PASIECZNE  OPOWIEŚCI


Troszkę już mam, lecę po wiecej (1)

1 / 29 / 2019

Późnym latem 2018 roku wybierałem się z mojego kalifornijskiego matecznika do Polski. Podzieliłem się tą wiadomością z przyjacielem z Meksyku, z którym łączy mnie Matka Karmicielka, w której pobieraliśmy identyczne nauki, a ponadto kontynentalne braterstwo zachodniej półkuli, oraz podobne προβλήματα καρδιολογικής φύσης. Jak będziesz tam, to proszę, zajedź do ‘Pasieki Wielonek’, powiedział. Było po drodze, zajechałem. Łatwo jednak nie poszło. GPS dostał czkawki – niedziela rano, chwila po mszy świętej, może dlatego...?
Patrzę, ktoś starszawy w nieskazitelnym garniturze idzie w moją stronę. O adres pytam, a on z miną ludowego mędrca rzecze, “panie ja tu się urodziłem, ale nie mam pojęcia, natomiast tam pod sklepem, znajdziesz pan pijaków, takich jak ja oczywiście, ale cwańszych, to oni panu powiedzą.” Na szczęście GPS nagle ożył, może usłyszał...? Zaparkowałem przed pasieką i w tym momencie zaczęła się moja pogłębiona przyjaźń z miododajnym, błonkoskrzydłym owadem.

Paleolityczna pszczelarka (3)
Miód, żądło, ule i przysłowiowa pracowitość, to przeciętna głębia wiedzy o pszczelim świecie, który poprzez ponad sto milionów lat koewolucji ze światem kwiatów i ukształtowania 20 000 gatunków pszczół, pozostaje dla nas wciąż nadal słabo poznanym obszarem biologii. Miód i pszczółki były ważnym elementem mitologii różnych kultur, bóstwami ludów zamieszkałych na wszystkich kontynentach, z wyjątkiem Antarktydy, oraz źródłem artystycznej inspiracji od najdawniejszych czasów, ot jak choćby liczące około dziesięć tysięcy lat malowidło z Pajęczej Groty* w Hiszpanii, przedstawiające kobietę wybierającą z ula miód, naturalnie w towarzystwie śmigających wokół pszczół. Ta jaskiniowa pszczelarka, to doskonały pierwowzór pani Katarzyny Wielonek, pszczelarki w trzecim pokoleniu i autorki poniższego tekstu, którym rozpoczynamy cykl pasiecznych opowieści.

Jeśli najlepszy miód na świecie (moim zdaniem, bezdyskusyjnie naj-) oraz inne wyroby na bazie  pasiecznej produkcji są w obrębie waszych smaków i zainteresowań, to włączajcie GPSa i zawijajcie do Raciborowic Górnych. Detale adresowe, telefoniczne, i wszystko o wspaniałym miodzie kremowanym znajdziecie na stronie internetowej Pasieki Wielonek, ale najpierw życzę  słodkiego czytania!




 RZECZ  O  PSZCZOŁACH

Katarzyna Wielonek


Pszczelarstwo, jak żadna dziedzina rolnictwa, jest w wielkiej mierze strefą działania hobbystów.
Zajęcie to jest praktycznie otwarte dla wszystkich niemal osób, bez względu na wiek, płeć czy kondycję. I to pewnie jest przyczyną tego, że stosunkowo niewielu pszczelarzy prowadzi pasieki jako przedsięwzięcie komercyjne.

Tym nie mniej, prace pasieczne wymagają pewnego wysiłku fizycznego, a także głębokiego respektu do tych jakże maleńkich i pracowitych owadów oraz wiedzy o ich świecie. Potrzebny jest zatem pewien talent i umiejętność obserwowania pszczół, a nierzadko również spora doza intuicji.

Pszczelarstwo jest w znacznym stopniu sztuką, a nie tylko czystym rzemiosłem.

Egipski hieroglif pszczoły (4)
Pszczoła miodna (łac. Apis mellifera) prowadzi życie gromadne, to znaczy, że bytowanie każdego osobnika jest możliwe tylko w środowisku, jakie stwarza zespół tysięcy pszczół wzajemnie od siebie uzależnionych. Dlatego w hodowli pszczół mamy do czynienia raczej z pewną jednostką biologiczną, a nie pojedynczymi osobnikami. W skład pszczelej kolonii wchodzi jedna matka pszczela, nazywana królową oraz wiele tysięcy pszczół, tak zwanych robotnic. Od maja do sierpnia w rodzinie pojawiają się także męskie osobniki - trutnie, które powstają poprzez rozmnożenie partenogenetyczne. Dzieworództwo (partenogeza) polega na tym, że matka pszczela może składać oprócz jaj zapłodnionych, także niezapłodnione i to właśnie z tych drugich powstają samce - trutnie. Z praktycznego punktu widzenia, truteń nie ma ojca, ma za to dziadka! 

Rodzina, będąc w komplecie, jest zdolna produkować miód, a jej funkcjonowanie jest przez niektórych pszczelarzy porównywane do „komuny”, dużej wspólnoty osobników wiodących gromadne życie. Mowa tutaj o jednomyślnej strategii pszczelej rodziny oraz sprawiedliwym dysponowaniu zgromadzonymi zasobami w ramach dobra całej społeczności.

W zależności od pory roku, liczba pszczół w rodzinie waha się od 10 do 50 tysięcy! Podczas gdy królowa zajmuje się wyłącznie składaniem jaj, wszystkie pozostałe prace wykonują robotnice. Przewaga samic jest w pszczelej rodzinie normą i podstawą funkcjonowania. Dzieje się tak dlatego, że zadaniem trutni nie jest żadna inna czynność oprócz zapłodnienia matki. Nie zbierają pyłku lub nektaru, nie mają gruczołów woskowych i, co zaskakujące, nie potrafią się samodzielnie odżywiać - zdane są w pełni na łaskę i robotnic. Trwają jednak badania nad funkcjami społecznymi męskich osobników w rodzinie pszczelej. Wydaje się, że ich obecność wpływa korzystnie na produktywność i harmonijny nastrój w społeczności Apis mellifera.

Pszczoła pobierająca nektar z gryki (2)
Pszczoły robotnice mają zredukowane narządy rozrodcze, zatem nie są zdolne do kopulacji. W lotach weselnych, zwanych godowymi uczestniczy matka wraz z trutniami. Pszczele samce mają do spełnienia jedyną, ale krytyczną biologicznie rolę - zapłodnić królową w locie. Zwykle samica, której zdarza się to tylko raz w jej życiu, zostaje zapłodniona przez kilka, a nawet kilkanaście trutni, co w pojęciu dziedziczności, wpływa korzystnie na przyszłościową różnorodność genetyczną rodziny. W tym czasie pszczoły robotnice w zależności od wieku, mają sporo obowiązków, mianowicie: produkcja wosku, budowanie gniazda, pielęgnacja pszczół (robotnic, trutni i matki), zbiór pokarmu, czyszczenie i stróżowanie przed wylotkiem z ula. W pewnym momencie są również odpowiedzialne za eliminację trutni poprzez zagłodzenie i wypędzanie ich z gniazda . „Liga rządzi, liga radzi, liga nigdy was nie zdradzi.” Pojawia się w waszych głowach film pt. Seksmisja?

Będzie miodzik (1)
Każdego ciekawi moment powstawania miodu, nieprawdaż? Pamiętajmy, że wszystko zaczyna się od zbioru nektaru (wytwarzany przez kwiaty) bądź spadzi (wydaliny żerujących na roślinach mszyc, czerwców). Ciecz ta zbierana jest języczkiem do wola pszczoły. W trakcie jej spływania, surowiec miodowy staje się wzbogacony przez ślinę pszczoły, która z kolei zawiera inwertazę, enzym rozkładający cukier na glukozę i fruktozę. Pszczoła zbieraczka podaje następnie kroplę cieczy robotnicy, która dodaje swoją ślinę i pakuje do swojego wola. Tam pewna część surowca miodowego zostaje przetrawiona, a pozostałą nadwyżkę, pszczoła przynosi do ula i zwraca do komórek plastra. W komórce plastra miód dojrzewa około czterech dni, po czym inne robotnice zasklepiają go woskiem, będącym wydzieliną gruczołów woskowych, znajdujących się na brzusznej stronie pszczoły robotnicy. Taki proces powtarza się na okrągło, robią to robotnice, które mają rolę dbania o odpowiednie warunki w ulu, sprawiając tym samym odparowanie wody z miodowego surowca. Produkt powoli ulega zagęszczeniu, a cukry złożone ulegają rozłożeniu na cukry proste.

Pszczoła pobierająca nektar z facelii (2) 
Niezmiernie interesujący jest sposób poszukiwania przez pszczoły źródeł nektaru i/lub spadzi. Ze zmysłów, pszczoły mają znakomicie rozwinięty zmysł węchu - ma to istotne znaczenie dla efektywności poszukiwań pożytkowych. Kwiaty często przywabiają pszczoły swoim wyjątkowym zapachem. Ludzie również mają takie zdolności. Wystarczy wejść na pasieczysko mając na sobie swoje ulubione perfumy lub wodę kolońską. Nie zagrzejmy tam miejsca, a ucieczka sprintem jest murowana! Ponadto, pszczoły mają dodatkowo receptory zmysłu smaku także na „nogach”. Stąd, nawet przypadkowe postawienie nóg w pozbawionym zapachu syropie, generuje ich zainteresowanie.

Pokarm to nie tylko miód, ale również i białko, czyli pyłek kwiatowy. Pszczoły-zbieraczki przynoszą pyłek do ula w koszyczkach (zagłębieniach goleni tylnych nóg), formując go w tak zwane obnóże. Są to grudki zwilżone odrobiną miodu lub nektaru. Obnóże jest składowane w komórkach plastra, a pszczoły nielotne, pracujące w ulu, zwilżają je miodem i dosłownie ubijają. Pyłek kwiatowy jest niezbędny dla rodziny pszczelej i jej rozwoju. Dla ludzi również jest to produkt odżywczy, ponieważ oprócz białek, zawiera on także tłuszcze, węglowodany, składniki mineralne i witaminy, czyli samo zdrowie! Tym niemniej, pszczoły tylko w niewielkim stopniu odżywiają się świeżym pyłkiem, są natomiast jego koneserami w postaci pierzgi. To właśnie ten ubity, zakonserwowany i sfermentowany w cieple ula materiał jest jednym z najlepiej wyposażonych w składniki odżywcze pokarmów jakie spotykamy w naturze. Pierzga jest dla pszczół tym, czym dla nas jest chleb, stąd też bywa nazywana „chlebem pszczelim”.

Czeremcha zwyczajna (2)
Innym niezwykle pożytecznym dla ludzi surowcem jest kit pszczeli, zwany propolisem. Pszczoły używają go do uszczelniania gniazda, zasklepiania otworów, a my stosujemy między innymi do łatania pęknięć pudeł rezonansowych instrumentów muzycznych oraz jako składnik preparatów do konserwacji lakierów samochodowych. Jednocześnie, pod względem fizycznym, jest to kleiste żywiczne ciało i aktywny środek leczniczy, który ma solidne właściwości bakteriostatyczne i odkażające.

Do swojej obrony pszczoły używają żądła. Młode robotnice posiadają niewiele jadu, dopiero wraz z wiekiem jego ilość zwiększa się. Żądło po wbiciu się w ofiarę wyrywa się z ciała pszczoły, powodując tym samym jej śmierć, a u ofiary ból. Usunięcie tego „sztylecika” nie należy do łatwych, a im szybciej się go pozbędziemy, tym mniejszy obrzęk ciała. Mimo trującego działania i bólu, jad pszczeli miał od najdawniejszych czasów zastosowanie w medycynie ludowej. Dzisiaj nazywany jest coraz częściej lekiem przyszłości, stąd pojawienie się apitoksynoterapii, innymi słowy, metody leczenia wielu schorzeń jadem pszczelim.

Pszczoła pobierająca nektar z nawłoci, polskiej mimozy (2)
Mimo ogromu zajęć, w coraz szybciej rozrastającej się liczebnie rodzinie, nie wszystkie robotnice znajdują zatrudnienie. Nagromadzają się przy tym w gnieździe młode pszczoły, a przez ich ilość namnaża się mleczko pszczele, które jest wydzieliną bardzo istotną dla ich rozwoju – karmione nim są larwy robotnic i trutni przez pierwsze dni życia, a także matka pszczela. Mleczko pszczele jest gęstą substancją o dobroczynnych właściwościach nie tylko dla pszczół, ale również dla człowieka. Jednak jego nadmiar w rodzinie pszczelej nie jest dla niej korzystny. Przez szereg wyżej wymienionych czynników, dołączając do tego genetyczne uwarunkowanie, następuje naturalny podział rodziny zwany rójką. Ten sposób rozmnażania się pszczół jest bardzo efektywny, ponieważ na naszych oczach następuje podział ogromnej kolonii, z reguły na dwie rodziny pszczele. Stara matka opuszcza ul z mniej więcej połową osobników, zazwyczaj krótko przed wygryzieniem się młodej matki z matecznika, założonego przez pszczoły robotnice. Wychodzeniu roju z ula towarzyszy bardzo silne podniecenie owadów, aż do momentu kulminacyjnego, kiedy to pszczoły całą chmarą wylatują razem ze starą matką, zwykle w poszukiwaniu schronienia na pobliskie drzewo.

Schemat się powtarza, młoda królowa po wygryzieniu się z matecznika udaje się na lot godowy. Tworzy ona swoją świtę, zapętlając tym samym cały cykl biologii tychże owadów.

Pszczoła z pyłkiem pszczelim na obnóżkach (2)
Pszczoły niewątpliwie stanowią bardzo ważny element środowiska. Za zapylenie jednej rośliny odpowiada aż kilka gatunków owadów, są to trzmiele, pszczoły dzikie oraz pszczoły miodne. Na świecie zapylają one 70 procent gatunków roślin, gwarantując w ogromnym stopniu wzrost wielkości plonów. Pszczołom zawdzięczamy sporą część tego, co znajdujemy codziennie na talerzu - wiele owoców, warzyw i naszą ulubioną kawę. Bez pszczół, ponad 30% roślin uprawnych nie trafiłaby na nasze stoły, chyba że dalibyśmy radę zapylić je przy pomocy nowoczesnej technologii. Pszczółki drony już pracują, dokonując eksperymentalnych zapyleń krzyżowych. Tylko, czy taka technicyzacja naturalnego procesu nie odbierze nam czegoś z kolorytu życia?

Z drugiej strony, musimy brać pod uwagę znaczny spadek populacji zapylaczy w ostatnich latach. Współczesnym problemem jest słaba odporność pszczół na choroby, która wiąże się z głęboką chemizacją naszego środowiska. Mamy jednak nadzieję, że te malutkie organizmy będą w stanie przystosować się do panujących warunków.
Aczkolwiek, to wyłącznie w naszej gestii jest abyśmy umożliwili sobie i pszczołom lepsze życie.
Ramka z zasklepionymi komórkami miodu (2)
_________________________________________
* - Cuevas de la Araña (wideo) - można łatwo włączyć polskie napisy
Zdjecia i ilustracje:
(1) - Krzysztof Onzol
(2) - Katarzyna Wielonek
(3) - źródło
(4) - źródło (edited)


KLIMATYCZNY  LAS

Mgła wisi nad puszczą amazońską tuż po wschodzie słońca. Lasy rutynowo przenoszą niezwykłe ilości pary wodnej do atmosfery
- odpowiednik "latających rzek" - a naukowcy dopiero zaczynają rozumieć ich złożone konsekwencje dla opadów i klimatu w odległych miejscach. (
zdjęcie)


1 / 2 / 2019

„Gdy przed ponad stu laty nadchodził fin de siecle współcześni dumni byli z mijającej belle epoque - pięknej epoki, jak ją nazywali. Optymizm i poczucie pewności siebie budziły wspaniałe osiągnięcia nauki i techniki: powszechne zastosowanie maszyny parowej, rozwój kolei, telegrafu, telefonu, czy ogromny postęp w dziedzinie medycyny, symbolizowany przez nazwisko Ludwika Pasteura. Imponująco rozkwitały wszystkie dziedziny kultury. Romantyzm, pozytywizm i modernizm ukształtowały oblicze literatury, malarstwa, architektury i rzeźby. Wyrazem dążeń i aspiracji społeczeństw były natomiast nowoczesne ruchy polityczne. Obok starszych - konserwatyzmu, liberalizmu, także i nowe - socjalizm, nacjonalizm oraz chrześcijańska demokracja, dawały w umacniających się systemach parlamentarnych możliwość wpływania coraz szerszym rzeszom ludności na politykę państw”. (źródło)
...
„Społeczeństwo fin de siecle'u mogło bez wątpienia odczuwać najgłębszą satysfakcję z osiągnięć dobiegającej końca la belle epoque. Postęp, jaki dokonał się we wszystkich dziedzinach życia, był zaiste imponujący. Co ważniejsze, jego dobrodziejstwa były powszechnie odczuwane przez ogół ludności cywilizowanego świata”. (źródło)

„Oszaleję albo... przypnę ludzkości skrzydła...” powiada Bolesław Prus ustami Juliana Ochockiego, powieściowego wcielenia przyjaciela pisarza, Juliana Ochorowicza, który już 140 lat temu opracował teoretyczne zagadnienie telewizji monochromatycznej i pisał w kwartalniku Kosmos: „Po telefonie i telegrafie musimy wynaleźć telefoton albo telefotoskop, to jest przyrząd telegraficzny do widzenia z odległości”.

Wielu wydawało się, że granice wiedzy ostatecznej są już na wyciągnięcie ręki, a Ochocki w serialowym wydaniu Lalki jest sfrustrowany przeokropnie potencjalną możliwością wynalezienia wszystkiego i obawą, że wkrótce nie pozostanie już nic do zrobienia. Mija wiek z okładem i okazuje się, iż nadal nie mamy odpowiedzi na pytanie jak zatrzymać albo spowolnić proces starzenia się, lub wygasić natrętną myśl, która uniemożliwia zaśnięcie.

W 21 lekcjach na XXI wiek:  czytamy „Rewolucja w biotechnologii i technologii informacji da nam kontrolę nad naszym światem wewnętrznym i pozwoli nam projektować i produkować życie. Dowiemy się, jak projektować mózgi, przedłużać życie i zabijać myśli wedle uznania. Nikt nie wie, jakie będą tego konsekwencje. Ludzkość zawsze była o wiele lepsza w wynajdowaniu narzędzi niż używaniu ich mądrze. Łatwiej jest regulować rzeką, budując tamę, niż przewidzieć wszystkie złożone konsekwencje jakie będzie to miało dla systemu ekologicznego w szeroim ujeciu".
[...]
"W przeszłości opanowaliśmy zdolność manipulowania otaczającym nas światem i przekształcenia całej planety, ale ponieważ nie pojmowaliśmy złożoności globalnej ekologii, zmiany które wprowadziliśmy, zakłóciły w sposób niezamierzony cały system do takiego stopnia, że obecnie stajemy w obliczu załamania ekologicznego”.


Niezmiernie ciekawym i jakże przemawiajacym do wyobraźni przyczynkiem okazuje się choćby przeocznie lasów jako ogromnie ważnego czynnika w procesie kształtowania klimatu w dowolnej skali.  Mówi o tym obszernie Gabriel Popkin w arcyciekawym artykule zatytułowanym "Lasy okazują się przeoczonym ważnym czynnikiem klimatycznym" (Forests Emerge as a Major Overlooked Climate Factor), który przedkładam tutaj w moim tłumaczeniu.

Kiedy niespełna piętnaście lat temu Abigail Swann rozpoczynała swoją naukową karierę, była jedną z niewielu badaczek zajmujących się radykalną koncepcją, zakładającą, że zielone rośliny, żyjące na powierzchni Ziemi, mogą mieć istotny wpływ na klimat planety. Przez dziesięciolecia większość naukowców badających zjawiska atmosferyczne budowała modele pogodowe i klimatyczne, skupiając uwagę na wiatrach, deszczach i innych zjawiskach fizycznych.

Młoda badaczka, dzięki ogromnym modelom komputerowym, które pozwalają symulować w jaki sposób rośliny transportują wodę, dwutlenek węgla i inne substancje chemiczne między gruntem a powietrzem, odkryła że roślinność jest w stanie wpływać na pogodę na ogromne odległości. Zniszczenie lub ekspansja lasów na jednym kontynencie może zwiększyć opady lub spowodować suszę na drugiej półkuli świata.

Abigail Swann jest obecnie profesorem Uniwersytetu Waszyngtońskiego, gdzie kieruje laboratorium Ecoclimate, będąc czołową postacią niewielkiej, ale wciąż rosnącej liczby naukowców badających, jak rośliny kształtują ziemską pogodę i klimat. Wyniki badań tej grupy naukowców mogą wręcz wstrząsnąć naukami o klimacie. „Żaden z badaczy zajmujących się atmosferą nie myśli o tym, jaki wpływ rośliny mogą mieć na opady deszczu”, mówi Swann. Mimo, że od dziesięcioleci pojawiały się w literaturze naukowej pewne wskazówki, to "wstrząsa wręcz paradygmatem pojęciowym środowiska ekologicznego fakt, iż rośliny „stąd” mogą istotnie wpływać na rośliny „skądinąd”", uzupełnia.

Park Williams, bioklimatolog z nowojorskiego Uniwersytetu Columbia, dodaje "wielu z nas jest zaskoczonych, jak wielką rolę odgrywają rośliny - wpływ powierzchni Ziemi na klimat w ujęciu wielko-skalowym jest obecnie niezmiernie popularnym tematem, a profesor Swann jedną z widących badaczek w tej dziedzinie".

Ignorowany wpływ roślin
Rozdźwięk między naukami biologicznymi i naukami o atmosferze, na jaki natkęła się profesor Swann, był pochodną poglądów z końca XIX wieku, kiedy to rząd USA ogłosił, że sadzenie roślin i drzew zamieni suchy teren Wielkich Równin w strefę wilgotną. Rząd odrzucił radę jednego z najwybitniejszych naukowców, Johna Wesleya Powella i przyjął wątpliwą teorię głoszoną przez spekulantów ziemskich. Zachęceni optymistycznymi, ale wątpliwymi twierdzeniami, tysiące potencjalnych farmerów ruszyło na zachód, by przekonać się, że „zazielenianie” ziemi wcale nie przysparza deszczu. Wielu walczyło o przetrwanie na płodach z wysuszonej gleby, a nieprzemyślany eksperyment rolniczy przyczynił się ostatecznie do wywołania niszczycielskich burz pyłowych, określanych mianem ‘Dust Bowl’.

Naukowcy zareagowali z całą moca. Badacze młodej dziedziny jaką była meteorologia, mając nadzieję na uratowanie wiarygodności swojej dyscypliny naukowej, odrzucili pogląd, że lasy mają wpływ na pogodę. "Większość dyskusji na ten temat nie miała charakteru czysto naukowego" – napisał ktoś w 1888 roku w magazynie "Science". Meteorologia, a później nauka o klimacie, stała się nauką o powietrzu i wodzie. Rośliny zostały zdegradowane do statusu biernego uczestnika.

Można usprawiedliwić ówczesnych naukowców badających atmosferę, a praktycznie każdego kto myśli o stoicko tkwiącym drzewie lub łagodnie falującej pszenicy, jako o czymś co wymaga niewiele więcej niż pasywnej akceptacji światła słonecznego oraz wiatru i deszczu. Dzisiaj wiemy jednak, że rośliny to w rzeczywistości czynniki oddziaływujące potężnie na powierzchnię planety. Pompują wodę poprzez swoją tkankę z ziemi do powietrza i transportują węgiel w przeciwnym kierunku, z powietrza poprzez swoją tkankę do ziemi. Bezustannie rozczepiają wodę, czerpią i manipulują energią słoneczną oraz łączą wodór, tlen i węgiel w celu wytworzenia cukrów i skrobi - źródeł praktycznie wszystkich produktów żywnościowych niezbednych dla ziemskiego życia.

Kluczowymi cechami tej molekularnej magii są pory w liściach roślin, zwane aparatami szparkowymi. Pojedynczy liść może zawierać ponad milion tych wyspecjalizowanych struktur. Aparaty szparkowe są zasadniczo mikroskopijnymi ustami, które symultanicznie pobierają dwutlenek węgla z powietrza i oddają wodę. Jak zauważa profesor Swann, wymiana gazowa z każdego aparatu szparkowego - a w rzeczywistości z każdego liścia - jest sama w sobie niewielka, ale przy miliardach aparatów szparkowych działających kompleksowo, pojedyncze drzewo może wyparować setki litrów wody dziennie – wystarczająco dużo do napełnienia kilku wanien. Największe lasy na świecie, z setkami miliardów drzew, mogą uwalniać wodę na niewyopbrażalnie wielką skalę. Antonio Nobre, naukowiec zajmujący się klimatem w Brazylijskim Narodowym Instytucie Badań Kosmicznych, oszacował na przykład, że lasy Amazonii emitują około 20 trylionów litrów wody dziennie - czyli 17 procent więcej niż potężna Amazonka.

Niestety, modele komputerowe, na których badacze opierają przewidywania przyszłego klimatu, nie zawierają żadnych możliwości uwzględnienia zdolności roślin do przemieszczania wody na taka skalę, powiedziała profesor Swann." [Rośliny] Są maleńkie, ale jako zbiorowość są potężne".

Naukowcy wiedzą już od końca lat siedmdziesiątych ubiegłego wieku, że największe na świecie, obejmujace 5,5 miliona kilometrów kwadratowych lasy Amazonii wywołują własne burze. Najnowsze badania wykazują, że połowa lub więcej opadów nad obszarami kontynentalnymi jest generowana przez rośliny, które cyrkulują wodę z gleby do atmosfery, gdzie silne prądy wiatru mogą przetransportować ją w odległe miejsca. Regiony rolnicze tak zróżnicowane, jak amerykański Środkowy Wschód, Dolina Nilu czy Indie, a także duże miasta, takie jak Sao Paulo, czerpią wielką ilość deszczu z tych napędzanych przez lasy "latających rzek". Nie jest przesadą stwierdzenie, że dużą część żywności zawdzięczamy, przynajmniej częściowo, opadom deszczy wywołanych przez lasy.

Takie wnioski oznaczają również głęboką odwrotność tego, co zazwyczaj uważamy za przyczynę i skutek. Powszechnie załadamy, że "lasy są tam gdzie są, ponieważ jest tam wilgoć, a nie wilgoć jest tam, gdzie są lasy" - mówi Douglas Sheil, badacz zajmujący się ochroną środowiska na norweskim uniwersytecie University of Life Sciences w Oslo, po czym zadaje pytanie, "czyżby wilgotny klimat był spowodowany przez lasy"? Może zatem wszystko to ma się odwrotnie?

Lasy w Arktyce
Abigail Swann przybyła w 2005 roku na Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley, aby zrobić doktorat u Inez Fung, badaczki zjawiskk atmosferycznych, która już 20 lat wcześniej pomogła utorować drogę modelom klimatycznym obejmującym roślinność i związane z nią przepływy dwutlenku węgla. (Wśród innych jej osiągnięć nadmienić należy współautorstwo pracy napisanej w 1988 roku z naukowcem związanym z NASA, Jamesem Hansenem, która pomogła zwrócić uwagę opinii publicznej na zmiany klimatyczne.) Model, nad którym pracowała, był w tamtym czasie szczytowym osiągnieciem wiedzy, ale podobnie jak jego odpowiedniki w innych instytucjach badawczych, mógł jedynie reprezentować biosferę w sposób uproszczony.

W połowie lat pierwszej dekady bieżącego wieku modele zostały udoskonalone na tyle, że naukowcy mogli dokładniej zbadać rolę jaką rośliny mogą odgrywać w systemie klimatycznym. Profesor Fung zasugerowała, żeby Abigail Swann w swoim modelu klimatycznym spróbowała zalesić Arktykę. Kiedy Ziemia się ociepla, drzewa kolonizują tereny położone coraz dalej na północ, więc rozsądnie byłoby zapytać, jaki wpływ będą miały na klimat regionu. Niektórzy badacze już wcześniej studiowali potencjalny wpływ ekspansji północnych lasów świerkowych. Nic dziwnego więc, że odkryli, iż Arktyka prawdopodobnie ociepliłaby się, bowiem liście tych drzew są ciemne i chłoną praktycznie więcej światła słonecznego niż inne okazy tundry oraz lód i krzewy, które zostałyby nimi zastąpione. Abigail Swann postanowiła sprawdzić zatem, co się stanie, jeśli rozrastające się lasy byłyby drzewami liściastymi z jaśniejszymi kolorami liści, takimi jak u brzozy lub osiki.

W jej modelu Arktyka ociepliłaby się dodatkowo o około jeden stopień Celsjusza, czyli więcej, niż się spodziewała. Ustaliła ponadto, że jej symulowane lasy wydzielałyby dużo pary wodnej, która podobnie tak jak dwutlenek węgla, jest gazem cieplarnianym, absorbującym promieniowanie podczerwone z Ziemi i skierowującym jego część z powrotem w dół. Para spowodowałaby następnie topienie się lodu na lądzie i morzu, odsłaniając w wyniku tego ciemniejsze powierzchnie, które pochłonęłyby jeszcze więcej światła słonecznego i ociepliłyby ten obszar jeszcze bardziej. Nowe lasy uruchomiłyby pętlę sprzężenia zwrotnego, wzmacniającą wpływ na zmiany klimatyczne. Odkrycie to wskazywało z jaką siłą rośliny mogą oddziaływać na klimat w regionie.

W innych swoich badaniach profesor Swann zamieniła w las wszystkie obszary umiarkowanej strefy Ameryki Północnej, Europy i Azji. Ćwiczenie to wyolbrzymiło ponownie coś, co już dzieje się w realnym świecie. Dane satelitarne pokazują bowiem, że kiedy dawne tereny uprawne stały się ponownie lasami, kontynenty te zazieleniły się, wspomagane być może przez zwiększony zasób dwutlenku węgla w atmosferze i dłuższe okresy wegetacji.

Podobnie jak w badaniu Arktyki, nowe drzewa pochłonęłyby światło słoneczne i ogrzały regiony, dodając energii systemom klimatycznym. Prądy atmosferyczne następnie redystrybuowałyby tę energię wokół planety. Susze zeszłyby w rejon południowej Amazonki, a na Saharze spadłby deszcz. Efekty te zostałyby spowodowane przez zmianę położenia komórki Hadleya - masywnego pasa transmisyjnego powietrza, który unosi się nad równikiem, wywołuje deszcze nad tropikami i schodzi ponownie jako suche powietrze w rejonach około 30 stopnia szerokości geograficznej, zarówno północnej jak i południowej, a więc tam gdzie znajduje się większość światowych pustyń. Poprzez wpływ samych roślin komórka Hadleya przesunęłaby się na północ.

Profesor Swann odkryła zatem na pozór ukryte "tele-łącze”, w którym jakiś region posiadał wpływ na inny, odległy region, poprzez subtelne mechanizmy atmosferyczne. Inez Fung nie była kompletnie zaskoczona, bowiem naukowcy zajmujący się atmosferą mieli już sporo rozeznania co do kwestii wpływów atmosferycznych na odległość. W okresowych epizodach El Niño, które znano i rozumiano już od blisko stu lat, niezwykle ciepłe wody powierzchniowe we wschodnim Pacyfiku powodują ulewne deszcze w zachodniej Ameryce Południowej i Afryce oraz susze w południowo-wschodniej Azji i Australii. Nowością w symulacjach profesor Swann było to, że tym co wywoływało takie skutki okazały się lasy, a nie oceany.

"Dla mnie była to naprawdę interesująca perspektywa" - mówi Gordon Bonan, geolog w Narodowym Centrum Badań Atmosferycznych w Boulder w Kolorado, który również bada wpływ roślin na atmosferę." Jeśli nasadzisz wystarczająco dużo drzew, możesz faktycznie zmienić schematy cyrkulacji atmosferycznej."

Dalekosiężne efekty zmian zalesienia
Scenariusze, takie jak zielona Arktyka lub zalesiona strefa umiarkowana, nie są tak nieprawdopodobne, jak mogłoby się wydawać. Niedawne badania ogłoszone w „Nature” donoszą, że w ciągu ostatnich trzech i pół dziesięcioleci powierzchnia drzew w tych regionach wzrosła o ponad 2 miliony kilometrów kwadratowych.

Częścią naszego współczesnego świata są również ogromne straty drzew. W mniej więcej tym samym czasie, kiedy drzewa stref umiarkowanej i borealnej (tajga) zyskały grunt, około 20 procent lasów Amazonii zostało wycięte. Od 2010 roku prawie 130 milionów drzew wymarło w samej Kalifornii, głównie z powodu suszy i pożarów.

Wiele wysiłku poświęcono zrozumieniu, w jaki sposób przyszłe zmiany klimatu wpłyną na lasy. Opierając się na sutkach poważnych susz, które miały miejsce w latach 2005, 2010 i 2015, niektórzy naukowcy uważają, że Amazonia może zbliżać się do punktu krytycznego, który spowodowałby, że większość lasów tropikalnych zamieni się w sawannę, co może mieć katastrofalne skutki dla magazynowania dwutlenku węgla, zróżnicowania biologicznego i lokalnego klimatu. Publikacja z końca 2017 roku dowodzi, że przyszłe ocieplenie spowoduje, iż susze będą jeszcze bardziej śmiercionośne dla lasów na południowym zachodzie Ameryki. Niektórzy specjaliści przewidują, że wiele lasów strefy południowo-zachodniej USA może stać się sawanną lub stepem, a Nate McDowell z Los Alamos National Laboratory uważa, że może wymrzeć nawet znaczna część drzewostanu regionu.

Pytanie, w jaki sposób zmiany w zalesieniu mogą wpłynąć na globalny klimat, nie było jednak brane pod uwagę. "Przez dziesięciolecia próbowaliśmy zbudować modele klimatyczne bez uwzględniania wpływów roślinności, mówi profesor Williams. "Roślinność była zauważana jedynie w tle". Badania Abigail Swann i Inez Fung sugerują obecnie, że rośliny muszą zostać przesunięte na pierwszy plan. Dostrzegli to też inni specjaliści. Wcześniej w tym roku dwie grupy naukowców, z którymi współpraowała profesor Swann, opublikowały opracowania na temat tego, w jaki sposób transport wody w lesie zmieni się wraz ze wzrostem poziomu dwutlenku węgla. Badania poszczególnych liści wykazały, że kiedy rośliny są „skąpane” w dwutlenku węgla, nie muszą otwierać wszystkich swoich aparatów szparkowych, i zamykają te, które pracują najwięcej. Zmiany te pomagają leśnym roślinom oszczędzać wodę, aby przetrwać, ale zmniejszają ilość pary wodnej dostępnej do wywołania deszczu na otaczającym kontynencie. Co więcej, rośliny „pocąc” się, schładzają powierzchnię Ziemi i ogrzewają powietrze, tak jak wydzielanie potu chłodzi nasze ciała w upalny dzień. Zmiany takie na poziomie liści, przeskalowane na obszar kontynentu, mogą pozbawić atmosferę wilgoci i ocieplić powierzchnię planety. Dla Michaela Pritcharda, klimatologa z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine (UCI), wyniki przedstawione przez profesor Swann były "wielce prowokujące ... i ogromnie otwierające oczy". Mówi on, "Wygląda na to, że jeśli chodzi o prognozę zagrożenia ciężkimi suszami, rezultaty te wywracają dotychczasowe przewidywania, ." Profesor Pritchard stwierdził, że wcześniej nie był świadom efektu zamykania się aparatów szparkowych. Wiedza ta zainspirowała go do przyłączenia się do grupy kierowanej przez Gabriela Koopermana z UCI, badającego przyszłe skutki zwiększonego poziomu dwutlenku węgla w trzech głównych regionach lasów tropikalnych - Amazonii, Afryce Środkowej i Azji Południowo-Wschodniej.

W pracy opublikowanej w kwietniu (2018) przez Nature Climate Change, naukowcy dowodzą, że zamknięcie aparatów szparkowych spowodowałoby do 2100 roku zmianę połowy opadów w tych regionach. Co więcej, Amazonka, w której znajdują się najbardziej bioróżnorodne i bogate w węgiel lasy tropikalne, zostałaby dotknięta tym w największym stopniu. Profesor Swann bada teraz efekty zmian zalesienia w różnych skalach. W artykule z 2016 roku dowodzi, że zanik lasów w zachodniej Ameryce Północnej powoduje, iż lasy we wschodniej Ameryce Południowej rosną intensywniej, a jednocześnie zmniejsza się ich wzrost w Europie. W badaniu opublikowanym w maju br. zbadała, w jaki sposób wymieranie lasów w USA wpłynęłoby na lasy w innych częściach kraju. W swoich modelach zaprogramowała zniszczenie lasów w 13 gęsto zalesionych regionach, które Narodowa Fundacja Nauki uznała za ekologicznie szczególne. Wyniki były dramatyczne. Kiedy usunęła drzewa na południowo zachodnim wybrzeżu Pacyfiku, ucierpiały lasy na środkowym zachodzie i wschodzie USA. W ostatnich latach w tej strefie faktycznie wymarło ponad 100 milionów drzew, głównie z powodu suszy i żarłocznych owadów.

Skutki wymierania lasów również mogą jednak być też pozytywne. W badaniach profesor Swann, wycinka drzew w strefie środkowowego wybrzeża Atlantyku, faktycznie pomogła lasom w innych miejscach, czyniąc okres lata w tych regionach chłodniejszym lub bardziej wilgotnym. Podkreśla ona, że ​​nie oznacza to, iż ludzie powinni wycinać lasy, bowiem, poza wpływem na inne regiony, zapewniają one niezliczone korzyści lokalnie, takie jak magazynowanie dwutlenku węgla, filtracja wody czy siedliska dzikich zwierząt. Zauważa przy tym, że organizacje zajmujące się ochroną środowiska często sadzą drzewa jako rozwiązanie klimatyczne, nie zastanawiając się, czy te nasadzenia zaszkodzą lasom w innych miejscach lub też ocieplą planetę, pochłaniając energię słoneczną. Ogromne, sponsorowane przez rządy nasadzenia lasów miały miejsce na przykład w Chinach i afrykańskim Sahelu. Nikt nie wie, jak wpłynęły one na globalny klimat. "Chcielibyśmy być w stanie powiedzieć, że jeśli posadzi się jakąś ilość drzew, to skutkiem tego będzie redukcja planetarnego ocieplenia" - powiedział Bonan. "Tak naprawdę to jednak nie mamy jeszcze jasności w tej kwestii". Dla profesor Swann dreszczem emocji była możność zobaczenia jakichkolwiek efektów. "Sądziłam, że im mniejszą skalę bierzemy pod uwagę, tym trudniej jest zidentyfikować reakcje klimatyczne i wynikajace z tego późniejsze reakcje środowiska leśnego" - powiedziała. "Te mniejsze ubytki lasów mają wszakże wciąż ogromny wpływ na atmosferę, ale faktyczny wpływ na środowisko nie może być mierzony wyłącznie skalą utraconego drzewostanu".

Niepewność wciąż ma znaczenie
Nie wszyscy są przekonani co do ekoklimatycznych telewięzi. Douglas Sheil jest sceptycznie nastawiony do wyników badań prowadzonych przez Gabriela Koopermana. Uważa on, że ​​modele klimatyczne nie reprezentują biologii roślin i fizyki ruchu powietrza oraz opadów dokładnie na tyle, by powiedzieć cokolwiek znaczącego na temat prawdziwego świata biologicznego i zauważa, że różne modele klimatyczne, bazujące na tych samych danych, często prowadzą do przewidywania odmiennych rezultatów.

Inni wskazują, że niektórzy badacze ekokoklimatu opierali się w dużej mierze na tylko jednym modelu, a mianowicie CESM (Community Earth System Model). Zazwyczaj jednak naukowcy zajmujący się klimatem nie są przekonani, że wystąpienie zjawiska jest prawdopodobne, dopóki nie dostrzegą go w wynikach licznych modeli. Zatem, następny Międzyrządowy Panel d/s Zmian Klimatycznych będzie opierać wyniki swoich badań na ponad 30 modelach klimatycznych. Możliwe, że CESM jest po prostu niezwykle wrażliwy na roślinność, mówi Michael Pritchard.

Profesor Swann dodaje swoją własną krytykę: ona i jej koledzy nie zawsze byli w stanie złożyć cały łańcuch fizycznej przyczynowości, przez którą lasy mają wpływ na odległe regiony w jej modelach. Na przykład w jej niedawnym artykule na temat lasów w Stanach Zjednoczonych wskazuje ona na zbyt wiele różnorodnych mechanizmów, aby badać je jeden po drugim. Sytuacja przypomina hipotetycznego motyla trzepoczącego skrzydłami w Brazylii, przez co wywołuje on tornado w Teksasie. Abigail Swann i jej koledzy potrafią w swoim modelowaniu uruchomić motyla trzepoczącego skrzydłami i zobaczyć kształt tornada, ale nie rozumieją w pełni, co dzieje się pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami. Wyjaśnienie takich mechanizmów będzie przedmiotem przyszłych prac.

Jednak rozwiązanie tych problemów nie nastąpi z dnia na dzień. Większość modeli, w przeciwieństwie do CESM, może być uruchamiana tylko w centrum modelowania przez garstkę naukowców, którzy je stworzyli. Ci ludzie są zajęci przeprowadzaniem symulacji dla kolejnego raportu Międzyrządowego Panelu d/s Zmian Klimatu, który ma się ukazać w 2022 roku. Żaden z wykorzystywanych modeli nie uwzględnia w pełni wpływu roślin na klimat, mówi Abigail Swann.

Historyczny pogląd, że klimatologia dotyczy głównie zjawisk fizycznych, nadal ma wpływ. Przez ponad dekadę klimatolodzy postrzegali chmury jako największe źródło niepewności w modelach. Chmury ochładzają planetę, odbijając światło słoneczne, ale ogrzewają także planetę, ponieważ są zbudowane z pary wodnej, będącej gazem cieplarnianym. Modele różnią się znacznie co od tego, w jakim stopniu chmury przyczynią się do schłodzenia lub ocieplenia w przyszłości, a zatem, czy podwojenie ilości atmosferycznego dwutlenku węgla będzie problematyczne, ale dajace się kontrolować, czy wręcz katastrofalne.

Ile deszczu spadnie w danym regionie, a także kiedy i jak będzie zmieniać się to z sezonu na sezon oraz z roku na rok, czyni poważną różnicę co do możliwości określenia, które miejsca pozostaną akceptowalne do życia, a które nie. Rezultaty pracy Abigail Swann i Inez Fung otwierają przynajmniej możliwość stwierdzenia, że rośliny są w stanie odpowiedzieć na takie pytania w podobnym stopniu, jak fizyka chmur.

Co więcej, profesor Fung wskazuje, że zagadnienia te nie są nawet niezależne od siebie, bowiem lasy wytwarzają chmury. Bez dokładnego obrazu lasów modele chmur pozostaną niekompletne.

Dlatego też Abigail Swann rozpoczyna nowy projekt, a mianowicie, próbę oszacowania, w jakim stopniu rośliny są przyczyną niepewności wyników modeli klimatycznych. Mając ten szacunek w ręce, powinno się uzyskać jeszcze lepsze narzędzie do przekonania innych badaczy, że ekologia i nauka o atmosferze są nierozłączne.

Kolejny potencjalny projekt obejmuje przyjrzenie się danym dotyczącym lasów w celu zaobserwowania dowodów na telekonekcje odkryte w założeniach modelowych. Badaczka przyznaje jednak, że nieco obawia się, iż podobne sygnały pojawią się w odniesieniu do wielu wpływów, jakich doświadczają lasy i reakcji jakie tam zachodzą. Profesor Swann i David Breshears, ekolog z Uniwersytetu Arizońskiego, i jeden z jej współautorów periodyku poświęconego lasom, badają również, w jaki sposób przyszłe zanikanie lasów południowego-zachodu wpłynie na klimat Środkowego Zachodu, spichlerza kraju i jednego z najbardziej produktywnych obszarów rolniczych na ziemi.

Jedno jest jasne: wpływ badań Abigail Swann jest odczuwalny już teraz. W ciągu nieco ponad dekady, telekonekcje ekoklimatyczne przestały być praktycznie nieznane stając się częstym tematem dyskusji na najważniejszych spotkaniach naukowych, takich organizacji jak Towarzystwo Ekologiczne Ameryki i Amerykańska Unia Geofizyczna. Zagadnienia te nie są już odrzucane jako nie mające charakteru "czysto naukowego".

Rozwój tego nowego obszaru badań pokazuje, że przyszli naukowcy zajmujący się klimatem będą musieli opanować dwa obszary, które od ponad wieku w dużej mierze funkcjonowały oddzielnie, czyli fizyka atmosfery i biologia, twierdzi profesor Fung.

"Jest bardzo niewielu multidyscyplinarnych naukowców”, dodaje i uzupełnia: "od kiedy Abby Swann weszła w te zagadnienia, dokonało się połączenie dwóch dyscyplin" - "tak dokonuje się postęp".



DWA KRÓTKIE
TEKSTY O ŻARCIU
Organiczne jarzynki
Dzisiaj mało kto czyta z uwagą więcej niż 140 liter na raz,
zatem tym razem tylko dwa krótkie teksty...
:::

Ot, takie sobie wprowadzenie do kwestii z czym się zmagamy w dziedzinie papu, pomijając oczywiście antyglutenowe szaleństwo, ponieważ biorąc na tapetę jeszcze i to, musiałbym popełnić wielokrotnie dłuższy tekst, nasycony obelgami, a tak chrupiąc nieorganiczną rzodkiew z karaczanem Blaberus  albo takąż marchew z drewnojadem obtaczanym w mączce ze świerszczy, poczytajmy o czym donosiło ostatnio 



Żywność ekologiczna może być niekorzystna dla środowiska.*


Rośliny hodowane organicznie są gorsze dla środowiska niż produkty tradycyjnie uprawiane, sugerują nowe badania ze Szwecji. Brak nawozów chemicznych oznacza, że do uprawy roślin wykorzystuje się więcej ziemi, a co za tym idzie, emituje się o 70 procent więcej dwutlenku węgla. Autorzy twierdzą, że z punktu widzenia klimatu, organiczne mięso i produkty mleczne są nawet gorsze niż ich konwencjonalnie produkowane odpowiedniki.

Badanie, które zostało opublikowane w Nature, prowadzone było przez naukowców z Uniwersytetu Technologicznego Chalmers w Szwecji.  "Nasze badanie pokazuje, że uprawiany w Szwecji groszek ekologiczny, ma około 50% większy negatywny wpływ na klimat niż groszek konwencjonalnie hodowlany", mówi Stefan Wirsenius, profesor nadzwyczajny z Chalmers i szef zespołu badaczy zajmujących się tym zagadnieniem.

"Niektóre artykuły spożywcze wykazują jeszcze większą różnicę - na przykład w przypadku ekologicznej szwedzkiej pszenicy ozimej różnica jest bliższa 70%" - powiedział. Ich badania wykazały, że przyczyną, dla której żywność ekologiczna jest o wiele gorsza dla klimatu, jest to, że plony z hektara są znacznie niższe, głównie dlatego, że nie używa się nawozów.  Aby wyprodukować taką samą ilość żywności ekologicznej, potrzeba po prostu znacznie większego obszaru ziemi. "Większe wykorzystanie gruntów w rolnictwie ekologicznym prowadzi pośrednio do zwiększenia emisji dwutlenku węgla dzięki wylesianiu" - twierdzi dr Wirsenius.

"Produkcja żywności na świecie jest regulowana przez handel międzynarodowy, zatem to w jaki sposób prowadzimy gospodarstwo rolne w Szwecji wpływa na wylesianie w tropikach. Wykorzystując więcej ziemi na wyprodukowanie takiej samej ilości żywności, przyczyniamy się pośrednio do większego wylesiania w innych częściach świata", powiedział.

Zarówno organiczna hodowla jak i produkcja mleka, stosując paszę ekologiczną, potrzebują więcej ziemi niż konwencjonalna produkcja. Oznacza to, że ustalenia dotyczące ekologicznej pszenicy i grochu mają w zasadzie zastosowanie również do mięsa i przetworów mlecznych. "Niestety, nie zrobiliśmy jednak żadnych konkretnych obliczeń na mięsie i mleku, więc nie mamy konkretnych przykładów", dodaje Wirsenius.

Aby ocenić wpływ zagospodarowania większego terenu na emisję dwutlenku węgla spowodowaną wylesianiem, naukowcy zastosowali nowe parametry, które nazwali "alternatywnym kosztem emisji dwutlenku węgla".  Te parametry uwzględniają ilość węgla przechowywanego w lasach, i jednocześnie umożliwiaja ustalenie ilości dwutlenku węgla uwalnianego w wyniku wylesiania. Bdanie to jest jednym z pierwszych na świecie, które wykorzystują ten wskaźnik. "Fakt, że większe wykorzystanie gruntów prowadzi do większego negatywnego wpływu na klimat, często nie był brany pod uwagę we wcześniejszych porównaniach między żywnością ekologiczną i konwencjonalną" - mówi dr Wirsenius.

"To duże niedopatrzenie, ponieważ, jak pokazują nasze badania, efekt ten może być wielokrotnie większy niż efekty branych zazwyczaj pod uwagę gazów cieplarnianych. W Szwecji istnieją cele polityczne zmierzające do zwiększenia produkcji żywności ekologicznej. Jeśli te cele zostaną zrealizowane, wpływ szwedzkiej produkcji żywności na klimat prawdopodobnie znacznie wzrośnie ", twierdzi dr Wirsenius. Nie oznacza to wszakże iż naukowcy oczekują, że sumienni konsumenci powinni po prostu przejść na kupowanie żywności nieekologicznej.

"O wiele ważniejszy jest często rodzaj spożywanej żywności. Na przykład, spożywanie organicznej fasoli lub ekologicznego kurczaka jest o wiele korzystniejsze z punktu widzenia klimatu niż spożywanie tradycyjnie produkowanej wołowiny. Żywność ekologiczna ma wiele zalet w porównaniu z żywnością produkowaną konwencjonalnymi metodami, choćby z tego powodu, że jest ona korzystniejsza dla zwierząt gospodarskich". - mówi dr Wirsenius.

Dla konsumentów, którzy chcą przyczynić się w pozytywny sposób do produkcji żywności ekologicznej, bez zwiększania ich wpływu na klimat, skutecznym sposobem na to byłaby zmiana diety. Badania wykazały, że największy wpływ miałoby zastąpienie wołowiny i jagnięciny, a także twardych serów białkami roślinnymi, takimi jak fasola.  Wieprzowina, kurczak, ryby i jaja również mają znacznie mniejszy wpływ na klimat niż wołowina czy jagnięcina.

*******

Czy insekty moga zostać nowym “super-papu”? 


"Super- jedzenie"
Jadalne owady są reklamowane jako kolejne "super-jedzenie".  Te przyprawiające o gęsią skórkę stworzenia są pożywieniem pełnym białka, składników odżywczych, potasu, magnezu i kwasów tłuszczowych, których zawierają trzy razy więcej niż łosoś zawiera tłuszczy omega-3. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa, owady zawierają ponad dwa razy więcej białka niż jest go w 100 g mięsa i ryb.

Świerszcze są najczęściej na świecie hodowanymi owadami na potrzeby ludzkiej diety oraz uważane za podstawowe owady dla ludzi, którzy decydują się je jeść. Wraz z innymi owadami są one reklamowane jako wysoce pożywne i ekologicznie oraz finansowo lepsze dla planety niż tradycyjne zwierzęta gospodarskie, ze względu na szybkość, z jaką przekształcają paszę w masę ciała. Przewiduje się, że do 2050 r. będzie nas dziewięć miliardów na Ziemi.  Stanie się to powodem ogromnej presji na środowisko, konwencjonalne źródła żywności i techniki rolnicze. W tej sytuacji owady mogłyby pomóc zaspokoić popyt na żywność.

Owady są bardzo wydajne w przekształcaniu roślinności w jadalne białko, pełne witamin oraz minerałów, i spora część ludności z krajów mniej rozwiniętych jada je regularnie. Wcześniejsze badania wykazały, że cztery świerszcze dostarczają tyle wapnia, co szklanka mleka, a żuki zawierają wagowo więcej żelaza niż wołowina. Owady hodowlane wytwarzają jedną dziesiątą metanu produkowanego przez hodowlę tradycyjnych źródeł mięsa i zużywają stosunkowo mało wody, dzięki czemu proces ten jest korzystniejszy dla środowiska.

Smacznego!

* -- tłumaczenie moje / oba teksty
9  / 1 / 2018
ZDRADA




Patrick Buchanan, były trzykrotny kandydat prezydencki, opublikował dwadzieścia jeden lat temu tekst, który w moim tłumaczeniu przedkładam w rocznicę wydarzenia zapoczątkowującego proces zdradzania Polski przez jej wojennych sojuszników. 
Tytuł oryginału:
The Betrayal of Poland: 1939-1945, opublikowany w Justice For Polish Victims Of The Second World War




Zdrada Polski: 1939-1945
Patrick J. Buchanan --- 29 sierpnia 1997



Z chwilą podjęcia rozważań nad członkostwem Polski w NATO, pojawiło się pytanie, czy Ameryka ma dług wobec polskiego społeczeństwa za to, że Franklin D. Roosevelt "zdradził" w Jałcie naród polski na rzecz Józefa Stalina.

Podsekretarz stanu Stuart Eizenstat podniósł niedawno kwestię moralnego długu wobec Polski za przyjęcie przez FDR na szczycie w 1945 roku zapewnienia Stalina o wolnych wyborach. Eizenstat został wzięty w obroty przez felietonistę Larsa-Erika Nelsona za powtarzanie "50-letniego prawicowego oszczerstwa".
Robert Novak bronił tezy o "zdradzie".

Zdaniem Nelsona: W 1945 roku Stalin miał dwanaście milionów żołnierzy w Europie Wschodniej, a Dwight Eisenhower tylko cztery miliony na Zachodzie.

Konserwatyści, potępiający FDR za los Polski, mówi Nelson, dołączają chętnie do tych, którzy powiadają: "Wiń Amerykę najpierw". Nie mogliśmy uratować Polski!

Ale tak naprawdę Jałta była tylko ostateczną zdradą Polski, i nie tylko FDR, ale także Winston Churchill ponosi moralną odpowiedzialność za półwiecze komunistycznego zniewolenia narodu polskiego.

Pierwsza zdrada przyszła z chwilą złożenia angielskich gwarancji Polsce, po tym, jak Adolf Hitler zerwał pakt monachijski, wkroczył do Pragi, i zrobił z Neville’a Chamberlaina kompletnego naiwniaka. Gdy Hitler naciskał Polskę o powrót Gdańska, odebranego Niemcom po I wojnie światowej, i żądał tranzytu kolejowego i drogowego do tego miasta przez "Polski Korytarz", również odbrany Niemiecom, Warszawa, zachęcona przez brytyjskiego ministra spraw zagranicznych lorda Halifaxa, odmówiła nawet negocjacji. Polacy czuli się zapewnieni, że gdyby doszło do wojny, Wielka Brytania stanełaby po ich stronie.

Ale kiedy Hitler najechał Polskę z zachodu, a Stalin od wschodu, Wielka Brytania wypowiedziała wojnę wyłącznie Niemcom. Następnie, gdy Polska zostawała ukrzyżowana, Brytyjczycy schowali się za linią Maginota, zachęcając Polaków do walki z Hitlerem, podczas gdy sami nie mieli planów ratowania Polski. Sześć milionów Polaków zginie w wyniku zaufania brytyjskim sojusznikom.

Druga zdrada miała miejsce w Teheranie w 1943 r., kiedy FDR udał się do sowieckiej ambasady i zapewnił Stalina, że ​​nie będzie sprzeciwiał się zatrzymaniu połowy Polski i państw bałtyckich, które Hitler oddał Stalinowi w ich niesławnym pakcie. Jak pisał Robert Nisbet w "Roosevelt and Stalin: The Failed Courtship", FDR poprosił tylko o to, by słowo o jego koncesji nie wyciekło przed wyborami w 1944 roku, tak aby polscy Amerykanie nie zareagowali gniewnie. FDR powiedział komuś w Hyde Park, że jest "chory i zmęczony" Europejczykami z Europy Wschodniej i ich nieustannym gadaniem o granicach i suwerenności.

Trzecia zdrada miała miejsce latem 1944 roku. Polska Armia Krajowa w okupowanej przez Niemców Warszawie, odbierając apele z Radia Moskwa, powstała przeciwko nazistom. Ponieważ Armia Krajowa była lojalna wobec wolnego polskiego rządu w Londynie, który domagał się śledztwa w sprawie zabójstwa polskich oficerów w Katyniu, Stalin zatrzymał Armię Czerwoną poza Warszawą, by dać nazistom wolną rękę w złamaniu polskiego powstania.

Brytyjczycy i Amerykanie zamierzali pomagać Polakom poprzez zrzuty żywności i amunicji. Stalin odmówił jedank sojusznikom prawa lądowania na swoich lotniskach, aby zatankować na lot powrotny do Anglii. Churchill wystosował zdecydowany list do Stalina, prosząc sojuszników o zezwolenie na wykorzystanie przydzielonych im lotnisk, ale FDR aby ułagodzić Stalina, stanowczo odmówił podpisania listu. Armia Krajowa została zmasakrowana.

W lutym 1945 r. Polska została całkowicie opanowana przez Armię Czerwoną, której nie można było pozbyć się nie wywołując nowej wojny. Jałta, jak pisze Nisbet, "nie jest powodem radzieckich zdobyczy terytorialnych w Europie Wschodniej ... natomiast, Teheran jest ... Ale Jałta przysłużła się Stalinowi prawie w takim samym stopniu...

Był to nie do przecenienia gest udzielenia moralnej legitymizacji temu, co Stalin po prostu zdbył brutalną siłą. "

Wielka Brytania poszła na wojnę i straciła 400 000 ludzi oraz imperium w imię niepodległości Polski. Ale, gdy Polskę opanowywała ciemność, Churchill ani razu nie wygłosił przeciwko Stalinowi żadnej ze swoich wielkich mów, które tak często używał wobec Hitlera. Gwałt na Polsce dokonany przez Hitlera i Stalina stał się moralną przyczyną, która wywołała wojnę. Jednak Churchill i FDR, aby zadowolić Stalina, potulnie zgodzili się na zdradę tej moralnej przyczyny.

"Jednej rzeczy jestem pewien", powiedział FDR w Jałcie, "Stalin nie jest imperialistą". Jak wyjaśnić jego naiwność odnośnie Stalina, któremu oddał wszystko, w tym jedną trzecią włoskiej floty i uznanie jego marionetkowego rządu w Polsce? "Infantylność", pisze George F. Kennan. FDR powiedział kiedyś swojemu przyjacielowi, ambasadorowi Williamowi Bullittowi: "Myślę, że jeśli dam mu (Stalinowi) wszystko, co tylko mogę, i nie poproszę o nic w zamian, noblesse oblige, nie będzie próbował niczego zaanektować i będzie pracował ze mną na rzecz pokoju i demokracji w świecie. "

I tak to Polska została zdradzona.

_______________________________________________________________
Zdjęcie:  By https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/a8/Tehran_Conference_%2C_1943.png,
Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=523546


WINNY
PRZEKRĘT



7 / 22 2018

W maju było o skrzypcach, w lipcu jest o winie.

Wino i skrzypce wydają się mieć niewiele wspólnego ze sobą, z wyjątkiem tego, że klasyczne przykłady obu tych wyrobów mają reputację stawania się lepszymi w miarę upływu czasu. Kolekcjonerzy chętnie płacą tysiące dolarów za butelkę wiekowego Pétrusa lub Romanée-Conti, a za skrzypce wykonane przez Antonio Stradivariusa lub Bartolomeo Giuseppe Guarneriego, wręcz miliony, napisał na swoim blogu Harvey Steiman. Cóż, najwyraźniej nie czytał artykułu Anety Skarżynski, jaki przedłożyłem moim czytelnikom dwa miesiące temu. Kto nie zagłębił się jeszcze w historię genialnych polskich lutników, niech czyni to czym prędzej i wraca tutaj żeby przekonać się, iż 
wino i skrzypce kojarzy ze sobą nie tylko ich eleganckie starzenie się, bowiem jak łatwo się przekonać, oba są częstym przedmiotem szarej strefy biznesu, znanego jako „przekręt”.



Tekst  ten  jest  moim  tłumaczniem artykułu  Patricka Radden Keefe  „The Jefferson Bottles”,  opublikowanego  przed  11 laty  we  wrześniowym  numerze  magazynu   ‘The New Yorker’.  Zdjęcie  pod  tytułem  artykułu  pochodzi  z  tej  samej publikacji.


BUTELKI  JEFFERSONA


Najdroższa butelka wina kiedykolwiek sprzedana na aukcji, została wystawiona na licytację przez dom aukcyjny Christie's w Londynie 5 grudnia 1985 roku. Butelka wykonana była z dmuchanego ciemnozielonego szkła i zamknięta guzkowatą pieczęcią z grubego czarnego wosku. Nie miała żadnej etykiety, ale wyryty w szkle cienkim pismem był rok 1787, słowo "Lafitte" i litery "Th.J."

Butelka pochodziła z kolekcji win, która podobno została odkryta w zamurowajej piwnicy w starym budynku w Paryżu. Wina nosiły nazwy najlepszych winnic - obok Lafitte (obecnie pisane "Lafite"), były butelki z Châteaux d'Yquem, Mouton i Margaux – wszystkie z inicjałami "Th.J." Według katalogu wszystko wskazywało na to, że wino należało do Thomasa Jeffersona, i że butelkę wystawioną na aukcji można "z dużą pewnością uznać za jeden z największych rarytasów na świecie". Poziom wina w butelce był "wyjątkowo wysoki" jak na tak starą butelkę - tylko pół cala pod korkiem - i kolor "niezwykle głęboki jak na swój wiek". Wartość wina została określona jako "nie do oszacowania".

Przed licytacją, Michael Broadbent, szef działu winniarskiego Christie’s, skonsultował się z ekspertami do spraw szkła domu aukcyjnego, którzy potwierdzili, że zarówno butelka, jak i grawerunek były zgodne z osiemnastowiecznym stylem francuskim. Jefferson 
od 1785 r. do wybuchu rewolucji francuskiej był ministrem pełnomocnym we Francji i rozkochał się we francuskim winie. Po powrocie do Ameryki kontynuował zamawianie dużych ilości Bordeaux dla siebie i dla Jerzego Waszyngtona. W jednym ze swoich listów z 1790 roku zażądał żeby przesyłki były oznaczone odpowiednio ich inicjałami. Podczas swojej pierwszej kadencji, prezydent Jefferson wydał siedem tysięcy pięćset dolarów - około stu dwudziestu tysięcy dolarów w dzisiejszej walucie na wino i jest on powszechnie uważany za pierwszego wielkiego konesera wina w Ameryce. (Być może był też pierwszym wielkim nudziarzem winym w Ameryce. John Quincy Adams zanotował w swoim dzienniku po zjedzeniu posiłku z Jeffersonem w 1807 roku: "Jak zwykle, rozprawa o winach; niezbyt pouczająca.").

Oprócz zbadania odpowiedniego materiału historycznego, Broadbent pobrał próbki dwóch innych butelek z kolekcji. Niektóre dziewiętnastowieczne roczniki nadal smakują wyśmienicie, pod warunkiem, że zostały odpowiednio przechowywane. Ale wino z XVIII wieku jest niezwykle rzadkie i nie było jasne, czy butelki oznaczone Th. J. zachowałyby się w dobrym stanie. Broadbent to mistrz winiarski, będący profesjonalną wyrocznią dla piszących o wine dealerów i sommelierów, jako rezultat ogromnego doświadczenia w ocenaniu klasowych win i wydawania kategorycznych osądów. O winie 1784 Th. J. Yquem powiedział: "idealne pod każdym względem: koloru, bukietu, i smaku".

O wpół do dwunastej tego grudniowego popołudnia Broadbent otworzył licytację od dziesięciu tysięcy funtów. Niecałe dwie minuty później jego młotek stuknał. Zwycięski licytantem był Christopher Forbes, syn Malcolma Forbesa i wiceprezes magazynu Forbes. Ostateczna cena wyniosłą sto pięć tysięcy funtów - około stu pięćdziesięciu siedmiu tysięcy dolarów. "To jest zabawniejsze niż okulary operowe, które Lincoln trzymał, kiedy go zastrzelono" - oznajmił Forbes, dodając: "I my mamy je także". Po aukcji inni poważni kolekcjonerzy zaczęli poszukiwać butelek Jeffersona. Wydawca Wine Spectator kupił właśnie butelkę przez dom aukcyjny Christie's. Tajemniczy biznesmen z Bliskiego Wschodu kupił następną. Pod koniec 1988 roku amerykański potentat finansowy, Bill Koch, nabył cztery butelki. Syn Freda Kocha, założyciela Koch Industries, mieszkał w Dover w stanie Massachusetts i prowadził własną, bardzo dochodową firmę energetyczną, Oxbow Corporation. Koch kupił od Chicago Wine Company butelkę Branne Mouton z 1787 w listopadzie 1988 roku. W następnym miesiącu kupił 1784 Branne Mouton oraz 1784 i 1787 Lafitte od Farr Vintners, brytyjskiej sieci sprzedaży win.. W sumie Koch wydał pół miliona dolarów na wino. Zainstalował je w swojej obeszernej, klimatyzowanej piwnicy z winami i w ciągu następnych piętnastu lat sporadycznie chwalił się nimi znajomym.

Kolekcja dzieł sztuki i antyków Kocha jest warta kilkaset milionów dolarów. W 2005 r. Boston Museum of Fine Arts przygotowało wystawę wielu dzieł bedących w jego posiadaniu. Personel Kocha zaczął również tropić pochodzenie czterech butelek Jeffersona i odkrył, że oprócz uwierzytelnienia przez Broadbenta butelki Forbesa, nie mieli oni nic więcej w aktach na temat win. Szukając potwierdzenia historycznego, zwrócili się do Fundacji Thomasa Jeffersona w Monticello, w Charlottesville w Wirginii. Kilka dni później zadzwoniła kuratorka z Monticello, Susan Stein. "Nie wierzymy, że te butelki kiedykolwiek należały do ​​Thomasa Jeffersona" - powiedziała.

Koch mieszka ze swoją trzecią żoną, Bridget Rooney i sześciorgiem dzieci, z tego i poprzednich małżeństw, w Palm Beach w domu zbudowanym w stylu anglo-karaibskim o powierzchni niemal trzech i pół tysiąca metrów kwadratowych. Kiedy niedawno odwiedziłem go, trawnik od frontu zastałem rozkopany, aby rozbudować piwnicę. Koch wyjaśnił, że potrzebuje więcej miejsca do przechowywania kolekcjonowanych rzeczy. "Jestem trochę kompulsywnym kolekcjonerem," powiedział. Przechadzaliśmy się obok obrazu Modiglianiego "Akt leżący" z 1917 roku i pracy z niebieskiego okresu Picassa "Night Club Singer", oraz dzieł Renoira, Rodina, Degasa, Chagalla, Cézanne'a, Moneta, Miró, Dali, Légera i Botero. 
Kamery systemu bezpieczeństwa wystawały z sufitu, zamknięte w małych kulkach z czarnego szkła.


„Mój ojciec był swojego radzaju kolekcjonerem”, powiedział Koch. „Myślę, że mam to po nim. Miał niewielką kolekcję sztuki impresjonistów. Zbierał strzelby. Potem nabywał rancza”. Usiedliśmy w „pokoju kowbojskim” Kocha, w otoczeniu obrazów Charlesa Mariona Russella, brązów Frederica Remingona, przedstawiających mężczyzn na koniach, oraz pośród antycznych kowbojskich kapeluszy, noży Bowie i kilkudziesięciu pistoletów, prezentowanych w szklanych gablotach. Były tam, pistolet Jessego Jamesa, broń zabójcy Jessego Jamesa, pistolet Siedzącego Byka (Sitting Bull), a także karabin generała Custera.

Koch ma sześćdziesiąt siedem lat, jest szczupły i wysoki, ma potargane białe włosy, okrągłe okulary i piskliwy chłopięcy śmiech. W Massachusetts Institute of Technology, gdzie uzyskał stopień licencjacki i doktorat z inżynierii chemicznej, nabawił się zapalenia wątroby i nie mógł już potem tolerować wysokoprocentowego alkoholu. Ale mógł pić wino. W restauracjach zamawiał najdroższe wina z listy i odkrył takie, które polubił. Ostatecznie zaczął kupować wino na aukcji: grand cru Bordeaux, takie jak Lafite i Latour, oraz słynne burgundzkie wina z regionu Romanée-Conti. "Kiedy oszalałem, to sprzedałem swoje akcje w Koch Industries", powiedział. Miało to miejsce w roku 1983 i zarobił na sprzedaży pięćset pięćdziesiąt milionów dolarów. W tym momencie zdecydował, że zbuduje światowej klasy kolekcję win. Kiedy zapytałem dlaczego, spojrzał na mnie, jakbym nie zrozumiał tego, co oczywiste. "Ponieważ jest to najlepiej smakująca forma alkoholu na świecie", powiedział. "Dlatego."

Koch może być tak samo kompulsywny w odsniesieniu do kolekcjonerstwa jak i składania pozwów. Prowadził dwudziestoletnią batalię prawną przeciwko dwóm swoim braciom związanym z rodzinnym biznesem (sprawa została rozstrzygnięta w 2001 r.). Pozwał stan Massachusetts za nieprawidłowo opodatkowaną transakcję giełdową i wygrał ulgę finansową w wysokości czterdziestu sześciu milionów dolarów. Kiedy dawna dziewczyna, którą zainstalował w hotelu Four Seasons w Bostonie, odmówiła wyjazdu, Koch pozwał ją w sądzie mieszkaniowym i kazał ją wyeksmitować. Mówi o "rzuceniu wezwania do sądu" przeciwko ludziom, tak jak gdyby rzucał granatem.
Gdy Koch kupował cztery butelki Th.J. Bordeaux, o oszustwie związanym z dobrnym winem prawie nie słyszano, i jedyną gwarancją, której wymagał, było to, żeby jego butelki pochodziły z tej samej kolekcji, która została uwierzytelniona przez Broadbenta. Był zły, gdy dowiedział się, że historycy z Monticello uznali jego butelki za fałszywe. "Kupiłem tyle dzieł sztuki, tyle broni, tyle innych rzeczy, że jeśli ktoś chce mnie oszukać, chcę, żeby ten sukinsyn za to zapłacił", powiedział mi stając się zaczerwieniony z podniecenia. – „A jednocześnie” - dodał z uśmiechem – „to zabawna historyjka kryminalna.”

Niezwykły wzrost cen rzadkich win, z których najbardziej zwracają uwagę butelki Jeffersona, doprowadził w ostatnich latach do eksplozji falsyfikatów w handlu winem. W 2000 r. władze włoskie skonfiskowały dwadzieścia tysięcy butelek fałszywej Sassicaii, poszukiwanego toskańskiego czerwonego wina. Chińscy fałszerze zaczęli sprzedawać fałszywego Lafite. Na rynku pojawiły się tak zwane wina "trofeum" – najlepsze roczniki Bordeaux z całego stulecia, które trudno było znaleźć na aukcjach już w latach 70. i 80. XX wieku. Serena Sutcliffe, szefowa międzynarodowego wydziału winiarskiego Sotheby, żartuje, że w 1995 roku, w pięćdziesiątą rocznicę wypuszczenia na rynek Château Mouton Rothschild rocznik 1945, spożyte zostało więcej butelek tego wina niż kiedykolwiek go wyprodukowano. Problem ten jest szczególnie dotkliwy w Stanach Zjednoczonych i w Azji, powiedziała Sutcliffe, gdzie bogaci entuzjaści budują duże zbiory bardzo szybko. "Możesz udać się do liczączych się piwnic i zobaczyć podróbki warte milion dolarów w kolekcji win wartej pięć czy sześć milionów dolarów" - powiedziała.

Ustalenie, kto faktycznie wprowadza do obiegu określoną butelkę wina, może być trudne ponieważ znaczna część działalności związanej z klasowym winem prowadzona jest w strefie "czarnego rynku", pomiędzy kupującymi i wtórnymi sprzedawcami z pominięciem winiarni, z której butelka pochodzi. Koch wysłał zatem emisariuszy do Chicago Wine Company i do Farr Vintners i dowiedział się, że wszystkie cztery butelki pochodziły od ekstrawaganckiego niemieckiego kolekcjonera wina o nazwisku Hardy Rodenstock, tego samego, który dostarczył butelkę na aukcję domu Christie's.

W latach siedemdzisiątych Rodenstock był wydawcą muzyki rockowej i pop oraz menadżerem imprez muzycznych w Niemczech. Utrzymywał rezydencje w Monachium, Bordeaux i Monte Carlo, a ponadto chodziły pogłoski, że należał do zamożnej rodziny Rodenstock, która produkowała wysokiej klasy okulary. O sobie mawiał, że zaczynał jako profesor i dawał do zrozumienia, że ​​zarobił fortunę na giełdzie.

Hardy Rodenstock zainteresował się winem w latach siedemdziesiątych i rozwinął pasję do słodkiego białego wina z Château d'Yquem. Szczególnie uwielbiał wina, pochodzące sprzed epidemii mszycy (filoksera winic) w końcu XIX wieku, kiedy to owady tego szkodnika winorośli zdziesiątkowały europejskie winnice, zmuszając hodowców do wymiany zniszczonych krzewów winorośli na odporne na filokserę szczepy z Ameryki Północnej. "W winach z Yquem sprzed epidemii wywołanej filokserą znajdziesz więcej smaków, więcej karmelu, więcej orginalności, więcej potencji, więcej szlachetności" - powiedział kiedyś ankieterowi. Chwalił się w piśmie Wine Spectator, że smakował więcej roczników starego Yquem niż właściciel Château - i właściciel zgodził się.

Począwszy od 1980 r., Rodenstock rozpoczął organizowanie wystawnych, corocznych degustacji wina, trwających cały weekend spotkań z udziałem krytyków winiarskich, sprzedawców detalicznych i różnych niemieckich dygnitarzy i celebrytów. Otwierał wiele starych i rzadkich win, wszystkie oferowane na jego własny koszt, i podawał je w specjalnie wykonanych kieliszkach "Rodenstock", 
które dostarczył jego przyjaciel, Georg Riedel, producent szklanych wyrobów. Nienagannie ubrany, w stylowych okularach ‘Rodenstock’ i koszuli ze sztywnymi białymi kołnierzykami, żartował z gośćmi, wykrzykując nad szczególnie pyszną butelką: "Ja, unglaublich! Sto punktów! Był niezwykle punktualny i nie wpuszczał spóźnionych gości, a podczas serwowania starszych win żądał aby nie wpluwać wina, co sprawiło, że niektórzy goście, zaniepokojeni liczbą butelek, które będą testować, ukrywali spluwaczki na kolanach. "Nie wypluwasz historii" - upomniał ich Rodenstock. "Pijesz ją".

Rodenstock nie ukrywał, że znalazł butelki Jeffersona. Wręcz przeciwnie, sprzedaż Forbesowi za rekordową cenę uczyniła go celebrytą w świecie winiarskim. Wyjaśnił później, że wiosną 1985 r. odebrał telefon o interesującym odkryciu w Paryżu, gdzie ktoś natknął się na zakurzone stare butelki, z których każda opatrzona byłą literami "Th.J." Rodenstock odmówił ujawnienia, kto sprzedał mu butelki, ale najwyraźniej sprzedawca nie zdawał sobie sprawy ze znaczenia inicjałów. "To było jak loteria" - powiedział Rodenstock o tym doświadczeniu. "Po prostu udało mi się." Nie chciał powiedzieć, ile było tam butelek - w niektórych relacjach było to "około tuzina", w innych, aż trzydzieści. Nie chciał też ujawnić adresu w Paryżu, gdzie te butelki zostały znalezione.

Butelki Jeffersona były pierwszymi z serii zaskakujących znalezisk. Rodenstock stał się znany jako nieustraszony łowca najrzadszych win. Jeden z zaprzyjaźnionych z nim w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych kolekcjonerów, powiedział mi, że w 1989 roku Rodenstock zorganizował poziomą degustację win z 1929 z wielu różnych Château. Jedym z win, których nie mógł znaleźć, było Château Ausone rocznik 1929. Kilka dni przed degustacją odebrał telefon od Rodenstocka. "Jestem w Szkocji" - ogłosił Rodenstock. "Znalazłem butelkę Ausone" 29! "Rodenstock wybrał się do Wenezueli, gdzie według doniesień prasowych, znalazł sto skrzynek Bordeaux, natomiast w Rosji odkrył "utraconą kryjówkę cara" z dziewiętnastowiecznym winem. W hotelu Königshof w Monachium w 1998 r. zorganizował pionową degustację Yquem liczącą sto dwadzieścia pięć lat, w tym zestawie były dwie butelki z kolekcji Jeffersona. "O dziwo, nie smakowały, jakby były już poza okresem swojej świetności ani nie wydawały się utlenione" zauważył korespondent Wine Spectator. "Rocznik 1784 smakował jakby był kilkadziesiąt lat młodszy".

Niektórzy przedstawiciele prasy winiarskiej unikali tych wydarzeń. Krytyk Robert Parker uczestniczył tylko w jednej degustacji; powiedział mi, że ekstrawagancja tego wydarzenia była dla niego odpychająca. Powiedział, że ocena wyboru win byłaby mało przydatna dla większości jego czytelników, bowiem i tak nie mogliby łatwo znaleźć, a przede wszystkim pozwolić sobie na takie wina. Ponadto zasada niewypluwania, w połączeniu z tendencją Rodenstocka do zachowywania najbardziej ekscytujących ofert do końca degustacji, mogłaby poważnie zaszkodzić obiektywnej ocenie klasy win. "Zawsze wydawał się serwować znakomitości po tym, jak zostałeś już dobrze zaprawiony" - powiedział Parker o jedynyej degustacji, w której uczestniczył w Monachium w 1995 roku. "Ludzie stawali się naprani."

Mimo to Parker był zdumiony niektórymi winami Rodenstocka. "Nie z tego świata!" napisał o wielkoformatowym magnum Pétrusa z 1921 roku, który zaserwował Rodenstock. "To nisłychane, niewiarygodnie skoncentrowane wino mogło zostać łatwo pomylone z rocznikami 1950 lub 1947 r." W swoim czasopiśmie "The Wine Advocate" Parker uznał tę trzydaniową degustację wina „za wydarzenie mojego życia”. "Szybko zrozumiałem" - napisał , "że kiedy Hardy Rodenstock mówił o roczniku 59 lub 47, to musiałem upewnić się, czy dotyczyło to dziewiętnastego, czy dwudziestego wieku!"

Michael Broadbent regularnie uczestniczył w imprezach Rodenstocka. W swojej książce "Antyczne wina: pięćdziesiąt lat degustacji win z trzech wieków", Broadbent przyznaje, że dzięki "ogromnej hojności" Rodenstocka był on w stanie popróbować wielu najrzadszych win. Znaczna część sekcji dotyczącej win XVIII-wiecznych w jego książce, składa się z notatek poczynionych w czasie degustacji u Rodenstocka.

Bill Koch nigdy nie był zaproszony na którąkolwiek z tych degustacji, ale słyszał o Rodenstocku i obaj spotkali się przy jednej okazji, mianowicie w 2000 roku, kiedy dom aukcyjny Christie’s przeprowadził degustację win Latour w swoich biurach w Nowym Jorku. Według Kocha, Rodenstock przybył późno, ale Koch podszedł do niego. "Cześć, jestem Bill Koch", powiedział. "Kupiłem od ciebie trochę wina".

Rodenstock uścisnął dłoń Kocha. Wyglądał nieswojo, pomyślał Koch. – „A więc jesteś tym słynnym kolekcjonerem” - powiedział Rodenstock, po czym pośpiesznie odszedł.

W sporach prawnych, Koch od czasu do czasu polegał na usługach emerytowanego agenta FBI, Jima Elroya. Podczas swojej kariery w zakresie egzekwowania prawa, Elroy pracował nad wieloma sprawami dotyczącymi oszustw, zagtem gdy pojawiły się pytania dotyczące butelek Jeffersona, powiedział Kochowi: "Jeśli chcesz odzyskać pieniądze, to ja je dostanę."

Kochowi nie było jednak tego dosyć. "Chcę go zamknąć", powiedział Elroyowi. "Saddle up." (Entuzjazm Kocha do kultury kowbojskiej przelał się na Elroya, który opisuje swojego szefa jako "nowego szeryfa w mieście", nawet jego dzwonek telefonu komórkowego to gwizdany motyw z filmu "Dobry, Zły i Brzydki.")

Elroy ma już sześćdziesiąt lat, zwietrzałą, opaloną twarz i konspiracyjny uśmieszek. Jest trochę gawędziarzem, a kiedy spotkaliśmy się niedawno na lunch, zrelacjonował mi szczegóły swojego śledztwa z teatralną intonacją kogoś, kto opowiadał tę historię nie raz. "Sprawy albo się polepszają, albo pogarszają" - powiedział mi. "Ta była coraz lepsza." Od samego początku Koch był zainteresowany pozwaniem Rodenstocka, wyjaśnił Elroy, ale chciał także, aby Elroy przygotował przeciwko niemu sprawę karną, która mogłaby ostatecznie zostać przekazana władzom federalnym. Ambicje Kocha elektryzowały Elroya. "To dochodzenie ma wszystkie znamiona spraw prowadzonych przez FBI", powiedział mi. "Tylko z najlepszymi ludźmi na świecie gotowymi natychmiast i bez żadnej biurokracji." Szacował, że od 2005 roku Koch wydał ponad milion dolarów na sprawę Rodenstocka - dwa razy tyle, ile zapłacił za wino.

Kiedy Elroy i jego zespół - były inspektor Scotland Yardu w Anglii, oraz były agent MI5 w Niemczech i kilku ekspertów od win w Europie i Stanach Zjednoczonych rozpoczęli w 2005 roku śledztwo, dowiedzieli się od pracowników w Monticello, że wątpliwości co do autentyczność win Jeffersona datują się od czasu aukcji oryginalnej butelki. Broadbent udał się do Monticello jesienią 1985 roku, aby zapytać o referencje do wina w listach pisanych przez Jeffersona. Badaczka o nazwisku Cinder Goodwin, która spędziła piętnaście lat studiując obszerną dokumentacje Jeffersona, odpowiedziała Broadbentowi w listopadzie tego roku, wyrażając sceptycyzm. "Codzienna księga rachunkowa Jeffersona, praktycznie wszystkie jego listy, wypowiedzi jego bankiera i różne francuskie dokumenty celne z tego czasu przetrwały ale nie wspominają o rocznikach z 1787 r." - napisała. Kiedy reporter z "Timesa" dotarł do pani Goodwin jeszcze przed licytacją, aby zapytać o powiązanie win z Jeffersonem, zauważyła, że inicjały na butelkach Rodenstocka zostały napisane jako "Th. J.", natomiast w swojej korespondencji Jefferson używał dwukropka. "Th: J."

Broadbent nie wspomniał o tych wątpliwościach w katalogu aukcyjnym, a artykuł w Timesie nie zniechęcił kupujących. (W artykule opublikowanym w tym czasopiśmie Broadbent powiedział reporterowi, że znalazł "brak dowodu", ale mnóstwo poszlak - "ogrom ich" - że Jefferson był właścicielem butelki.) Krótko po aukcji Goodwin przygotowała raport badawczy na temat butelek, w którym doszła do wniosku, że chociaż mogą rzeczywiście być autentycznie osiemnastowieczne, to powiązanie specyficznie z Jeffersonem nie zostało potwierdzone historycznymi danymi. Starała się twierdzić, że nie kwestionuje dobrych zamiarów Rodenstocka i Broadbenta, ale zastanawiała się: "Czy nie było Thomasów, Theodorów, Theophilów, oraz Jacksonów, Jonesów i Juliensów, którzy rezydowaliby w Paryżu i również mieli ochotę na dobre wino z Bordeaux?" Wskazała, że ​​historyczne zapisy dokumentują mieszkańców pod różnymi adresami w Paryżu. Jeśli Rodenstock wyjawiłby adres, pod którym odkrył wino, to "właściwe połączenie mogłoby zostać dokonane".

Wkrótce do Monticello zaczęła napływać fala listów od Rodenstocka. Chociaż mówi po angielsku, to jego listy były po napisane po niemiecku. W dniu 28 grudnia 1985 r. Rodenstock napisał, odnosząc się do Goodwin, że ​​"uprzejmość nakazywałaby zachować swoje wątpliwości i bezpodstawne uwagi, oraz że nie powinno się grać ważniaka przed prasą." Dan Jordan, dyrektor wykonawczy Monticello, odpisał protestując, że Goodwi jest wysoce cenioną badaczką postaci Jeffersona, i że w przeciwieństwie do Rodenstocka czy domu aukcyjnego Christie’s, nie była zainteresowana finansowo determinacją autentyczności."

Czy można studiować 'Jeffersona' na uniwersytecie?" Odpowiedział Rodenstock. "Ona nie wie nic o winie w powiązaniu z Jeffersonem, nie wie jak wyglądają butelki z okresu 1780-1800, nie wie jak smakują."

Broadbent również napisał listy do Monticello, stając po stronie Rodenstocka i butelek. Pewna, nie do zamkniecia luka w filozofii podejścia zdawała się separować historyków z Wirginii i europejskich koneserów. Broadbent, podobnie jak Rodenstock, wyraził przekonanie, że wrażenia zmysłowe związane z piciem wina miały przewagę nad historycznmi dowodami. W czerwcu 1986 roku zauważył, że właśnie skosztował butelkę „1787 Th.J.” Branne Mouton z kolekcji Rodenstocka. Wino było "sensacyjnie dobre" - napisał Broadbent. "Jeśli ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości co do autentyczności tego niezwykłego starego wina, to zostały one całkowicie usunięte. . . . Wprawdzie nie ma pisemnych dowodów na to, że te konkretne butelki znajdowały się w posiadaniu Jeffersona, ale jestem teraz głęboko przekonany, że rzeczywiście było to wino zamówione przez Jeffersona."

Nie tylko badacze z Monticello wyrazili wątpliwości co do wina. Zanim dom aukcyjy Christie’s sprzedał butelkę Forbesowi, Rodenstock zaoferował za około dziesięć tysięcy marek butelkę „Th.J”. Lafitte niemieckiemu kolekcjonerowi o nazwisku Hans-Peter Frericks. Ale po tym, jak Forbes wydał czterdzieści razy więcej, Frericks postanowił sprzedać swoją butelkę i zwrócił się z tym do Broadbenta. Jednakże Rodenstock interweniował, mówiąc, że sprzedał butelkę Frericksowi pod warunkiem, że on jej nie odsprzeda. (Frericks zaprzecza, że ​​taki warunek istniał). Frericks zwrócił się do Sotheby's, ale po zbadaniu dowodów dom aukcyjny odmówił, powołując się na niepewne pochodzenie butelki.

Wysiłki Rodenstocka, by powstrzymać sprzedaż, wraz z wątpliwościami Sotheby's co do butelki, wzbudziły podejrzenia Frericksa, i w 1991 roku wysłał butelkę do monachijskiego laboratorium, aby jej zawartość zbadać metodą datowania radiowęglowego. Materiał organiczny zawiera radioaktywny izotop węgla C14, który posiada znany okres rozpadu połowicznego. Na tej podstawie naukowcy mogliby przeanalizować ilość izotopu w butelce wina w celu określenia jej przypuszczalnego wieku. Węgiel C14 ma jednak długi okres półtrwania, w związku z czym datowanie węglem jest nieprecyzyjne dla oceny obiektów, które mają tylko kilka stuleci. Jednocześnie, testy jądrowe wykonywane w atmosferze w w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych stanowią pewna cezure, ponieważ poziomy węgla C14 gwałtownie wzrosły w tym okresie. Zatem ilość węgla C14 i izotopu trytu, były znacznie wyższe niż można byłoby oczekiwać w przypadku dwustuletniego wina. Naukowcy doszli do wniosku, że butelka zawierała mieszaninę win, z których prawie połowę stanowiły wina z roku 1962 lub z lat późniejszych. Frericks pozwał Rodenstocka, a w grudniu 1992 r. sąd niemiecki wydał wyrok na jego korzyść, utrzymując, że Rodenstock "zafałszował wino lub świadomie zaoferował zafałszowane wino". (Rodenstock odwołał się i oskarżył Frericksa o zniesławienie. Sprawa została ostatecznie rozstrzygnięta poza sądem.)

Oprócz byłego agenta MI5, niestrudzony Elroy zatrudnił dwóch prywatnych detektywów w Niemczech, którzy odkryli, że nazwisko Hardy Rodenstock było nazwiskiem fikcyjnym. Badacze odwiedzili rodzinne miasto Rodenstocka, Kwidzyń, w Polsce. Powiadomiono Kocha, że Rodenstock zaczął życie jako Meinhard Goerke, syn miejscowego urzędnika kolejowego. Przeprowadzili wywiad z matką Rodenstocka i odwiedzili jego szkołę podstawową. Śledczy poinformowali Kocha, że Rodenstock wykształcił się na inżyniera i podjął pracę w niemieckich kolejach federalnych, ale nie mogli znaleźć żadnych dowodów na poparcie jego twierdzeń, że był profesorem. Przeprowadzili także wywiad z Tiną York, niemiecką piosenkarką pop, z którą Rodenstock był w romantycym związku w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. York powiedziała im, że podczas dziesięcioletniego związku z Rodenstockem nigdy nie ujawnił faktu, że miał dwóch synów z wcześniejszego małżeństwa. "Zawsze mówił o dwóch siostrzeńcach", powiedziała.

Jak ustalili detektywi, Rodenstock przyjął swoją nową tożsamość mniej więcej w tym samym czasie, kiedy spotkał Tinę York i powiedział jej, że należy do słynnej rodziny Rodenstocków. Wtedy też zaczął interesować się winem. Nie podzielała jego oddania temu hobby. Przypomniała sobie, że pewnego dnia umieśćiła miskę sałatki ziemniaczanej w klimatyzowanej piwniczce z winem, żeby była chłodna. „Rodenstock wpadł w szał” - powiedziała.

Rodenstock był znany ze swojego niezwykle wrażliwego nosa i zdolności rozpoznawania win w ślepej degustacji. Elroy zastanawiał się, czy moógłby posiadać umiejętności miksera, rodzaju eksperta, którego używają winnice, aby uzyskać precyzyjną mieszankę odmian winogron. Nie ma testów naukowych, które umożliwiałyby wiarygodne określenie odmian winorośli w butelce wina, a Elroy spekulował, że Rodenstock mógł wykreować fałszerstwa poprzez mieszanie różnych win - a nawet szczyptę portu, o czym wiedzieli fałszerze - w celu stworzenia koktajlu, który smakował jak szlachetne wino. Podążając za tymi podejrzeniami, zespół śledczy Elroya przeprowadził wywiady z kilkoma osobami, pytając czy mieli jakąkolwiek wiedzę o tym, że Rodenstock miał laboratorium, w którym mógłby zrobić podróbki. Następnie, w październiku, Niemiec o nazwisku Andreas Klein zwrócił się do zespołu Kocha i powiedział, że Rodenstock mieszkał przez kilka lat w mieszkaniu należącym do jego rodziny. Obydwaj kłócili się o to, że Klein chciał dobudować mieszkanie nad Rodenstockiem, co skończyło się sprawą w sądzie. W 2004 r., po tym jak Rodenstock opuścił mieszkanie, Klein wszedł do piwnicy jego byłego lokatora i odkrył kolekcję pustych butelek i stos najwyraźniej nowych etykiet na wino. W odpowiedzi na to Rodenstock wszczął postępowanie przeciwko Kleinowi.

Istnieją dwa rodzaje fałszerzy wina: ci, którzy nie majstrują przy tym, co jest w butelce, i tacy, którzy to robią. Ponieważ cena wspaniałego rocznika dobrego wina często przekracza wielokrotnie cenę nijakiego, wielu fałszerzy zaczyna od prawdziwej butelki, powiedzmy, 1980 Pétrus i po prostu zastępuje oryginalna etykietę taką z roku 1982. (Rocznik '82 jest szczególnie pożądany i drogi.) Przy dobrym skanerze i kolorowej drukarce etykiety łatwo się replikują - jeden z byłych aukcjonerów, z którymi rozmawiałem, nazwał to "publikowaniem na biurku". Korek w butelce jest oznaczony rokiem, ale fałszerze czasem zdrapują ostatnią cyfrę, z założeniiem, że kupujący nie zauważy. Ponadto, ponieważ korki przebywające dziesiątki lat w butelce mają tendencję do niszczenia się, niektóre winnice oferują usługę ich wymiany, co sprawia że butelka z nowszym korkiem nie musi wzbudzać podejrzeń. W każdym razie korek jest zwykle ukrywany pod foliową kapsułką, dopóki kupujący nie otworzy butelki.

Największą przewagą fałszerza jest to, że wielu nabywców czeka lata zanim otworzą swoje oszukane butelki, jeśli w ogóle je otworzą. Bill Koch powiedział mi, że jest właścicielem wina, którego nie zamierza pić. Kolekcjonuje butelki z niektórych winnic prawie tak, jakby były to karty baseballowe, mające na celu skompletowanie zestawu. "Chcę tylko sto pięćdziesiąt lat Lafite na ścianie", powiedział. Wahał się przed konsumpcją ciężko dostępnych roczników, ponieważ uczyniłoby to komplet niecałkowitym, a także dlatego, że najstarsze wina często pochodzą nie z najlepszych roczników, ale z tych najgorszych. Historycznie, gdy produkowano dobre roczniki, kolekcjonerzy zostawiali je, aby zobaczyć, jak się starzeją, wyjaśnił Koch. Ale kiedy renomowane winnice produkowały kiepskie roczniki, ludzie pili je wkrótce po ich butelkowaniu, co sprawiło, że rocznik był rzadki. Kiedy zastanawiałem się, dlaczego kupował stare wina, których nigdy nie zamierzał pić, Koch wzruszył ramionami. "Nigdy nie będę strzelał z karabinu Custera", powiedział.

Innym wielkim atutem fałszerzy wina jest to, że kiedy kolekcjonerzy otworzą swoje fałszywe butelki, zazwyczaj brakuje im doświadczenia i wyrobienia wnikliwego smaku, aby stwierdzić, że zostali oszukani. Trzeba zaznaczyć, że nawet w przypadku starych autentycznych win, butelka od butelki może różnić się ogromnie. "To żywy organizm", powiedziała mi Serena Sutcliffe z Sotheby. "Porusza się, zmienia się, ewoluuje – tak więc, jeśli jesteś zaintersowany winami, które mają czterdzieści, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat, to nawet gdy butelki są przechowywane obok siebie w podobnych warunkach, zauważysz duże różnice między poszczególnymi rocznikami butelek wina".

Badania sugerują, że wrażenia związane z wąchaniem i smakowaniem wina są wyjątkowo podatne na ingerencję ze strony części mózgu odpowiedzialnej za percepcję. Kilka lat temu Frédéric Brochet, doktorant na wydziale enologii na Uniwersytecie w Bordeaux, przeprowadził badanie, w którym pięćdziesięciu siedmiu uczestnikom testu podał średniej klasy czerwone wino Bordeaux z butelki z etykietą wskazującą, że było to zwykłe wino stołowe. Tydzień później podał to samo wino, tym samym osobom, ale tym razem rozlano je z butelki wskazującej, że wino było nawyższej klasy (grand cru). Podczas gdy degustatorzy stwierdzili, że wino z pierwszej butelki było "proste", "niezrównoważone" i "słabe", to wino z drugiego podania było "kompleksowe", "zrównoważone" i "pełne". Brochet twierdzi, że nasze "oczekiwania percepcyjne" wynikające z oglądu etykiety, rządzą doświadczeniami co do wina tak silnie, że dominują nasze rzeczywiste doznania sensoryczne na to, co jest w butelce.

W tej sytuacji pojawił się bardziej bezczelny rodzaj fałszerza, który w rzeczywistości zastępuje jeden rodzaj wina innym. Często pracuje z oryginalnymi butelkami z oryginalnymi etykietami, pozyskując puste butelki z restauracji lub sklepów z antykami, napełniając je innym rodzajem lub rodzajami wina i uzupełniejąc korkiem i kapsułką, zakładając, że zamożny kupujący nigdy nie bedzie w stanie stwierdzić różnicy. I w wielu przypadkach to założenie okazuje się słuszne. Sutcliffe uważa, że ​​ogromna większość fałszywych win cieszy się dużym popytem. Rajat Parr, wybitny dyrektor seklcji win, nadzorujący restauracje w Las Vegas, powiedział mi, że kilka lat temu pewni jego klienci zamówili butelkę Pétrusa z 1982 roku, która bywa sprzedawana w restauracjach nawet za sześć tysięcy dolarów. Towarzystwo skończyło butelkę i zamówiono drugą. Ale druga butelka smakowała wyraźnie inaczej, więc odesłali ją z powrotem. Personel, po przeprosinach, znalazł trzecią butelkę, którą goście wypili z przyjemnością. Parr dokładnie zbadał te trzy butelki i odkrył problem jaki miała ta druga: był to jedyny prawdziwy Pétrus 1982.

Jeśli butelki Th.J. były sfałszowane, pytanie przed którym stanął Jim Elroy, brzmiało: czy oryginalne XVIII-wieczne butelki kogoś innego zostały uznane jako butelki Thomasa Jeffersona, czy też wino rzeczywiście stało się przedmiotem oszustwa? Fakt, że Broadbent i inni koneserzy posmakowali kilku butelek rzekomego wina Jeffersona i oświadczyli, iż są one autentyczne, sugerował, że wino w butelkach było prawdziwe. Jancis Robinson, Master of Wine i felietonistka magazynu "Financial Times", uczestniczyła w degustacji Yquem w 1998 roku i znalazła dwie butelki Th.J. "przekonująco stare". Początkowo jakby lekko stęchłe, ale potem, gdy "cud wielkiego starego wina zaczął działać", otworzyły się jako "kobiecy zapach róż" dla rocznika 1784 oraz emanując "jesienne aromaty spalonego cukru i leśnego podszycia" w przypadlu rocznika 1787.

Brochet powiedział mi wszakże, iż podczas degustacji, eksperci są bardziej skłonni polegać osobistych doświadczeniach i domniemaniach niż przeciętni smakosze wina. Aczkolwiek, swierdzenie takie wydaje się być kwestionowane przez test naukowy zlecony przez Hansa-Petera Frericksa, który odkrył, że prawie połowa wina w jego Lafitte z 1787 roku datuje się na jakiś czas po 1962 roku. Po teście Frericksa, Rodenstock zamówił u dr Georgesa Bonani, naukowca z Zurychu, własny testn na kolejnej butelce 1787 Lafitte. Bonani odatował wino metodą węgla radioaktywnego i ustalił, że wino w butelce nie może być datowane na 1962 rok lub później, co przeczyło ustaleniom Frericksa. Rodenstock często powoływał się na wyniki uzyskane przez Georgesa Bonani jako "rozstrzygające" w uwierzytelnianiu jego butelki. Wydaje się jednak, że trudno uznać którykolwiek z tych testów za naprawdę rozstrzygający. Po pierwsze, różne testy przeprowadzono na różnych butelkach. Po drugie, ekstrapolowanie wyników jednej butelki na autentyczność innych butelek, wydaje się raczej pochopne. Co więcej, datowanie węglem nie jest w stanie zapewnić wiarygodnego określenia wieku win butelkowanych w XVIII i XIX wieku. Wreszcie, gruntowna analiza raportu laboratoryjnego Bonaniego ujawniła, że jego ustalenia zawierają znaczny margines błędu. Choć test mógł wykluczyć obecność wina z końca XX w., to nie dostarczył absolutnego dowodu, że wino pochodzi z 1787 roku. "Test mówi tylko, że wino pochodzi z okresu od 1673 do 1945 roku", napisał Bonani w jednym z przesłanych ostatnio e-maili.

Elroy, sceptycznie nastawiony do testów obu stron, wyszukał Philippe Huberta, francuskiego fizyka, który opracował metodę testowania wieku wina bez otwierania butelki. Hubert wykorzystuje promienie gamma niskiej częstotliwości do wykrywania obecności radioaktywnego izotopu cezu-137. W przeciwieństwie do węgla-14, cez-137 nie występuje naturalnie. Jest on bezpośrednim wynikiem opadu jądrowego. Wino butelkowane przed nastaniem atmosferycznych testów jądrowych nie zawiera cezu-137, więc test nie ujawnia jego obecności w starszych winach. Ale jeśli wino zawiera cez-137, krótki okres półtrwania izotopu - trzydzieści lat - pozwala Hubertowi na dokładniejsze oszacowanie jego wieku.

Elroy poleciał do Francji z butelkami Jeffersona z kolekcji Kocha, zapakowanymi w dwie kuloodporne i antywstrząsowe skrzynki, które zabrał ze sobą jako bagaż podręczny. Otrzymał rodzaj paszportu na te przedmioty, aby nie musiał ponosić żadnych opłat podczas przekraczania granicy z winem o wartości pół miliona dolarów. Kiedy ochrona lotniska sprawdzała butelki na lotnisku Heathrow, Elroy odgrywał znudzonego z miną mówiącą, "Po prostu nie możesz dostać dobrej butelki wina w samolocie."

Laboratorium, w którym Hubert i Elroy testowali wino, znajduje się na głębokości ponad półtora kilometra pod Alpami, na granicy francusko-włoskiej. Butelki zostały umieszczone w detektorze osłoniętym 25-centymetrowym ołowiem i zostały poddane tygodniowym testom.

Elroy był już pewien, że on i jego śledczy zbliżają się do Rodenstocka. "Mając dowody, które widzę z Monticello, w połączeniu z tym, co widzę z Niemiec, mam 99 procent pewności, że ten facet jest oszustem", wspominał. Kiedy Hubert ukończył testy, nie zidentyfikował cezu-137 w butelkach. "Nie wiem, czy to rok 1783 czy 1943," powiedział Hubert Elroyowi. Ale wino poprzedzało wiek atomowy.

"Trudno mi wprost wyraźić, jakie to było rozczarowujące" - powiedział mi Elroy. "Mam dowody historyczne, ale jeśli zamierzamy zrobić to zgodnie z zasadami kryminalistyki, to musi być coś więcej. Muszę mieć jakieś naukowe lub inne dowody, albo nie będzie to podlegało ściganiu.

Wracając do Stanów Zjednoczonych, Elroy wyjął jedną z butelek i trzymał ją w rękach. "Patrzę na kapsułę i samo szkło" - powiedział. "Przesuwam dłonią po grawerunku. Wyczuwam go. A potem myślę: To jest znak narzędziowy. Dokonano tego za pomocą narzędzia".

Po wylądowaniu Elroy zadzwonił do laboratorium FBI w Quantico w Wirginii. Eksperci od balistyki w laboratorium specjalizują się w badaniu śladów jakie narzędzia zostawiają w wyniku ich użycia. Zwracają szczególną uwagę na ślady, jakie lufa pozostawia na kuli czy też jakie ślady pozostają po śrubokręcie którym ​​otwarto okno. Laboratorium przekazało Elroyowi nazwiska niektórych niedawno emerytowanych specjalistów. Odwiedził także Muzeum Szkła Corninga w północnej części stanu Nowy Jork, gdzie został skierowany do znanego szklanego rytownika, Maxa Erlachera, urodzonego w Austrii rzemieślnika, który pracował dla wielu amerykańskich prezydentów.

Kilka tygodni później Elroy zatrudnił Erlachera oraz emerytowanego eksperta narzędziowego FBI o nazwisku Bill Albrecht. Obaj mieli zbadać butelki znajdujace się w posiadłości Billa Kocha w Palm Beach. Elroy chciał wiedzieć, czy napisy na butelkach zostały wykonane miedzianym kołem, czyli narzędziem jakiego używano w XVIII wieku do grawerowania szkła. W czasach Jeffersona miedziane koło, zwykle obsługiwane za pomocą pedału, obracało się stacjonarnie, podczas gdy grawer manewrował butelką wokół niego.

Erlacher i Albrecht zbadali butelki, przyglądając się brzegom grawerunku pod potężnym szkłem powiększającym. Litery wygrawerowane przez miedzianą tarczę mają różną grubość, podobnie jak pismo wykonane wiecznym piórem. Jednakże napis na butelkach był zaskakująco jednolity i ukośny w taki sposób, że grawerowanie nie mogło zostać wykonane miedzianym kołem. Inicjały nie mogły powstać w XVIII wieku, podsumował Erlacher. Wręcz przeciwnie, wyglądały tak, jakby mogły zostać wykonane przy pomocy trzymanego w ręce narzędzia, takiego jak wiertarka dentystyczna lub narzędzie typu Dremel - zasilane elektrycznie. To wygląda jak jakiś "milowy krok" - pomyślał Elroy. Tak się złożyło, że w domu miał narzędzie Dremel. "Biorę butelkę do wina, a pracuję na niej" - wspominał. "No i w godzinę jestem w stanie wygrawerować "Th.J.""

W dniu 31 sierpnia 2006 r. Bill Koch złożył skargę cywilną przeciwko Rodenstockowi ("a.k.a. Meinhard Goerke") w sądzie federalnym w Nowym Jorku. Chociaż to Chicago Wine Company i Farr Vintners sprzedali Kochowi wina, w skardze wskazano, że Rodenstock przygował "długotrwały plan", z zamiarem oszukania kolekcjonerów win. "Rodenstock jest uroczy i elegancki" - czytamy w skardze. "Jest również oszustem."

Przed złożeniem pozwu, prawnicy Kocha byli zatroskani tym, czy Rodenstock uzna osobisty związek z butelkami wina Jeffersona, zakupionymi przez Kocha, (biorąc pod uwagę, iż Koch nie kupił ich bezpośrednio od niego), i czy mógłby kontynuować rzekome oszustwo, utrzymując wciąż, że były one autentyczne. W tej sytuacji, w styczniu 2006 roku, Koch przesłał faksem Rodenstockowi uprzejmy list, mówiąc, że chciałby uwierzytelnić swoje wina, które kiedyś należały do Jeffersona i prosi Rodenstocka żeby przesłał mu list potwierdzający, że "miał on wszelkie powody, by wierzyć", iż butelki "należały kiedyś do Thomasa Jeffersona". Rodenstock odpowiedział 10 stycznia, pisząc: "Butelki Jeffersona są absolutnie autentyczne i. . . pochodzą z zamurowanej piwnicy w Paryżu”. - Zwrócił uwagę, że dom aukcyjny Christie’s poręczył za autentyczność butelek i załączył kopię raportu Bonani. "Z pewnością zrozumie pan, że dyskusje na temat prawdziwości butelek Jeffersona są dla mnie zamknięte" - napisał.

W kwietniu Koch napisał do Rodenstocka ponownie, pytając, czy mogliby się spotkać "przy kieliszku dobrego wina, w wybranym przez pana miejscu", aby omówić niektóre z jego obaw dotyczących butelek Jeffersona. Rodenstock odmówił. "Z prawnego punktu widzenia zakup i sprzedaż nie podlegaja weryfikacji ze względu na przepisy o przedawnieniu" - napisał. Osoba, która sprzedała mu butelki w 1985 roku, miała wówczas sześćdziesiąt lat, kontynuował i mogła już nie żyć. Pytania o autentyczność butelek należały do kategorii pytań stawianych przez: "prasę na żółtych papierach". Gdy pozew został złożony, Rodenstock postanowił go odrzucić.

Adwokaci Kocha przylecieli do Londynu w październiku, aby porozmawiać z Michaelem Broadbentem, który miał wtedy siedemdziesiąt dziewięć lat, ale nadal był aktywny w międzynarodowych kręgach winiarskich. Broadbent powiedział, że prosił Rodenstocka "w kółko", aby wyjawił adres, pod którym znaleziono butelki. Sam jednak nadal utrzymywał, że butelki Jeffersona są prawdziwe.

W pewnym sensie Broadbent nie miał wielkiego wyboru. W swoich książkach i katalogach aukcyjnych opierał się na setkach notatek degustacyjnych poczynionych w odniesieniu do win dostarczanych przez Hardy'ego Rodenstocka. Przekonanie, że koneserzy XX wieku mogą oceniać, jak smakuje osiemnastowieczne wino, zależało od uczciwości Rodenstocka, jednego z głównych dostawców tych win. Gdyby Rodenstock został uznany za oszusta, wiarygodność Broadbenta, który wielokrotnie potwierdzał odkrycia Rodenstocka, doznałaby ogromnego uszczerbku. Na pytanie, dlaczego nie zrobił więcej badań co do ‘Th.J. Lafitte’ przed aukcją, odpowiedział: "Jesteśmy licytatorami; jesteśmy zobligowani terminami jak dziennikarze. Po prostu, nie miałem czasu." Prawnicy pytali, czy dom aukcyjny Christie's przygotował jakieś pisemne dowody w 1985 r., żeby podeprzeć stanowisko wydziału winnego co do tych butelek. Broadbent odpowiedział, że nigdy nie przyszło mu do głowy, aby potwierdzać coś na piśmie. "Jeśli chodzi o dom aukcyjny Christie's, jesteśmy absolutnie dżentelmenami" - powiedział.

Zeszłej jesieni, szef sprzedaży wina donu aukcyjnego Christie's w Stanach Zjednoczonych, Richard Brierley, powiedział Johnowi Wilke'owi z Wall Street Journal, że chociaż nie był zaangażowany w uwierzytelnianie butelek Jeffersona w 1985 r., to "patrząc wstecz, więcej pytań mogłoby zostać zadanych" (Christie’s twierdzi, że Brierley był cytowany poza kontekstem.). Hugo Morley-Fletcher, który w 1985 roku był szefem działu ceramicznego Christie's i był jednym z ekspertów, z którymi Broadbent konsultował się w sprawie autentyczności butelki Forbesa, powiedział mi: "Moim zdaniem wówczas, bazując na moim doświadczeniu, było przekonanie, że była ona autentyczna. . . . Problem w tym, że angażujemy się w działalność, która nie jest ścisłą nauką." Wyjaśnił, że uznał butelkę jako pochodząca z XVIII wieku i grawerunek jako datujący się na ten sam okres. Kiedy zapytałem, czy istnieje jakakolwiek możliwość, że mógł się pomylić co do grawerunku, odpowiedział: "Oczywiście" i dodał: "Ma się wydać opinię. Jest zupełnie możliwe, że człowiek zostaje oszukany." Pomimo wielu prób, nie byłem w stanie dotrzeć do Michaela Broadbenta, ale rzecznik domu aukcyjnego Christie’s powiedział mi, że "decyzja pana Broadbenta, by podjąć się sprzedaży, reprezentowała jego przemyślaną opinię w oparciu o wszystkie fakty, którymi dysponował w tym czasie - decyzja, której nie powinniśmy dyskutować dwadzieścia dwa lata później."

Mimo to aukcja szlachetnych i rzadkich win domu aukcyjnego Christie’s w Nowym Jorku . oferowała w grudniu 2006 roku butelkę Pétrusa z 1934 r., której towarzyszył opis z książki Broadbenta o Pétrusie z roku 1934, którego testował on wiele lat wcześniej. "Nie mam pojęcia gdzie Hardy Rodenstock znajduje te wina" – mówił katalog. „Przed rokiem 1945 nie ma żadnych zapisów dotyczących produkcji, zapasów ani sprzedaży. Wszystko, co mogę powiedzieć, to to, że duża butelka była pyszna.” Koch nie wiedział, czy to Rodenstock wystawił butelkę Petrusa (w Christie’s powiedziano mi, że nie). Był wszakże zły, iż w obliczu zarzutów w jego oskarżeniu, dom aukcyjny mimo to promował wino posiłkując sie opinią Broadbenta o butelkach Rodenstocka. Zadzwonił do domu aukcyjnego ze skargą, ale Christie’s kontynuowało licytację. Wino było oferowane za dwa tysiące dwieście dolarów. Nie zostało sprzedane.

Nikt nie wie, ile butelek prawdziwego lub podrobionego wina Hardy Rodenstock sprzedał przez lata. Jego oferty były często w gotówce. ("Jeśli płacisz gotówką, ludzie nie muszą deklarować sprzedaży do celów podatkowych", powiedział kiedyś ankieterowi. "Dwieście tysięcy dolarów w gotówce może czasami być korzystniejsze niż czek na milion dolarów"). Chroniąc zarówno swoich dostawców, jak i kupujących, nie informował dobrowolnie o poszczególnych aktach sprzedaży. Jim Elroy uważa, że sprzedając ​po dziesięć tysięcy lub więcej dolarów za butelkę, Rodenstock mógł rozprowadzić dziesięć butelek miesięcznie i zarobić ponad milion dolarów rocznie. Gdy Koch rozpoczynał proces przeciwko Rodenstockowi, przedsiębiorca komputerowy z Massachusetts o nazwisku Russell Frye, złożył pozew przeciwko firmie Wine Library, dystrybutorowi z miejscowości Petaluma w Kalifornii, twierdząc że sprzedano mu dziewiętnastowieczne Lafite oraz Yquem wraz z tuzinami innych rzadkich starych win, które okazały się fałszerstwami. Pozew Frye'a stwierdzał, że ​​jeden z pozwanych w tej sprawie "poinformował skarżącego niedawno, iż wiele butelek, które powód uznaje za podrabiane lub budzących wątpliwości, zostały nabyte od Hardy Rodenstocka."

Koch ma około czterdziestu tysięcy butelek wina przechowywanych w trzech piwnicach. W maju odwiedziłem jedną z nich - chłodzone pomieszczenie pod jego domem w Osterville na Cape Cod, wypełnione regałami z ciemnego drewna. Jim Elroy poprosił dwóch ekspertów, Davida Molyneux-Berry'ego i Billa Edgertona, by przeszli przez piwnicę i zidentyfikowali podejrzane butelki.

Molyneux-Berry, zanim został prywatnym konsultantem wina, pracował w Sotheby's przez wiele lat i to on odrzucił butelkę „Th.J. Lafitte” z kolekcji Hansa-Petera Frericksa. W piwnicy Frericksa zidentyfikował oczywiste fałszerstwa jedno po drugim. Zgodnie ze szczegółowymi notatkami kolekcjonera, wszystkie pochodziły od Hardy'ego Rodenstocka. Molyneux-Berry był również podejrzliwy wobec wielu innych intrygujących odkryć Rodenstocka. Jako przedstawiciel Sotheby's, Molyneux-Berry odbywał często oficjalne podróże do Rosji. "Pojechałem do Kijowa i zobaczyłem tam piwnicę" - powiedział mi. "Pojechałem do Mołdawii i zobaczyłem ich piwnice. Uzyskałem dostęp do prezentacji win najwyższej klasy, jaki człowiek może dostać. Jednak Rodenstock jedzie do Rosji i znajduje piwnice carskie gdzie indziej, a tam komplet najwyższej klasy win z apelacji Bordeaux. . . . I oczywiście butelki magnum. Naturalnie, w dużej ilości."

W kolekcji Kocha, z próbki trzech tysięcy butelek sprzed rocznika 1961często podrabianych marek, Molyneux-Berry i Edgerton zidentyfikowali około stu trzydziestu podejrzanych lub oczywiście fałszywych butelek. "Z czaszem nabywasz wiedzy o tym jak wyglądają butelki", powiedział mi Molyneux-Berry. "Oczywiste oszustwa rzucają się w oczy natychmiast". Na każdej podejrzanej butelce umieszczona zostaje biała nalepka. Następnego dnia profesjonalny fotograf wykonuje zdjęcia w wysokiej rozdzielczości, które w razie potrzeby można będzie przedstawić w sądzie.

W niektórych przypadkach butelka, etykieta i folia wokół korka były autentyczne, ale rzadkość samego wina budziła uzasadnione podejrzeniamia. Koch posiada na przykład dwie dwie butelki magnum Lafleur z 1947 roku. "Czterdzieści siedem to wielki rok dla Lafleur" - powiedział Molyneux-Berry. Ale kontynuował, że słyszał iż w 1947 r. winnica wypuściła tylko pięć butelek magnum. "Jaka jest szansa, żeby ​​Koch posiadał dwie z tych pięciu?" zapytał. Edgerton prowadzi internetową bazę danych, która śledzi sprzedaż aukcyjną i ceny. Dziewiętnaście butelek magnum rocznika 1947 z winnicy Lafleur zostało sprzedanych na aukcjach od 1998 roku.

Serena Sutcliffe specjalistka z Sotheby's powiedziała mi, że najbogatsi kolekcjonerzy raczej nie będą wiedzieli o podróbkach, a jeśli o tym dowiedzą się, to woleliby nie podawać tej informacji do publicznej wiadomości. Powiedziała, że wielokrotnie zdarzało się jej badać piwnicę, którą kolekcjoner był zainteresowany zlicytować, ale zaniechał tego częściowo lub w całości, z powodu stwierdzenia nadmiaru zafałszowanych butelek. Często potem dowiadywała się, że kolekcjoner i tak sprzedał fałszywe wino, tyle ża za pośrednictwem jednego z jej konkurentów. Kolekcjonerzy "nie lubią przyjmować niespodziewanych ciosów", powiedziała.

"Sprawa ma większy zasięg" niż Rodenstock, powiedział mi Koch. "Kiedy skończę przeglądać całe wino w mojej kolekcji, to zabiorę sie za tych wszystkich ludzi, którzy mi je sprzedali" - powiedział. "Handlowcy detaliczni, wiedzą, że to to robią. Są współwinni."

Jedną z problematycznych butelek Kocha jest Pétrus magnum z 1921 roku, którą kupił za trzydzieści trzy tysiące dolarów w 2005 roku na aukcji zorganizowanej przez nowojorską firmę winiarską Zachys. Koch uważa, że ​​wino pochodzi od Rodenstocka. Wymienia butelkę w swoim pozwie. (Zachys mówi, że nie ma żadnych dowodów na to, czy wino pochodziło od Rodenstocka.) To był kolejny Pétrus magnum z 1921 roku, któremu podczas imprezy Rodenstocka w Monachium w 1995 roku, Robert Parker przyznał sto punktów i ogłosił jako "nie z tego świata".

Wiosną ubiegłego roku Jim Elroy zabrał butelke magnum Kocha do Bordeaux, aby dokonać jej weryfikacji bewpośrednio w winiarni. Personel firmy Pétrus orzekł, że korek ma niewłaściwą długość, a folia i etykieta zostały sztucznie postarzone. Winiarnia Pétrus potwierdziła, że mają wątpliwości co do autentyczności butelki. A zarządca piwnicy, w swoim wywiadzie z Elroyem, powiedział że nigdy nie słyszał o magnum z 1921 roku i nie sądzi żaby jakiekolwiek były butelkowane w tej winiarni.

Fakt ten stał się impulsem do zadania interesującego pytania. Jeśli Pétrus nie zrobił magnum w 1921 r., to co Parker pił na imprezie Rodenstocka? Nos Parkera jest ubezpieczony na milion dolarów. Wydaje się być czymś niemal patologicznym fakt, że Rodenstock zaprosił takiego specjalistę do swojego stolika i podał mu podróbkę. Elroy uznaje to za kolejny dowód winy Rodenstocka, zauważając że tego typu ryzyko nie jest niczym niezwykłym w kręgach fałszerzy. "Wiem dużo o oszustach" - powiedział. "Wsadziłem sporo z nich do więzienia. Czują się tacy mądrzy. Myślą o sobie: Jestem mądrzejszy niż ktokolwiek na świecie. Rodenstock też poczuwa się podobnie".

Jeśli w rzeczywistości Pétrus Parkera z 1921 roku był fałszywy, taka pycha może nie być nie na miejscu. Czy Rodenstock mógłby stać się tak biegłym w robieniu fałszywego wina, że ​​jego podróbki smakowały tak samo dobrze, a nawet lepiej niż prawdziwe? Kiedy spytałem Parkera o tę butelkę, pośpieszył powiedzieć, że nawet najlepsi krytycy wina są omylni. Jednak powtórzył, że butelka była spektakularna. "Jeśli była podrobiona, to on powinien być mikserem" - powiedział Parker. "To było coś wspaniałego"

Na początku tego lata Hardy Rodenstock zwolnił prawników z Manhattanu, których wynajął, by zakwestionować pozew Kocha. W liście skierowanym do sędziego procesowego zarzucił, że sąd nie ma jurysdykcji nad nim, jako obywatelem niemieckim, że Koch kupił butelki nie bezpośrednio od niego, ale od stron trzecich, i że sprawa powinna być zaniechana z powodu przedawnienia. Ze strony Kocha może być „podejmowanie działań przeciwko ludziom przez lata może być zajęciem hobbystycznym”, ale zasugerował że nie zamierza brać udziału w "takich głupkowatych gierkach ". Po wyrażeniu swoich obiekcji, oznajmił:" Wychodzę z tej procedury ".

Rodenstock nie zgodził się na wywiad do tej publikacji, ale w serii faksów, w większości w języku niemieckim, utrzymywał swoją niewinność i z pasją sprzeciwiał się temu jak Bill Koch go portretował, potępiając jego "zmyślenia i intrygi". Przyznał, że jego prawdziwe nazwisko brzmiało Meinhard Goerke, ale podkreślił, że wiele osób zmienia swoje nazwiska, wskazując na Larry Kinga jako przykład. Rodenstock zaprzeczył, że powiedział Tinie York, iż jest członkiem rodziny Rodenstocków, i utrzymywał że rzeczywiście był profesorem, pisząc: "To jest fakt! Można to zweryfikować! "Zakwestionował relacje, że znalazł sto skrzynek Bordeaux w Wenezueli, zwracając uwagę, że: " To byłoby 1200 butelek?!?!?! "Co do zarzutów Andreasa Kleina o znalezieniu pustych butelek i etykiet w jego piwnicy, Rodenstock napisał, że to nie takie niezwykłe iż koneserzy wina zachowują puste butelki po degustacji wina. "Zdejmuję etykiety ze starych butelek, aby je oprawić" - powiedział. "Wygląda to bardzo ładnie!" Zaprzeczył dostarczaniu jakichkolwiek butelek do Wine Library, albo magnum Pétrusa, o którym wspomniał Koch w pozwie, i nalegał: "Moje butelki 1921 Pétrus były zawsze absolutnie autentyczne!!!". Przywołał on stu-punktową recenzję Parkera i zapytał: "Czy istnieje lepszy dowód na to, że wino było autentyczne, kiedy znani na całym świecie eksperci opisali je jako doskonałe i dali mu najwyższą możliwą ocenę?"

Rodenstock w szczególny sposób potraktował relację Billa Kocha z ich spotkaia w 2000 roku podczas degustacji Latour w domu aukcyjnym Christie's. "Nie spóźniłem się!" - nalegał. Ja ani nie czułem się niekomfortowo, ani nie uciekałem od niego szybko. Jestem pewien, że mój wyraz twarzy wyrażał przyjemne oczekiwanie na wspaniałą degustację Latour. Byłem w znakomitym nastroju!!!" Wedle Rodenstocka, Koch powiedział, że jest właścicielem butelek Jeffersona, na co on odpowiedział: "To znakomicie, ale nie dostałeś ich ode mnie".

Jeśli chodzi o autentyczność butelek ‘Th.J.’, Rodenstock oferuje czasami sprzeczne linie obrony. "Gdyby dom aukcyjny Christie’s miał najmniejsze wątpliwości co do autentyczności, nie przyjęliby butelki 1787 Lafitte" - napisał. "Jestem więc bez zarzutu!" Zasugerował, że analiza inicjałów Kocha została wykonana nie przez naukowców, ale przez "amatorów rytowników", którzy byli przyjaciółmi Kocha i otrzymywali wynagrodzenie za swoje wnioski. Ale w liście skierowanym do sądu, rozważał możliwość, że inicjały są nowoczesne, hipotetyzując że ​​ktokolwiek sprzedał mu wina, "miał kilka butelek zre-grawerowanych na starym grawerunku ponieważ nie był on już wyraźnie czytelny." Zasugerował także, że Koch sam lub ktoś z jego pracowników mógł dokonać powtórnego grawerunku i dodał: "Wiele rzeczy może się stać z butelkami w ciągu dwudziestu lat!!!" (Gdy Hans-Peter Frericks złożył pozew w sprawie swojej „butelki Jeffersona”, Rodenstock złożył podobne oświadczenie, sugerując że Frericks dokonał podróbki na swojej własnej butelce, aby go wrobić.)

14 sierpnia sędzia pokoju, który sprawował nadzór nad sprawami procesowymi, zalecił aby sąd wydał wyrok zaoczny przeciwko Rodenstockowi, z powodu odmowy udziału w procesie. Sędzia procesowy musiał zatem w nastepstwie tego zdecydować, czy zaakceptować różne obronne wybiegi proceduralne Rodenstocka. Tym nie mniej, nawet jeśli zostałby mu wydany wyrok zaoczny, Rodenstock podtrzymywał zdanie, że niemieckie sądy nie będą go egzekwować.

W międzyczasie Jim Elroy przekazał ustalenia z dochodzenia władzom. Zebrano sędziów przysięgłych, by wysłuchali dowodów, a FBI rozpoczęła rozsyłanie wezwań do kolekcjonerów wina, dealerów i domów aukcyjnych. "Będzie to miało zbawienny wpływ na całą branżę" - powiedział mi Koch. "A jeśli sędzia oddali pozew z jakiegoś technicznego powodu, mam pięć innych, które mogę złożyć."

W głębi swojej piwnicy na wino w Palm Beach, z rzędami bezcennych butelek, za elegancką kratą żeliwną, znajduje się szafa, w której Koch trzyma swoje najstarsze butelki, te z których wiele uważa teraz za fałszywe. Podniosłem butelkę 1787 Th.J. Lafitte. W moich rękach była zimna i zaskakująco ciężka, a ja przebiegłem palcami po literach. Czy wspólna pasja do najrzadszych starych win mogłaby 
odnośnie tych inicjałów zaślepić do tak niewiarygodnego stopnia wszystkich - kolekcjonerów, krytyków, aukcjonerów? Jefferson prosił w liście z 1790 roku, żeby zarówno jego wino jak i wino Waszyngtona były oznaczone, ale z pewnością miał na myśli skrzynki lub opakowanie, a nie poszczególne butelki.

Koch odkorkował butelkę Montrachet rocznik 1989, a my weszliśmy na górę i usiedliśmy wygodnie w skórzanych fotelach w kowbojskim pokoju. Wino było rześkie i mineralne; dla mojego niedoświadczonego podniebienia, smakowało całkiem nieźle. 
Kiedy omawialiśmy sprawę, zauważyłem, że Koch nie wydawał się być rozżalony. Rzucił się w walkę z Rodenstockem i fałszywym winem z takim samym entuzjazmem, z jakim poświęcił się kolekcjonowaniu wina. "Zwykłem się chwalić, że zdobyłem wina Thomasa Jeffersona" - powiedział. "Teraz przechwalam się, że mam fałszywe wina Thomasa Jeffersona."

Na dworze słońce zaczęło zachodzić, a szef kuchni Kocha poinformował go, że na obiad będą kraby w miękkiej skorupce i dziczyzna. Koch przewertował księgę swojej piwnicy, solidny segregator z listą win. Na górze jedno z dzieci bębniło piłką do kosza. Bridget Rooney weszła z ich jednoroczną córką, Kaitlin. "Mówimy o fałszywym winie" - powiedział Koch. "Chcesz do nas dołączyć?"

Rooney usiadła obok niego. Miała na sobie sznur z ogromnych pereł i wydawała się nie zauważać, że ​​Kaitlin je żuje. Sięgnęła po kieliszek Kocha i pociągnęła łyk.

"Mmm" mruknęła. "To nie jest fałszywe."


 12 / 8 / 2026 POLSZCZYZNA Język polski jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Najdobitniejszym dowodem na to wydaje mi si...