie na talerzu - wiele owoców, warzyw i naszą ulubioną kawę. Bez pszczół, ponad 30% roślin uprawnych nie trafiłaby na nasze stoły, chyba że dalibyśmy radę zapylić je przy pomocy nowoczesnej technologii. Pszczółki drony już pracują, dokonując eksperymentalnych zapyleń krzyżowych. Tylko, czy taka technicyzacja naturalnego procesu nie odbierze nam czegoś z kolorytu życia?

Z drugiej strony, musimy brać pod uwagę znaczny spadek populacji zapylaczy w ostatnich latach. Współczesnym problemem jest słaba odporność pszczół na choroby, która wiąże się z głęboką chemizacją naszego środowiska. Mamy jednak nadzieję, że te malutkie organizmy będą w stanie przystosować się do panujących warunków.
Aczkolwiek, to wyłącznie w naszej gestii jest abyśmy umożliwili sobie i pszczołom lepsze życie.
Ramka z zasklepionymi komórkami miodu (2)
_________________________________________
* - Cuevas de la Araña (wideo) - można łatwo włączyć polskie napisy
Zdjecia i ilustracje:
(1) - Krzysztof Onzol
(2) - Katarzyna Wielonek
(3) - źródło
(4) - źródło (edited)


KLIMATYCZNY  LAS

Mgła wisi nad puszczą amazońską tuż po wschodzie słońca. Lasy rutynowo przenoszą niezwykłe ilości pary wodnej do atmosfery
- odpowiednik "latających rzek" - a naukowcy dopiero zaczynają rozumieć ich złożone konsekwencje dla opadów i klimatu w odległych miejscach. (
zdjęcie)


1 / 2 / 2019

„Gdy przed ponad stu laty nadchodził fin de siecle współcześni dumni byli z mijającej belle epoque - pięknej epoki, jak ją nazywali. Optymizm i poczucie pewności siebie budziły wspaniałe osiągnięcia nauki i techniki: powszechne zastosowanie maszyny parowej, rozwój kolei, telegrafu, telefonu, czy ogromny postęp w dziedzinie medycyny, symbolizowany przez nazwisko Ludwika Pasteura. Imponująco rozkwitały wszystkie dziedziny kultury. Romantyzm, pozytywizm i modernizm ukształtowały oblicze literatury, malarstwa, architektury i rzeźby. Wyrazem dążeń i aspiracji społeczeństw były natomiast nowoczesne ruchy polityczne. Obok starszych - konserwatyzmu, liberalizmu, także i nowe - socjalizm, nacjonalizm oraz chrześcijańska demokracja, dawały w umacniających się systemach parlamentarnych możliwość wpływania coraz szerszym rzeszom ludności na politykę państw”. (źródło)
...
„Społeczeństwo fin de siecle'u mogło bez wątpienia odczuwać najgłębszą satysfakcję z osiągnięć dobiegającej końca la belle epoque. Postęp, jaki dokonał się we wszystkich dziedzinach życia, był zaiste imponujący. Co ważniejsze, jego dobrodziejstwa były powszechnie odczuwane przez ogół ludności cywilizowanego świata”. (źródło)

„Oszaleję albo... przypnę ludzkości skrzydła...” powiada Bolesław Prus ustami Juliana Ochockiego, powieściowego wcielenia przyjaciela pisarza, Juliana Ochorowicza, który już 140 lat temu opracował teoretyczne zagadnienie telewizji monochromatycznej i pisał w kwartalniku Kosmos: „Po telefonie i telegrafie musimy wynaleźć telefoton albo telefotoskop, to jest przyrząd telegraficzny do widzenia z odległości”.

Wielu wydawało się, że granice wiedzy ostatecznej są już na wyciągnięcie ręki, a Ochocki w serialowym wydaniu Lalki jest sfrustrowany przeokropnie potencjalną możliwością wynalezienia wszystkiego i obawą, że wkrótce nie pozostanie już nic do zrobienia. Mija wiek z okładem i okazuje się, iż nadal nie mamy odpowiedzi na pytanie jak zatrzymać albo spowolnić proces starzenia się, lub wygasić natrętną myśl, która uniemożliwia zaśnięcie.

W 21 lekcjach na XXI wiek:  czytamy „Rewolucja w biotechnologii i technologii informacji da nam kontrolę nad naszym światem wewnętrznym i pozwoli nam projektować i produkować życie. Dowiemy się, jak projektować mózgi, przedłużać życie i zabijać myśli wedle uznania. Nikt nie wie, jakie będą tego konsekwencje. Ludzkość zawsze była o wiele lepsza w wynajdowaniu narzędzi niż używaniu ich mądrze. Łatwiej jest regulować rzeką, budując tamę, niż przewidzieć wszystkie złożone konsekwencje jakie będzie to miało dla systemu ekologicznego w szeroim ujeciu".
[...]
"W przeszłości opanowaliśmy zdolność manipulowania otaczającym nas światem i przekształcenia całej planety, ale ponieważ nie pojmowaliśmy złożoności globalnej ekologii, zmiany które wprowadziliśmy, zakłóciły w sposób niezamierzony cały system do takiego stopnia, że obecnie stajemy w obliczu załamania ekologicznego”.


Niezmiernie ciekawym i jakże przemawiajacym do wyobraźni przyczynkiem okazuje się choćby przeocznie lasów jako ogromnie ważnego czynnika w procesie kształtowania klimatu w dowolnej skali.  Mówi o tym obszernie Gabriel Popkin w arcyciekawym artykule zatytułowanym "Lasy okazują się przeoczonym ważnym czynnikiem klimatycznym" (Forests Emerge as a Major Overlooked Climate Factor), który przedkładam tutaj w moim tłumaczeniu.

Kiedy niespełna piętnaście lat temu Abigail Swann rozpoczynała swoją naukową karierę, była jedną z niewielu badaczek zajmujących się radykalną koncepcją, zakładającą, że zielone rośliny, żyjące na powierzchni Ziemi, mogą mieć istotny wpływ na klimat planety. Przez dziesięciolecia większość naukowców badających zjawiska atmosferyczne budowała modele pogodowe i klimatyczne, skupiając uwagę na wiatrach, deszczach i innych zjawiskach fizycznych.

Młoda badaczka, dzięki ogromnym modelom komputerowym, które pozwalają symulować w jaki sposób rośliny transportują wodę, dwutlenek węgla i inne substancje chemiczne między gruntem a powietrzem, odkryła że roślinność jest w stanie wpływać na pogodę na ogromne odległości. Zniszczenie lub ekspansja lasów na jednym kontynencie może zwiększyć opady lub spowodować suszę na drugiej półkuli świata.

Abigail Swann jest obecnie profesorem Uniwersytetu Waszyngtońskiego, gdzie kieruje laboratorium Ecoclimate, będąc czołową postacią niewielkiej, ale wciąż rosnącej liczby naukowców badających, jak rośliny kształtują ziemską pogodę i klimat. Wyniki badań tej grupy naukowców mogą wręcz wstrząsnąć naukami o klimacie. „Żaden z badaczy zajmujących się atmosferą nie myśli o tym, jaki wpływ rośliny mogą mieć na opady deszczu”, mówi Swann. Mimo, że od dziesięcioleci pojawiały się w literaturze naukowej pewne wskazówki, to "wstrząsa wręcz paradygmatem pojęciowym środowiska ekologicznego fakt, iż rośliny „stąd” mogą istotnie wpływać na rośliny „skądinąd”", uzupełnia.

Park Williams, bioklimatolog z nowojorskiego Uniwersytetu Columbia, dodaje "wielu z nas jest zaskoczonych, jak wielką rolę odgrywają rośliny - wpływ powierzchni Ziemi na klimat w ujęciu wielko-skalowym jest obecnie niezmiernie popularnym tematem, a profesor Swann jedną z widących badaczek w tej dziedzinie".

Ignorowany wpływ roślin
Rozdźwięk między naukami biologicznymi i naukami o atmosferze, na jaki natkęła się profesor Swann, był pochodną poglądów z końca XIX wieku, kiedy to rząd USA ogłosił, że sadzenie roślin i drzew zamieni suchy teren Wielkich Równin w strefę wilgotną. Rząd odrzucił radę jednego z najwybitniejszych naukowców, Johna Wesleya Powella i przyjął wątpliwą teorię głoszoną przez spekulantów ziemskich. Zachęceni optymistycznymi, ale wątpliwymi twierdzeniami, tysiące potencjalnych farmerów ruszyło na zachód, by przekonać się, że „zazielenianie” ziemi wcale nie przysparza deszczu. Wielu walczyło o przetrwanie na płodach z wysuszonej gleby, a nieprzemyślany eksperyment rolniczy przyczynił się ostatecznie do wywołania niszczycielskich burz pyłowych, określanych mianem ‘Dust Bowl’.

Naukowcy zareagowali z całą moca. Badacze młodej dziedziny jaką była meteorologia, mając nadzieję na uratowanie wiarygodności swojej dyscypliny naukowej, odrzucili pogląd, że lasy mają wpływ na pogodę. "Większość dyskusji na ten temat nie miała charakteru czysto naukowego" – napisał ktoś w 1888 roku w magazynie "Science". Meteorologia, a później nauka o klimacie, stała się nauką o powietrzu i wodzie. Rośliny zostały zdegradowane do statusu biernego uczestnika.

Można usprawiedliwić ówczesnych naukowców badających atmosferę, a praktycznie każdego kto myśli o stoicko tkwiącym drzewie lub łagodnie falującej pszenicy, jako o czymś co wymaga niewiele więcej niż pasywnej akceptacji światła słonecznego oraz wiatru i deszczu. Dzisiaj wiemy jednak, że rośliny to w rzeczywistości czynniki oddziaływujące potężnie na powierzchnię planety. Pompują wodę poprzez swoją tkankę z ziemi do powietrza i transportują węgiel w przeciwnym kierunku, z powietrza poprzez swoją tkankę do ziemi. Bezustannie rozczepiają wodę, czerpią i manipulują energią słoneczną oraz łączą wodór, tlen i węgiel w celu wytworzenia cukrów i skrobi - źródeł praktycznie wszystkich produktów żywnościowych niezbednych dla ziemskiego życia.

Kluczowymi cechami tej molekularnej magii są pory w liściach roślin, zwane aparatami szparkowymi. Pojedynczy liść może zawierać ponad milion tych wyspecjalizowanych struktur. Aparaty szparkowe są zasadniczo mikroskopijnymi ustami, które symultanicznie pobierają dwutlenek węgla z powietrza i oddają wodę. Jak zauważa profesor Swann, wymiana gazowa z każdego aparatu szparkowego - a w rzeczywistości z każdego liścia - jest sama w sobie niewielka, ale przy miliardach aparatów szparkowych działających kompleksowo, pojedyncze drzewo może wyparować setki litrów wody dziennie – wystarczająco dużo do napełnienia kilku wanien. Największe lasy na świecie, z setkami miliardów drzew, mogą uwalniać wodę na niewyopbrażalnie wielką skalę. Antonio Nobre, naukowiec zajmujący się klimatem w Brazylijskim Narodowym Instytucie Badań Kosmicznych, oszacował na przykład, że lasy Amazonii emitują około 20 trylionów litrów wody dziennie - czyli 17 procent więcej niż potężna Amazonka.

Niestety, modele komputerowe, na których badacze opierają przewidywania przyszłego klimatu, nie zawierają żadnych możliwości uwzględnienia zdolności roślin do przemieszczania wody na taka skalę, powiedziała profesor Swann." [Rośliny] Są maleńkie, ale jako zbiorowość są potężne".

Naukowcy wiedzą już od końca lat siedmdziesiątych ubiegłego wieku, że największe na świecie, obejmujace 5,5 miliona kilometrów kwadratowych lasy Amazonii wywołują własne burze. Najnowsze badania wykazują, że połowa lub więcej opadów nad obszarami kontynentalnymi jest generowana przez rośliny, które cyrkulują wodę z gleby do atmosfery, gdzie silne prądy wiatru mogą przetransportować ją w odległe miejsca. Regiony rolnicze tak zróżnicowane, jak amerykański Środkowy Wschód, Dolina Nilu czy Indie, a także duże miasta, takie jak Sao Paulo, czerpią wielką ilość deszczu z tych napędzanych przez lasy "latających rzek". Nie jest przesadą stwierdzenie, że dużą część żywności zawdzięczamy, przynajmniej częściowo, opadom deszczy wywołanych przez lasy.

Takie wnioski oznaczają również głęboką odwrotność tego, co zazwyczaj uważamy za przyczynę i skutek. Powszechnie załadamy, że "lasy są tam gdzie są, ponieważ jest tam wilgoć, a nie wilgoć jest tam, gdzie są lasy" - mówi Douglas Sheil, badacz zajmujący się ochroną środowiska na norweskim uniwersytecie University of Life Sciences w Oslo, po czym zadaje pytanie, "czyżby wilgotny klimat był spowodowany przez lasy"? Może zatem wszystko to ma się odwrotnie?

Lasy w Arktyce
Abigail Swann przybyła w 2005 roku na Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley, aby zrobić doktorat u Inez Fung, badaczki zjawiskk atmosferycznych, która już 20 lat wcześniej pomogła utorować drogę modelom klimatycznym obejmującym roślinność i związane z nią przepływy dwutlenku węgla. (Wśród innych jej osiągnięć nadmienić należy współautorstwo pracy napisanej w 1988 roku z naukowcem związanym z NASA, Jamesem Hansenem, która pomogła zwrócić uwagę opinii publicznej na zmiany klimatyczne.) Model, nad którym pracowała, był w tamtym czasie szczytowym osiągnieciem wiedzy, ale podobnie jak jego odpowiedniki w innych instytucjach badawczych, mógł jedynie reprezentować biosferę w sposób uproszczony.

W połowie lat pierwszej dekady bieżącego wieku modele zostały udoskonalone na tyle, że naukowcy mogli dokładniej zbadać rolę jaką rośliny mogą odgrywać w systemie klimatycznym. Profesor Fung zasugerowała, żeby Abigail Swann w swoim modelu klimatycznym spróbowała zalesić Arktykę. Kiedy Ziemia się ociepla, drzewa kolonizują tereny położone coraz dalej na północ, więc rozsądnie byłoby zapytać, jaki wpływ będą miały na klimat regionu. Niektórzy badacze już wcześniej studiowali potencjalny wpływ ekspansji północnych lasów świerkowych. Nic dziwnego więc, że odkryli, iż Arktyka prawdopodobnie ociepliłaby się, bowiem liście tych drzew są ciemne i chłoną praktycznie więcej światła słonecznego niż inne okazy tundry oraz lód i krzewy, które zostałyby nimi zastąpione. Abigail Swann postanowiła sprawdzić zatem, co się stanie, jeśli rozrastające się lasy byłyby drzewami liściastymi z jaśniejszymi kolorami liści, takimi jak u brzozy lub osiki.

W jej modelu Arktyka ociepliłaby się dodatkowo o około jeden stopień Celsjusza, czyli więcej, niż się spodziewała. Ustaliła ponadto, że jej symulowane lasy wydzielałyby dużo pary wodnej, która podobnie tak jak dwutlenek węgla, jest gazem cieplarnianym, absorbującym promieniowanie podczerwone z Ziemi i skierowującym jego część z powrotem w dół. Para spowodowałaby następnie topienie się lodu na lądzie i morzu, odsłaniając w wyniku tego ciemniejsze powierzchnie, które pochłonęłyby jeszcze więcej światła słonecznego i ociepliłyby ten obszar jeszcze bardziej. Nowe lasy uruchomiłyby pętlę sprzężenia zwrotnego, wzmacniającą wpływ na zmiany klimatyczne. Odkrycie to wskazywało z jaką siłą rośliny mogą oddziaływać na klimat w regionie.

W innych swoich badaniach profesor Swann zamieniła w las wszystkie obszary umiarkowanej strefy Ameryki Północnej, Europy i Azji. Ćwiczenie to wyolbrzymiło ponownie coś, co już dzieje się w realnym świecie. Dane satelitarne pokazują bowiem, że kiedy dawne tereny uprawne stały się ponownie lasami, kontynenty te zazieleniły się, wspomagane być może przez zwiększony zasób dwutlenku węgla w atmosferze i dłuższe okresy wegetacji.

Podobnie jak w badaniu Arktyki, nowe drzewa pochłonęłyby światło słoneczne i ogrzały regiony, dodając energii systemom klimatycznym. Prądy atmosferyczne następnie redystrybuowałyby tę energię wokół planety. Susze zeszłyby w rejon południowej Amazonki, a na Saharze spadłby deszcz. Efekty te zostałyby spowodowane przez zmianę położenia komórki Hadleya - masywnego pasa transmisyjnego powietrza, który unosi się nad równikiem, wywołuje deszcze nad tropikami i schodzi ponownie jako suche powietrze w rejonach około 30 stopnia szerokości geograficznej, zarówno północnej jak i południowej, a więc tam gdzie znajduje się większość światowych pustyń. Poprzez wpływ samych roślin komórka Hadleya przesunęłaby się na północ.

Profesor Swann odkryła zatem na pozór ukryte "tele-łącze”, w którym jakiś region posiadał wpływ na inny, odległy region, poprzez subtelne mechanizmy atmosferyczne. Inez Fung nie była kompletnie zaskoczona, bowiem naukowcy zajmujący się atmosferą mieli już sporo rozeznania co do kwestii wpływów atmosferycznych na odległość. W okresowych epizodach El Niño, które znano i rozumiano już od blisko stu lat, niezwykle ciepłe wody powierzchniowe we wschodnim Pacyfiku powodują ulewne deszcze w zachodniej Ameryce Południowej i Afryce oraz susze w południowo-wschodniej Azji i Australii. Nowością w symulacjach profesor Swann było to, że tym co wywoływało takie skutki okazały się lasy, a nie oceany.

"Dla mnie była to naprawdę interesująca perspektywa" - mówi Gordon Bonan, geolog w Narodowym Centrum Badań Atmosferycznych w Boulder w Kolorado, który również bada wpływ roślin na atmosferę." Jeśli nasadzisz wystarczająco dużo drzew, możesz faktycznie zmienić schematy cyrkulacji atmosferycznej."

Dalekosiężne efekty zmian zalesienia
Scenariusze, takie jak zielona Arktyka lub zalesiona strefa umiarkowana, nie są tak nieprawdopodobne, jak mogłoby się wydawać. Niedawne badania ogłoszone w „Nature” donoszą, że w ciągu ostatnich trzech i pół dziesięcioleci powierzchnia drzew w tych regionach wzrosła o ponad 2 miliony kilometrów kwadratowych.

Częścią naszego współczesnego świata są również ogromne straty drzew. W mniej więcej tym samym czasie, kiedy drzewa stref umiarkowanej i borealnej (tajga) zyskały grunt, około 20 procent lasów Amazonii zostało wycięte. Od 2010 roku prawie 130 milionów drzew wymarło w samej Kalifornii, głównie z powodu suszy i pożarów.

Wiele wysiłku poświęcono zrozumieniu, w jaki sposób przyszłe zmiany klimatu wpłyną na lasy. Opierając się na sutkach poważnych susz, które miały miejsce w latach 2005, 2010 i 2015, niektórzy naukowcy uważają, że Amazonia może zbliżać się do punktu krytycznego, który spowodowałby, że większość lasów tropikalnych zamieni się w sawannę, co może mieć katastrofalne skutki dla magazynowania dwutlenku węgla, zróżnicowania biologicznego i lokalnego klimatu. Publikacja z końca 2017 roku dowodzi, że przyszłe ocieplenie spowoduje, iż susze będą jeszcze bardziej śmiercionośne dla lasów na południowym zachodzie Ameryki. Niektórzy specjaliści przewidują, że wiele lasów strefy południowo-zachodniej USA może stać się sawanną lub stepem, a Nate McDowell z Los Alamos National Laboratory uważa, że może wymrzeć nawet znaczna część drzewostanu regionu.

Pytanie, w jaki sposób zmiany w zalesieniu mogą wpłynąć na globalny klimat, nie było jednak brane pod uwagę. "Przez dziesięciolecia próbowaliśmy zbudować modele klimatyczne bez uwzględniania wpływów roślinności, mówi profesor Williams. "Roślinność była zauważana jedynie w tle". Badania Abigail Swann i Inez Fung sugerują obecnie, że rośliny muszą zostać przesunięte na pierwszy plan. Dostrzegli to też inni specjaliści. Wcześniej w tym roku dwie grupy naukowców, z którymi współpraowała profesor Swann, opublikowały opracowania na temat tego, w jaki sposób transport wody w lesie zmieni się wraz ze wzrostem poziomu dwutlenku węgla. Badania poszczególnych liści wykazały, że kiedy rośliny są „skąpane” w dwutlenku węgla, nie muszą otwierać wszystkich swoich aparatów szparkowych, i zamykają te, które pracują najwięcej. Zmiany te pomagają leśnym roślinom oszczędzać wodę, aby przetrwać, ale zmniejszają ilość pary wodnej dostępnej do wywołania deszczu na otaczającym kontynencie. Co więcej, rośliny „pocąc” się, schładzają powierzchnię Ziemi i ogrzewają powietrze, tak jak wydzielanie potu chłodzi nasze ciała w upalny dzień. Zmiany takie na poziomie liści, przeskalowane na obszar kontynentu, mogą pozbawić atmosferę wilgoci i ocieplić powierzchnię planety. Dla Michaela Pritcharda, klimatologa z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine (UCI), wyniki przedstawione przez profesor Swann były "wielce prowokujące ... i ogromnie otwierające oczy". Mówi on, "Wygląda na to, że jeśli chodzi o prognozę zagrożenia ciężkimi suszami, rezultaty te wywracają dotychczasowe przewidywania, ." Profesor Pritchard stwierdził, że wcześniej nie był świadom efektu zamykania się aparatów szparkowych. Wiedza ta zainspirowała go do przyłączenia się do grupy kierowanej przez Gabriela Koopermana z UCI, badającego przyszłe skutki zwiększonego poziomu dwutlenku węgla w trzech głównych regionach lasów tropikalnych - Amazonii, Afryce Środkowej i Azji Południowo-Wschodniej.

W pracy opublikowanej w kwietniu (2018) przez Nature Climate Change, naukowcy dowodzą, że zamknięcie aparatów szparkowych spowodowałoby do 2100 roku zmianę połowy opadów w tych regionach. Co więcej, Amazonka, w której znajdują się najbardziej bioróżnorodne i bogate w węgiel lasy tropikalne, zostałaby dotknięta tym w największym stopniu. Profesor Swann bada teraz efekty zmian zalesienia w różnych skalach. W artykule z 2016 roku dowodzi, że zanik lasów w zachodniej Ameryce Północnej powoduje, iż lasy we wschodniej Ameryce Południowej rosną intensywniej, a jednocześnie zmniejsza się ich wzrost w Europie. W badaniu opublikowanym w maju br. zbadała, w jaki sposób wymieranie lasów w USA wpłynęłoby na lasy w innych częściach kraju. W swoich modelach zaprogramowała zniszczenie lasów w 13 gęsto zalesionych regionach, które Narodowa Fundacja Nauki uznała za ekologicznie szczególne. Wyniki były dramatyczne. Kiedy usunęła drzewa na południowo zachodnim wybrzeżu Pacyfiku, ucierpiały lasy na środkowym zachodzie i wschodzie USA. W ostatnich latach w tej strefie faktycznie wymarło ponad 100 milionów drzew, głównie z powodu suszy i żarłocznych owadów.

Skutki wymierania lasów również mogą jednak być też pozytywne. W badaniach profesor Swann, wycinka drzew w strefie środkowowego wybrzeża Atlantyku, faktycznie pomogła lasom w innych miejscach, czyniąc okres lata w tych regionach chłodniejszym lub bardziej wilgotnym. Podkreśla ona, że ​​nie oznacza to, iż ludzie powinni wycinać lasy, bowiem, poza wpływem na inne regiony, zapewniają one niezliczone korzyści lokalnie, takie jak magazynowanie dwutlenku węgla, filtracja wody czy siedliska dzikich zwierząt. Zauważa przy tym, że organizacje zajmujące się ochroną środowiska często sadzą drzewa jako rozwiązanie klimatyczne, nie zastanawiając się, czy te nasadzenia zaszkodzą lasom w innych miejscach lub też ocieplą planetę, pochłaniając energię słoneczną. Ogromne, sponsorowane przez rządy nasadzenia lasów miały miejsce na przykład w Chinach i afrykańskim Sahelu. Nikt nie wie, jak wpłynęły one na globalny klimat. "Chcielibyśmy być w stanie powiedzieć, że jeśli posadzi się jakąś ilość drzew, to skutkiem tego będzie redukcja planetarnego ocieplenia" - powiedział Bonan. "Tak naprawdę to jednak nie mamy jeszcze jasności w tej kwestii". Dla profesor Swann dreszczem emocji była możność zobaczenia jakichkolwiek efektów. "Sądziłam, że im mniejszą skalę bierzemy pod uwagę, tym trudniej jest zidentyfikować reakcje klimatyczne i wynikajace z tego późniejsze reakcje środowiska leśnego" - powiedziała. "Te mniejsze ubytki lasów mają wszakże wciąż ogromny wpływ na atmosferę, ale faktyczny wpływ na środowisko nie może być mierzony wyłącznie skalą utraconego drzewostanu".

Niepewność wciąż ma znaczenie
Nie wszyscy są przekonani co do ekoklimatycznych telewięzi. Douglas Sheil jest sceptycznie nastawiony do wyników badań prowadzonych przez Gabriela Koopermana. Uważa on, że ​​modele klimatyczne nie reprezentują biologii roślin i fizyki ruchu powietrza oraz opadów dokładnie na tyle, by powiedzieć cokolwiek znaczącego na temat prawdziwego świata biologicznego i zauważa, że różne modele klimatyczne, bazujące na tych samych danych, często prowadzą do przewidywania odmiennych rezultatów.

Inni wskazują, że niektórzy badacze ekokoklimatu opierali się w dużej mierze na tylko jednym modelu, a mianowicie CESM (Community Earth System Model). Zazwyczaj jednak naukowcy zajmujący się klimatem nie są przekonani, że wystąpienie zjawiska jest prawdopodobne, dopóki nie dostrzegą go w wynikach licznych modeli. Zatem, następny Międzyrządowy Panel d/s Zmian Klimatycznych będzie opierać wyniki swoich badań na ponad 30 modelach klimatycznych. Możliwe, że CESM jest po prostu niezwykle wrażliwy na roślinność, mówi Michael Pritchard.

Profesor Swann dodaje swoją własną krytykę: ona i jej koledzy nie zawsze byli w stanie złożyć cały łańcuch fizycznej przyczynowości, przez którą lasy mają wpływ na odległe regiony w jej modelach. Na przykład w jej niedawnym artykule na temat lasów w Stanach Zjednoczonych wskazuje ona na zbyt wiele różnorodnych mechanizmów, aby badać je jeden po drugim. Sytuacja przypomina hipotetycznego motyla trzepoczącego skrzydłami w Brazylii, przez co wywołuje on tornado w Teksasie. Abigail Swann i jej koledzy potrafią w swoim modelowaniu uruchomić motyla trzepoczącego skrzydłami i zobaczyć kształt tornada, ale nie rozumieją w pełni, co dzieje się pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami. Wyjaśnienie takich mechanizmów będzie przedmiotem przyszłych prac.

Jednak rozwiązanie tych problemów nie nastąpi z dnia na dzień. Większość modeli, w przeciwieństwie do CESM, może być uruchamiana tylko w centrum modelowania przez garstkę naukowców, którzy je stworzyli. Ci ludzie są zajęci przeprowadzaniem symulacji dla kolejnego raportu Międzyrządowego Panelu d/s Zmian Klimatu, który ma się ukazać w 2022 roku. Żaden z wykorzystywanych modeli nie uwzględnia w pełni wpływu roślin na klimat, mówi Abigail Swann.

Historyczny pogląd, że klimatologia dotyczy głównie zjawisk fizycznych, nadal ma wpływ. Przez ponad dekadę klimatolodzy postrzegali chmury jako największe źródło niepewności w modelach. Chmury ochładzają planetę, odbijając światło słoneczne, ale ogrzewają także planetę, ponieważ są zbudowane z pary wodnej, będącej gazem cieplarnianym. Modele różnią się znacznie co od tego, w jakim stopniu chmury przyczynią się do schłodzenia lub ocieplenia w przyszłości, a zatem, czy podwojenie ilości atmosferycznego dwutlenku węgla będzie problematyczne, ale dajace się kontrolować, czy wręcz katastrofalne.

Ile deszczu spadnie w danym regionie, a także kiedy i jak będzie zmieniać się to z sezonu na sezon oraz z roku na rok, czyni poważną różnicę co do możliwości określenia, które miejsca pozostaną akceptowalne do życia, a które nie. Rezultaty pracy Abigail Swann i Inez Fung otwierają przynajmniej możliwość stwierdzenia, że rośliny są w stanie odpowiedzieć na takie pytania w podobnym stopniu, jak fizyka chmur.

Co więcej, profesor Fung wskazuje, że zagadnienia te nie są nawet niezależne od siebie, bowiem lasy wytwarzają chmury. Bez dokładnego obrazu lasów modele chmur pozostaną niekompletne.

Dlatego też Abigail Swann rozpoczyna nowy projekt, a mianowicie, próbę oszacowania, w jakim stopniu rośliny są przyczyną niepewności wyników modeli klimatycznych. Mając ten szacunek w ręce, powinno się uzyskać jeszcze lepsze narzędzie do przekonania innych badaczy, że ekologia i nauka o atmosferze są nierozłączne.

Kolejny potencjalny projekt obejmuje przyjrzenie się danym dotyczącym lasów w celu zaobserwowania dowodów na telekonekcje odkryte w założeniach modelowych. Badaczka przyznaje jednak, że nieco obawia się, iż podobne sygnały pojawią się w odniesieniu do wielu wpływów, jakich doświadczają lasy i reakcji jakie tam zachodzą. Profesor Swann i David Breshears, ekolog z Uniwersytetu Arizońskiego, i jeden z jej współautorów periodyku poświęconego lasom, badają również, w jaki sposób przyszłe zanikanie lasów południowego-zachodu wpłynie na klimat Środkowego Zachodu, spichlerza kraju i jednego z najbardziej produktywnych obszarów rolniczych na ziemi.

Jedno jest jasne: wpływ badań Abigail Swann jest odczuwalny już teraz. W ciągu nieco ponad dekady, telekonekcje ekoklimatyczne przestały być praktycznie nieznane stając się częstym tematem dyskusji na najważniejszych spotkaniach naukowych, takich organizacji jak Towarzystwo Ekologiczne Ameryki i Amerykańska Unia Geofizyczna. Zagadnienia te nie są już odrzucane jako nie mające charakteru "czysto naukowego".

Rozwój tego nowego obszaru badań pokazuje, że przyszli naukowcy zajmujący się klimatem będą musieli opanować dwa obszary, które od ponad wieku w dużej mierze funkcjonowały oddzielnie, czyli fizyka atmosfery i biologia, twierdzi profesor Fung.

"Jest bardzo niewielu multidyscyplinarnych naukowców”, dodaje i uzupełnia: "od kiedy Abby Swann weszła w te zagadnienia, dokonało się połączenie dwóch dyscyplin" - "tak dokonuje się postęp".



DWA KRÓTKIE
TEKSTY O ŻARCIU
Organiczne jarzynki
Dzisiaj mało kto czyta z uwagą więcej niż 140 liter na raz,
zatem tym razem tylko dwa krótkie teksty...
:::

Ot, takie sobie wprowadzenie do kwestii z czym się zmagamy w dziedzinie papu, pomijając oczywiście antyglutenowe szaleństwo, ponieważ biorąc na tapetę jeszcze i to, musiałbym popełnić wielokrotnie dłuższy tekst, nasycony obelgami, a tak chrupiąc nieorganiczną rzodkiew z karaczanem Blaberus  albo takąż marchew z drewnojadem obtaczanym w mączce ze świerszczy, poczytajmy o czym donosiło ostatnio 



Żywność ekologiczna może być niekorzystna dla środowiska.*


Rośliny hodowane organicznie są gorsze dla środowiska niż produkty tradycyjnie uprawiane, sugerują nowe badania ze Szwecji. Brak nawozów chemicznych oznacza, że do uprawy roślin wykorzystuje się więcej ziemi, a co za tym idzie, emituje się o 70 procent więcej dwutlenku węgla. Autorzy twierdzą, że z punktu widzenia klimatu, organiczne mięso i produkty mleczne są nawet gorsze niż ich konwencjonalnie produkowane odpowiedniki.

Badanie, które zostało opublikowane w Nature, prowadzone było przez naukowców z Uniwersytetu Technologicznego Chalmers w Szwecji.  "Nasze badanie pokazuje, że uprawiany w Szwecji groszek ekologiczny, ma około 50% większy negatywny wpływ na klimat niż groszek konwencjonalnie hodowlany", mówi Stefan Wirsenius, profesor nadzwyczajny z Chalmers i szef zespołu badaczy zajmujących się tym zagadnieniem.

"Niektóre artykuły spożywcze wykazują jeszcze większą różnicę - na przykład w przypadku ekologicznej szwedzkiej pszenicy ozimej różnica jest bliższa 70%" - powiedział. Ich badania wykazały, że przyczyną, dla której żywność ekologiczna jest o wiele gorsza dla klimatu, jest to, że plony z hektara są znacznie niższe, głównie dlatego, że nie używa się nawozów.  Aby wyprodukować taką samą ilość żywności ekologicznej, potrzeba po prostu znacznie większego obszaru ziemi. "Większe wykorzystanie gruntów w rolnictwie ekologicznym prowadzi pośrednio do zwiększenia emisji dwutlenku węgla dzięki wylesianiu" - twierdzi dr Wirsenius.

"Produkcja żywności na świecie jest regulowana przez handel międzynarodowy, zatem to w jaki sposób prowadzimy gospodarstwo rolne w Szwecji wpływa na wylesianie w tropikach. Wykorzystując więcej ziemi na wyprodukowanie takiej samej ilości żywności, przyczyniamy się pośrednio do większego wylesiania w innych częściach świata", powiedział.

Zarówno organiczna hodowla jak i produkcja mleka, stosując paszę ekologiczną, potrzebują więcej ziemi niż konwencjonalna produkcja. Oznacza to, że ustalenia dotyczące ekologicznej pszenicy i grochu mają w zasadzie zastosowanie również do mięsa i przetworów mlecznych. "Niestety, nie zrobiliśmy jednak żadnych konkretnych obliczeń na mięsie i mleku, więc nie mamy konkretnych przykładów", dodaje Wirsenius.

Aby ocenić wpływ zagospodarowania większego terenu na emisję dwutlenku węgla spowodowaną wylesianiem, naukowcy zastosowali nowe parametry, które nazwali "alternatywnym kosztem emisji dwutlenku węgla".  Te parametry uwzględniają ilość węgla przechowywanego w lasach, i jednocześnie umożliwiaja ustalenie ilości dwutlenku węgla uwalnianego w wyniku wylesiania. Bdanie to jest jednym z pierwszych na świecie, które wykorzystują ten wskaźnik. "Fakt, że większe wykorzystanie gruntów prowadzi do większego negatywnego wpływu na klimat, często nie był brany pod uwagę we wcześniejszych porównaniach między żywnością ekologiczną i konwencjonalną" - mówi dr Wirsenius.

"To duże niedopatrzenie, ponieważ, jak pokazują nasze badania, efekt ten może być wielokrotnie większy niż efekty branych zazwyczaj pod uwagę gazów cieplarnianych. W Szwecji istnieją cele polityczne zmierzające do zwiększenia produkcji żywności ekologicznej. Jeśli te cele zostaną zrealizowane, wpływ szwedzkiej produkcji żywności na klimat prawdopodobnie znacznie wzrośnie ", twierdzi dr Wirsenius. Nie oznacza to wszakże iż naukowcy oczekują, że sumienni konsumenci powinni po prostu przejść na kupowanie żywności nieekologicznej.

"O wiele ważniejszy jest często rodzaj spożywanej żywności. Na przykład, spożywanie organicznej fasoli lub ekologicznego kurczaka jest o wiele korzystniejsze z punktu widzenia klimatu niż spożywanie tradycyjnie produkowanej wołowiny. Żywność ekologiczna ma wiele zalet w porównaniu z żywnością produkowaną konwencjonalnymi metodami, choćby z tego powodu, że jest ona korzystniejsza dla zwierząt gospodarskich". - mówi dr Wirsenius.

Dla konsumentów, którzy chcą przyczynić się w pozytywny sposób do produkcji żywności ekologicznej, bez zwiększania ich wpływu na klimat, skutecznym sposobem na to byłaby zmiana diety. Badania wykazały, że największy wpływ miałoby zastąpienie wołowiny i jagnięciny, a także twardych serów białkami roślinnymi, takimi jak fasola.  Wieprzowina, kurczak, ryby i jaja również mają znacznie mniejszy wpływ na klimat niż wołowina czy jagnięcina.

*******

Czy insekty moga zostać nowym “super-papu”? 


"Super- jedzenie"
Jadalne owady są reklamowane jako kolejne "super-jedzenie".  Te przyprawiające o gęsią skórkę stworzenia są pożywieniem pełnym białka, składników odżywczych, potasu, magnezu i kwasów tłuszczowych, których zawierają trzy razy więcej niż łosoś zawiera tłuszczy omega-3. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa, owady zawierają ponad dwa razy więcej białka niż jest go w 100 g mięsa i ryb.

Świerszcze są najczęściej na świecie hodowanymi owadami na potrzeby ludzkiej diety oraz uważane za podstawowe owady dla ludzi, którzy decydują się je jeść. Wraz z innymi owadami są one reklamowane jako wysoce pożywne i ekologicznie oraz finansowo lepsze dla planety niż tradycyjne zwierzęta gospodarskie, ze względu na szybkość, z jaką przekształcają paszę w masę ciała. Przewiduje się, że do 2050 r. będzie nas dziewięć miliardów na Ziemi.  Stanie się to powodem ogromnej presji na środowisko, konwencjonalne źródła żywności i techniki rolnicze. W tej sytuacji owady mogłyby pomóc zaspokoić popyt na żywność.

Owady są bardzo wydajne w przekształcaniu roślinności w jadalne białko, pełne witamin oraz minerałów, i spora część ludności z krajów mniej rozwiniętych jada je regularnie. Wcześniejsze badania wykazały, że cztery świerszcze dostarczają tyle wapnia, co szklanka mleka, a żuki zawierają wagowo więcej żelaza niż wołowina. Owady hodowlane wytwarzają jedną dziesiątą metanu produkowanego przez hodowlę tradycyjnych źródeł mięsa i zużywają stosunkowo mało wody, dzięki czemu proces ten jest korzystniejszy dla środowiska.

Smacznego!

* -- tłumaczenie moje / oba teksty
9  / 1 / 2018
ZDRADA




Patrick Buchanan, były trzykrotny kandydat prezydencki, opublikował dwadzieścia jeden lat temu tekst, który w moim tłumaczeniu przedkładam w rocznicę wydarzenia zapoczątkowującego proces zdradzania Polski przez jej wojennych sojuszników. 
Tytuł oryginału:
The Betrayal of Poland: 1939-1945, opublikowany w Justice For Polish Victims Of The Second World War




Zdrada Polski: 1939-1945
Patrick J. Buchanan --- 29 sierpnia 1997



Z chwilą podjęcia rozważań nad członkostwem Polski w NATO, pojawiło się pytanie, czy Ameryka ma dług wobec polskiego społeczeństwa za to, że Franklin D. Roosevelt "zdradził" w Jałcie naród polski na rzecz Józefa Stalina.

Podsekretarz stanu Stuart Eizenstat podniósł niedawno kwestię moralnego długu wobec Polski za przyjęcie przez FDR na szczycie w 1945 roku zapewnienia Stalina o wolnych wyborach. Eizenstat został wzięty w obroty przez felietonistę Larsa-Erika Nelsona za powtarzanie "50-letniego prawicowego oszczerstwa".
Robert Novak bronił tezy o "zdradzie".

Zdaniem Nelsona: W 1945 roku Stalin miał dwanaście milionów żołnierzy w Europie Wschodniej, a Dwight Eisenhower tylko cztery miliony na Zachodzie.

Konserwatyści, potępiający FDR za los Polski, mówi Nelson, dołączają chętnie do tych, którzy powiadają: "Wiń Amerykę najpierw". Nie mogliśmy uratować Polski!

Ale tak naprawdę Jałta była tylko ostateczną zdradą Polski, i nie tylko FDR, ale także Winston Churchill ponosi moralną odpowiedzialność za półwiecze komunistycznego zniewolenia narodu polskiego.

Pierwsza zdrada przyszła z chwilą złożenia angielskich gwarancji Polsce, po tym, jak Adolf Hitler zerwał pakt monachijski, wkroczył do Pragi, i zrobił z Neville’a Chamberlaina kompletnego naiwniaka. Gdy Hitler naciskał Polskę o powrót Gdańska, odebranego Niemcom po I wojnie światowej, i żądał tranzytu kolejowego i drogowego do tego miasta przez "Polski Korytarz", również odbrany Niemiecom, Warszawa, zachęcona przez brytyjskiego ministra spraw zagranicznych lorda Halifaxa, odmówiła nawet negocjacji. Polacy czuli się zapewnieni, że gdyby doszło do wojny, Wielka Brytania stanełaby po ich stronie.

Ale kiedy Hitler najechał Polskę z zachodu, a Stalin od wschodu, Wielka Brytania wypowiedziała wojnę wyłącznie Niemcom. Następnie, gdy Polska zostawała ukrzyżowana, Brytyjczycy schowali się za linią Maginota, zachęcając Polaków do walki z Hitlerem, podczas gdy sami nie mieli planów ratowania Polski. Sześć milionów Polaków zginie w wyniku zaufania brytyjskim sojusznikom.

Druga zdrada miała miejsce w Teheranie w 1943 r., kiedy FDR udał się do sowieckiej ambasady i zapewnił Stalina, że ​​nie będzie sprzeciwiał się zatrzymaniu połowy Polski i państw bałtyckich, które Hitler oddał Stalinowi w ich niesławnym pakcie. Jak pisał Robert Nisbet w "Roosevelt and Stalin: The Failed Courtship", FDR poprosił tylko o to, by słowo o jego koncesji nie wyciekło przed wyborami w 1944 roku, tak aby polscy Amerykanie nie zareagowali gniewnie. FDR powiedział komuś w Hyde Park, że jest "chory i zmęczony" Europejczykami z Europy Wschodniej i ich nieustannym gadaniem o granicach i suwerenności.

Trzecia zdrada miała miejsce latem 1944 roku. Polska Armia Krajowa w okupowanej przez Niemców Warszawie, odbierając apele z Radia Moskwa, powstała przeciwko nazistom. Ponieważ Armia Krajowa była lojalna wobec wolnego polskiego rządu w Londynie, który domagał się śledztwa w sprawie zabójstwa polskich oficerów w Katyniu, Stalin zatrzymał Armię Czerwoną poza Warszawą, by dać nazistom wolną rękę w złamaniu polskiego powstania.

Brytyjczycy i Amerykanie zamierzali pomagać Polakom poprzez zrzuty żywności i amunicji. Stalin odmówił jedank sojusznikom prawa lądowania na swoich lotniskach, aby zatankować na lot powrotny do Anglii. Churchill wystosował zdecydowany list do Stalina, prosząc sojuszników o zezwolenie na wykorzystanie przydzielonych im lotnisk, ale FDR aby ułagodzić Stalina, stanowczo odmówił podpisania listu. Armia Krajowa została zmasakrowana.

W lutym 1945 r. Polska została całkowicie opanowana przez Armię Czerwoną, której nie można było pozbyć się nie wywołując nowej wojny. Jałta, jak pisze Nisbet, "nie jest powodem radzieckich zdobyczy terytorialnych w Europie Wschodniej ... natomiast, Teheran jest ... Ale Jałta przysłużła się Stalinowi prawie w takim samym stopniu...

Był to nie do przecenienia gest udzielenia moralnej legitymizacji temu, co Stalin po prostu zdbył brutalną siłą. "

Wielka Brytania poszła na wojnę i straciła 400 000 ludzi oraz imperium w imię niepodległości Polski. Ale, gdy Polskę opanowywała ciemność, Churchill ani razu nie wygłosił przeciwko Stalinowi żadnej ze swoich wielkich mów, które tak często używał wobec Hitlera. Gwałt na Polsce dokonany przez Hitlera i Stalina stał się moralną przyczyną, która wywołała wojnę. Jednak Churchill i FDR, aby zadowolić Stalina, potulnie zgodzili się na zdradę tej moralnej przyczyny.

"Jednej rzeczy jestem pewien", powiedział FDR w Jałcie, "Stalin nie jest imperialistą". Jak wyjaśnić jego naiwność odnośnie Stalina, któremu oddał wszystko, w tym jedną trzecią włoskiej floty i uznanie jego marionetkowego rządu w Polsce? "Infantylność", pisze George F. Kennan. FDR powiedział kiedyś swojemu przyjacielowi, ambasadorowi Williamowi Bullittowi: "Myślę, że jeśli dam mu (Stalinowi) wszystko, co tylko mogę, i nie poproszę o nic w zamian, noblesse oblige, nie będzie próbował niczego zaanektować i będzie pracował ze mną na rzecz pokoju i demokracji w świecie. "

I tak to Polska została zdradzona.

_______________________________________________________________
Zdjęcie:  By https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/a8/Tehran_Conference_%2C_1943.png,
Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=523546


 12 / 8 / 2026 POLSZCZYZNA Język polski jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Najdobitniejszym dowodem na to wydaje mi si...